Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

22 listopada 2014

Fraszęta niegrzeczne


Na rozumnego
Poszedł po rozum do głowy
pewnej księżycowej nocy.
Nie zajrzał do jej alkowy,
choć wciąż krzyczała: pomocy!!!

Na heterę
Krzykliwa była jak mewa
i darła się wniebogłosy.
Dziś w klatce jak słowik śpiewa.
Tak kończą się heter losy.

Na zazdrośnika
Zazdrosny o każde słowo,
o każdy uśmiech swej żony.
Chytrość swą opłacił słono,
wpadając w kochanka szpony.

Na żmiję
Żmija ta zdradliwa
skrywała się za jego plecami.
Tak to w życiu bywa.
Przyszedł drugi  jego też omami.

Na posła
Panie pośle, w wielkim poście
Fałszujesz jak z nut.
My serdecznie mamy dość cię,
odpowiedział lud.

Na Danutę
Do władzy się przepychała
pewna Danuta, szpetna przekupka.
Od kiedy stolec dostała,
puchnie jej przyklejona doń dupka.

Na awansowanego
Zerwał się jak pies z łańcucha,
gdy tylko wskoczył na stołek.
Kto by takiego posłuchał,
dowie się, że to matołek.

Na księdza
Złożył śluby i poszedł na księdza.
Do świętej modli się Mamony.
Tak mocno umysł swój nadwyrężał…
ostały się z niego hormony.

Na feministkę
Historyczka się nazwała.
Historyk – zbyt po męsku brzmi.
Gdyby rzecz się nie udała,
zawsze w grę wchodzi zmiana płci.

Na Asię
Asi zadanie proste – w tym sposobie,
że tylko dom i praca na jej głowie.
Lecz nocą, we dnie i poranki
nie masz piękniejszej nad nią kochanki.

Na Anetę
Aneta na nosie pogrywa losowi.
Inna by łez uroniła morze.
Być może inna, ona nie może.
Ta – optymizmem tryska – każdy to powie.

Na Elenę
Eleny życie tak jest ułożone,
że szuka wciąż bratniej duszy.
Szczęściarzem ten, kto weźmie ją za żonę.
W końcu niepewność jej skruszy.

Na Jankę
Janka – buntownicza szczerze,
chciałaby świat zmienić – wierzę.
Sprawiedliwości szuka bezustannie,
czy w dzień, czy w nocy, a choćby i w wannie.

Na wierszokletę
Zachciało mu się rymowanek.
Paszkwile pisze na współbraci.
Dopóki wodę nosi dzbanek,
dopóty weny swej nie straci.


Dalibóg, dosyć tego rymowania,
lecz jeśli komu z uśmiechem po drodze,
niech mi odpuści hardych słów knowania.
Więcej fraszątek na ten czas nie spłodzę.

Wędrówka (2)

Ze snu wybudził mnie sen. Ale jaki? Transparentny, wyostrzony, alabastrowy. Mógłbym powiedzieć rzeczywisty, gdyby pomiędzy jawą a snem nie istniała zasadnicza sprzeczność. Coraz bliższy byłem odpowiedzi na pytania: dlaczego teraz? dlaczego tak wyraźnie?
Jej głowa wtulona w moje ramię. Tak to się mówi? Wtulona? Jej twarz zadawała mi się być znajoma, nawet jeśli nie spostrzegłem kryształków jej oczu. Zastanowiłem się przez chwilę nad tym, dlaczego podczas snu powieki są przymknięte jak wieko kufra chroniącego kosztowności przed światem, przed wzrokiem pożądliwym, chciwym, zazdrosnym, przed grzechem kradzieży.
Rozpoznawałem ją stopniowo, detal po detalu. Drążyłem swoją pamięć, dziwiąc się temu dlaczego mając do czynienia z tysiącami obrazów, zapamiętujemy kilka, a być może jeden, bezcenny, taka naszą prywatną damę z gronostajem, dziewczynę z perłą, szał i krzyk.
Lecz zanim rozpoznałem ją, leżącą przy moim boku, jeszcze ciepłą, wilgotną, choć zamieniona już w rytmiczny, ukołysany jak łódź wieczorną bryzą oddech, zanim mogłem zawołać ją jej imieniem, odnalazła się w moim śnie. A sen miałem wyostrzony, niemal rzeczywisty, co przeczy naturze snu, więc ona, chcąc nie chcąc, ale zapewne bardziej chcąc, bo była wytworem mojego umysłu, ale również starannie obmyślonego planu, ona podeszła do mnie. O, tak, podeszła do mnie, przypominając że obiecaliśmy sobie jeden taniec. Rozpoznałem ją nie po oczach, nie po włosach; nie rozpoznałem jej po żadnej osobnej części ciała, nawet nie po geście, nie po słowach i uśmiechu. rozpoznałem ja całą, w całej wytworności jej postaci, tak jakbym ją wyrzeźbił, jakbym był autorem rzeźby, jaką po latach spotkałem w jednym z zaułków, w rynku, na placu, ustawiona na postumencie, przez ten postument wywyższoną; spotykam ją i obchodzę z każdej strony, dotykam wzrokiem, przypominając sobie pod jakim kątem uderzałem młotem w dłuto, aby oddać najpiękniej owal jej twarzy, uchwycić ruch dłoni, zarysować charakterystycznie wzniesiony ku górze podbródek, kiedy jej usta rozchylają kąciki warg do uśmiechu. Tak się czułem.
Obnażyłem swoje wspomnienia. Dotarłem do niej nie tylko jak do wytworu moich własnych rąk, lecz również jak do modelki pozującej wytrwale, nie oswojonej jeszcze ze swoja nagością, ukazywaną przed kimś, kto mienił się nazywać artystą a był jedynie niedoskonałym odtwórcą piękna, od którego nie mógł oderwać wzroku.
A jakże, podeszła do mnie i przypomniała o tańcu. Z cała premedytacją wspomniała taniec. Miała bowiem swoja własną pamięć, którą przemawiała do mnie.
Nigdyśmy nie tańczyli, powiedziała.
Pamiętasz? Uciekłam wtedy. Może nie uciekłam. Zostałam porwana. On ubiegł ciebie. A potem? potem rozlała się rzeka, zmieniając koryto. Popłynęliśmy oddzielnie i tak płyniemy obok siebie. Jedno starorzeczem, drugie nowym nurtem. W pewnym momencie straciliśmy z sobą kontakt. Wiem, ty pewnego razu przypomniałeś się, wołałeś: hop! hop! Może słyszałam, może nie. Może nie chciałam słyszeć. Daj mi to naprawić. Naprawmy to. Ty też nie jesteś bez winy. Trzeba ci było chwycić mnie za rękę, mocno mnie objąć, przyciągnąć, unieść; nie odważyłeś się, kochany, brakło ci odwagi. Czyżbyś jeszcze wtedy bał się ciemności? Rozjaśniłabym twoje pokoje. Zresztą nie wiem. Może czas nadinterpretuje moją pamięć. A co z twoja pamięcią? Czy jest wieczna? Dlaczego oglądasz mnie z każdej strony i dotykasz mego ciała? Jeśli to robisz, to przecież widzisz, co zrobił z nim czas. Zdeformował je, zniszczył. Moja skóra należy dziś do kogoś innego. Postarzałam się, sprawdź. I tutaj, i tam, niedostatecznie nawilżona. Trzeba ją wspomagać, aby nie wyschła na proch. Dlaczego mi nie wierzysz? Patrzysz tak opętanie. Czyżbyś mnie jeszcze kochał? Czyżbyś, jak wtedy, podstępnie wykorzystał wiersz dla wyznania miłości.
Nie odpowiadam.
Obchodzę ją ze wszystkich możliwych stron świata.
Krążę wokół niej jak ziemia wokół słońca.
Milczę.
Milczący zachwyt.
Wspomnienie radosne, jak dzieło archeologa odkrywcy.
Widzę Cię taką jaką byłaś, jesteś i będziesz. Twoja sucha skóra jest skórą wilgotną. Jednym przesunięcie dłonią po twojej szyi na zawsze pozbywa ją zmarszczek a moje spojrzenie nadaje jędrność twym pośladkom i udom.
Dość.
Jeżeli będziesz stara, nie przestane kochać twego ciała. Twoje zmarszczki będą piękne nawet wtedy się zestarzeją. Precz zmysły, które doszukują się brzydoty w ludzkim ciele. jest zmysł rzucający na łopatki wszystkie pozostałe.
O, tak, mój sen był transparentny, zbyt rzeczywisty jak na sen.
Potem tańczyliśmy, przebiegle, zuchwale, wydając ze swoich ciał ostatnie poty pożądania.
Kochaliśmy się.
Wiedziałem, od samego początku wiedziałem, że taniec był kamuflażem. Nie można samym tańcem wyrwać z gardła życia, które się rozpłynęło, podzieliło na główny nurt rzeki i starorzecze.
Płynęliśmy do morza. Cały czas taką cię pamiętałem i nie zapomnę.
A teraz obudź się przy tej, która chce ci urodzić dziewczynkę. Obudź się przy mnie. Teraz już wiesz?
Wiedziałem.
To dobrze. Proszę cię tylko o to, aby już więcej nie mówił, że jestem znikąd.
Dobrze. Nie wiem, czy usłyszała.
Sprawdź czy nasz chłopiec nie śpi odkryty.
Sprawdziłem. Wszystko w porządku.
A teraz dotknij mnie tutaj. Tak, właśnie tu. Ja to już czuję. Czuje naszą dziewczynkę. Dlaczego tak patrzysz na mnie? Mam się odwrócić? Dlaczego? Uśmiechnęła się a właściwie roześmiała, tłumiąc śmiech zbliżeniem otwartej dłoni do ust. Nie musisz sprawdzać. To ja.
A ty, to ty.
Pięknie tańczysz, powiedziała.
Pięknie tańczymy oboje, uzupełniłem.
Potwierdziła energicznie potakując głową.
Spojrzała na mnie, to znów dotknęła wzrokiem naszego śpiącego synka.
Gdzie jutro idziemy, zapytała.
Poprowadzi nas droga.

Droga.

Wędrówka (1)



Powinieneś wyjść naprzeciw. Odwagi. Ściskam jego dłoń. mała, niepozorna, chłodna. Spogląda w moje oczy. W jego oczach dostrzegam postępujące bezpieczeństwo, jakie poczuł w mojej dłoni zaciśniętej na jego.
Wiesz w jaki sposób odważyłem się poruszać w ciemności? Opowiadałem to wielu osobom. Teraz tobie. Moje mieszkanie składało się z pięciu pomieszczeń ułożonych w jednej linii. Mówiło się, że ten przedpokój i trzy pokoje były przechodnie.
Jaki piękny chłopiec! Ma pan chłopca?
Przybłąkał się. Wziąłem go za rękę i tak go prowadzę.
Skąd jesteś, mały? Pochyliła się nad nim. Pogłaskała czule.
Nie wiem. Przechodziłem tylko.
Ach tak. Mogłabym panu urodzić takiego samego chłopca, gdyby pan chciał. Albo dziewczynkę. tak, dziewczynkę.
Nie wiem, czy chciałbym. Jeden chłopiec zupełnie mi wystarczy.
Czy mogę przynajmniej potowarzyszyć w spacerze? Chwyciła jego druga dłoń. Nie była zainteresowana moja odpowiedzią. Ależ ma zimne dłonie.
Najpierw zapaliłem światła we wszystkich pomieszczeniach. Następnie, przechodząc od kuchni przez przedpokój i tak dalej, wygaszałem kolejno światła, aż w końcu znalazłem się w ostatnim pokoju. Wracałem do kuchni w ciemności, po omacku. Nie paliło się żadne światło, rozumiesz? Od tej pory przestałem się bać ciemności.
To straszne, powiedziała. Jak można tak się samemu straszyć. Dziecko wymaga opieki. Jak będzie ciemno, chwyć mnie za rękę. Mamusia cię przytuli. Pocałowała go w czoło. Widzi pan, jak radośnie kroczy?
Skoro tak, to idźmy.
Dokąd?
Zaraz zapadnie zmrok, wstanie księżyc. Pójdziemy jego śladem.
Chłopiec rzeczywiście był zadowolony. Trzymał się mocno naszych dłoni, wspinał się na palce, podskakiwał, a nawet zwisał swobodnie, podkurczając nogi. A my, boże drogi, w naszych oczach odbijały się płomyki zachodzącego dnia.
Ja dam mu odwagę, a ty?
Myślała chwilę. Potem jeszcze jedną i jeszcze. Obdarzę go ciepłem, zaopiekuję się nim. Jestem kobietą.
Jesteś.
I urodzę ci dziewczynkę. Będziesz ją ochraniał, synku. Odchyliła włosy z jego czoła. Pewnie, że będziesz. Starszy brat powinien opiekować się młodszą siostrzyczką, taką małą, nie potrafiącą jeszcze mówić, lecz przepięknie uśmiechniętą albo rozbeczaną, bo takie małe istotki dają światu świadectwo swojej obecności także poprzez płacz. Jak cudownie iść z wami. Pokochałam was.
Szliśmy.
W takim razie posadzimy drzewo, chłopcze. To nasz obowiązek. Drzewo może rosnąć pod naszym domem albo gdziekolwiek indziej, tyle że wtedy należy do dołka włożyć butelkę, a w niej ukryć kartkę z napisem wyjaśniającym kto i dlaczego zasadził to drzewo.
Powiedziała, że drzewo sadzi się z wielkiej miłości, przyjaźni, nie inaczej.
Ach tak, westchnął mały.
Można tez przyczepić do pnia albo do gałązki taką etykietę. Może nawet nazwiemy to drzewo.
Potwierdziłem, że można je nazwać, ale nazwiemy je wspólnie.
Szliśmy. Zstąpił na ziemię mrok, zaczernił się nieboskłon, spurpurowiały na zachodzie. Nieśmiało zabłyszczały najodważniejsze źrenice gwiazd. Pomyślałem, że albo wzięliśmy się z przypadku, albo też jesteśmy przedmiotami starannie przygotowanego planu, w którym przypadek nie istnieje. Pojawiłem się w pewnym miejscu i określonym czasie sam, nie wiedząc, skąd przyszedłem, choć byłem świadomy własnej przeszłości, urzekającego dzieciństwa i  zagmatwanej młodości. Miałem ojca swego i matkę swoją, i miałem w pamięci dobro, jakim mnie nakarmiono, i zło, którego nie mogłem uniknąć. Jedno i drugie pomieściłem w swojej głowie, tak jak niezbędne przedmioty targa się w walizce czy plecaku. Aby nie tkwić w jednym miejscu przemieszczałem się, odnajdując nowe krainy istniejące dotąd w wyobraźni; odwiedzałem też te miejsca, w które już odwiedzałem, w których byłem nieczęstym gościem. Życie wokół mnie toczyło swoje wody, lecz nie stałem na brzegu, obserwując bystry lub leniwy prąd, niosący kamienie i kłody powalonych drzew, a innym razem jedynie lepki, śliski muł. Płynąłem wraz z wodami rzeki: raz pod prąd, kiedy indziej w stronę źródeł rzeki, a czasami przedostawałem się z brzegu na brzeg mostem, z przewodnikiem łodzi, promu, albo też przechodząc wpław, brodząc po kolana w wodzie, płynąc, przeskakując z kamienia na kamień.
Życie to ruch.
Az wreszcie przybłąkał się chłopiec. Nie wiadomo skąd i dlaczego przylgnął do mnie, przypadkiem, na mocy zaplanowanej intrygi. Podszedł do mnie i ja podszedłem do niego. Przypasowaliśmy się do siebie jak równoważące się oczka w klockach do gry w domino, jak dwa sprzęgnięte z sobą koła zębate w mechanizmie zegara czasu. Spojrzał na mnie i ja na niego spojrzałem. Nie musiał nic mówić, lecz powitał mnie dobrym słowem. Odpowiedziałem dobrym słowem. Nauczono mnie tak właśnie odpowiadać na każde słowo, choćby raniło. Ten chłopiec był jeszcze zbyt mały, aby móc kogokolwiek zranić.
Jeśli już spotkaliśmy się, przyjrzeli sobie, powitali, to pozostało nam chwycić się za dłonie i iść razem.
Ludzie powinni szukać wspólnych dróg.
Dlaczego tak oczywiste i łatwe do zrozumienia prawdy najtrudniej przedostają się przez skorupę naszego ciała?
Iść w jednym kierunku, tak jak ja z tym chłopcem, który się przybłąkał. Niewiele piękniejszych uczuć.
Szliśmy więc we dwójkę, dopóki nie dołączyła do nas ona. Pojawiła się nieproszona, nie oczekiwana. Skąd jesteś? Myślałem o tobie? Wywróżyłem? A może tak jak ja i ten chłopiec, który się przybłąkał do mnie, jesteś owocem połączeniem przypadku i zmyślnego planu.
Nie dość, że przybyła znikąd, nie znam jej, albo ją znam, poprzez dłonie dziecka połączyła się ze mną w bratnim uścisku, ale także w uścisku innym, nie mniej trwałym węzłem. W jednej chwili stała się chłopcu matką, a skoro tak, to mnie żoną, obiecującą córkę. Skoro tak miało być, skoro i ona się przybłąkała, powitaliśmy się spojrzeniami, skoro dziecko zyskało matkę, to dlaczego nie odbyć tej wędrówki wspólnie. Jeśli idzie się we troje to mamy trzy pary rąk, sześć nóg i trzy głowy.
Łatwiej.
Trzeba przystanąć. Rzeka w pewnym momencie zatacza krąg, tworzy zakola, meandry, jakby szukała dla swych wód odpoczynku.
I nogi nasze poczuły znużenie, a nasze żołądki dopominały się pożywienia. Zarzuciliśmy więc sieć. Przystanęliśmy. I znalazł się dla nas pokój, twórco niezwykłych przypadków. uczyniłeś to dla nas. Nie pogardziliśmy. Nie dlatego, że poczuliśmy się znużeni. Nie odmawia się przyjmowania podarunków, nie odmawia się dobra. Jakże trudniej jest nauczyć się tego, że istnieją podarunki nieszczere, napiętnowane złem. Należy odróżniać jedne od drugich, przez całe życie.
Dlatego ja nauczam chłopca odwagi, męskości; ona zaś ochrania go miłością, bo wie, że tylko ten, kto w miłości chowany, rozniesie ją po świecie jak ziarno albo pokruszony chleb pomnoży, rzucając go rybom.
Posililiśmy się.
Nasze żołądki trawią.
Płuczemy nasze strudzone ciała.
Ścielimy posłania.
Śpij spokojnie, synku, mówi do niego, przykrywa, całuje w czoło, opowiada jedna z tych historii, która zapamiętała, którą przeżyła, którą widzi jako zapowiedź przyszłych dni, przycisza głos. W pokoju ciemno. Chłopiec uśmiecha się. Nie boję się ciemności, stwierdza. Mów, mamo, mów. Matka kontynuuje opowieść , aż w końcu powieki chłopca opadają pod ciężarem snu.
Ciała odkrywają swoje tajemnice. Urodzę ci, słyszę jej słowa. A teraz bądź przy mnie, we mnie, niech poczuję ciepło, twój smak i zapach, twoja bierną przyjemność i zuchwałą rozkosz, jesteśmy tak niestrudzenie połączeni. Potem jest spełnienie, uspokojenie, fale, falujące wody ledwo dotykające brzegów, łaskotliwe, drżące, lękliwe, fal pocałunki, spojrzenia, uśmiechy, twoja twarz odbijająca się w wodzie jak gwiazda, moja twarz księżycowa, jak owoc pomarańczy, i snopy iskier krzesane, ledwie pociśniesz opuszkami palców skórę, pierś, ramię; zwarcie, kiedy smakujesz ustami szyję; piorun, kiedy głowa spoczęła na podbrzuszu.
A teraz sen.
Zasługujemy na sen.
Potwierdziła.
Zasługujemy na siebie.
Przytaknąłem.

Zasypiamy.
(cdn.)

21 listopada 2014

Spacer Wilhelminy


Wilhelmina z dzieckiem w wózku przechadza się parkową aleją. Przyjmuje uszanowania. Ach, jakie piękne! Czysta mama. Do mamy podobne. Wózek sprezentował stryj. Miękkie wyścielenie. Spore kółka. Pcha się lekko. Stryj zawsze był za. A do tego taka niewdzięczność spotkała Wilhelminę.
Na świeżym powietrzu pojawiła się po raz pierwszy od miesiąca. Połóg a potem ta choroba.
Myślę, że brwi i oczy ma po ojcu, mówi i kończy szybko, jakby ktoś położył otwarta dłoń na jej ustach. W parku nie wspomina się o ojcu.
Aleja parkowa, jedna z wielu, obsypana liśćmi. Ktoś w oddali je uprząta. Tworzy pryzmy. Przygotowuje do wywózki.
Doprawdy piękne dziecko.
Dziękuję, odpowiada, tak mówią, że ładne. Cztery miesiące prawie, a dzisiaj taki słoneczny dzień. Trzeba wykorzystać.
Słusznie, potwierdza pan w kapeluszu i dwoma palcami, wskazującym i kciukiem, uchyla ronda. Uszanowania dla pani rodziców.
Już dobrze, stryj do Wilhelminy, przede wszystkim postąpił niegodnie, jak niemężczyzna. Mówiłem to twojej matce. Biedaczka. Najpierw powie, potem pomyśli. Z każdą sprawą, z każda sprawą do mnie, pamiętaj Wilhelmino.
Na jednej z pryzm zawirowało. Wzleciały ku górze liście. To rude wiewióreczki wszczęły walkę lub bawią się. Pokazałabym ci te zabawne stworzenia, mówi Wilhelmina, a ty spisz, ech, a nocą będę kilka razy wstawała.
Późny październik a słońce praży lipcowe. Wilhelmina uśmiecha się, przechodząc zamiecioną aleją, która ponownie przysypywana jest klonowymi i grabowymi liśćmi. Sprzątający nie zwraca na to uwagi. Kontynuuje wygrabianie liści z pasa zgniłej zieleni przylegającego do alejki, operując najzwyklejszą miotłą.
Teodorze, nie powiedziałbym, że sprokurowała ujmę na twoim honorze. Ot, zapragnęła raz czułości, doznała olśnienia, zauroczenia. My sami w tym wieku nie byliśmy wolni od przygód, a wiesz, że nam było łatwiej. Przecież jej z domu nie wyrzucisz. Ach, ten stryj, dobry i wyrozumiały, przepił z ojcem Wilhelminy całą butelkę szkockiej jednorodnej whisky.
Usiadła na jednej z ławek, twarzą do słońca. Przymknęła oczy. Dziecko śpi. To z powodu zdrowego powietrza. Ono działa jak nasenny narkotyk. A jeden klonowy liść opadł na daszek wózka, opadł, pobył chwilę i zsunął się na chodnik.
Jest blada, zdenerwowana, pierwsza ciąża w wieku 25 lat. Wcale nie tak wcześnie. Zapewnimy jej jak najlepszą opiekę. Może być pani spokojna o córkę. To nawet lepiej, że zdecydowaliście państwo oddać  córkę na oddział na dwa tygodnie przed rozwiązaniem. Teraz córce potrzebny jest spokój. Matka przebolała to niesłychane w rodzinie wydarzenie. Przychodziła każdego dnia, obserwując powiększający się brzuch Wilhelminy.
Przysnęłam na chwilę, a ono wciąż śpi. Jak jej dać na imię? Serafina?, Weronika? Kordelia? Jak pięknie oddycha. A wiewiórek już nie ma. Pobiegły gdzieś. Ile ja jestem na dworze? Godzinę?
Stryj powiedział, że z ojcem sprawa załatwiona. Możesz sobie spokojnie leżeć. Czytasz coś? Słuchasz czegoś? Pielęgniarki, widzę, skaczą tu wokół ciebie. Poprosiłem jedną, że kiedy to nastąpi, mają do mnie koniecznie zadzwonić. Będę uciekał. Nie chcę się spotkać z twoja matką.
Kochanie ty moje. Odchyliła czapeczkę i ucałowała główkę dziewczynki. Ależ delikatną masz skórę. I te łapki. Kosteczki mięciuchne. Będziesz Weroniką, wiesz. Stryja dam ci na chrzestnego ojca. Posunięty w wieku, ale to nic. Weroniko, powiemy mu? Powiemy?
Ojciec, Wilhelmino, nie mógł przyjechać. Wiesz, prowadzi nader skomplikowaną sprawę, i, nie ukrywam, wielce intratną finansowo. A prestiż? Rozumiesz, córeczko? Ale ten bukiet kwiatów to od niego. Sam zamówił. Ja tylko odebrałam z kwiaciarni. Pojutrze masz termin, słyszałam.
I znowu ktoś w miejskim parku. Przechadza się. Starsi państwo.
Jakże miło panią spotkać. Zaglądają. jedno przez drugie. Śliczności! Ciszej, bo śpi, nie widzisz? A pani, Wilhelmino, jakże z pani zdrowiem? Kryzys minął. Wiemy, wiemy. Mąż telefonował do pani ojca. Prosimy przekazać ukłony od nas panu Teodorowi.
Widzisz, przyjechałem pierwszy. Tylko trzy minuty dano stryjowi, aby mógł się nacieszyć widokiem dziecka. Patrzył na nie. Leżało w łóżeczku obok. Spało. Wilhelmina była słaba. Poród nie bardzo ciężki, ale zawsze to wysiłek dla kobiety, zwłaszcza pierwszy. Stryj uśmiechnięty, spocony, nie pierwszego wieku i urody, siwiutki lecz sprężysty, nawet wysportowany, wystarczy zobaczyć jak prezentuje się podczas konnej przejażdżki.
Los poskąpił mi potomka, Wilhelmino, więc ja trochę tak sentymentalnie się odnoszę. Głos wyraźnie mu się załamywał, choć przez całe życie zachowywał męską twarz. Musisz mi pozwolić na to, aby twoja dziewczynka była moim oczkiem w głowie. Będę ją wspierał, pamiętaj.
Dosyć siedzenia. Jeszcze tylko tą alejką do końca a potem na skróty do domku. Mówiła to niby do siebie, a przecież do dziecka. Nie można kosztem spaceru zmieniać pory karmienia.
Podjechał traktor z przyczepą i pracownik służb porządkowych miasta zaczął od tej najodleglejszej pryzmy. Automatycznie i monotonnie wsuwał widły pod stertę liści, unosił je i napełniał nimi przyczepę. Wilhelmina przechodziła obok. Zrobił pauzę i przyglądał się jej nieskromnie. Figura Wilhelminy nie dawała po sobie poznać, że należy do młodej matki.
Wybrałam ciebie właśnie dlatego, że mieszkasz bardzo daleko stąd. Nawet nie skupiam się na twoim wyglądzie, nie oceniam, czy jesteś przystojny. Jesteś, więc tym lepiej. Tylko bez takich numerów, że będziesz mnie szukał, że przypomni ci się, że jesteś ojcem. Ach tak, więc jesteś żonaty. Tym lepiej. Nie chcesz komplikacji. Ja też nie chcę. Chce mieć po prostu dziecko. Tylko proszę cię, zachowujmy się tak, jakbyśmy się kochali. Bądź czuły. Dziecko powinno być poczęte z miłości. A teraz mnie rozbierz, kochany.
Wilhelmino, już się martwiłam. Dwie godziny spaceru wystarczy. Jeszcze się nie obudziła? Matka pomogła Wilhelminie wnieść wózek na taras, a potem przejechały nim przez hol i zatrzymały się dopiero w salonie. Wujostwo zapowiedzieli wizytę jak im powiedziałam, że czujesz się lepiej. A wiesz, że twój ojciec powoli oswaja się z myślą, że jest dziadkiem. Dzisiaj rano, kiedy spałaś, tak pięknie gaworzył ze ślicznotką. Wyobraź sobie, że kazał klientowi na siebie czekać. On, który zawsze jest taki punktualny. Jakie imię jej wybrałaś? Weronika? Piękne. Nie zmieniłaś zdania względem wyboru chrzestnego ojca? Upierasz się przy stryju. Wiekowy, lecz twój ojciec na pewno go zaakceptuje. Co byś powiedziała na to, aby matką chrzestną dziecinki była nasza kuzyneczka Florentyna?
Wilhelmina przy kolacji powiedziała rodzicom, że dnia następnego udaje się z wizyta do stryja, oznajmiając mu o swoim wyborze. Każdy by się domyślił, że chodziło jej też o coś innego. Chciała zdradzić stryjowi tajemnicę poczęcia Weroniki.
To była spokojna noc. Weronika nie zapłakała ani razu. Także z tego powodu spacer Wilhelminy okazał się niezwykle ważnym wydarzeniem.


20 października 2014

Limeryków niecnych trójca nieświęta

*
Pewną kobietę spod Namysłowa
we dnie paskudnie bolała głowa.
Aż musiał czart przyjść nocą
z czartowską swą pomocą.
od tego czasu niewiasta zdrowa

**
Pewną niewiastą z miasta Milicza
kierowca furgonu się zachwycał.
Raz przed domem jej stanął
i nazwał swą wybraną.
Omdlał, gdy zdjęła maskę łotrzyca.

***
Pewna kobieta, zresztą Mielczanka
usiadła raz chłopcu na kolankach,
a chłopiec duży, niebożę,
pomyślał, że wciąż może.
a nie mógł – nie dla chłopca hulanka.

19 października 2014

Ciotki Hanki obsesyjne wizje

Ciotka Hanka, kiedy nie była jeszcze ciotka, miała sen.
Prawdę mówiąc ciotka Hanka często miewała sny, którym nadawała znaczenie znacznie większe niż te, które można było odnaleźć w sennikach. Można powiedzieć, że nie tylko miały one dla nie znaczenie, lecz również wierzyła swoim snom równie silnie jak w Boga. Wiara w Boga, jak to później tłumaczyła, powodowała, że jej marzenia senne i poranek, i pierwsze zerknięcie w okno, które, jak wiadomo, rozmywa senne obrazy, aż do ich całkowitego unicestwienia.
Ciotka Hanka, nawet kiedy nie była jeszcze ciotką, pamiętała wszystkie swoje sny, co nie zawsze było przyjemne. Przeważnie jednak jej sny sięgały ramionami świętości. Swoim zwyczajem śniła o Bogu, Matce Boskiej i wybranych, ulubionych świętych, a jeśli nawet podmiot jej nocnej adoracji nie był określony, to czerpała zeń przesłanie odwołujące się do świętości.
We śnie, jaki miała ciotka Hanka, wystąpiła w roli głównej Matka Boga tak wyraźnie, że można było ją dotknąć  i śledzić opuszkami palców rysy jej twarzy. Sen nie był jednak przyjemny, Święta pani przyszła do Hanki ze straszna nowiną o mającej się rozpocząć wojnie, w której zginie jeden z jej braci. Ona i dwaj starsi bracia ocaleją, choć będą narażać swoje życie, a ona wyjedzie na służbę do wrogów. 
- Nie martw się dziecko - usłyszała - przeżyjesz i wrócisz zdrowa.
Ciotka Hanka, która nie była wtedy ciotką a dzieckiem, nieopatrznie zwierzyła się ze swojego swojemu ojcu i matce.
- Ta znowu swoje. Te urojenia, przepowiednie. Co z niej wyrośnie? - na twarzy ojca pojawił się smutek.
- Przyjdzie nam oddać ją do sióstr - westchnęła matka - mówisz, że Matka Boska przyszła do ciebie we śnie. Dlaczego akurat do ciebie? Nie kłamiesz?
- To urojenia, jedynie urojenia - mówił ojciec - dobra z niej dziewczynka, pracowita, ale coraz trudniej z nią rozmawiać na tematy nie związane z religią.
Potem, zgodnie z przepowiednią usłyszaną we śnie wybuchła wojna i trzej bracia ciotki Hanki poszli na front, a młodszą siostrę chciano wydać za mąż. Najstarszy brat powrócił szybko, przegrany; drugi przepłynął morze, aby walczyć dalej, o trzecim słuch zaginął. Po zapowiedziach do wioski przybyli żandarmi i nowi urzędnicy w czarnych, skórzanych płaszczach. Krajowi prowadzącemu wojnę brakowało pracowników. Wybierano silne i zdrowe kobiety, którym nie straszny był alpejski klimat. Kiedy mężczyzna z szpicrutą w dłoni wskazał na młodszą siostrę ciotki Hanki, ona wystąpiła z szeregu i zaoferowała siebie. Była szczupła, niepozorna, koścista. Powiedziała tłumaczowi, że nie boi się pracy i pójdzie za siostrę do pracy. Łaskawi urzędnicy wyrazili zgodę i całe cztery lata ciotka Hanka, która w czasie wojny nie była ciotką, spędziła u gospodarza, który karmił niezgorzej, nie wymagając ponadludzkiej pracy.
Ciotka Hanka słała listy, w których powiadamiała ojca i matkę, że niczego jej nie brakuje, a jak tylko się wojna skończy, wróci do wioski. Otrzymywała odpowiedzi w podobnym tonie. Nie przekazano jej informacji o najmłodszym bracie, który z wojny nie powrócił i leży gdzieś w polu we wspólnej mogile. Ciotka Hanka również nie pisała o swoich snach. Nie pisała, że jeden ze świętych powiedział jej, że po wojnie nie zostanie na wsi i wyniesie się do wielkiego miasta.
I wyniosła się. 
W czasie, kiedy mieszkałem u niej cały boży rok (za co mnie podziwiano, że można tyle czasu wytrzymać z nią i jej powtarzającymi się snami) była już starą kobietą i w końcu naprawdę moją ciotką. 
Umarła, tak jak żyła, w samotności, we własnym świecie wizji i upiorów, a do klasztoru nie poszła.

17 października 2014

Paul Gauguin, szczodre kolory i optymizm

Jak nie zachwyca, skoro zachwyca. Zwłaszcza późny Gauguin. Osobliwą , jasną, sympatyczną barwą, egzotyczną i niezwykłą tematyką, prostotą i wyjątkowością.
Dla mnie to ulubione, optymistyczne malarstwo (wciąż mowa o późniejszych pracach), znudzone impresjonizmem i dające zew prymitywizmowi, którego siła tkwi między innymi w szczerości wypowiedzi i niezwykłości wizji innego, prywatnego świata podarowanemu odbiorcy w pełni słonecznych, pastelowych barw, niosących spokój i kontemplację. 


Poniżej link do prezentacji wielu, jedynych w swoim rodzaju prac Paula Gauguin'a. Zalecam obejrzenie wszystkim pragnącym odseparować się na chwilę od szarej i brudnej rzeczywistości.

16 października 2014

Passio [część druga]

2.
- Człowieku, przecież ja ją znam - wykrzyknąłem, kiedy rzucił najpierw na stół kilkadziesiąt kartonów i nieoprawionych płócien, co utworzyło pokaźną stertę prac, tylko tych, które przyciśnięte obaloną sztalugą leżały w rogu pokoju. A były tam szkice węglem, ołówkiem i brunatną kredką, tłuste pastelowe sztyfty i transparentne akwarele, ciężkie, nasączone barwą oleje i radosne, jasne gwasze ze starannie poprowadzonymi konturami postaci, złote i błękitne tempery, w których odtwarzana postać zdawała się być podobna pisanej cieniutkim włosiem ikonie i na szorstkim papierze naniesione kredy, nadające tłu słoneczną radość poranka.
- Tyleś tego namalował! -- nie nadążałam wzrokiem za kolejnymi cudami jego wyobraźni.
Wszędzie i wszędzie postać młodej dziewczyny, niskiej, uśmiechniętej, o włosach niedojrzałego żyta... ta sylwetka w przeróżnych pozach: siedzącej, klęczącej, stojącej, leżącej na wznak, na boku, w arcyniewygodnych pozycjach zanurzonych w zieleni łąk, przepastną mozaikę kwiatów, opadłych liści, wzgórz piaszczystych, wąwozów; wśród mchów, na tle lasu, rozlanego wartkim nurtem strumienia, w aureoli wschodzącego i zachodzącego słońca, wreszcie postać samotna, pokazana na jednolitym tle, jakby ulepiona z gliny, wyciosana z pnia drzewa, posągowa i alabastrowa, szukająca podobieństwa w greckiej rzeźbie i średniowiecznych freskach, postać zawsze ubrana w niezliczoną masę sukien zwiewnych, bawełnianych i lnianych koszul, bluzek bliskich ciału, podtrzymujących i chroniących piersi, spódnic spinających uda, szlafroków ożywionych różowym impetem barw, spodni obcisłych, podkreślających doskonałość kształtów.
Jedynie oczy i włosy dziewczyny pozostawały niezmienne, bez względu na zastosowaną technikę. Jeśli projektowane w kolorze - oczy miały barwę lazurowego błękitu; jeśli szkicowane - gałki oczne przesadnie wielkie, doskonale okrągłe, podążały za obserwatorem. Włosy natomiast, zawsze falujące, średnio długie, o przytoczonej wcześniej barwie żyta, jaśniały na każdym tle, jakby emanowały z samych siebie światłem równoważącym słonecznie wiązki promieni.
Przeglądałem te prace jak pergaminowe kartki starych manuskryptów, z szacunkiem i zachwytem, którego'm nie spodziewał po sobie. A potem podawał mi obrazy ukończone i oprawione w ramy, proste, bez zdobnych ornamentów. I wszędzie na nich ona, jedyna muza, jedyna żyjąca i nieśmiertelna postać, wybrana i służąca wiernie artyście.
- Kochałem ją, wiesz - przemówił nagle i za chwilę poprawił - kocham ją i kochać będę, aż serce mi zgaśnie. Pamiętasz ją? 
Jakże miałem jej nie pamiętać. Była jedną z tych dziewcząt, które nie mogły zostać nie zauważone. Nie sądziłem jednak, że dla Adama ona stanie się obsesją jego życia.
- Teraz wiesz, dlaczego ja... tutaj... dlaczego wtedy musiałem skończyć ten szkic. Każdy człowiek ma prawo do swojego obłędu. Nikt nie może zabrać mi tego prawa.
- W sumie każdy człowiek może stać się takim, chyba że od urodzenia cierpi - powiedziałem - ale ty przecież nie urodziłeś się taki. Przecież pamiętam...
Spojrzałem w jego oczy i nagle odkryłem, że nie dostrzegam w nim niczego, co mogłoby świadczyć o odmienności jego psyche. Być może w moich oczach on mógłby zobaczyć to, czego ja poszukiwałem bezskutecznie w jego oczach.
- A możesz mi powiedzieć - zacząłem niepewnie, a głos mój był tak ściszony, że niemal niesłyszalny dla niego - jak to się zaczęło? Dlaczego?
- Bałem się powiedzieć, że ją kocham. Tak bardzo bałem się odrzucenia. Nie potrafiłem, rozumiesz? Zbyt silny to był ból. Ona była na wyciągnięcie ręki, a jednak nie podałem jej dłoni, nie dotknąłem jej, nie przytuliłem, nie powiedziałem jej nic i... odeszła sobie, nie ode mnie, bo nigdy jej nie miałem, po prostu odeszła, wyjechała... i wtedy zacząłem cierpieć, i nie znajdowałem niczego, czym mógłbym ją zastąpić, a zastępować nie chciałem, i w końcu musiało się tak stać, trzeba odpowiadać za swoje błędy, jak mnie głowa boli.... zupełnie jak wtedy, kiedy pierwszy raz straciłem ją z oczu i starałem się jednocześnie zapamiętać jej twarz, jej sylwetką, coraz to bardziej oddalającą się, znikającą we mgle wspomnień, i tak bardzo chciałem ją zatrzymać przy sobie, nie wiedziałem jak to zrobić, musiałem więc malować, boli mnie głowa, Piotrze, będziesz musiał zawołać siostrę, ten ból jest nie do zniesienia... zaczekaj jeszcze... chcę ci powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem, niewiarygodnie szczęśliwym i kocham ten swój obłęd, chociaż strasznie mnie boli głowa...

Wezwana przeze mnie pielęgniarka wstrzyknęła mu dożylnie lek, po którym zapadł w sen. Niespodziewanie szybko zadział.
Rok później, we wrześniu, nad samym ranem obudził mnie telefon. Dowiedziałem się, że Adam K. zmarł śmiercią naturalną tej nocy, a przyczyniła się do tego niewyleczona infekcja górnych dróg oddechowych.
Prozaiczna śmierć ubliżyła jego cierpieniom.

15 października 2014

Passio [część pierwsza]

1.
W jakiejś gazecie zobaczyłem jego dwa zdjęcia (jedno starsze, czarno-białe, jeszcze ze szkolnych czasów) i krótką informację, z której dowiedział się, że niejaki Adam K. poszukuje rodziny, przyjaciół, kogokolwiek, kto go zna.
Siedziałem właśnie w salonie fryzjerskim  i po przeczytaniu tej notatki poprosiłem o coś do pisania i karteczkę.
Smukła starsza brunetka w typie greckiej matrony z pięknym wydatnym nosem, obsługująca klienta przede mną zauważyła kątem oka powód  mojego zainteresowania.
- Może pan oderwać sobie tę stronę. Ta gazeta jest sprzed tygodnia.
Podziękowałem, przepołowiłem kartę gazety, po czym złożyłem ją starannie na cztery części. Ważne były nie tyle zdjęcia i notatka pod nimi, ale numer telefonu.
W czasie strzyżenia nie bardzo miałem ochotę na rozmowę, a i fryzjerka nie należała do tych gadatliwych. Wydawało mi się jednak, że ta kobieta o kruczoczarnych włosach, tak zdecydowanie kontrastujących ze śnieżnobiałym fartuchem w jaki była ubrana, podobnie jak ja rozmyśla o tej notce wydrukowanej w rubryce "Zaginieni, poszukiwani".
Kiedy skończyła i oprószyła moją głowę tysiącami kropelek zapachowej substancji o zapachu koniaku, odezwała się do mnie:
- Myśli pan, że to człowiek, którego pan zna?
- Rozpoznałem go z tego starego zdjęcia, a i na tym nowszym rysy twarzy zdają się być takie, jak to sobie wyobrażałem.
- Wobec tego, życzę panu szczęścia - powiedziała kończąc krotka rozmowę, której towarzyszyło wtedy wykonywanie szybkich, sprawnych ruchów szczotką o bardzo delikatnym włosiu, którą usuwała z mojej szyi, twarzy i marynarki drobniutkich igiełek dopiero co ściętych włosów.
Szczęście, którego w swoim życiu nie posiadam w nadmiarze, było mi potrzebne i uśmiechnęło się do mnie już podczas pierwszej wybierania numeru.
Po tamtej stronie usłyszałem ciepły, matowy głos kobiety. Przedstawiła się, a wtedy zdałem relację ze sprawy, mając przed sobą rozwiniętą stronę gazety z podobiznami Adama K. Ależ oczywiście, rozpoznałem go, podałem jego imię i nazwisko i kilka szczegółów z lat szkolnych, kiedy to przez rok siedzieliśmy w jednej ławce. Głos kobiety stawał się coraz spokojniejszy, beznamiętny i czułem, że spadł jej kamień z serca. Powiedziała, że w sprawie Adama K. odebrała trzy telefony, lecz wszystkie brzmiały bądź to niewiarygodnie od samego początku prowadzenia rozmowy, bądź też relacje rozmówców nie pokrywały się z rzeczywistością po wchodzeniu na ścieżkę szczegółów. Dopiero ten mój oceniła jako wiarygodny.
Odetchnąłem z ulgą i dopiero wtedy zapytałem, co skłoniło zakład dla osób chorych psychicznie do zamieszczenia w prasie tego ogłoszenia.
Wyjaśniła wtedy, że przed miesiącem stan zdrowia pacjenta uległ pogorszeniu do tego stopnia, że spodziewano się najgorszego. Oprócz objawów dla pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii, wdało się obustronne zapalenie płuc, ale o tym dowiem się na miejscu, kiedy przyjadę.
- Wie pan - powiedziała na koniec - z reguły nie przekazujemy informacji osobom obcym o stanie zdrowia pacjenta, lecz w tym wypadku robimy wyjątek. Nie chcemy, aby pacjent pozostał zupełnie sam ze swoją rozczłonkowaną świadomością - usprawiedliwiała się - ponadto, zdaje się, że Adam K. nie posiada rodziny, z którą mogłabym rozmawiać o jego psychicznej i fizycznej kondycji.
Umówiłem się więc na dzień następny, określając nawet przypuszczalną godzinę o jakiej zjawię się w zakładzie.

Stonowany błękit ścian. Białe, okrągłe stoliki, przy każdym trzy krzesła; przestrzeni dla pięciu takich kompletów. Szafy i szafki pod ścianą, naprzeciwko dużej witryny zasuniętej kremową zasłonką przepuszczającą promienie słoneczne.
Byłem już po rozmowie z lekarką a teraz czekałem około kwadransa na spotkanie z Adamem. W zakładach zamkniętych porządek dnia jest rzeczą świętą a pora posiłku, zażywania medykamentów, ma swoje miejsce i czas.
Wszedł ubrany w szpitalny szlafrok, ciemnoniebieski, w białe podłużne linie; świeżo wygolony, wymyty, uczesany, jeszcze blady na twarzy - pozostałość po chorobie, przesuwający się powolutku w firmowych kapciach o białych, gumowych podeszwach.
Byłem sam w pomieszczeniu, a więc skierował się w moją stronę, uprzedzony zapewne przez siostrę oddziałową (a może samą lekarkę) o moim przybyciu. Nie wiedziałem, czy poinformowała go, kim jestem i nie będąc tego pewien, nie wyobrażałem sobie jego reakcji. 
Próbowałem wstać, kiedy podszedł do mnie, lecz mechanicznie zajął miejsce przy stoliku i spojrzał w moje oczy wzrokiem wyrażającym zakłopotanie. 
- Nie poznajesz mnie, Adamie? - zacząłem pierwszy - jestem Piotr.
Kąciki jego ust rozchyliły się delikatnie. Wysunął przed siebie rękę. Jego biała, alabastrowa dłoń przesuwała się po gładkim blacie stolika tak starannie, powoli, jakby sam kontakt jej z wypolerowanym podłożem sprawiał jej przyjemność. W pewnym momencie jego dłoń, rozwarte palce dotknęły mojej dłoni w taki sposób, jak dotyka się głowy psa, o którym nie wie się, czy czasami nie wbije w tę dłoń swoich zębów.
- Poznaję - wyszeptał.
Czułem jak palce naszych prawych dłoni splatają się i zaciskają na sobie. Czułem ciepło, delikatny, choć pewny uścisk.
- Tyle lat się nie widzieliśmy - powiedziałem - nie zmieniłeś się tak bardzo - skłamałem i dorzuciłem kolejne kłamstwo - dobrze wyglądasz.
Rozluźnił ucisk palców i wycofał całą rękę. Usadowił się na krześle wygodnie i w tej chwili spostrzegłem, że całe jego ciało pozbywa się napięcia mięśni.
- Mam tutaj bardzo dobrą opiekę. Wszyscy się tu wokół mnie krzątają - powiedział spokojnym głosem i początkowo te dwa zdania, jakie wypowiedział, uznałem za wyreżyserowane. Wtedy niespodziewanie dodał:
- Wstyd mi.
- To bardzo dobrze, że masz fachową opiekę - zareagowałem szybko, odrzucając, czy może inaczej, nie przyjmując do wiadomości informacji o wstydzie. - To miejsce jest naprawdę bardzo sympatyczne. I personel....
Opuścił wzrok i dostrzegłem jego wargi rozchylające się do uśmiechu, ledwo widocznego uśmiechu.
- Ty wiesz, że oni dają mi tutaj takie lekarstwa,które mnie uspokajają. A niektórzy - kontynuował - oszukują, albo siłą im muszą do gardła wpychać. A ja pomyślałem sobie, że skoro lubię ten mój spokój i nie boli mnie wtedy głowa, to dlaczego miałbym odmawiać brania leków.
Uśmiechnąłem się i ja. "Mówi rozsądnie, jak dobrze wychowane dziecko".
- I bardzo, bardzo dobrze robisz. Słyszałem, że byłeś chory, poważnie chory.
Podniósł głowę, wyprostował się i zaczął mówić do mnie tak, jakbym go przesłuchiwał.
- To przez ten deszcz. Przemoczyłem kapcie. Chciałem skończyć rysunek, kiedy zaczęła się ulewa. Deszcz rozmywał węgiel, a ten szkic był prawie ukończony.
- Rozumiem.
- Siostra tego nie rozumiała - zmienił wyraz twarzy na poważny - potem krzyczała na mnie, że powinienem wrócić, kiedy tylko spadł deszcz. Nie rozumiała, co to znaczy nie mieć ukończonego szkicu, kiedy ma się tak niewiele do skończenia.
- Ale własnie wtedy się przeziębiłeś. Zaryzykowałeś własnym zdrowiem. Siostra oddziałowa mówiła mi, że szukali cię długo i to w największą ulewę.
- Chciałem dokończyć.
- Mógłbyś następnego dnia.
Wtedy zamilkłem, bo zdałem sobie sprawę z tego, że mogę go utracić, brnąc szlakiem racjonalnych wyjaśnień, które może odebrać jako połajanki. Zamyślił się i przez dłuższy okres czasu milczał, lecz miałem pewność, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zapalenie płuc wzięło się z jego uporu, choć miał powód do bycia upartym.
Pomyślałem, że nie jest z nim tak źle, skoro rozumie, lecz kolejna myśl wyeliminowała poprzednią: "on bierze lekarstwa i to dzięki nim odzyskuje równowagę i podtrzymuje kontakt ze światem".
Weszła siostra, przynosząc na dwóch talerzykach po jednym kawałku drożdżowego ciasta, a dla Adama jeszcze zabielaną kawę pachnącą zbożem.
- Czego chciałby się pan napić? - zwróciła się do mnie.
- Jeśli można, herbaty, gorzkiej herbaty - odparłem.
Adam powoli połykał kęs za kęsem drożdżowca z kruszonka i popijał kawą.
Spróbowałem i ja, a w tym czasie siostrzyczka przyniosła herbatę.
Pomilczeliśmy chwilę.
- Dobrze tu  żywią - stwierdziłem.
- Zawsze do obiadu mamy ciastko lub jabłko.
- Ale jesteś już zdrowy, co? Najgorsze minęło. Powiadali, że byłeś w paskudnym stanie. Bali się o twoje życie. Wiedziałeś?
- Mnie siostra mówiła, że byłem nieprzytomny. To dlatego przyjechałeś? Tak kiepsko ze mną było?
Wciąż miałem świadomość tego, że mówi logicznie. Ale ta lekarka, z którą rozmawiałem najpierw przez telefon, a potem już tutaj, w zakładzie, tłumaczyła mi, że choroba psychiczna nie musi wyrażać się tym, że pacjent całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością. Rozmawiała ze mną, całkowitym laikiem, nie mającym doświadczenia z psychicznymi ułomnościami człowieka; rozmawiała ze mną w moim języku, abym zrozumiał, że choroba psychiczna nie oznacza tego, że cały czas osoba chora zachowuje się w sposób irracjonalny, budzący przerażenie a czasami litość, gdy zamyka się we własnym świecie, z którego nigdy się nie wydostaje. Owszem, bardzo częste są nawroty choroby, bądź też stany, w których nikt nie powiedziałby, że ma do czynienia z pacjentem, którego należy pilnować i izolować od środowiska, nie tylko ze względu na to, że może mu zagrażać, ale również w celu ochrony pacjenta przed samym sobą.
- W chorobach psychicznych - mówiła - pacjent czasami zdradza umiejętności, których nie powstydziłby się całkowicie normalny człowiek. Niektórzy psychiatrzy i psychologowie kliniczni uważają nawet, że w miarę pogłębiania się choroby psychicznej u niektórych pacjentów obserwuje się zwiększenie roli tej części mózgu, która odpowiada za działania twórcze. Nasz mózg, panie Piotrze, jest wciąż dla nas tajemnicą. Ale, jak sądzę, nie obce są panu przypadki wielkich artystów, którzy tworzyli w warunkach skrajnie wykończonego organizmu (mam na myśli psychikę), niestabilności uczuć i emocji, bądź tez celowo faszerowali swój organizm środkami psychotropowymi, aby tę niestabilność wywołać i wprowadzać się w stan daleki od normalnego odbioru i przetwarzania bodźców płynących z zewnątrz.
Lekarka przeszła potem od wykładu, który rzeczywiście mnie zaciekawił, gdyż, jak to powiedziałem wcześniej, jestem laikiem w tej dziedzinie wiedzy o człowieku, przeszła więc do nadzwyczajnych zdolności Adama, zdolności, które pojawiły się nie od razu, kiedy tu go przywieziono, ale znacznie później, gdy wiedzieliśmy już, na jak ciężką cierpi chorobę i z jak trudnym do uleczenia przypadkiem mamy do czynienia.
Tym sposobem dowiedziałem się, że Adam namiętnie maluje i rysuje, i czyni to niemal bezustannie, kiedy tylko ma wolny czas.
- Mieliśmy spore problemy w pozyskaniu dla niego farb, kredek, węgla, pędzli, desek,  płócien i kartonów, tak wiele tworzył - mówiła - aż namówiliśmy go na to, aby zechciał sprzedać część swoich prac. Z niechęcią oddawał je na aukcje, albo sprzedawał bezpośrednio zainteresowanym, lecz świadomość, że w ten sposób, dzięki pozyskanym środkom finansowym, będzie mógł namalować kolejny obraz, naszkicować rysunek, ta świadomość przeważyła, tyle że tę swoją pasję omal nie przypłacił życiem.

- Słyszałem, że malujesz. Dużo malujesz - powiedziałem.
Ożywił się. Nie tylko wydłużyły mu się usta, nie tylko uniosły się ich kąciki, ukazując szczery, acz niespodziewanie wywołany na twarzy uśmiech, lecz również uniosły się jego brwi, a oczy trysnęły barwą odbitego od ściany błękitu. Jakaś nadzwyczajna a niewidoczna siła zdołała wprawić w drżenie jego skulone, zamknięte w sobie, można by rzec, leniwe i posłuszne ciało. Wstał nagle, jak gracz-zmiennik szykujący się do wejścia na boisko, oparł mocno dłonie na blacie stolika, spojrzał trzeźwo na mnie i wręcz wykrzyknął:
- Chcesz zobaczyć moje prace?

Żadna siła nie pozwoliłaby mi odmówić, zaprzeczyć jego pragnieniu i determinacji.
Wszedłem więc do jego królestwa, tej pojedynki darowanej mu przez dyrekcję ośrodka, pokoju, który nie tylko przypominał, lecz był pracownią artysty. (...)