ROZDZIAŁ
103 - KUSZENIE RADCY KRACHA
[w
którym przyjaciele omawiają jak zwykle ważne kwestie dla miasta
Różanowa oraz o pewnym planach, jakie pan burmistrz przedstawił
radcy Krachowi]
Nieczęsto
się zdarza, aby w kawiarnianej sali przy dwu złączonych stolikach
(Kawiarennik musi koniecznie pomyśleć o wstawieniu do sali
przynajmniej trzech stołów ośmioosobowych) zasiedli całą ekipą
najpierwsi bywalcy tego przybytku spokoju i rozkoszy przy wymienianiu
poglądów na życie, a mianowicie panowie: radca Krach, inżynier
Bek, mecenas Szydełko, doktor Koteńko i oczywiście Kawiarennik
Adam.
Jako
że, jak to bywa jesienią, chłodne a mgliste popołudnie
rozpostarło wilgotną płachtę nad całym miasteczkiem, panowie
uzgodnili, że tym razem rozgrzeją się od wewnątrz koniaczkiem,
rzecz jasna w ilościach, które trzeźwych ich umysłów zanadto nie
rozpalą. Nawet pan doktor Koteńko, który w spożywaniu
procentowych trunków wciąż nie nabył wprawy, tym razem nie
odmówił sobie przyjemności uzupełnienia leniwie płynącej w
żyłach krwi alkoholem, który w najznamienitszych męsko-damskich
środowiskach zdobył uznanie jako niezrównany lek na wszelkie
duchowe przypadłości.
Niemniej
jednak pan doktor na chwilę niezbyt długą pozwolił sobie opuścić
wiernych przyjaciół, aby z lekarską poradą udać się do Marii, a
właściwie, aby sprawdzić, czy ze zdrowiem małego Kubusia i
pięknie kwitnącej Róży jest jak najlepiej. Na próżno
Kawiarennik zapewniał pana doktora, że jego pociechom żadne
choróbsko obecnie nie zagraża; pan doktor wolał się upewnić,
wszak nie po to ukończył był medycynę, aby dawać wiarę słowom
niefachowca, choćby był nim najlepszy jego przyjaciel.
Doktor
Koteńko z własnej i nieprzymuszonej woli opuścił zatem jedną
kolejkę, a panowie już przy cynamonowych ciasteczkach i kawie w
przemiłej rozmowie wertowali tematy, których im nigdy chyba nie
zbraknie.
Pan
mecenas opowiadał o tym, jak to w ostatnich czasach sprawami był
przywalony; najczęściej majątkowymi, ale też zdarzały się karne
i rozwodowe - tych ostatnich najbardziej nie lubił. Przepracowany
(praca w adwokackim stowarzyszeniu ratującym z opresji najuboższych
też go pochłaniała) zdecydował się wziąć tydzień urlopu,
podczas którego obiecał sobie nie odpowiadać na telefony, lecz
obietnicę swą, nie pierwszy raz zresztą, złamał, a posłyszawszy
w słuchawce „w panu, mecenasie, jedyna moja nadzieja”, umawiał
się czym prędzej na rozmowę, aby obmyślić z klientem plan
wychodzenia z dylematu, jaki przed nim zarysowano.
Pan
inżynier Bek również nie narzekał na nadmiar wolnego czasu,
pilnując budowy hotelu, która posuwała się małymi kroczkami
naprzód z nadzieją wykonania do połowy grudnia zadaszenia, jeśli
aura pozwoli. Dostawał również od miasta rozmaite zlecenia
żądające jego fachowego oka - nie były to prace nazbyt wymagające
stałej przy nich obecności, lecz przecież absorbowały zaganianego
inżyniera, który nie omieszkał też odwiedzić tej niedawno
bezrobotnej i bezdomnej pary, której wydatnie pomógł w
dostosowaniu podupadłego budyneczku starej zlewni mleka do
zamieszkania. Ucieszył rozmówców, mówiąc, że ci państwo
dzisiaj w niczym nie przypominają dawnych nieszczęśników;
znaleźli pracę, w domu czysto, alkohol nieobecny, a że do
legalizacji swego związku się nie garną, cóż z tego, skoro żyją
zgodnie i, jak mówią, do szczęścia niewiele im potrzeba.
W
tym miejscu rozmowy do stolika powrócił pan doktor Koteńko,
uspokajając spokojnego przecież Adama, że faktycznie zarówno
Kubuś jak i Róża cieszą się dobrym zdrowiem, jednakowoż
względem jego podtrzymania zalecił żonie Kawiarennika, Marii,
stosowanie obfitej w witaminy diety, nie tylko dla dzieci, lecz
również dla niej samej i pana Adama.
A
sam doktor Koteńko, no cóż, pochwalił się przyjaciołom tym, że
środek jesieni poświęcił na eskapady na wieś, odwiedzając
potencjalnych pacjentów nieskorych do odwiedzania jego gabinetu. Na
szczęście tym razem nie zanotował przypadków wymagających
natychmiastowej, radykalnej reakcji; natomiast przyjeżdżał z tych
wiosek samochodem wypełnionym po brzegi płodami pracy rolnika. A i
owszem, odmawiał takiej zapłaty za porady. Cóż z tego, skoro
honorem przepełnieni gospodarze niemal pod przymusem i z groźbą
nie zachodzenia do przychodni wciskali mu do bagażnika auta jaja,
sery, ziemniaki, fasolę… co tylko się dało. Znany z potulnego
usposobienia pan doktor nie miał sił odmawiać, choć wracając do
miasteczka, do domu prowadził z sobą dialog, którego kwintesencją
było gorzkie zapytanie: - jak mogłem sobie pozwolić na przyjęcie
tych darów?
Kiedy
pan doktor przerwał swoją opowieść, panowie uzgodnili, że
nastała pora na kolejny kieliszeczek koniaku, tym razem już w
pełnym składzie. Wysączyli go nieśpiesznie, po czym pan Adam
Kawiarennik głęboko zajrzał w oczy pana radcy Kracha, który, o
dziwo, zdawał się tego popołudnia nie być w wyśmienitym humorze,
do którego zdążył był przyjaciół przyzwyczaić.
-
A cóż tam u ciebie, przyjacielu? - zapytał Adam, nie spuszczając
kąśliwego wzroku z zatroskanej twarzy pana radcy.
Ten
przemógł się w sobie, wyprostował na krześle, przegryzł
ciasteczko i w końcu przemówił.
-
Po raz kolejny przez pana burmistrza zastałem namawiany na
wystartowanie na radnego w przyszłorocznych wyborach samorządowych.
-
I jest to dla pana powód do zmartwienia, panie radco? - odezwał się
pan mecenas Szydełko.
-
Nasz przyjaciel zawsze stronił od polityki - Adam spróbował
usprawiedliwić radcę Kracha.
-
Ale tam, polityka. Przecież pan burmistrz niepartyjny. Poprzednie
wybory wygrał, posiadając własny obywatelski komitet - tłumaczył
pan mecenas. - Rozumiem, że pan burmistrz życzyłby sobie, aby w
nadchodzących wyborach nasz pan radca zasilił szeregi tegoż
komitetu?
-
Nie inaczej, przyjacielu, nie inaczej - westchnął radca Krach i
zaraz pospiesznie dodał: - Pan burmistrz podzielił się ze mną
szeroką perspektywą planów, jakie zrodziły się w jego głowie.
-
A cóż to za perspektywy? Plany? - pan inżynier Bek nie mógł
powstrzymać swej ciekawości.
-
Panie inżynierze, pan powinien cokolwiek o tym wiedzieć - wyrzekł
pan radca, a jego wzrok spoczął na inżynierze Beku. - Słyszał
pan o wizycie dwóch architektów ze stolicy?
-
Ba, nie tylko słyszałem, ale i rozmawiałem z nimi. Czy chodzi o te
podmiejskie tereny, które istnieją w obrębie miasta? Czy myślę
poprawnie, że chciałby pan burmistrz zagospodarować je pod
przyszłą zabudowę mieszkalną.
-
Owszem, takie są zamiary pana burmistrza, tyle że te podleśne
tereny na lewym brzegu Mętnicy nie w całości należą do miasta. W
części te ugory pozostają w gestii nadleśnictwa.
-
I w czym rzecz się zasadza? - spytał pana radcę pan doktor
Koteńko.
-
W tym, że pan burmistrz życzyłby sobie, abym osobiście zajął
się tą sprawą, abym go reprezentował jako burmistrza w rozmowach
z nadleśnictwem i, koniec końców sprawił, aby miasto mogło
zainwestować w infrastrukturę, przygotowując teren do zasiedlenia.
-
A ci panowie architekci to w jakiej przybyli sprawie? - zapytał pana
radcę pan Adam.
-
Otóż, moi panowie, sam jestem szczerze zdziwiony, ale pan burmistrz
wykazuje się nadzwyczajną przenikliwością. Ci panowie, moi
drodzy, sporządzili już, prowizoryczne, rzecz jasna plany… nie
nazwałbym tego jeszcze planami… raczej szkice, na których
wytyczono działki, nieduże wprawdzie, na dwadzieścia cztery
jednorodzinne domki, z ogródkiem i kawałkiem łączki.
-
Rozmawiałem o tym z tymi panami, ale raczej jak o pewnej wizji, nie
o konkrecie - pochwalił się pan inżynier Bek. - Sądzi pan, panie
radco, że te zamiary mogą się spełnić? Czy stać na to miasto?
-
Przyjacielu, pan burmistrz, słusznie zresztą, jak myślę,
utrzymuje, że infrastrukturę kanalizacyjną, tudzież doprowadzenie
elektryczności, utwardzenie istniejącej tam drogi to obowiązek
miasta, które na ten cel musi znaleźć środki. Natomiast kwestia
samej zabudowy to prywatna sprawa tych, którzy zechcą od miasta i
od nadleśnictwa te działki odkupić.
-
Zapowiada się zatem nieźle i, tak mi się wydaje, że pójście do
wyborów z takimi planami to poważny plus dla stronnictwa pana
burmistrza - odezwał się z kolei pan mecenas Szydełko.
-
Owszem, to bardzo poważny argument za - stwierdził pan radca.
-
Moim zdaniem, panie radco, należałoby, aby pan wszedł swoją
nadzwyczajną przedsiębiorczością w te plany - zauważył pan
doktor. - Nie jestem wprawdzie specem w tej materii, ale uważam, że
na te działki chętnym okiem spojrzeliby nie tylko obywatele naszego
miasteczka, ale również i przyjezdni, którzy od pewnego czasu
zakochują się w Różanowie - dodał pan doktor.
-
Oj dzieje się w naszym mieście, dzieje…
A
były to słowa dochodzącego śmiałym krokiem do przyjaciół
redaktora Pokorskiego.
-
Nie wiecie panowie, z jakim zadowoleniem społeczność miasteczka
przyjęła wieść o decyzji w sprawie wyboru obywatelskiego budżetu
dla miasta - dodał po chwili pan redaktor.
-
A cóż to takiego? Nie jestem w temacie - odezwał się pan doktor
Koteńko.
-
To pan nie wie? Radni uchwalając budżet zadecydowali o tym, że w
ramach obywatelskiej cząstki budżetu miasto przeznaczy środki na
restaurację starej, miejskiej zabudowy.
-
Coś podobnego.
-
A tak, odnowione zostaną elewacje. Znaczną część kosztów
poniesie miasto; resztę właściciele posesji i wspólnot
mieszkaniowych, które, według zapewnień pana burmistrza, uzyskają
kredyt na najkorzystniejszych z możliwych do wynegocjowania
warunkach. I, co warto podkreślić, przy tych remontach znajdą
zatrudnienie miejscowe firmy.
-
Żyć, nie umierać zatem - te słowa pana doktora jakże adekwatnie
zabrzmiały, biorąc pod uwagę profesję jaką wykonuje.
-
Więc jak, przyjacielu, podjął pan decyzję w tej sprawie? -
zapytał Kawiarennik.
-
Przyjacielu, muszę ją dokumentnie rozważyć, bo jeśli miałbym
się bez reszty poświęcić zadaniu, jakim by mnie obarczono, to
oznacza, że musiałbym zrezygnować z doradztwa w tej zagranicznej
firmie, dla której pracuję. Nie będę ukrywał, że trochę się w
niej zasiedziałem. Finansowo, owszem, nie narzekam, ale… no cóż,
moi drodzy, może następna kolejka sprawi, że przybliżę się,
albo oddalę od powzięcia najsłuszniejszej decyzji.
[pisano
w dniu 18.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji]
[03.03.2024,
Toruń]