PROFESOR TUTKA O SNACH
I rejent, i doktor, i sędzia twierdzili, że śni im się do tej pory szkoła, lata płyną, tyle rozmaitych przeżyć, a ta powraca do nich we śnie.
— Tak — powiedział Profesor Tutka — zastanawiamy się często nad tym, co to jest sen, staramy się znaleźć wyjaśnienia u teoretyków, czasami dajemy wyjaśnienia własne. Ja, na przykład, mogę panom odpowiedzieć, dlaczego w ciągu paru dni i nocy byłem, już jako człowiek dojrzały, w snach swoich dzieckiem. Jechałem samochodem. Szosa gładka, można było jechać i sto kilometrów na godzinę. Wiózł mnie człowiek młody, mający dużo fantazji i polotu, i pędził tak, że wskazówka mówiła — 120 kilometrów! Chciałem nawet zapytać: «czy nie za szybko?», ale właśnie człowiek młody, wesoły, zaczął mi opowiadać dowcipną anegdotkę. Znałem ją nawet, ale żeby zrobić przyjemność człowiekowi, przygotowywałem twarz do śmiechu; wiem jeszcze, że mijaliśmy pierwsze domki jakiegoś miasta i... co było więcej, nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że stałem się małym siedmioletnim chłopczykiem. Chodziłem po zielonej łące, a mała dziewczynka zbierała tam żółte kwiatki.
— Podobasz mi się — powiedziałem — i chciałbym się z tobą ożenić!
— Dobrze — odpowiedziała — mieszkam tam w białym domku, pójdź ze mną zobaczyć moje lalki.
Poszedłem za nią, a ona weszła do białego domku, aby przynieść mi swe lalki. Przed domkiem stał koń na biegunach, dosiadłem konika, zaczął cwałować, oderwał się od ziemi i niósł coraz wyżej, coraz wyżej, aż gdzieś pod obłoki, czuję jakąś rozkosz, jakiej nigdy nie
zaznałem w życiu, i nagle... coś strasznego: spadam, spadam, uderzam o ziemię. I jestem teraz w jakimś białym pokoiku, wszystko białe, stolik i krzesło białe, dwie postacie nade mną także białe. Zrozumiałem, że leżę w łóżku, a te postacie, mężczyzna i kobieta, to lekarze.
— Czy jestem w szpitalu? — spytałem.
— Tak — odpowiedziała łagodnie z uśmiechem kobieta — spotkał pana wypadek, tuż koło tego domu. Umieszczono pana tutaj. Zdaje pan już sobie ze wszystkiego sprawę, więc wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba leżeć spokojnie, spokojnie. Wydawało mi się, że kobieta mówi do mnie trochę jak do dziecka.
— A gdzie jest ten wesoły człowiek, z którym jechałem?
— Wesoły człowiek jest już u Bozi... — mówiła do mnie znów łagodnie, a nawet czule, i znów zdawało mi się, że mówi do dziecka.
Proszę panów: po wypadku samochodowym straciłem nagle przytomność. Szpital na krańcach miasta, w którym mnie umieszczono, był szpitalem dziecięcym. Lekarze to pediatrzy i z przyzwyczajenia mówili do mnie jak do dziecka. Łóżko, jak się dowiedziałem później, wypożyczyła mi pielęgniarka, gdyż wszystkie inne były dla nieletnich. Same dzieci. Tylko ja jeden człowiek dojrzały. Sny, które krążyły nad tym domem, aby ukazywać dzieciom w gorączce rzeczy śliczne, kolorowe, czy też straszne, przerażające — traktowały mnie po prostu jako jeszcze jedno dziecko. W ten sposób, proszę panów, wytłumaczyłem sobie, dlaczego nawiedzały mnie tam sny dziecięce.
[19.08.2026, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz