Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

29 maja 2017

PRZYJACIEL

Mówisz, że podebrał ci dziewczynę. Tę dawno temu? Rozumiem. Skończyliście obaj szkołę i wybraliście się na tańce, wiejskie tańce; park, asfaltowy plac ogrodzony metalowymi barierkami. Słyszałeś, że uznawał tylko jazz, no i beatlesów; płyty dostawał od starszego brata, który studiował w Warszawie i nagle zaciągnął cię na wiejską zabawę. Obciach. A czy ty nie wiedziałeś, że jemu zawsze z oczu patrzyło źle; mówił to, robił tamto, nigdy nie spojrzał ci prosto w twarz. Z tą dziewczyną to było tak: właściwie to były dwie, przyszły razem: Wiktoria i Marta.  Może nawet nie to, że chciały się zabawić, ale poobserwować i szeptem do siebie: ten taki, przystojny, ale zawadiaka, w dodatku nie stroni od alkoholu, inny znów zalatuje maminsynkiem, ułożony, nieśmiały albo po prostu gapa, nie odezwie się, nie rozweseli dowcipem, tylko tak jakoś tajemniczo patrzy na ciebie; jeszcze jeden to dusza towarzystwa, gadatliwy aż nadto, ale z tym z kolei nie chciałabyś się pokazać w towarzystwie, bo kiedy Pan Bóg dawał urodę, ten najwidoczniej spał. No i zerkacie na te dwie małe: blondyneczkę i ciemniejszą. Obie, owszem, niczego sobie, a że młodsze, że jeszcze pstro mają w głowie, to i co w tym strasznego, przynajmniej dadzą się wychować, więc wybieracie: tobie przypadła Marta, ciemniejsza, z bursztynowym spojrzeniem, a tamtemu Wiktoria, blondynka z błękitem w oczach. Skradacie się do nich, ale wcześniej konieczna korekta włosów grzebykiem wsuniętym w tylną kieszonkę polskich dżinsów (w drugiej kieszonce na odwrotnej stronie maleńkiego zwierciadła Bardotka u niego, u ciebie Zośka Loren). Przystępujecie do akcji. Że koleżanki pewnie wybrały się, aby potańczyć? Co, nieciekawie grają? Lepiej byłoby czego posłuchać z płyt. Beatlesów na ten przykład, bo mój kolega ma kolekcję ich krążków, pożyczonych od brata. Brat studiuje handel zagraniczny, a my, no cóż… kolega wymarzył sobie prawo, a ja rusycystykę. My tuż przed egzaminami i głównie z tego powodu przyszliśmy się rozerwać; w poniedziałek wyjeżdżamy, a koleżanki? One z nudów. Tak sobie przyszłyśmy popatrzeć, nas wiejskie potańcówki nie kręcą. Co innego w mieście albo na wczasach. Teraz modne są dyskoteki, „five o’clocki”, na których zbiera się zgrane towarzystwo albo prywatki. To wy już bawicie się na prywatkach? A czy to dziwne? Po siedemnaście lat mamy. Rodziców odsyła się do rodzinki, albo do kina, ale u nas w miasteczku nieciekawe filmy mają, więc raczej do rodzinki; do północy możemy się pobawić, chłopcy przynoszą dla nas wiśniówkę albo quracao, a sami czystą mieszają z piwem, a tutaj, popatrzcie, gra muzyka, a wszyscy wokół placu stoją, a w remizie to ściany podpierają.
Wobec tego zatańczmy, zamiast się zastanawiać, powiedział tamten i ruszył do blondyneczki, pamiętasz? A się dopasowali, bo ona jaśniutka jak niedopalone słońcem siano, a w oczach len, zgrabna cholera i cienka w pasie jak jagniątko, szyja sarnia i sama w sobie gibka, a w tańcu jakby ją kto na sznureczku prowadzał, taka podatna, ale że modnie zagrali, dyskotekowo, to tańczyli razem z sobą i osobno i, mówię ci, że to ona, ta małolata wiodła prym w tym tańcu, a on podrygiwał zabawnie i obserwował, i starał się nauczyć reagowania na ruchy jej ciała. Kontrastowało pomiędzy nimi, bo on, jak syn smolarza, czarny, cera śniada, z wąsami Zorro, w polskich dżinsach i koszuli w kratę.
A tobie przypadła ta ciemniejsza, równie ładna, choć może bardziej onieśmielona, nieco niższa od tamtej i mniej widowiskowa w tańcu; zdaje się, że nie lubiła szybkich, natomiast przy „Małym księciu”, aha, rozpłynęła się nostalgicznie za tym, który ją kochał z wszystkich sił, a może przez ułamek chwili pomyślała, że to ty wymknąłeś się z kart książeczki właśnie dla niej. 
I „ustawiliście” się z nimi na niedzielę, tuż przed wyjazdami na egzaminy, a potem… potem przyszłość miała okazać, że on po niezdanych powrócił do dom, ty zaś po zdanych zostałeś wysłany na przeduczelniane praktyki, a kiedyś powrócił już ta ciemniejszą, że bardziej romantyczna, że zakochana, była ci przez niego podebrana, i naturalne polskie owocowe wino wypiłeś z tej okazji paroma haustami w samotności, aby zobaczyć świat lepszym niż ten z tą małą, co księcia z bajki szukała i w końcu znalazła.
Cóż z tego, że on niewiele się z nią zabawił; upolował inną, podatną na smagłość jego skóry, na wąsy Zorro, na te jego czcze gadanie. Zostawił ją również dla prawa, zakuwając do przyszłorocznych egzaminów, słuchając beatlesów i jazzu z płyt starszego brata.
Ćwierć wieku go nie widziałeś, nie żałuj; nie miałbyś z nim o czym porozmawiać. Zamknął się we własnym, elitarnym świecie prawniczego stadła, hermetycznie odizolowany od środowiska, w którym żył i dorastał. Nabył przyjaciół z górnej półki… czy przyjaciół?
I co masz mi jeszcze więcej do powiedzenia o nim? Zamówimy po setce żytniówki..?
Że po tym ćwierćwieczu cię nie poznał, kiedy zadzwoniłeś do jego drzwi, a był już wtedy uznanym sędzią i sądziłeś, że może ci pomóc w pewnej sprawie. Stał przed tobą w otwartych drzwiach w nieskazitelnie białym szlafroku, na tle którego smagłość jego twarzy, wciąż czarne włosy i wąsy wychodzące nieznacznie poza kąciki ust utwierdzały podobność tej urody do południowca. Przyszedłeś do niego z prośbą, ufając, że jest jedyną osobą, która może ci pomóc i chociaż również i ty doszedłeś do czegoś w życiu, poczułeś się tam, za progiem jego wilii jak najuboższy z krewnych. Nie rozpoznał cię, bo podobno zmieniłeś się bardzo na twarzy, na której rozlały się zmarszczki, a twoja dawna sprawność i gibkość ciała, twoja przystojność powlekła się tłuszczem poniżej torsu, wysuszając jednocześnie mięśnie twoich nóg i ramion. Wreszcie rozpoznał cię, kiedy wymówiłeś swoje imię, ale nawet wtedy trzymał dłoń na klamce, nie pozwalając na szersze otwarcie drzwi. Wtedy to, kiedy traciłeś już ochotę na wyłuszczenie sprawy, z jaką do niego przyszedłeś, zapytał cię o co chodzi i poprosił, abyś wyjaśnił w czym rzecz szybko i konkretnie, bo właśnie przygotowuje się z żoną do pójścia na proszoną kolację. Nie chciałeś mu przeszkadzać, więc w kilkunastu słowach przedstawiłeś swój problem, na co on, że sprawa jest i błaha i poważna, ale aby ją właściwie ocenić, należałoby poznać, co w tej kwestii ma do powiedzenia druga strona. Niepotrzebnie wierzyłeś, że samo opisanie problemu przez ciebie wystarczy, aby on, w końcu niewidziany przez lata przyjaciel z młodości zaufał twoim słowom i na ich podstawie zasugerował procedurę prowadzącą do rozwiązania nurtującej cię kwestii prawnej. Byłeś już zdecydowany wycofać się; przeniosłeś nawet środek ciężkości swego ciała w stronę nogi zakrocznej, kiedy on wypowiedział imię przyjaciela - prawnika, którego może ci polecić i który za poradę prawną nie zedrze z ciebie skóry, bo wystarczy, że będzie wiedział, kto go poleca. Stałeś zaklęty w stuporze odrętwienia, a wtedy on wypowiedział głośno imię swojej żony, prosząc, aby przyniosła mu wizytówkę Iksa i aby na odwrocie napisała numer ich domowego telefonu. Kobieta (w półmroku przedpokoju wydawała się o kilkanaście lat młodsza od niego) w błękitnej podomce i z ręcznikiem osadzonym na głowie jak turban wcisnęła mu w dłoń, którą nie wspierał klamki beżowy kartonik. Wręczył go tobie i poprosił, abyś do niego zadzwonił po spotkaniu z Iksem, a tak w ogóle to miło by mu było spotkać z tobą i kiedy tylko będziesz w stolicy, możesz do niego zadzwonić.
Może to i dobrze, że pomimo dobrej rady twego przyjaciela, nie stawiłeś się wtedy po poradę u Iksa, a potem zapodziałeś gdzieś ten beżowy kartonik z wypisanym na odwrocie numerem jego telefonu. W końcu wygrałeś ten proces, choć straciłeś sporo kasy, a najwięcej nerwów, ale na szczęście masz przy sobie kogoś i wcale nie siebie mam na myśli, tylko odzyskaną Martę. Wypijmy.
Kiedy tylko weszła, od razu skierowała się w róg knajpy, gdzie zwykle zajmowałeś stolik.
- Znów pijesz - powiedziała, a w jej głosie nie było zaskoczenia.
- Dzisiaj wyjątkowo z okazji spotkania z przyjacielem - odparł patrząc na mnie. - Poznajesz go?
Przysiadła się do nas. Wymieniliśmy serdeczności i delikatne muśnięcia wargami o policzki. Zamówiła kawę.
- Nic a nic się nie zmieniłaś - oznajmiłem jej. 
Bursztyn w jej oczach nie przyblakł, a ciemnoblond włosy toczyły dawną, delikatną falę wieczornej bryzy. Podziękowała uśmiechem.
- Rozmawialiśmy o nim, wiesz? - powiedziałem.
- Domyśliłam się - odrzekła. - Kiedy trochę wypije, ma zwyczaj myśleć o nim.
Miała zasmuconą twarz mówiąc te słowa.
- A przecież tyle razy przepraszałam go za tamto, za to, że odeszłam od niego bez słowa i dałam się tamtemu uwieść. No, powiedz sam, ile to lat już upłynęło.
- Ależ Adam nie ma ci tego za złe. Było, minęło, ważne, że jesteście razem.
- To najważniejsze - stwierdziła.
A ty raptownie wpadłeś w sen i miałem nadzieję, że przynajmniej we śnie nie będziesz wspominał swojego najlepszego przyjaciela z młodości.

[23.05 i 28.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

1 komentarz:

  1. Atmosfera lat siedemdziesiątych doskonale uchwycona. Ach, ta młodzież i te odwieczne problemy z samookreśleniem, miłością i dramatami. Ale spotkanie po latach może być już tragedią. Nawet przyjaciół czasem trzeba omijać szerokim ruchem.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń