Zaprawdę, gdyby w tej chwili ktoś nas zobaczył – ja na materacu, ona na tapczanie, cóż mógłby sobie o nas pomyśleć, zwłaszcza o mnie, który przecież ma swój pokój na górze i jak Bóg przykazał, mógłby spokojnie śnić we własnym łożu. Ale właśnie takim jestem, takimi jesteśmy z Marią – niekonwencjonalni, nie organizujemy sobie życia, planując je; raczej rzucamy się na żywioł, realizujemy się reagując spontanicznie na sugestie, które padają wobec nas nagle i niespodziewanie. Nasze wspólne życie przypomina raczej świat młodocianych przeżyć, kiedy nie myśli się wielkimi literami o porządku świata, o prawach dorosłości. Jak to możliwe, że będąc w wieku tak sędziwym, żyjemy jak nastoletnie pacholęcia, którym towarzyszy bunt młodości? Nie odpowiem na to pytanie. Po prostu nie znam na nie odpowiedzi.
Kiedy po uzupełnieniu paleniska polanami osikowego lub topolowego drzewa ogień zagrał wesoło i zrobiło się cieplej, wstałem i oddaliłem się nieco od źródła ciepła; potem skierowałem się ku tapczanowi z leżącą na nim, a w tej chwili śpiącą Marią, przykryłem kobietę kocem, który do tego czasu nie ochraniał jej nóg, więc uczyniłem z niego pełne nakrycie całej jej postaci. Wróciłem na swoje posłanie z pledem zawieszonym dotąd na oparciu jednego z kuchennych krzeseł; sięgnąłem też po poduszkę spoczywającą na siedlisku tegoż krzesła i ułożyłem się na swym napełnionym powietrzem materacu; zamierzałem zasnąć. I kiedy wtuliłem swoją głowę w poduszkę, tak jakbym przytulał się do ciepłego ramienia kobiety, poczułem, że nagle gubię dojrzałe i dostojne lata swego życia, odmładzam się i staję się młodzieńcem w tymże domu, w sali kuchennej i w wątłym, czerwonawym świetle dobywającym się z węglowej kuchni dostrzegam młodą kobietę leżącą na tapczanie, aż podszedłem do niej i krótkim acz pilnym spojrzeniem zmierzyłem jej twarz. Rozpoznałem ją… rozpoznałem. Była inspiracją do napisania mojego pierwszego dłuższego tekstu. Proszę sobie wyobrazić późnojesienny mokry krajobraz leśny i na przemian łąkowy, wybujałe stare trawy, które gdyby chciało się przemierzyć, biegnąc w stronę skraju niewysokiego, brzozowego zagajnika, gdyby chciało się przebyć tę łąkę, należałoby najpierw wyżąć gliniaste, rudawe podłoże, co i tak nie byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem, bo ponad zakopconą mgławicą nasuwały się jedna po drugiej bure chmury, które łączyły się w cieknącą ogromnymi kroplami gąbkę i zalewały wszystko, co stanęło na ich drodze. Właśnie wtedy dostrzegłem ją buszującą ponad burzanami traw, jak ucieka (widocznie pierwsza mnie spostrzegła) w stronę lasu, tego niższego i tego wysokiego, sosnowego, a potem rozłożystego świerkowego lasu, gdzie miałem schronienie, leśny domek opierający się zaciekle wiatrom, deszczom, burzom i śnieżycom. Pomyślałem, że mnie odkryje, ale to nic – w końcu niczego złego nie powinienem się spodziewać z jej strony. Rzuciłem się za nią w pogoń, omijałem chaszcze, przedzierałem się przez zasuszone kłącza jeżyn o kolczastych łodygach, choć późną jesienią mniej dokuczliwych, zmiękczonych przez mgłę i cieknące z niskich chmurzysk potoki miękkiej wody, aż wreszcie dopadłem ją u wejścia go wysokiego sosnowego lasu. Podbiegłem do niej i niemal rzuciłem się na nią, chwyciwszy ją za biodra i powaliwszy na galaretowaty mech. Poczułem ugryzienie na przegubie lewej ręki, syknąłem z bólu ale nie pozwoliłem się jej oddalić. Chyba nie byłaby w stanie tego zrobić, gdyż oddychała ciężko, chrapliwie, a serce łomotało jej tak jak uderzenia udarowej wiertarki. Nie zastanawiając się długo, wziąłem ją na ręce i zaniosłem, do siebie, do swojego leśnego domu. Przekraczając jego próg, upadliśmy oboje na zapastowane deski podłogi. Musieliśmy przeleżeć tak dobre kilka minut – ona była zmęczona długim biegiem i ucieczką przede mną, ja z kolei namęczyłem się sadzając ją na moich ramionach i taszcząc aż do progu leśnego domku. [...]
[25.02.2026, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz