ZAPRASZAM
Początkowo myślałem, że przyjadę tutaj na święta albo na któryś z weekendów, tych długich, co to ich się narobiło tak wiele jak grzybów po deszczu. W końcu zdecydowałem, że zainwestuję w ten dom. Proszę sobie wyobrazić – piętrowy, ponad sto sześćdziesiąt metrów kwadratowych, ponad, to może i sto osiemdziesiąt. Trzy pokoje na piętrze, trzy na parterze, w tym niewielka sala jadalna, lecz za to z kominkiem, prócz tego kuchnia. Zainwestowałem w centralne ogrzewanie, choć pani Maria prosiła, abym zostawił piec kaflowy, który łączył kuchnię z sąsiadującym z nią jej pokojem. Zająłem się też sanitariatami – dwie małe łazienki na górze i podobnie dwie na dole. Muszę przyznać, że miałem szczęście do robotników – nie byli tani, ale pracowici, rzetelni i wykonali swoją robotę terminowo.
Jak zareagowała rodzina? Niewiele jej mam – syn osiedlił się w Anglii, córka podróżuje z mężem po całym świecie, są już po czterdziestce, nie wymagają finansowej pomocy, ale mimo wszystko po sprzedaniu mieszkania w mieście podzieliłem otrzymaną kwotę na trzy równe części, aby się nie czepiali ojca, że skąpy i tylko zgarnia do siebie. Ale że zdecydowałem się sprzedać swoje mieszkanie, zdziwieni byli, nie dowierzali, do kogo pójdziesz? chcesz się ożenić na stare lata? co się napadło? A ja do nich, czy pamiętają to miejsce, tę wieś i dom na skraju lasu, gdzie zabierałem was na wakacje, łódki, kajaki, ryby, las, poziomki i jagody, matka wasza żyła jeszcze, z Janowską robiła konfitury, kompoty, robiły pierogi i lody jagodowe. Tak, to tam się wyprowadzam, do nie niemal w moim jest wieku, ale to nie tak jak myślicie, nie oszalałem, aby się ponownie ożenić, choćby przez pamięć o waszej matce; los zabrał ją na tamtą stronę, stanowczo za wcześnie. Ta pani Janowska to przecież nasza przyjaciółka, a jej mąż, gajowy też odszedł od niej po krótkiej chorobie, więc kiedy wy macie swoje życie, a widzimy się nie częściej niż raz na rok; syn wtedy, że mnie weźmie do swego domu w Derby, zmieścimy się, z Barbarą się dogadasz, wiesz, jaka ona rodzinna; córka z kolei obiecuje, że będzie przyjeżdżać do mnie częściej, a w ogóle to jeśli ona i jej Franek dogadają się z wydawnictwem i podpiszą umowę, o jakiej marzyli, to mają już upatrzone lokum pod Warszawą, osiądą tam na stałe i będziemy bliżej siebie.
Przerwałem. Strasznie mi zimno. Maria mówi do mnie, weź materac z sieni, jest napompowany, czyściłam go, położysz go wedle kuchni, przy ciepłym. Jest. Kładę. Z kuchni bije żar. Czerwone drzwiczki paleniska i rura do komina czerwieni się. Ja tu po turecku usiądę przy tobie, mówi Maria, przysiadła, ale wcześniej przytaszczyła na tacy karafkę z cytrynówką, teraz rozlewa ją do pękatych kieliszków. Pij, rozgrzejesz się, mówi, to na spirytusie. Rzeczywiście mocna ta nalewka. Maria leży na tapczanie, który jest jej legowiskiem, twarzą do źródła ciepła. Ona wprawdzie ma swój mikroskopijny pokój, ale woli spać w kuchni; kuchnia jest zawsze wysprzątana, co drugi dzień szoruje białą podłogę, właściwie to jej kolor jest drewniany, raz mówiła, że modrzewiowy, innym razem że sosnowy. Ja leżę na materacu, także z twarzą zwróconą ku dającej solidne ciepło węglowej kuchni. Dziwacznie to wygląda – dwa stare cielska, jedno wyżej, drugie niemal na podłodze garną się do ciepła, a po dwóch kwadransach kobieta schodzi na podłogę i uzupełnia pękate kieliszki cytrynową nalewką na spirytusie. Pomyślałem sobie, że gdybyśmy oboje byli młodsi, zmieścilibyśmy się na tym jej tapczanie, ja od brzegu, nie lubię spać od ściany, wolę nie być skrępowany brakiem możliwości wyjścia choćby za potrzebą. Ale jesteśmy starzy, więc wspólne kuszenie ciała snem odpada. Przypominam sobie, że moi dziadkowie ze strony matki mieli dwuosobowe łóżko, które wyglądało tak jakby były to dwie jedynki, wskutek czego dwa łoża oddzielone były drewnianą barierą dziesięciocentymetrowej wysokości. Ciekawe jest to, że babcia z dziadkiem okrywali się na noc jedną wielką pierzyną. Dziadek niestety na tym tracił, gdyż babcia wierzgała nogami, kręciła się na tej swojej części łóżka i często pozbawiała dziadka jego części pierzyny. Dziadek co i rusz budził się i narzekał na głos, babusie, znowu mnie odkryłaś, a ona na to, że znowu ją obudził, dziadek odpowiadał, że nie dość, że go odkryła, to jeszcze głośno chrapie, co jest nie do wytrzymania, a ona, no daj spokój i śpij, jak ci dobrze. Dziadkowi oczywiście nie było dobrze, ale zasypiał, bo cóż miał w nocy robić.
A mnie jest jest dobrze na tym materacu. A kiedy jest mi dobrze, to takie jakieś dziwne myśli kołaczą się w mej głowie i chyba w półśnie wypowiedziałem swoje pragnienie, aby rozbić z Marią, tutaj, w jej kuchni… namiot, a właściwie coś w rodzaju namiotu, który onegdaj rozbijałem w swoim pokoiku, gdy byłem dzieckiem. Mówisz poważnie, Maria do mnie, dziecinniejesz, mój drogi, ale wiesz, któregoś dnia zrobimy coś takiego, dlaczego nie? [...]
[23.02.2025, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz