Luis Alberto Sangroniz - Portret kobiety (1932)

Luis Alberto Sangroniz  -  Portret kobiety (1932)

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

08 grudnia 2021

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 29 - POPLENEROWE OSTATKI

 

Mały fragment wystawy poplenerowej



ROZDZIAŁ 29. POPLENEROWE OSTATKI.

(z którego dowiemy się o wielu ciekawych rzeczy o plenerze, czyli powszechnym malowaniu jakie miało miejsce w miasteczku o wdzięcznej nazwie Różanów i w satelickiej wiosce - Ciżemkach)


    Radca Krach z panią Janeczką Szydełko, z panią Zofią Koteńko i z inżynierem Bekiem powrócili właśnie z uroczystego zakończenia pleneru, na którym bawiono się przepysznie, co zresztą pani Zofii jest zasługą, gdyż to ona artystyczną część wyreżyserowała.

    To widowisko o Wyspiańskim przez młodzież pokazane, młodopolską poezją okraszone, cieszyło się wielkim, i słusznie, uznaniem.

    Albo ten film z pleneru; każdy artysta był w nim pokazany podczas pracy i słów kilka musiał o sobie powiedzieć, a potem widziano w kadrze te dzieciaki obracające pędzlem i chlapiące farbą na kartony. Nic to, że nie każdy dzień sprzyjał malarskiej robocie. Ktoś tam naprędce wymyślił gęstą „wojskową” grochówkę, którą w głębokiej kadzi rozwożono po stanowiskach pracy nie tylko dla pracujących, ale też dla gawiedzi, dla malców, dla rodzin, które spacerując, oddawały się przyjemności oglądania jak malarskie powstaje dzieło.

    Albo ci studenci: ci to dopiero artyści! Jak to poubierane! Moda - czyste i szlachetne rokoko plus cyganeria, a jacy wszyscy stawali się ważni.

- Popatrzcie, a tak malował van Gogh - mówi jeden i kreśli sławnych słoneczników słonecznych kwiatów graficzne elementy w różnych żółcieni kolorach.

- Przypatrzcie się, co wymyślił sobie kubista Picasso, operując kreska i geometrią - mówi drugi.

- A ty, mała, siądź sobie tutaj i zaczekaj, aż zobaczysz, jak widziałby cię ekspresyjny Munch, ten z „Krzyku” sławny… nie wiesz, nie znasz? Opowiem ci.

    Albo te akwarelowe lub pastelową kredką kreślone obrazy ratusza i kamieniczek miejskich. Byli tacy odwiedzający, co pojawiali się przed konkretnym obrazem co kwadrans, aby śledzić postępy w pracy.

- Całkiem jak na zdjęciu - powiedział ktoś - tyle że od zdjęcia ładniejsze… i te barwy…

- Panie, ja ten obrazek kupuję na pniu - wyrzekł jakiś amator sztuki. - Ja tam na pięterku mieszkam, trzecie okno od lewej na pierwszym piętrze, otwarte zresztą, bo ja lubię świeżym powietrzem oddychać.

    Ale, ale… przy jednym ze stanowisk na składanym krzesełeczku, ze sztalugą przepisowo rozłożoną, ustawioną w stronę kościółka, usadowiła się jakaś płowowłosa dziewczynka i dalejże ołówkiem i pastelową kredką precyzyjnie odtwarzać kontury sakralnej budowli, tudzież prastarej studni, którą w sercu kościelnego placu postawiono.

- Kto ciebie, mała, tak pięknie w rysunku wyszkolił? - to głos samego pana profesora - dalibóg, dajcie mi ją na naukę, a zrobię z niej światową artystkę - prawił. - Przyjrzyj się dokładnie temu cieniowi podarowanemu rynkowi przez kościelną wieżę. Oddaj go wiernie, zaznacz go szarą kredką, nie za ciemną, lecz na tyle znaczną, aby przyciemnić i tak niemal czarną bazaltową kostkę, którą plac wyłożono…. o, tak, teraz dobrze - instruował - a widziałaś tego ptaka, co przysiadł na gontowym zadaszeniu tej starej studni? Zapamiętałaś go? To co, że to zwykły gołąb. On twój obraz ożywi, kiedy go przedstawisz.

Albo w tych Ciżemkach. Tam akurat pogoda dopisała.. Było letnio, nawet upalnie.

    Konie, krowy w malarstwie, a w ogóle zwierzęta, to temat dobrze znany - mówił jeden z malarzy - można pobawić się w impresjonistyczny pejzaż z końmi w tle lub, jak to jest u mnie, koń jako główny motyw, ale można też przedstawić naturę w taki sposób, jak to robi moja sąsiadka… ta pani - wskazał na domorosłą artystkę sztuki naiwnej. Zwróćcie uwagę dzieciaki, że koń tej pani piękny jest jak z bajki wzięty. Jak przesadnie rozwichrzoną ma grzywę i jaki bujny ogon, jak lśnią jego kopyta, jak dosadną, kasztanową barwą ta pani przedstawiła jego tułów, jak żwawe spojrzenie mają końskie oczy. O, tak… każdy by chciał takiego konika u siebie w zagrodzie.

    Malarka aż zaskoczona była takim zainteresowaniem, które wywołał jej sąsiad, malarz, którego płótna nieźle się w samej stolicy sprzedawały. Przecież ona nie szkoliła się nigdzie, maluje zwyczajnie, tak jak widzi, a że widzi także sercem… no cóż, czasami malowanie sercem najlepiej wychodzi.

- A teraz proszę wszystkich o uwagę - przemówił jeden ze studentów - na przykładzie tego bydlątka postaram się was nauczyć proporcji, jakich trzeba użyć dla zbudowania obrazu zwierzęcia. Przygotujcie swoje kartony i czyńcie tak, jak ja to robię.

    I dzieciaki posłusznie, z różną wprawdzie sprawnością młodych dłoni, kreśliły mlekodajną postać ciżemkowskiej krowy wedle zaleceń mistrza, a ta, udzielając portretujących ją swych wdzięcznych kształtów, nadziwić się nie mogła temu, jak wiele młodych oczu wpatruje się w nią, jakby w jaki święty obrazek. Ech, gdyby wiedziała, że tak słynną się stanie, skorzystałaby pierwej z łaźni, a potem z salonu piękności dla zwierząt hodowlanych.

- Oj udała nam się impreza, udała - powiedział Kawiarennik, przynosząc siedzącym przy stole przyjaciołom świeżą pachnącą kawę - a gdzie jest pan Pokorski?

- Pan redaktor jeszcze nad wywiadami pracuje, zdjęcia robi - wyjaśniła pani Zofia - kolejny numer pisma w znacznym stopniu plenerowi będzie poświęcony.

- I bardzo dobrze - ocenił radca Krach - bo była to impreza wielce udana i opisania warta. A do tego jutro aukcja na szczytny, dobroczynny cel. Ja, proszę państwa, zakupuję dzieło pana inżyniera, które był łaskaw popełnić - pan radca jak zwykle, gdy w kawiarence przesiadywał, w świetnym był humorze.

- Oj, przyjacielu, czy nie popełniasz błędu? - zaniepokoił się wywołany do zabrania głosu pan inżynier Bek.- Gdzież mi tam do poziomu pozostałych?

- Niech pan nie będzie taki skromny, inżynierze - podchwyciła temat pani Janeczka Szydełkowa - wiemy nie od dzisiaj, że pan świetnie maluje, a źle robi, że tylko dla siebie, egoista jeden.

- A ja się cieszę, proszę państwa - rzekł pan Adam - że część obrazów, zgodnie z umową, pozostanie w kawiarence.

- A ja nie wiem, czy ci, przyjacielu, ścian do zawieszania płócien nie braknie - zripostował z uśmiechem pan radca.

- Ja mam taką nadzieje, że nie braknie - westchnął Kawiarennik i na chwilę zmienił temat rozmowy, zwracając się do pani Janeczki:

- A gdzież to pani pozbyła się swojego męża? Mieliście z zakończenia pleneru powrócić razem.

- Ech, panie Adamie, mój zakręcony małżonek… czego to on nie wymyśli? Pospolite ruszenie szykuje.

- Pospolite ruszenie? - nie rozumiał pan Adam - względem czego? Kto w potrzebie?

- Hm… Kto w potrzebie? ... i zaraz odpowiedziała sobie: - Ziemniaki.

- Ale to już temat na inną opowieść - powiedział do siebie Stary Pisarz, zamykając kajet, w którym pilnie notował zasłyszane słowa.


[08.12.2021, Toruń]


07 grudnia 2021

SZTUKA - ARTYŚCI ROSYJSCY - PEJZAŻ ZIMOWY.


    Już niedługo nadejdzie, jest blisko, przyszła? Czas się do niej przyzwyczaić , ogarnąć i ciepłym rzucić okiem w bezmiar śnieżnej zimy. Pomyślałem sobie, że jeżeli mam ten wątły tekst okrasić obrazem, to udam się na wschód, gdzie zimy wciąż srogie i wdzięcznym są tematem współczesnych rosyjskich pejzażystów.

Na początek widoczek, który zwala z nóg. Zawsze uważałem, że połączenie śniegu z lasem i wodą czyni nasz krajobraz wdzięcznym do zachowania w pamięci i nadałby się jako ozdobnik naszego salonu w lecie, choćby dla kontrastu temperatur - letniej do zimowej.

Paweł Osinin - "Rzeka w zimie"


Oto nieznana mi tajga o świcie z kępami brzóz i sosem, z równią pochyłą pokrytej puszystym śniegiem łąki; rumiany przedświt, realność krajobrazu i sprawna kompozycja - to walory "Poranka w tajdze".

Aleksander Sarychiew - "Poranek w tajdze"


Prawdopodobnie jest wczesna zima lub jej schyłek. Rozjeżdżone zakosy śródleśnej drogi. Krajobraz raczej ponury. Gdzieś w oddali połać śniegu,  za lasem. Sina szarość nieboskłonu zapowiada kolejny opad, a może szykuje nam się odwilż. Myślę, że i w naszym kraju można odnaleźć takie drogi.

Konstantyn Drużin - "Zimowa droga"


Pejzaż zimowy Adamowa jest delikatnie wpleciony w rzadką leśną gęstwinę, może we fragment parku. Symetrycznie położone na pierwszym planie krzewiny pokryte białym puchem zdradzają, że śnieg spadł niedawno i nie zdążył być strząśnięty podmuchani wiatru czy też roztapiany słonecznymi promieniami, które wszakże docierają w miejsce pokazane na obrazie.

Aleksiej Adamow - "Zima"


Sławetna "trojka" na szlaku prowadzącym do cerkwi będącej najbardziej oddalonym elementem graficznym obrazu. Zmierzamy w stronę propozycji sztuki rusycystycznej i jednocześnie malarstwa naiwnego.

Igor Razżiwin - "Cud. Rosyjska zima"


Ten barwny festiwal rosyjskiej zimy jest właśnie przykładem radosnej twórczości prymitywistów, obrazem świetnie skomponowanym, aczkolwiek z delikatnym załamanie perspektywy - dalsza grupa osób wydaje się być niedostatecznie pomniejszone względem grupy znajdującej się bliżej oglądającego, ale są to prawa malarstwa naiwnego.

Jurij Filipow - "Festiwal rosyjskiej zimy"


Śliczny widoczek, aczkolwiek nieco nierealny, mieszczący się w kategorii malarstwa naiwnego. Atrakcyjny, choć przesadnie użyty kolor żółty kontrastujący z bielą ośnieżonych drzew.

Mikołaj Antonow - "Pierwszy śnieg"


Obraz poniżej bliski jest manierze postimpresjonistycznej, choć również wiele ma wspólnego z malarstwem naiwnym, które właściwie powinniśmy nazywać malarstwem "szczerym", pozostawiając naiwność dzieciom

Igor Razżiwin - "Noc przed świętami Bożego Narodzenia"


[07.12.2021, Toruń]


06 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (587 - 588) DROŻYZNA - KONTYNUACJA. DIETA I OWSIANKA.

 

Théodore Géricault (1791-1824), 
"Chłopiec karmiący owsem niezaprzęgniętego konia"


587.

    Za oknami od paru dni śnieży, ale zaraz potem śnieg topnieje, chociaż w nocy temperatura spada o kilka stopni w dół, więc to, co nie stopniało, zostaje na dzień kolejny. A na osiedlu już święta, od pierwszego grudnia, tak mi się zdaje, bo przy bloku naprzeciwko, trochę po prawej postawiono już choinkę ze światełkami, trochę za wcześnie, myślę sobie, ale takie teraz mamy życie, konsumpcyjne, celebryckie, w którym liczy się otoczka, opakowanie, nie to, co ma sens właściwy.

    Nie chodzę po Toruniu, bo po co się z wirusem bratać, ale doniesiono mi, że zakupy gdzieś można było zrobić w kramach gdzieś na mieście. Sęk w tym, że drogo, strasznie drogo... z tymi cenami to już się na dobre wygłupiają, nie tylko zresztą w tym roku, w poprzednich również... dlaczego z okazji jakiegoś lokalnego święta, gdy organizuje się okolicznościowy "jarmark" ceny muszą być tak wysokie? Wydawałoby się, że powinno być taniej, bo po takim "jarmarku" niektóre produkty żywnościowe pojawiają się później w sklepach i ludzie mając świadomość jak bardzo są drogie, przecież że kupować tego samego jadła nie będą. Może lepiej, że po sklepach nie chodzę?

588.

    Zdaje się, że sobie na jaką dietę przejdę - ceny też mają na to postanowienie wpływ, ale nie tylko ceny, bo niby czemu miałbym swój brzuch z przyległościami promować na wadze? Zatem zaczynam dzień od błyskawicznych płatków owsianych na wodzie, zabielanych mlekiem. Do tego co najwyżej dwie kromki chleba, najlepiej z twarożkiem, ale cieniutko pociągniętym, nadto maluśka łyżeczka siemienia lnianego rozpuszczonego w 1/4 szklaneczce ciepłej wody, zielona herbata i szlus. Owszem, obiad jadam pełniejszy; nie nadużywam mięsa, jesli kotlecik - najlepiej mielony, ale zwykle jeden i mały, niestety lubię ziemniaki, ale i te z przyjemnością zamieniam na białą kaszę. Trafia się też jakaś surówka, czasami jakiś sosik, kwaszony ogórek - to wszystko. Najgorzej jest z kolacjami. Wiem, nie powinienem po północy zaglądać do lodówki, lecz właśnie wtedy nachodzi mnie ochotą na ucięcie kawałka cienkiej kiełbasy... i to muszę zmienić.

    Skoro jednak napisało mi się o owsiance, to przypominam sobie, że kiedy małym brzdącem będąc, wyjeżdżałem z rodzicami nad morze (takie zakładowe wczasy), byliśmy wprawdzie zakwaterowani w prywatnych domkach, to jednak posiłki mieliśmy wspólne, ot schodziliśmy się całą zakładową gromada do jakiej stołówki trzy razy na dzień. Pamiętam, że najbardziej lubiłem śniadania, niezbyt wystawne, ale zawsze smaczne i urozmaicone - zawsze było coś na kromkę chleba czy na bułeczkę włożyć; natomiast najpierw podawana nam była mleczna zupka: a to z manną kaszą, to z jęczmienną, z ryżem lub właśnie podawano nam owsiankę na mleku. Przepyszne to były czasy i dziwiłem sie niezmiernie, że część wczasowiczów za zupkami mlecznymi nie przepadało. A mnie już te smaki pozostały i zachowuję je w pojemnej pamięci.


[06.12.2021, Toruń]


05 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (584 - 586) POLITYKA A PSYCHIATRIA. COVID BOI SIĘ RYDZYKA. I'M NOT VERY WELL.


 Opuszczony szpital psychiatryczny w Gdańsku

zdjęcia - Zbigniew Piotr Piotrowski






Zdjęcia ze strony:  http://www.piotrografia.com/



584.

Staram się omijać politykę, lecz nie zawsze to się udaje, bo polityka to również panosząca się drożyzna, którą wywołały pisowskie władze, a właściwie pisowscy ekonomiczni analfabeci. Po ostatnich zakupach jakie dla nas zrobiono w sobotę, uważam, że oficjalny poziom inflacji jest zdecydowanie zaniżony i faktycznie dochodzi już ona do piętnastu - dwudziestu procent, więc te wszystkie pięćsetki plus w mig zostają przejadane, a w dodatku podejmując walkę z Unią Europejską dodatkowo pisiarnia naraża nas na dalsze zaciskanie portfeli, przy czym niektórzy już niedługo, nie tylko że nie dostrzegą pieniędzy w swych portfelach, ale i te swoje portfele sprzedadzą, aby móc żyć. Myślę, że tak nieodpowiedzialnych rządów nie mieliśmy chyba od czasów powojennych. Nie chcę krakać, ale bądźmy przygotowani na to, że wraz z nastaniem wiosny splajtujemy jako społeczeństwo i być może dopiero wtedy adoratorzy pisu pójdą po rozum do głowy i powiedzą kaczyńskiemu wielkie NIE. Stoją drogą ten facet wciąż nie przestaje mnie zaskakiwać, strasząc tym razem powstaniem u naszych zachodnich granic Czwartej Rzeszy... i kto to mówi? Facet, który nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę dzieje się nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie. Boże, jak można być takim dyletantem; jak długo dla podtrzymywania władzy można straszyć, ten w końcu biedny nasz naród, kolejnymi wrogami... chyba dojdzie do tego, że w pewnym momencie prezes prezesów zacznie ludzi straszyć sobą. Takie zachowanie pierwszego obywatela pisu przywodzi mi na myśl zmaganie się z poważną chorobą psychiczną i kto wie, czy prezesowi nie powinniśmy współczuć z powodu tej wszechogarniającej jego organizm dolegliwości.

585.

O covidzie to już mi się pisać nie chce po tym, jak w toruńskich marketach policja pilnuje, aby zbyt dużo klientów nie znajdowało się równocześnie w sklepie, a w tym samym Toruniu rydzyk urządza balangę dla paru tysięcy jego kopertowych zwolenników z całego kraju i policja zachowuje wobec tego faktu daleko posuniętą wstrzemięźliwość w liczeniu ukochanych księdza.

586.

Czy miał ktoś z gości kawiarenki takie uczucie, że występują w naszym życiu takie chwile, iżby miało się chęć z kimś porozmawiać, ot choćby z kimś z rodziny najbliższej, lecz chodziłoby mi nie o rozmowę typu:

- How are you?

- I'm fine i jeszcze nie umieram.

- To dobrze, bo ja też nie.

Miałoby się chęć na taką rozmowę, w której można by podzielić się poglądami na różne aspekty naszego życia, ale posiadanie chęci to jeszcze nie wszystko i człowiek czuje się zdegustowany takim milczeniem. No i jestem sfrustrowany z tego powodu, że takich rozmów, choćby i aż, telefonicznych nie doświadczam i chociaż miałem czas na przyzwyczajenie się do tej sytuacji, przyzwyczaić się do niej nie mogę.


[05.12.2021, Toruń]


W OKAMGNIENIU (2) CZEKAJĄ...

 

Tadeusz Fijewski i Jerzy Kondrat
w inscenizacji "Czekając na Godota" Samuela Becketta
w Teatrze Współczesnym w Warszawie (1957)


Czekają...

    Pierwszy strzegł dzisiaj bramy, też pomylony, choć nie na prawach pacjenta. W skrojonym na właściwy rozmiar mundurze, co wartość jego służby powiększał i uwydatniał w ważności, przechadzał się wokół stróżówki, przewiercając oczami najciemniejsze, najmroczniejsze zakamarki i placu, i terenu znajdującego się poza drucianą siatką ogrodzenia.

    Drugi właśnie się zbudził po pokolacyjnej drzemce i gdy kompani z czteroosobowego pokoju posnęli na dobre, ubrał się prędziutko w przetarte, acz jeszcze znośne do chodzenia w nich spodnie, wdział na siebie gryzący wełniany sweterek i kalosze, a następnie mijając spodziewaną pogoń dyżurującej pielęgniarki, wyszedł cichcem z budynku pensjonatu, kierując się wprost do stróżówki.

    Przed nią napotkał Pierwszego, który akurat skończył dziewięćdziesiąte okrążenie jego stanowiska pracy.

- Nareszcie - powiedział Pierwszy - ileż można na ciebie czekać?

- Powiedziałeś, że o drugiej. Mamy jeszcze dwie godziny czasu - uspokoił służbowego Drugi.

- Nigdy nic nie wiadomo, co mu strzeli do głowy. Równie dobrze może przyjść parę minut po północy.

- Prawda. Nic nie wiadomo, co takiemu może przyjść do głowy - zgodził się Drugi. - Czy zastanowiłeś się nad pytaniami do niego, kiedy już przyjdzie?

- Bezustannie je powtarzam. Chciałbym się przecież dowiedzieć, kiedy nareszcie zrobi z tym wszystkim porządek.

- Oj, tak, musimy się tego dowiedzieć - przytaknął Drugi. - W końcu powinniśmy się tego dowiedzieć, ile czasu potrzeba, abyśmy nie potrzebowali tabletek i zastrzyków.

- A mnie chodzi o to, aby powiedział nam kiedy to wszystko raz na zawsze pi......

    Natenczas za lasem grudka kosmicznego pyłu zanim utopiła się w bagnisku po tamtej stronie zapłonęła na kilka chwil słonecznym światłem, które oślepiło obu mężczyzn.

Rączy strach przegalopował po nich, po czym Pierwszy tajemniczym głosem wyrzekł prosto do lewego ucha Drugiego:

- Dał znak, widziałeś?

- Myślisz, że to on? - zastanowił się Drugi.

- A któż inny mógłby to być. On sam, na którego czekamy.

- Który nas wyzwoli - stwierdził z naciskiem Drugi.

- Który nas wyzwoli - powtórzył Pierwszy i dodał: - który uczyni nasz świat lepszym i nie pozwoli na to, abym najmował się do pilnowania ubogich umysłem...

- Który poskłada w całość te ubogie umysły i zamiast tego ośrodka, do którego drzwi zamyka się jedynie od zewnątrz, powstanie w tym miejscu przecudny pensjonat dla ludzi starych, lecz o pełnych władzach umysłu, a ja będę jednym z nich.

- Wszystko to zawdzięczać będziemy jemu - dodał Pierwszy.

- Byle tylko przyszedł...


- Przerwa!!!


    Był wyraźnie podrażniony. Wstał z fotela i zanim się objął szerokim spojrzeniem wirtualną prezentację scenografii, na która składał się budynek szpitala psychiatrycznego i dalej po lewej kompleks ogrodowy kończący się ogrodzeniem z siatki, pośród którego widniała centralnie położona brama wjazdowa i przycupnięta do niej stróżówka. Obraz był realistyczny. Obserwując tę scenografię z pozycji widza, trudno było dostrzec, że składa się z doklejonych do siebie zdjęć. Najważniejszy był efekt - widzowie mieli przed sobą prawdziwą ilustrację miejsca, w którym toczyć się miała akcja.

- I pan mi mówi, że ma to być pana zindywidualizowana wersja sztuki Becketta? To mają być pańscy Estragon i Vladimir?

    Siedzący w samym lewym zakątku sceny autor dramatu, bojaźliwie powłóczył spojrzeniem kierując je w stronę reżysera Różyczki. Przez chwilę wzrok obu mężczyzn skleił się w jedno intensywne spojrzenie.

- No niechże pan mi wybaczy tę spontaniczną reakcję... - zaczął reżyser Różyczka.

- Tak, niech pan wybaczy naszemu reżyserowi - wtrącił aktor grający Pierwszego - on zawsze tak reaguje podczas pierwszej próby.

- Podoba mi się pana sztuka - skwitował Różyczka - milczy pan? zwrócił sie do autora.

Autor sztuki był wyraźnie zafrasowany.

- Milczę gdyż w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że w końcowej scenie ostatniego aktu mój Godot jednak przyjdzie.

- Ależ to kompletnie zmieni tezę, jaką pan narzucił w tej sztuce - czekamy na coś, co nie ma prawa się zdarzyć - oto tajemnica ludzkiej egzystencji.

- I dlatego powinienem, powinniśmy - poprawił się autor sztuki - to zmienić. Musimy wlać w serca ludzkie łyżeczkę optymizmu do tej beczki z dziegciem.

- Bo ja wiem...

- Czy mógłby pan zaczekać do jutra, reżyserze? Przerobię zakończenie, właściwie dopiszę je... . Mogę na pana liczyć?

- Koniec przerwy!!! Proszę państwa... - reżyser spojrzał na zegarek - ... spotykamy się jutro punktualnie o dziesiątej.


[05.12.2021, Toruń]

03 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (581 - 583) PARĘ WSPOMNIEŃ WSTECZ. MIMIKRA? NIENAWIŚĆ W POEZJI.

 



Vincent van Gogh (1853 - 1890), Arles, October 1888
"The bedroom"

581.

    Za mną pobudzająca mnie do optymizmu szeflera, za nią okno, a po tamtej stronie okna niepełna ciemność osiedla, stojące w zwartym szeregu samochody pokryte majestatem zamrozu, może resztkami śniegu, który pod wieczór padał dopominając się nastania zimy. Nareszcie przestało wiać, co odczuwa się też w samym pomieszczeniu, choć otwory okienne mieszkania zdają się być szczelne. To co mnie zwykle intryguje, gdy zasiadam do pisania to przemijanie czasu, ten mój odwieczny przeciwnik, złodziej grasujący bezustannie po płaszczyźnie mojego życia. Ten mój nieustający bunt przeciwko dziurawej konwi czasu jest wielokrotnie nie do zniesienia. Wyobrażam sobie tę niepojętą zgubę jako wnikające w skorupę ziemi krople czasu, jako uderzenia serca, mruganie powiek, jak świt coraz bardziej szary, jak niechęć codziennego zmartwychwstania po niespokojnym śnie. Boję się tej melodii upływających kakofonicznych dźwięków - do czego gotowe są one mnie doprowadzić? Tymczasem korzystam z daru tworzenia nadrzeczywistych obrazów ze wspomnień. Wystarczy abym tylko pomyśl o czymś, co należy do minionego świata, potrafię wiernie i w szczegółach to odtworzyć. Weźmy na ten przykład dom mój rodzinny, kamienicę jakich tysiące, a jednak tę moją własną, widzę raz jak na kolorowym zdjęciu, przytulną i radosną, innym razem ten sam dom postrzegam w smużastej powłoce sepii, to znów mój wzrok maluje postimpresjonistyczny obraz zarówno samego budynku jak i podwórza z trzepakiem pośrodku, wokół którego toczyło się moje życie - życie pacholęcia, potem aż do ukończenia średniej szkoły młodziana, z tym, że ów trzepak nie był wtedy agorą, a jedynie jej wspomnieniem. I jeszcze te dziesiątki skojarzeń. Dzisiaj akurat o tym, jak dwunastoletnim, co najwyżej, brzdącem będąc, wchodziłem na poddasze komórki (że też nie obawiałem się spaść), a tam siadałem przy tajemniczym stole i pisałem pierwsze swoje teksty, powiedzmy, literackie, które później gdzieś spłonęły w pożarze niepamięci. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że doskonale pamiętam mały, zielony, plastykowy długopis, którego największą zaletą było to, iż zawierał w sobie wkład piszący ciemnogranatowym, bardzo wyraźnym tuszem - do dzisiaj lubię ten prehistoryczny odcisk tuszu na papierze.

    Skojarzenia na teraz? Z ojcem... odezwały się we mnie "Sklepy cynamonowe" Schulza. Kto czytał, ten zna te uczucia dziecka względem ojca. Wrażliwy na porządek ojciec zwraca się do mnie zaraz po tym, jak odkurzyłem dywan w ostatnim pokoju:

- Nie do końca odkurzyłeś dywan. Przecież można sie na nim przewrócić.

    Nie zrozumiałem. Za chwilę ojciec wyjaśnił mi, że chodziło mu o nieuczesane frędzle dywanu. Albo może mi kto odpowie dlaczego mój ojciec znany z wybitnego w dawnych czasach poczucia humoru, nazywał czasami moja mamę "Baszanowskim" (znany nasz ciężarowiec, dwukrotny mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów w wadze lekkiej), gdy była w pół negliżu. Chodzi o to, że moja mama nie należała do kobiet korpulentnych, wręcz przeciwnie, a i sportem nijakim również się nie zajmowała, nie miała też w owych czasach jakiejś fizycznej wady, na podstawie której można by sobie popuścić wodze żartu.

    Miał te swoje czasami dziwaczne przyzwyczajenia - do koszul, które zawsze musiały być wyprasowane, koniecznie z mankietami scalonymi spinkami, do jasnych najczęściej garniturów, do pracy społecznej, która stawiana była przez niego powyżej niektórych męskich obowiązków domowych, do znaczków zbieranych pasjami, do bardzo wczesnego wstawania, do obowiązkowości, dzięki której nigdy w życiu nie spóźnił się do pracy.


582.

    I już odpływa kajakiem pamięci wspomnienie, i okazuje się, że tworzę zapiski na nieco inny temat niż chciałem.

    A chciałem także o tym, co dręczy mnie od dawna, a mianowicie: czy możliwa jest znacząco negatywna zmiana w człowieku, zmiana która stała została dokonana pod wpływem innej osoby? Upraszczając kobieta czy mężczyzna wchodząc w związek małżeński przejmują absolutnie sposób życia swojej połowicy i przez to stają się zmienionym / zmienioną nie do poznania. Pisząc te słowa, mam oczywiście świadomość, iż pokusiłem się o zadanie pytania retorycznego, gdyż znam taką osobę, w której dokonała się taka negatywna przemiana, mało tego, ta przemiana cały czas się pogłębia i, co gorsza, wydaje mi się, że ta osoba nie jest świadoma tego, że przestała być sobą i wypowiada się językiem swego partnera / partnerki. Dla mnie jest to nie do zniesienia, gdyż znam od dawna tę osobę i ubolewam nad tą zmianą: jakże bowiem mam prowadzić rozmowę z kimś, kto posługuje się nieswoim językiem? A może tego stanu nie da się odwrócić? Ciekaw jestem, czy takich postaci zatracających swe dotychczasowe oblicze jest więcej.

583.

    Ostatnio pisałem w superlatywach o pewnej stronce na facebooku, a tu dzisiaj przytoczyć muszę przykład zgoła przeciwny. Jest taka grupa sympatyków własnej twórczości... pisanie literackiej byłoby nadużyciem. Otóż pewnym osobom wydaje się, że osiągnęły kunszt poetycki do tego stopnia, że zdecydowały się podzielić swym "pisactwem" z innymi. No cóż, niech tak będzie - przynajmniej bomb nie produkują. Byłem przez pewien okres czasu biernym obserwatorem poczynań tej grupy składającej się, jak sądzę, z młodych ludzi. Razu pewnego obejrzałem sobie pewną panią w wieku bardziej niż solidnym, która deklamowała swoją wielce politycznie nacechowaną rymowankę, która spodobała mi się inaczej. Ośmieliłem sobie przekazać tej sędziwej pani komentarz z sugestią, czy by przypadkiem nie napisała czego w formie hymnu czy dytyrambu ku czci miłościwie nam panującego prezydenta. Poetka połknęła moją podpowiedź jak foczka bałtyckiego śledzia i odpowiedziała, że i owszem, jak tylko znajdzie czas i wenę, natychmiast takowy poemat napisze. Ponieważ mimo poczynionej sugestii nie byłem zainteresowany kolejnym dziełem literackim tej pani, odpuściłem sobie tę panią i stronę, na której deklamuje swoje wiersze. Aż tu pewnej nocy jakiś zapewne diabeł podkusił mnie i natrafiłem na wiersz tej pani. Tematem wiersza była wina Tuska i jemy podobnych zdrajców Polski. Przyznać muszę, że nigdy dotąd z czyichkolwiek ust nie usłyszałem tak zajadłem mowy nienawiści, jaką na katolickiej tacy otrzymałem od tej pani. Pomyślałem sobie, że ta poetka deklamująca swój wiersz (a jakże - stolik, kwiaty w wazonie, paląca się świeczka - nastrój jeśli nie wigilijny, to przynajmniej przypominający koncert życzeń) musi w ostatnim czasie karmić się przynajmniej trzy razy dziennie samą li tylko nienawiścią. Mogłem wprawdzie tę poezję udostępnić choćby sobie i później przełożyć wypowiadane przez panią poetkę słowa na mowę pisaną, ale nagle trafił mnie najjaśniejszy szlag, a że jestem po zawale, porzuciłem swój zamiar, chociaż aż mnie kusiło zapytać, kazaniami której parafii została ta osoba zainspirowana do napisania swego poematu.

    Skończyło się na tym, że rozstałem się raz na zawsze i z panią poetką, i z poetycką grupą.


[03.12.2021, Toruń]



ZACZNIJMY OD BACHA (5) KANTATA BWV 156.


Dzisiaj muzycznie, ale skromnie - jedna z kantat Jana Sebastiana Bacha. Muzyka może nie najłatwiejsza w odbiorze, ale uspokajająca.  




Jan Sebastian Bach - Kantata "Stoję jedną nogą w grobie" 
BWV 156 (katalog Wolfganga Schmiedera)
dyrygent Lars Ulrik Mortensen - Dania i  
 Holenderskie Towarzystwo Bachowskie


[03.12.2021, Toruń]


02 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (580) FILMY, SPEKTAKLE TEATRALNE, AKTORZY

 

Tadeusz Janczar



580.

Jak mi jest źle, wkraczam sobie na grupę strony "Filmy polskie lat 1945-1989". Mowa o stronie na facebooku. Jako wieloletni użytkownik tego społecznościowego portalu, pomimo straszliwego zachwaszczenia go ideologiami nienawiści, wszelkiego rodzaju hejtu, czasami coś pożytecznego można znaleźć dla siebie.

Moja uwaga skupiona jest głównie na grupach zainteresowań sztuką, muzyką, filmem i literaturą, chociaż te ostatnie wiążą się raczej z konkretnym twórcą, np. Beckettem, Kafką, Joycem czy Tokarczuk. W każdym razie można odnaleźć grupę, w której będziemy się czuli bezpieczni (hejt), a przy okazji pogłębimy (metajęzyk belferski) swoje zainteresowania.

Nie inaczej jest z grupą "Filmy polskie lat 1945-1989". Cezura lat wskazuje jednoznacznie, że przedmiotem zainteresowania grupowiczów są filmy powstałe z epoce PRL-u - nic dziwnego, bo przedstawiają się one w znakomitej większości jako bardziej wartościowe od współczesnych. Cóż zatem można na tej stronce obejrzeć, przeczytać i dowiedzieć się? Stan z 1/2 grudnia:

- wspomnieniowe zdjęcia aktorów i aktorek - Zbigniew Zapasiewicz, Irena Kwiatkowska i Tadeusza Olsza, Aleksander Bardini, Janusz Gajos, Olgierd Łukaszewicz, Tadeusz Janczar, Andrzej Wajda, Anna Dymna i wielu, wielu innych,

- ostatnie filmy (w całości): "Wielka majówka", "Sekret", "Rękopis znaleziony w Saragossie", serial "Wojna domowa"

- chociaż w tytule grupy widnieją filmy, z łatwością natkniemy się na słuchowiska radiowe, spektakle teatralne (ostatnio "Trzy siostry" Czechowa), także widowiska teatralne - "Kobra" czy projekcje "Teatru Sensacji",

- kultowe piosenki, fragmenty filmów, wybrane niezapomniane sceny widowisk i filmów i seriali, kabaret i wspomnienia o zmarłych aktorach czy też upamiętnianie rocznic związanych ze sztuką teatralno-filmową.

Mogę śmiało powiedzieć, że zawsze znajduję coś dla siebie, a tak naprawdę to nie jest możliwe, abym "od deski do deski" przejrzał to wszystko, co zostaje opublikowane przez uczestników grupy. Wartością dodaną tych publikowanych materiałów jest to, że dostęp do niektórych z nich w innych miejscach sieci jest utrudniony lub wręcz niemożliwy. Dostęp do tych materiałów poprzez link:

https://www.facebook.com/groups/912617635825576

ale wydaje mi się, że będzie on bezpośrednio dostępny jedynie dla posiadaczy konta na facebooku.

Elżbieta Czyżewska



Wanda Łuczycka


Wiesław Gołas w serialu "Droga"



Leon Niemczyk



Zdecydowanie przedwcześnie zmarła Gabriela Kownacka

A może obejrzymy sobie pierwszy odcinek serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni" Andrzeja Wajdy???


[02.12.2021, Toruń]