Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

03 sierpnia 2012

Masakra



Eugeny Balashin - "Afternoon in the garden"

Chciałoby się powiedzieć, że sport nie jest najważniejszą rzeczą w życiu i pewnie jest to prawda. Kiedy jednak pomyślimy o tym, że przeciętny globalny Mr Smith, jeżeli chce się czego dowiedzieć o świecie, to aktywność sportowa poszczególnych nacji ma spory wpływ na postrzeganie danego państwa, na jego popularność. Oczywiście nie ma prostego przełożenia sukcesów sportowych na rozwój gospodarczy i znaczenie "usportowionego" kraju w świecie, lecz nie do końca to prawda. Tam, gdzie sport się rozwija istnieje prawdopodobieństwo, że ludziom nieco łatwiej się żyje i wyzwala się w nich w większym stopniu optymizm, energia życiowa, co w każdym państwie, bez względu na ideologiczne zapatrywanie rządzących, jest cennym składnikiem codziennego życia. Pomijam już fakt, że czasami sportowe sukcesy wynikają ze specjalnego traktowania przez państwo tej dziedziny ludzkiej działalności. Niewątpliwie niegdysiejsze sukcesy sportowe ZSRR, NRD czy dzisiejszych Chin to okazja pokazania światu własnej wielkości. W dobie komercjalizacji sportu, tej rywalizacji balansującej na krawędzi zdrowego rozsądku i medialnego szaleństwa, pieniądze, jakie wydaje się na sport wyczynowy, mają swój udział w zwycięstwach. Duże pieniądze dają możliwość stworzenia właściwej bazy sportowej, opłacenia trenerów, udoskonalenia organizacji przygotowań do rywalizacji oraz zapewnienia pomocy medycznej i psychologicznej na wysokim poziomie. Mniejsze pieniądze to niestety gorsze wyniki, chyba że mamy do czynienia z wybitnie utalentowanym i pracowitym sportowcem, który potrafi osiągnąć sukces niejako wbrew tej merkantylnej otoczce jaka funkcjonuje wokół sportowca - reprezentanta kraju. 
Coś niedobrego dzieje się w naszym sporcie. Owszem, mamy w nim kilka nazwisk, którymi zachwycają się inne nacje, lecz nawet niedawny Małysz, dzisiejsza Kowalczyk, czy drużyna siatkarzy, nie są w stanie zrekompensować coraz niższej średniej polskiego sportu. Trudno jednoznacznie wskazać, czemu tak się dzieje. Czy to rzeczywiście fatalna praca z młodzieżą, niski stan bazy sportowej, słabość kadry trenerskiej; czy to wina samych sportowców, ich nastawienia do wykonywanej przez siebie pracy? A może słabość polskiego sportu wynika to z coraz mocniejszej konkurencji? Prawdopodobnie nie ma jednej jedynej przyczyny takiego stanu rzeczy. A w Londynie zapowiada się, odpukać, masakra. Nawet jeśli nastąpi jakiś przełom, jeśli uda się któremuś z żeglarzy, wioślarzy, kajakarzy czy lekkoatletów, nawet jeśli siatkarze zdobędą medal, już dziś widać, że powrócimy z Wysp na tarczy. I nie o same medale tu idzie, a o to, że wspomniane wyżej postrzeganie Polski przez zwykłego zjadacza chleba, nie przyniesie nam chluby i nie przełoży się na optymizm Polaków, którego brakuje, bo w życiu już tak jest, że nieszczęścia chodzą parami. Ponadto, z dwojga złego, wolałbym nocne rozmowy Polaków o sporcie, niż te bezustanne kłótnie w politycznym bagnie.
Nie dość, że na Olimpiadzie się nie wiedzie, to na dokładkę nasze piłkarskie drużyny klubowe, po wcześniejszej klęsce reprezentacji, dostały łupnia w europejskich rozgrywkach. A tak prawdę mówiąc, to oglądając dwa ostatnie występy wrocławskiego Śląska, przypomniał mi się pewien mecz juniorów lokalnej drużyny, której seniorzy grają w czwartej lidze. Daje słowo, że umiejętności mistrza Polski z Dolnego Śląska bardzo niewiele przewyższają te, które zaprezentowali nastolatkowie. Jak to wyjaśnić? Jak to się dzieje, że dochodząc do pewnego poziomu sportowego w wieku lat siedemnastu następuje stagnacja.
Coś trzeba zmienić.
A jeśli podobnie jak ze sportem jest w innych dziedzinach życia? Dochodzimy do pewnego momentu w swoim życiu, w którym stajemy się fachowcami i nagle spoczywamy na laurach, przyzwyczajamy się do bylejakości i pozostajemy czwartoligowymi sędziami, inżynierami, menadżerami, lekarzami, nauczycielami, politykami?    

16 lipca 2012

Żywioł



Paul Gauguin - "Maternity Aka Three Woman On The Seashore"


- Inżynierze, niech pan spojrzy - redaktor Pokorski wskazał na zawieszony na przeciwległej stronie ekran telewizora, na którym prezentowano obraz zniszczeń po przejściu tornado.
Bek spojrzał w tamtą stronę i jedyne, co mógł zrobić w tym momencie, to pokiwał z niedowierzaniem głową.
- Straszne nieszczęście - usłyszeli nad sobą głos pani Zofii, która przysiadła się do ich stolika - pozwolą panowie?
- Proszę bardzo - zareagowali niemal równocześnie.
- Od pewnego czasu nie wychodzę z domu bez sprawdzenia, czy zamknęłam okna - zauważyła Zofia.
- Oj tak, pogodę mamy dynamiczną - przyznał Pokorski.
- Zatem ocieplenie klimatu tak właśnie następuje? - westchnęła Zofia - nie poprzez systematyczny wzrost temperatury zima i latem, lecz wskutek gwałtownych zmian zachodzących w przyrodzie?
- Być może - odparł inżynier Bek - W czasach mojego dzieciństwa mieliśmy również kaprysy pogody, lecz ich intensywność nie była aż tak dokuczliwa. Bywały raczej lata suche na przemian z mokrymi i chyba łatwiej było przewidzieć katastrofę. Dzisiaj taki na przykład rolnik w jednym roku może spodziewać się przymrozków, gradobicia, suszy, powodzi i trąb powietrznych.
- A i u nas też powiało, też zniszczenia i wiatrołomy w Zalesiu. Byłem tam z aparatem - zakomunikował Pokorski.
- Jak by nie oceniać zmiany klimatyczne, czy w istocie mamy do czynienia z ocieplaniem się klimatu, czy to jedynie jakiś szczególny układ okoliczności przyrodniczych się ukształtował, to powinniśmy przywyknąć i dostosować się do tych zmian.
- Co pan ma na myśli, inżynierze? Wydaje się, że z każdym rokiem nasze służby interwencyjne: straż, policja, służba zdrowia i wojsko działają sprawniej.
- To prawda redaktorze. Zresztą pan wie najlepiej, jak to na naszym terenie funkcjonuje, bo media lokalne również coraz lepiej wypełniają swoja rolę podczas zdarzeń losowych. Mnie jednak chodzi o kompleksowe podejście do tych zdarzeń.
- Jak bardzo kompleksowe? - dopytywał się Pokorski.
- Widzi pan, jeśli przyjmiemy, że zjawiska przyrodnicze o  charakterze katastroficznym występują i będą występować regularnie, choć ich charakter, forma, czas w którym wystąpią i skala wywołanych przez nie zniszczeń trudne są do wyliczenia, to należałoby przyjąć, że po każdej, takiej jak ostatnio, nawałnicy, powodzi czy pożarze, konieczna jest prędka, materialna i rzeczowa pomoc, której nie zastąpią nawet najdalej idące ubezpieczenia mienia. Państwo powinno zatem zainwestować w regionalne centra zaangażowane w produkcję środków, materiałów i urządzeń, które należałoby dostarczać do poszkodowanych przez żywioły regionów.
- Jak to konkretnie widzi pan funkcjonowanie takich ośrodków - dopytywał się redaktor.
- Centra te powinny się stać miejscem produkcji i gromadzenia materiałów budowlanych, od przysłowiowych worków z ziemią, po namioty i domki, od pomp wodnych do mebli i sprzętu budowlanego. 
- A pieniądze na to, panie inżynierze? - wtrąciła pani Zofia.
- Otóż państwo i tak wydaje pieniądze na walkę z żywiołami, czy to poprzez bezpośrednie przekazywanie finansowej pomocy poszkodowanym, czy też poprzez środki uruchamiane przez władze samorządowe. Organizowane są też dobrowolne zbiórki na zakup potrzebnych rzeczy czy też funkcjonuje pomoc sąsiedzka. Gdyby jednak uprzedzić fakty, gdyby spróbować zainwestować w produkcję niezbędnych artykułów, to można by przy okazji pobudzić gospodarkę. Działałoby to na zasadzie prac publicznych, na które państwo również przeznacza znaczne środki. należałoby więc spróbować wymyślić formę finansowania, opracować strategię produkcji i redystrybucji, kiedy zajdzie konieczność użycia środków. Mało tego, gdyby okazało się, że podaż nagromadzonych środków przewyższa potrzeby, można by na wniosek zainteresowanych i najbardziej potrzebujących dofinansowania samorządów, przeznaczać część materiałów budowlanych na budowę mieszkań komunalnych, na poprawę infrastruktury.
Z każdej, nawet najtragiczniejszej historii, można wyciągnąć wnioski, ba, nawet trzeba, drodzy państwo.

15 lipca 2012

Jerzy Kulej




José Luis Cortez Hernández - "Medium nuhual esfera

Radca Krach rzadko bywał zasmucony. Jeżeli nawet miał ku temu powody, upijał smuteczek w whisky, a nawet Becherovce, którą smakować nauczyła go żona. Jeśli to nie pomagało, zaprzyjaźniał się z ironią, okraszaną czasem sarkazmem pomieszanym z drwiną. Wedle opinii kawiarenkowych gości, radca Krach potrafił w żart zamienić nawet najdokuczliwszą igłę wiadomości, szyjącą najpodlejszym, bolesnym ściegiem.
Tym razem nawet doktor Koteńko, gdy siedli razem w zupełnym końcu sali, zdawał się być osobą promieniującą humorem (choć w rzeczy samej pan doktor melancholijnego był usposobienie i z niekłamanym trudem podtrzymywał żarty pleniące się wokół niego.
Koteńko wiedział, że aby doprowadzić nastrój radcy do używalnego stanu, należy wpierw zamówić dla siebie i przyjaciela podwójną whisky, najlepiej nie mieszankę i bez żadnego popitku czy lodu. Należy też towarzyszyć wytrwale, pomimo słabszej głowy, w przemieszczaniu się trunku ze szklanicy we wnętrzności, a w przypadku, gdy to nie zadziała, wypada powtórzyć dawkę.
- Radco, cóż możemy zrobić więcej. To zarówno pana jak i mój sportowiec najmilszy. Bokser naszego dzieciństwa -0 odezwał się doktor Koteńko.
Tak właśnie reaguje na smutek przyjaciela przyjaciel. Tak właśnie odbywa się owo rozpoznanie przyczyn smutku z lekką domieszką trunku. A przecież powodów do zmartwienia mogło być bez liku.
- Jakże szybko odszedł - westchnął radca - a już myślałem, że ten paskudny zawał, ten udany unik przed śmiercią pozwoli mu dotrwać do ostatniej rundy.
- Stało się inaczej, radcuniu, niech mu ziemia lekką będzie.
- A czy pan wie, doktorze, że Kulej za te dwa olimpijskie złota dostał od państwa w sumie sto dolarów - westchnął Krach, kończąc druga szklanicę.
- Inne czasy, radco. Inni ludzie i obyczaje.
- To prawda, doktorze. Dzisiaj piłkarz taki sobie narzeka sobie na to, że nie dostał na czas darmowych biletów na mecz dla kumpli i rodziny, a tamten... jeżeli nawet więcej ważyły dawniejsze dolary od obecnych, to bycie najlepszym na świecie kosztowało niewiele.
- Pewnie, panie radco, wtedy chodziło o coś więcej niż o pieniądze, nieprawdaż?
- I Kulejowi, i panu, i mnie też...

11 lipca 2012

Przemyślna strategia



Paul Cézanne - "Gardanne"

Literat powrócił do kawiarni ogorzały, z ramionami i twarzą muśniętymi ciepłą, tabaczkową barwą. To skutek przebywania w sadzie i takiego stołu ogrodowego ustawienia, jakie najdoskonalej sprzyjało penetracji południowych promieni. Kolejnym powodem zdobycia lipcowego koloru i żaru dobywającego się z ciała był ów szczególny dar, przez poetów natchnieniem zwany, a przez innych określony mianem tańca weselnego - na pamiątkę sławnego Reymonta, który skończywszy opis Borynowego wesela miał rzec, że natańczył się po wszystkie czasy.
Literata bez reszty pochłonęło pisanie, że zapominał o świecie całym i jedynie nieoceniona Maria przypominała mu o nim kawą z kardemonem i wanilią, albowiem smak pisarza był wyrafinowany i na korzenne specjały wrażliwy.
Późnym wieczorem, gdy kawiarniani goście żegnali się z przyjaciółmi, obierając kurs na wygodną, a przesuszoną gorącym powietrzem pościel, Literat powrócił do lokalu i spożywając późną, niewyrafinowaną tym razem kolację, przysiadł się do Adama.
- Pierwszy raz, o ile sięgnę pamięcią - konstatował - mam powieść w detalach opracowaną i na jednym wdechu mógłbym ją urodzić od poczęcia.
- Wnioskując po ogromie czasu, jaki spędził pan w sadzie zdaje mi się, że pan już sporo ją napoczął.
- Jak najbardziej, panie Adamie, a proszę mi wierzyć, że zdarza się to nieczęsto.
- O czymże pan tym razem raczy pisać - Kawiarennik nie krył zaciekawienia.
- Ech, panie, ja już ten temat miałem od lat w głowie. Aż dziw, że dopiero teraz. Niech pan posłucha.
- W słuch zamieniam się prawie.
- Czy zastanawiał się pan nad kwestia taką, że człowiek za życia nie zawsze bywa doceniany, że dzieło dopiero po jego śmierci żyć zaczyna?
- Niestety są takie przypadki.
- I o tym właśnie rzecz będzie się toczyć. Mamy o to malarza, który ledwie koniec wiąże z końcem, a może by i nie zdołał tych sznureczków związać, gdyby nie jego adoratorka, z którą go los złączył. Na pewnym etapie bezowocnego artystycznego życia, towarzyszka życia malarza, rozumiejąca tu i ówdzie panoszącą się zasadę braku akceptacji dla dzieła za życia artysty, wpada na karkołomny pomysł uśmiercenia niedoszłego geniusza. Śmierć ta, rzecz jasna, jest jedynie pozorna, choć przemyślnie zaplanowana. Na dalszym etapie odbywa się wyreżyserowana strategia polegająca na pojawieniu się na rynku nigdzie nie prezentowanych, choć skończonych dzieł zmarłego mistrza. Tych płócien ma być dziesięć w zamkniętym cyklu o nazwie "Dekalog". W rzeczywistości jedynie "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu" jest obrazem ukończonym. Adoratorka malarza sprytnie wykorzystuje zarówno temat malowideł, jak i też ograniczoną ilość dzieł w cyklu do tego, aby wyzwolić próżność u kolekcjonerów, którzy będąc pod wrażeniem osobistego uroku kobiety zaczynają konkurować pomiędzy sobą. Malarz, pozostający w ukryciu, zachęcony sukcesem pierwszego sprzedanego "pośmiertnego" płótna, podejmuje się malowania pozostałych części cyklu. Nie jest jednak automatem i niejednokrotnie doświadcza załamań. Ulega zniechęceniu i wzrasta jego obawa o to, że przebiegły plan jego przyjaciółki ujrzy światło dzienne. Czas nie jest jego sprzymierzeńcem, lecz motywowany, a wręcz manipulowany przez kobietę dopełnia cykl ostatnią pracą. Po sprzedaży ostatniego płótna oczekuje, zgodnie z umową, na nowe życie, nowy dokument tożsamości, który wykorzysta w podróży z towarzyszką na antypody świata, w którym żył jako umarły. Niestety to oczekiwanie będzie niespełnione. Nigdy już nie spotka kobiety.
- Jeśli oszustwo, to do końca - westchnął Adam - smutne zakończenie.
- Zawsze zakończenie czegoś jest smutne.

07 lipca 2012

Powrót motywu



Judy Shinnick - Quiet Moment




Dolores weszła do kawiarni. Nieoczekiwana zmiana miejsc. 
Nie tak. Inaczej. Potrzeba było nocy o takim natężeniu ciszy, aby usłyszeć bardzo taktowne odgłosy delikatnych tąpnięć damskich bucików dochodzące z ociekającego mrokiem, lecz zabarwionego chłodnym światłem księżyca miejskiego placu.  Za tymi dźwiękami podążały inne, wielokrotnie złożone o mniejszych interwałach.
A trzeba wiedzieć, że drzwi do kawiarenki otwarte były na przestrzał i nie tylko Dolores z zaspanymi pociechami pojawiła się w nich tej nocy, lecz również chłodna mgiełka powietrza wtłaczała się w nagrzane ściany pomieszczeń.
Adam przysypiał przy zaczętym a nie skończonym kuflu piwa, kiedy usłyszał jej głos, szeptem przełamujący ciszę.
- Znajdzie się dla nas miejsce? 
Otworzył oczy i powiódł wzrokiem ku trzyosobowej, różnopłciowej gromadce mniejszych ludzi. I uniósł wzrok ku tej, której szept usłyszał.
- Maria zaprowadzi na górę - stwierdził, unikając bezpośredniej odpowiedzi.
Uśmiechnęła się i z pozostawionego na stoliku kufla uszczknęła dwa krótkie łyki.
- To może ja zaśpiewam...
I odeszła kilka kroków w stronę środka sali.
Kiedy śpiew dokumentnie zrujnował ciszę, do lokalu wszedł radca Krach.
- Co tu się dzieje? - zapytał.
Adam przyłożył wskazujący palec do ust.

26 czerwca 2012

W zaparte


Figurski to nawet nie przeprasza, a czuje się wręcz dumny ze swojego żartu. Jeśli już, to przeprasza za interpretację. Znaczy się, przeprasza między innymi za mnie, że nie zrozumiałem jego intencji. Czego więc nie zrozumiałem?
"Nasze żarty bywają grubiańskie i szokujące, a co do ich poziomu można dyskutować, ale przez to zaczynamy być coraz częściej zalążkiem narodowej dyskusji na dosyć istotne tematy dotyczące polskiego społeczeństwa, naszej tolerancji, rzekomej otwartości wobec innych nacji czy ras." 

Nie zrozumiałem tego, że pan Figurski na wieść o porażce Ukrainy w Euro 2012 powstrzymuje się przed zgwałceniem swojej ukraińskiej pomocy domowej z tego powodu, że nie jest ona dostatecznie piękna.
Nie wiedziałem, że pan Figurski nie dopuszczając się gwałtu na SWOJEJ WŁASNEJ Ukraince, czyni to w celu wywołania narodowej dyskusji na temat mojej rzekomej otwartości wobec innych nacji czy ras.
Myślę sobie, że jeśli pan Figurski ma jakiś problem z własną tolerancją lub jej brakiem, jeśli ma problem z sobą i poziomem swoich dowcipów, niech przyjmuje to na ciało i nie próbuje mną manipulować i nie każe, abym to ja przepraszał za jego głupotę.
Pan Wojewódzki gra z kolei na wolnościowej nucie. Broni swojej kabaretowej audycji, w której posłużył się był niewinnym żartem na temat SWOJEJ WŁASNEJ Ukrainki, której estetycznych walorów nie zdążył odkryć, bo ta wciąż na kolanach. Przecież nikt nie zmusza mnie do wysłuchiwania jego żartów i obserwowania jego głupawych min w telewizorni. 
W komentarzu do satyrycznego dialogu, jaki przeprowadził z panem Figurskim, pan Wojewódzki posuwa się ciut dalej. Otóż tłumaczy, że z audycją, w której demonstruje swój poziom humoru jest tak jak z Muzeum Techniki czy filmami Almodovara. Nie każdy musi odwiedzać jedno i patrzeć się na drugie. Nie wiem, skąd w tym satyrycznym, wymytym z jakiejkolwiek refleksji nad nieporadnością własnego umysłu celebrycie pomysł, że jego, świadomie prześmiewcza z innych twórczość słowna, stać może na poziomie Muzeum Techniki, czy też twórczych obrazów jednego z mistrzów współczesnego kina. 
Myli się też pan Wojewódzki sądząc, iż reprezentuje nurt Gombrowicza i Mrożka, którzy, wielkimi ludźmi będąc i humorem ponadprzeciętnym operując w opera omnia swoich, nade wszystko naszą własną, narodową, zaściankową często kondycję umysłową wykpiwali, nie obnosząc  się kpiną i prześmiewaniem wobec innych nacji.
Cały problem z obu panami polega na tym, że zdając sobie sprawę ze znikomej kulturowo-intelektualnej wartości słów swoich, dążąc wszelako do celebryckiej nieśmiertelności (a teraz i do okazywanego im współczucia za kneblowanie ust), robią co mogą, aby traktować ich jako niepokornych bojowników wolnego i nieskrępowanego słowa w ramach powszechnej wolności, która dla nich oznacza robienie wszystkiego, na co człowiek może się ważyć, bez oglądania się na to, że czyni krzywdę i szkodę innym, że stawia się ponad moralnym prawem, prawem, które Ich nie obowiązuje. 

22 czerwca 2012

Głupcy


"Wojewódzki mówi m.in. na antenie, że po porażce Ukrainy "zachował się jak prawdziwy Polak" i "wyrzucił swoją Ukrainkę". Figurski dodaje ze swej strony: "Ja po złości jej dzisiaj nie zapłacę" oraz "Powiem ci, że gdyby moja była chociaż odrobinę ładniejsza, to jeszcze bym ją zgwałcił".


za: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/msz-ukrainy-wojewodzki-i-figurski-powinni-przepros,1,5168080,wiadomosc.html


Podobno najtrudniej dyskutować z głupcami. Mają oni swój własny świat, w którym żyje im się dobrze i wesoło. Głupcy nie mają kontroli nad tym co mówią, robią i w jakich kontekstach komentują rzeczywistość.
Z Wojewódzkim i Figurskim nie dyskutuje się, bo nie ma o czym. Mają zaprogramowane wywoływanie skandali, kpiny i obrażanie innych, kiczowaty humor na poziomie najniższego poziomu kopalni w Wieliczce. Mało tego. Dostają za to kasę. Czytaj: jest ktoś, kto świadomie zatrudnia obu panów, aby ci naigrywali się do woli z dowolnie dobranych ludzi, grup, czy, jak to się ma w powyższym przypadku, narodu. 
Nie przekonuje mnie teza, że wolność daje prawo do wypowiadania bredni, oczerniania innych, naśmiewania się, wykluczając jednocześnie branie odpowiedzialności za słowo. Tak jak kłamstwo jest kłamstwem, tak poniżanie słowem jest poniżaniem i nie zmieni tego faktu wolność słowa. Za wypowiadane słowa, godzące w godność innej osoby powinno się odpowiadać. 
Kiedy Debbie Schlussel świadomie powtarza kłamstwa o polskich obozach koncentracyjnych i o wymordowaniu przez Polaków 4 miliony żydów, to pierwsza poprawka do Konstytucji USA nie ma tu nic do rzeczy.
Kiedy Wojewódzki z Figurskim, nie sprowokowani, kpią i poniżają godność  narodu ukraińskiego, to z urzędu powinni być oni ścigani przez polskie prawo.
I żadne "przepraszam" nie wystarczy. 
Jedynie bardzo dotkliwa kara finansowa za poniżanie godności innych osób, kara tak dotkliwa, która doprowadziłaby poniżających na skraj nędzy, mogłaby wyeliminować z naszego życia osoby, które wykorzystując swoja obecną pozycję, status społeczny, popularność, kompletnie nie liczą się z nikim i niczym.
Walczmy z patologią. 

17 czerwca 2012

Bez niespodzianki


I oto stało się to, co niestety, było do przewidzenia. Po lepszym meczu z Rosją, tym razem nie daliśmy rady Czechom. Za brakło pomyślunku, skuteczności, sił i ponownie odwagi trenera w prowadzeniu ofensywnej gry, który tak bardzo przejął się "zwycięskim" remisem z Rosją, że i tym razem składu nie zmienił, wprowadzając na boisko w środku pola "przeszkadzaczy" w grze rywala, nie zaś piłkarzy potrafiących atakować i odciążyć nieco pozostawionego na pastwę środkowych obrońców Lewandowskiego.
Ale spójrzmy realnie. Ambicji naszym nie brakło, z czego należy się cieszyć; nie starczyło umiejętności oraz jakiegoś pomysłu na rozegranie meczu ze strony Smudy. Optymizm komentatorów okazał się być na wyrost i nawet osłabione Czechy, nie grające jakiegoś kosmicznego futbolu, okazały się być poza zasięgiem. Ciekawe, że przed spotkaniem ekscytowano się tym, jakiego bramkarza powinien trener wystawić, tymczasem (a mecz mieliśmy wygrać) należałoby raczej pomyśleć nad wprowadzeniem do gry drugiego napastnika.
Z tego wszystkiego, przynajmniej ja, cieszę się, że Czesi wyszli z grupy, bo jakoś czuję sentyment do naszych najbliższych południowych sąsiadów Słowian.
Tak sobie myślę, że gdybym miał kierować się uczuciami z pogranicza metafizyki, to może fakt braku awansu Polaków i, co wydawało się niemożliwe, Rosjan, to odpowiedź nadprzyrodzonej siły na chuligańskie wybryki przedstawicieli obu nacji.
Ze sportowego punktu widzenia rozczarowujący jest awans Grecji, najbrzydziej grającej drużyny na Euro, ekipy boiskowych udawaczy, kłamczuszków lub, jak kto woli, płaczliwych panienek, wrażliwych na ból podczas  kontaktu z miękką, bądź co bądź, murawą boiska. Powiedzenie "udawać Greka" wspaniale wpisuje się w filozofię futbolu spod Aten.
Nie dajmy się jednak zwariować. Piłka nożna to tylko sport i nadymanie tego balona do politycznych wręcz rozmiarów nie ma sensu. Jak w każdej dziedzinie życia, aby odnieść sukces w światowej czy europejskiej skali, należy pracować od podstaw, tworzyć silne przedsiębiorstwa i skutecznie konkurować z innymi, zaczynając od rywalizacji na niższych szczeblach.
To prawda, że ważne jest, aby mieć ten łut szczęścia, jak to w życiu. Wtedy i niespodzianka się zdarzy.
Tym razem jej nie było.

09 czerwca 2012

Para poszła w pierwszy gwizdek


No i zaczęło się. Nawet przejezdność zachowana. Ukraińskie feministki się rozebrały, popieprzyły Euro, domagając się, aby UEFA nie zarabiało pieniędzy i nie wykorzystywało seksualnie Polek i Ukrainek, tudzież, aby nie rozpijało mężczyzn. Całe szczęście, że istnieją jeszcze kobiety myślące innymi częściami ciała poza cyckami.
Zaczęło się więc to igrzysko. Chłopaki w pierwszej połowie nawet nieźle zagrali. Lewandowski strzelił. Sędzia, urzeczony polską gościnnością, wyrzucił jednego Greka. Po przerwie chłopaki wybiegli na boisko zmęczeni, dali sobie strzelić gola; Szczęsny wykosił Greka, sędzia nie miał wyjścia i zagrał w czerwień, a Tytoń bez rozgrzewki wybił piłkę z karnego. Zmęczeni chłopcy (jejku, czekają nas trzy mecze, a tu po 45 minutach błaszczykowscy i adamiakowie padają jak muchy ze zmęczenia) dogrywają w końcu na remis ten mecz z najbrzydziej w Europie grającą reprezentacją.  Z tych nerwów zapewne trener zapomniał, że do kadry powołał więcej niż jedenastu piłkarzy i postanowił poznęcać się nad całą pozostałą na boisku dziesiątką graczy, nie dając zmian.
Zerkam do swoich prognozowych notatek. Z grupy wychodzą Rosja i Czechy. Typy pierwszych dwu spotkań: Rosja pokonuje Czechy  (trafiony, zatopiony: 4-1), Polska pokonuje Grecję (pudło: 1-1).
Wynika stąd, że z grupy nie wychodzimy i punkt z Grecją będzie pewnie jedynym, jaki zdobędziemy.
I właśnie w tym miejscu niech mi będzie dane przytoczyć o dziwo, najmądrzejsze od wielu, wielu miesięcy słowa pana premiera: "piłka nożna to naprawdę bardzo ważna sprawa, ale to jednak jest zabawa, to jest sport, a nie wojna", które to słowa dedykuję również cycatym feministkom z Ukrainy.

02 czerwca 2012

Wilcze prawo silniejszego




Олег Горохов - "Kleopatra"



Znów nam dokopali, i nie jest to wiadomość z piłkarskich boisk, tuż przed Euro. Palnął prezydent Obama o polskich obozach śmierci. Beznamiętnie i na wpół świadomie przyłączył się do powtarzanych tu i ówdzie rewelacji, jakoby Polacy podjęli starania, aby naród żydowski pozamykać w gettach i przewieźć do obozów, gdzie miał zakończyć swój żywot. A wszystko to polskie plany i ich realizacja.
Rzecz jasna nikt rozsądnie myślący nie powie, że czczący pamięć wielkiego Polaka Jana Karskiego prezydent USA, świadomie przeinaczył historię, wzbudzając złość i niepokój Polaków. Gafa stała się jednak gafą z rodzaju tych, które z trudem pominąć milczeniem. Wypadałoby raczej spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego do niej doszło?       I tu, wbrew pozorom, wyjaśnienie jest stosunkowo proste. Otóż wilczym prawem wielkich tego świata, zamożniejszych i potężnych jest nie przywiązywanie wagi do tego, co dzieje się na opłotkach świata. Z punktu widzenia geopolityki światowej, Polska była i jest mało znaczącym trybikiem, który, co najwyżej, przydatny jest w mechanizmie polityki lokalnej. Dlatego też Zachód nie zawierzył, lub zawierzyć nie chciał relacjom Karskiego o zagładzie żydów, dlatego zgodna cisza zapanowała wokół Katynia, dlatego sprawa premiera Sikorskiego, a później porządku, jaki zapanował po wojnie, nie były to kwestie godne zainteresowania się nimi przez sojusznicze mocarstwa Związku Radzieckiego. Jeśli nie przywiązuje się wagi do tego, co dzieje się na peryferiach świata, trudno wymagać, aby historia tychże rejonów była mocarstwom znana i aby ta ignorancja nie skutkowała przekłamaniem, nawet podczas uroczystości o tak jednoznacznie brzmiącym przesłaniu.
Wydaje się, że w większości przypadków, nawet nie włączając w to wielkiej polityki, mocarstwo możniejsze, czy społeczeństwo, któremu wydaje się, że stoi na wyższym szczeblu rozwoju, w znacznie większym stopniu ignoruje słabszych, niej istotnych. Dopóty, dopóki polski aktor/film nie trafi do Hollywood, dopóki piosenkarz nie zaśpiewa po angielsku, dopóki pisarz nie znajdzie dobrego tłumacza swych utworów, dopóki nie zainwestuje się pieniędzy na reklamę wyżej wymienionych, aktor, film, piosenkarz czy pisarz w wielkim świecie nie istnieją. Uczeń polski, aczkolwiek ostatnio mniej chętnie, przyswoi sobie wiedzę na temat panowania Henryka VIII, Komuny Paryskiej czy wojny secesyjnej, aniżeli zachodni studenci zdołają ogarnąć rozbiory Polski, powstanie styczniowe czy bitwę warszawską.
Ignorancja zawsze wynika z poczucia wyższości. 
Nie sądzę, aby dotyczyło to jedynie relacji pomiędzy państwami. Niestety tę prawidłowość można dostrzec wszędzie tam, gdzie uwidacznia się, bądź też jest z natury przypisana, przewaga jednego podmiotu nad drugim. Słabszemu zawsze wiatr w oczy i bez różnicy, czy będzie nim dziecko w opozycji do rodziców, podwładny wobec szefa, słabszy fizycznie od silniejszego. Gafę może popełnić silniejszy; dla słabszego gafa to uderzenie w pysk.