Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

07 kwietnia 2026

PROFESOR TUTKA (29) Z WIZYTĄ U WIEDŹMY

 

Doktor opowiadał o najnowszych środkach uśmierzających bóle, sędzia poruszył sprawę narkotyków w ogóle i w związku z przestępczością, rejent opowiedział swoje wrażenia z lat dawnych, gdy trafił raz do palarni opium.

Odezwał się teraz Profesor Tutka:

Niegdyś, przed laty, spędziłem parę miesięcy w lesistej miejscowości. Poszedłem raz do wielkiego lasu i po prostu zabłądziłem. Próbowałem wrócić, ale wciąż byłem w wielkim lesie. Postanowiłem iść w jednym kierunku, wreszcie las musi się skończyć. Słońce zasłoniło się chmurami, mżył deszcz, według nieba nie mogłem się orientować, czy idę na wschód, czy na zachód. Po obrośniętych mchem pniach drzew orientowałem się tylko, gdzie północ, a gdzie południe. Postanowiłem iść na północ. Wreszcie po paru godzinach, gdy zrobiło się już ciemno, spostrzegłem z radością, że drzewa zaczynają się przerzedzać. Ujrzałem ślad jakiejś drogi, później domek ze światłem w oknach. Przemokłem i zmęczyłem się bardzo, więc widok tego domku, w którym zapewne będę mógł odpocząć, pożywić się i rozpytać, gdzie jestem — był dla zbłąkanego po prostu szczęściem. Gdy zapukałem, otworzyła mi drzwi kobieta.

Pozdrowiłem ją i zapytałem uprzejmie, czy pozwoli mi tu odpocząć, gdyż zabłądziłem w lesie i nie wiem, jak daleko jestem od miejscowości, w której mieszkam. Niemłoda kobieta wysłuchała mnie i powiedziała dość surowo, bez wielkiej uprzejmości «proszę». Wprowadziła mnie do obszernej, zresztą jedynej, izby w domu. Powiedziała znów surowo i chłodno: «Niech pan spocznie». Usiadłem. Popatrzyła na mnie i znów powiedziała dość szorstko: «Niech pan zdejmie marynarkę; przemokła; trzeba zawiesić ją bliżej ognia». — «A... jeżeli pani tak łaskawa...» I zdjąłem posłusznie marynarkę, którą powiesiła w pobliżu paleniska, po czym sama zaczęła haczykiem poprawiać płonące drzewo. Rozejrzałem się po izbie. Izba duża, bielona, o niskim belkowanym pułapie. Na tych belkach zauważyłem mnóstwo pęczków suszonych roślin. Na półce stało dużo butelek, napełnionych płynami o różnych kolorach. Jeden z rogów dużej izby był zasłonięty płótnem, zza którego wyglądała

część łóżka. Pośrodku stał duży stół, przy jednej ze ścian wiejska kuchnia z okapem i piecem do chleba. Poza tym zauważyłem niemalowany kredens z sosnowego drzewa i parę staroświeckich okutych skrzyń. Spytałem:

Pani tu sama mieszka?

Sama.

I nie boi się pani?

Niczego się nie boję. Mnie się ludzie boją.

Gdy to powiedziała, pierwsza moja myśl była: «trafiłem do chaty wiedźmy». Spojrzałem teraz na łopatę, służącą do wkładania chleba. Pomyślałem: «Dobrze, iż nie jestem zabłąkanym dzieckiem: może powędrowałbym na tej łopacie do pieca». Zacząłem obserwować teraz pilniej moją gospodynię, stojącą nad ogniem. Nie była młoda, ale i nie stara; nie mogłem określić, wiele ma lat. Trudno również określić, czy ładna, czy brzydka. Drgający ogień i cienie wyostrzały, to znów łagodziły jej twarz. Uderzały na pierwsze wejrzenie jej oczy badawcze, przenikliwe i postać duża, powiedziałbym: dostojna. Kobietą, której przyglądałem się z wielkim zainteresowaniem i pewnym, dodajmy, niepokojem, postawiła na ogniu patelnię, nad którą zaczęła rozbijać dużą ilość jaj. Przyrządzając jajecznicę powiedziała surowo i szorstko:

«Musi pan tu nocować: ciemno się robi, znów pan w lesie zabłądzi. Dam panu trochę siana i poduszkę, do świtu się pan prześpi». Gdy jajecznica była już gotowa, kobieta podeszła do jednej ze skrzyń, wyjęła biały obrus i rozłożyła na stole. Zauważyłem, że obrus jest z wytwornego płótna. Gospodyni podeszła do kredensu i po chwili postawiła na stole dwa talerze. Poznałem od razu jak antykwariusz, że to stary fajans angielski. Łyżeczki były również staroświeckie, ciężkie, ozdobne i srebrne. Postawiwszy na stole tacę z chlebem, pani podała salaterkę jajecznicy oraz jeszcze postawiła butelkę zielonkawego napoju i kryształowe kieliszki. Zgłodniały, z przyjemnością patrzałem na obfitą ilość jajecznicy, chwytałem z lubością zapach wiejskiego chleba. Gospodyni zarzuciła na siebie wzorzysty, egzotyczny szal i nalała z butelki zielonkawego napoju. Podczas tych wszystkich czynności w głowie mej pracowały myśli i spostrzeżenia. Gospodyni moja, ta wiedźma, to jakaś kobieta z «przeszłością». Niektórzy o swej przeszłości lubią opowiadać i nawet przedstawiać ją za świetniejszą, niż była; niektórzy nie lubią o niej mówić. Wiedziałem o tym i postanowiłem na razie o przeszłość nie pytać. Pomyślałem teraz o napoju, który kobieta nalała do kieliszków. Zapewne, że coś na spirytusie, ale co? Czy może jest w tym jakiś proszek z suszonego węża, jaszczurki, nietoperza? Może, gdy mnie upije, zaprosi na miotłę, którą widzę koło pieca i polecimy na Łysą Górę? Lubię przygody i podróże, więc i tego spróbuję. Może jest w tym lubczyk, albo też wyciąg z kantaryd, po czym ogarnie mnie szał miłosny? Dziwy siedzą w mężczyźnie... Spędzałem chwile nader miłe z kobietami o bardzo różnych profesjach, ale z prawdziwą wiedźmą jeszcze nie próbowałem. Byłem trochę zaniepokojony, ale nie mogę powiedzieć, żeby nie nęcił mnie urok tajemnicy. Zresztą teraz ta kobieta, gdy siadła naprzeciw mnie, wydała mi się niestraszna, a nawet interesująca. Panowie! Co tu gadać... Opowiadania o miłości są zawsze najciekawsze i nie dziwię się, że nadstawiliście ucha... Gdy miałem w sobie różne myśli i niepokoje, po surowej twarzy kobiety przemknął jakby cień ironicznego uśmiechu. Powiedziała mi: «Niech pan pije; niech się pan niczego nie obawia... rozgrzewające, dobre i zdrowe». Kobieta widocznie umiała chwytać ukryte myśli. Wypiliśmy po kieliszku rzeczywiście nadzwyczajnej w smaku nalewki ziołowej, po czym zacząłem jeść jajecznicę, która mi się wydawała najwspanialsze potrawą, jaka istnieje na świecie. Spojrzawszy na wiszące pod pułapem zioła, spytałem:

Czy pani może leczy?

Tak.

I zioła ludziom pomagają?

Zamyśliła się.

Zapewne... Leki pomagają... Czasem naprawdę, czasem to złudzenie, czasem jakaś nadzieja...

Nalała mi znów zielonkawego napoju. Zaczęła mówić, ale teraz jak gdyby z uśmiechem

i łagodniej:

Myślał pan, że podałam panu jakiś osobliwy narkotyk. — Zapaliła długie wąskie cygaro, jakie się widuje w krajach południowych. Nie spoglądała już na mnie swym wzrokiem, aż męcząco badawczym, przenikliwym, tylko zapatrzyła się w dym tego cygara. Po chwili znów zaczęła mówić coraz ciszej i coraz łagodniej:

Przychodzą do mnie ludzie i po narkotyki... Jest pan człowiekiem młodym (byłem wówczas młody) i zechce pan nieraz tych podniet spróbować. Nie radzę panu… Zwłaszcza panu.

Dlaczego mówi pani: zwłaszcza mnie?

Patrzyła wciąż na dym swego cygara.

Są ludzie — mówiła — którzy nie mają wyobraźni. Narkotyk odsłania im światy, których bez niego nie mogliby zobaczyć. Światy naprawdę interesujące, bogate, może nawet cudowne. Ale są ludzie, którzy mają tej wyobraźni aż za wiele i to im przeszkadza nieraz bardzo w życiu. Gdyby jeszcze zażywali narkotyków, poprowadziłoby to ich już w bardzo dalekie krainy. I jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Narkotyk może odebrać, przytępić takim ludziom wyobraźnię. Byłoby to z wielką jednak szkodą dla nich, a może czasami i dla drugich. Pan lubi dalekie podróże. Odbywać je pan będzie naprawdę, choć zwykle spotka pana rozczarowanie. Ale jeszcze ciekawsze będą pańskie podróże, gdy je pan będzie odbywał na miejscu, siedząc w swoim pokoju. Chociaż mi pan dużo o sobie nie mówił, wiem, że jest pan człowiekiem wymownym. Lubi pan coś słuchaczom opowiedzieć. A skąd wiem? Taka już jestem, że jak na człowieka spojrzę, to dużo o nim wiem... Otóż, gdy pan ludziom będzie opowiadał swoje przygody, a będzie to może w kawiarni...

- Panowie! — powiedział Profesor Tutka — ta kobieta widziała mnie, patrząc na dym z cygara, widziała mnie między wami w kawiarni... Ale wracam do tego, co mówiła dalej… «Otóż, gdy pan ludziom będzie opowiadał przygody swoje w kawiarni, niech pan nie szuka większych podniet. Wystarczy panu filiżanka czarnej kawy. Gdyby się pan podniecił, może odszedłby od możliwości zrozumienia pana przez słuchaczy zbyt daleko. Straciłby pan z nimi kontakt. A tak, jeżeli nie wszystko zrozumieją, o czym pan mówi, w każdym razie ze trzy czwarte tego, co pan opowiada, będzie dla nich zrozumiałe. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami łączności. A nawet radziłabym panu, aby do czarnej kawy kazał pan sobie przynieść zawsze szklankę zimnej wody. Gdy wyobraźnia zechce ponieść pana zbyt daleko, niech się pan napije zimnej wody i dopiero mówi dalej».

- Panowie — mówił po chwili Profesor Tutka. — Oto zdradziłem wam tajemnicę, dlaczego do czarnej kawy każę przynosić zawsze szklankę zimnej wody. Posłuchałem rady mądrej, dużo wiedzącej kobiety, z którą na ciekawej rozmówię spędziłem niegdyś jedną noc w lesie.



[07.04.2026, Toruń]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz