Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

25 grudnia 2014

Postój na odludziu ocieplony

Do Neuenstein zajeżdżam późna nocą. Teraz zresztą noc grudniowa nastaje szybko. Prędko dzień się męczy i zaćma wieczorna kładzie się przepastną czernią na okolicę. Zajeżdżam więc do tej wioski, miejsca na odpoczynek szukam. Znalazłem wolne miejsce, lecz blisko ludzkich siedzib, więc nie najlepiej, bo autko przepalić trzeba, a wiadomo, że taki warkot śpiących na baczność postawi, zwłaszcza, gdy oczy do snu bezpiecznego przywykłe.
I własnie wtedy, gdym stroił się do poszukiwania lepszego miejsca, bardziej odludnego, podchodzi do mnie Niemiec-tubylec. Ja mu pod oczy podtykam adres, a on instruuje mnie jak do samego celu dojechać i jego ręka zatacza obszerny krąg.
Tedy instruktażu usłuchałem, żegnam się, dziękując za wskazówki nieocenione i ruszam w trasę, krótką, lecz nie do samego miejsca przeznaczenia, bo znalazłem połać wolnego miejsca do pospania i tam zległem snem sprawiedliwym.
A rankiem znów tego samego Niemca spotykam, znaczy się on mnie spotyka (traktorem przyjechał) i podpowiada mi, abym zjechał niżej w lewo, bo tam pod laskiem niewielkim tartak właśnie. Tak też i robię, myśląc sobie, że niepodobieństwem było tę drożynę dostrzec w świetle nocy.
Rozładowałem się więc i na nowy kurs czekając, opuszczam Neuenstein, znajdując mało ciekawy parking na wzniesieniu przy główniejszej szosie, w objęciach niewielkich wzniesień, z widokiem na wioskę w dolinie sporej położoną. Jako, że kurs nie wypalił, spędzę w tej odludnej krainie trzy nieciepłe noce, nie inaczej.
Co było robić. Stoję grzecznie, jadam, popijam, czytam, piszę i śpię, i patrzę, żem w krainie rewirowej jakiegoś jastrzębia który szuka zdobyczy na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa. Ale sobie w drogę nie wchodzimy, nie wlatujemy. W tej dobrej komitywie przepędzam pierwszy wieczór i pierwszą noc w tej okolicy.
Nazajutrz czeka mnie niespodzianka. Obok mnie przystaje średniej wielkości srebrny samochodzik - najpewniej opel. W okienku kobieta, na tylnym siedzeniu dziecko w foteliku przytroczonym do pasów. Widać że średnio- a może ciut mniej niż średniowiekowa niewiasta ma mi coś do powiedzenia. Opuszczam więc szybę, a ona coś po niemiecku do mnie powiada. Odczekałem więc, a że z niemieckim jestem na bakier od urodzenia, tłumaczę:
- Sorry, I don't understand. I can't speak German, only English.
Wtedy ona, jak gdyby nigdy nic, na angielski przechodzi (uczcie się języków, panowie i panie) i mówi, że widziała mnie wczoraj w tym miejscu i chciała się zapytać, czy wszystko u mnie w porządku, czy czego mi nie potrzeba. Dalej zapytuje, gdzie śpię (wskazuję na kurnik nad głową), bo w poniższej wiosce, gdzie ona zamieszkuję jest "guest house" i czym nie zgłodniał za bardzo.
Co tu gadać, zaskoczony niepomiernie, podziękowałem za zainteresowanie najśliczniej jak umiałem. Jest u mnie i coś do przegryzienia, i miejsce do spania, i wszystko mam, czego mi potrzeba, a że potrzeby mam niewielkie, więc jeszcze raz z uśmiechem podziękowałem... tylko jakoś mi się cieplej, goręcej zrobiło.

[a oto wioska w dolinie, skąd przywiodło do mnie tę sympatyczną panią]

Nie było miejsca dla ciebie czyli jej powrót


Inżynier Bek tak zdecydował, z osobistą żoną swoją.
- My i tak dzisiaj do córki na wieczerzę idziemy, więc aż do osiemnastej mamy czas.
Kawiarennik osądził jednak, że to sprawka całej jego zgrai przyjaciół, także tych dwu cichych jak szumiący letni strumyczek podczas upału szarytek, sióstr w wierze i sióstr rodzonych. Ich to rozporządzeniem kawiarenka odświętny widok przybrała, w choinką i siankiem na każdym stoliku. Pani inżynierowa natomiast dla armii przyjaciół, również tych, co z życzeniami jak po ogień wpadali, przygotowała beczułkę śledzi w imbirowo-cebulkowym sosie, w oleju, a jakże, słonecznikowym, z przyprawami, o które darmo pytać, gdyż inżynierostwa przepis patentem chroniony.
/nie było miejsca dla ciebie/
Nareszcie radca Krach z małżonką przybył.
- Czas już, czas - wykrzyczał pogodnie i zaraz kawiarennika do auta porwano.
- Skoro mnie porywają bez sprzeciwu - rozmyślał kawiarni gospodarz - tedy cała sprawa ukartowana.
Stary pisarz z kajetem i jakowąś paczuszką się zjawił zaraz po odjeździe auta a za nim mecenasostwo i pan doktor Koteńko z żoną.
- Przypominam wszystkim, że dzisiaj dzień świąteczny, to raz, lecz pamiętajmy również o tym, że pana Adama dziś urodzinowe imieniny mamy - zauważyła pani Zofia.
- Ileż to uroczystości w jednym - zachwycił się mecenas Szydełko
- Nie mogła lepszego wybrać terminu na przyjazd - dopowiedziała pani mecenasowa - czy wszystko gotowe?
Siostry dłonie złożyły jak w podzięce.
- Na dany znak nakrywamy do stołu - rzekła starsza z sióstr.
/w ubóstwie i chłodzie/
I spieszono się dostojnie, z wolna i pogodnie. Kawiarenka wprawdzie otwartą była, lecz zaledwie troje jegomości umęczonych wietrzną a niepogodną aurą siorbało herbatę z cytryną, a że pierwszy raz w gościnę popadli, toteż dziwili się śledziowym w kawiarni zakąskom, zapachom borowikowej zupy i drażniącym nozdrza kapuścianym grochem. Zadziwionym, po wypytaniu czy godzinę cennego swego czasu na poświęcenie mają, nakryto również stolik; ci zatem widząc, że wkoło ochocza trwa praca, poprosili o zadania dla siebie, które niebawem otrzymali.
/by wyrwać z czarta niewoli/ 
- Ciekawym, jak nasza Marysia wygląda. A jak maleństwo? - mecenas Szydełko, zasiadłszy z innymi, niecierpliwe zadawał pytania.
- Skoro dziewczynka, nie może być inaczej, że do Marii podobna - stwierdziła pani Zofia.
- Te same oczy, ciemnopiwe zapewne - prorokowała pana Beka żona.
- A ty, pączusiu, zaraz po karmieniu, rzucisz na dziecinę lekarskim wzrokiem, czy aby nic mu nie dolega - skierowała swą prośbę pani Zofia do męża.
- Z przyjemnością rzucę okiem.
- Bo wiesz, że w taka pogodę, łatwo złapać jakiegoś wirusa - dodała.
- Wiem, wiem, skarbie. I upraszam wszystkich państwa, aby do dziecka zbyt nachalnie nie podchodzić, bo kto to wie, czy każdy z nas zdrów jeszcze w taką niepogodę - poinstruował doktor Koteńko.
- Ależ mamy pogodę - zmartwił siebie samego przybyły z kuchni inżynier Bek - pani Rybotycka, przyniosłem pani herbatkę z rumem. Niech pani siądzie z nami. Panie doktorze, pani Rybotycka skarży się na ból pleców i ramion. Zbada pan?
- Jakżeby nie. Zbadam. Zwiastun przeziębienia, jak sądzę.
Doktor Koteńko lubił czuć się potrzebny, więc obietnica rzucenia okiem na dzieciątko i sprawdzenie stanu zdrowia kucharki poprawiły mu nastrój, dodając tak potrzebnej dzisiaj śmiałości.
Czas mijał powoli, jak uparty osioł, gdy pod górę się wspina do ciężkiego wozu zaprzężony.
/choć chciałeś ludzkość przytulić do łona/
Czas mijał i dłużył się niepokornie.
Raz po raz mecenas Szydełko z panią Koteńkową podróże do okien kawiarenki odbywali tam i z powrotem.
Nareszcie światła zabłysły. Dwa światła, a jakby w jednym skupione punkcie, światła jak te gwiazdy najwcześniejsze, szczere, a jedna z nich, ta najpierwsza, zwiastowała przybycie dawno oczekiwane.
/dla ciebie brakło gospody/
Stary pisarz wnet zanotował w kajecie.
"Zobaczyliśmy za oknem światło i jedno z nas dobiegło do drzwi, wpuściło do wnętrza chłód ulicy, który wymienił się szybko z ciepłem pomieszczenia i nasycił jego aromatem. Ktoś inny światła skrzesał na choince. Zapłonęła wielobarwnie i radośnie. Tych trzech zadziwionych wstało, kroki swoje zwracając ku wejściu, lecz przystanęli w połowie drogi, jakby wciąż utrudzeni byli. Nareszcie w drzwiach pojawiła się niewiasta, w swoich ramionach skrywająca dziecię, chustą owinięte, bo deszcz i wiatr wyczyniał wciąż harce. Tuż za nią wbiegł kawiarennik, w chętnych swoich dłoniach trzymający nad niewiasty głową  płaszcz, co przemoczenia się nie lęka; za nimi radca Krach z małżonką z torbami w dłoniach przez próg się dostali, drzwi za sobą zamknęli, a wtedy na sali zapłonęła radość: klaskano i witano się przybyłymi. Nawet ci trzej utrudzeni, przed niewiastą głowy swe pochylili, jakby pokłonić się chcieli matce i temu dziecięciu, co w ramionach bezpiecznych śniło. Następnie matka rąbek chusty uchyliwszy, ukazała twarzyczkę śliczną, dziewczęcą, uśpioną."
/bo nie ma miejsca dla ciebie w niejednej człowieczej duszy/
Maria stała rozpromieniona. Na chwilę dziecinę w ramiona Adama oddała, aby zdjąć z siebie wierzchnie okrycie.
- Czekaliście na mnie? - zapytała - na mnie i na moje dziecko? 
- Siądź z nami - poprosiła pani Zofia, wskazując godne miejsce - a pan Adam niech się trochę potrudzi słodkim ciężarem dziecka, które, jak widzisz, samą tylko radość mu sprawia, łącznie z nami.
I usiadła, i zaczęła swoją opowieść, a była w niej i żałość i smutek, lecz również wiara i ten uśmiech radosny, szczęśliwy.
A kawiarennik powoli, jak ten koń pociągowy, co na wzgórze zmierzał wozem naładowanym do syta... kawiarennik kołysał... kołysał... kołysał...

23 grudnia 2014

Życzenia

Christmas is coming… 
I know that the time of celebrating this festivity depends on what kind of Church you are belong to… 
I know that not everyone is a Christian….
I know that some of you don’t believe in God…
It doesn’t matter…
Please spend That Time in peace, in good health, with your family, with your friends…
Try not to celebrate That Time alone, please…
Look around yourselves. It’s possible that you will find someone who is waiting for your warm words, a cake with a cup of coffe or tea… who is waiting for your presence with him/her…
And, finally, a very important matter… Please don’t change your Home into supermarket at That Time. It’s not good place for You and me…
ALL THE BEST
Popełniłem takie życzenia na fejsbuku, które wkleiłem jak leci do kawiarenki. Że się powtarzam? W moim wieku wolno. Będzie mi, ufam, wybaczone. Że jeszcze przed Wigilią? A jużci, a nuż zapomnę, co w słusznym wieku zdarzyć się może. Że po angielsku? Tak chciałem, uniwersalnie.
Ale żeby nie było, że po polsku nie chce mi się gadać i pożyczyć co się komu należy w języku rodzimym, a ściślej, w mojej własnej mowie, przeto dołączę ciepłych słów dwie garści. Zatem, po primo, żeby wreszcie wicher nie duł tak wiela, bo zielone drzewka połamie, postrąca z gałązek bombki i inne frykasy, w tym cukrowe i czekoladowe pyszności w pozłotkach, na które człek, mimo lat swoich przebytych, przetarganych po świecie łakomy. Niechże też tak nie leje ciurkiem z tych wiader i konwi anielskich. Ja rozumiem, że w Niebie porządek być musi, ale bez przesady. Narobią się duszyczki święte, pochwalone będą a nam, proszę duchownego koleżeństwa, na łeb cieknie; i gdybyż to jeszcze w śnieżynki się zamieniało, ale nie chce i już, bo się pory roku poprzekręcały, ociepliły czy co? Zatem, skoro póki co, dmucha i kroplami młóci, życzeniem moim niech pozostanie w zdrowiu pogodnym bądźcie, a jak zdrowie jest, to i smacznym posiłkom polecam się, jako rzekł pewnego razu żołądek. Ale mi to zbytnio brzuchów nie napychać, bo teraz kolej na duchową strawę, a tej, w czas świąteczny nigdy za wiele.
Dlatego życzę przynajmniej dwóch kubełeczków miłości: jeden dla najbliższych i ukochanych, drugi dla świata całego, aby w nim miłości nie zabrakło, miłości i pokoju, a złych słów i uczynków jak najmniej.
Wreszcie, co się komu tam wyśni i wymarzy, niech do sprzyjającego finału zmierza.
Najmniej życzę samotności; najwięcej tych krzeseł, fotelików, stołeczków, na których niech sobie przechodzień siędzie i wieczerzę w domach waszych otwartych dla każdego odbędzie. 
A dla tych gorliwszych w wierze życzę tego, aby mając na względzie Narodzenie Pana potrafili żyć tak, jak Ten nakazuje, abyście do źródeł doszli zaczerpnąć wody czystej, nie splamionej nienawiścią do tych, którzy w wierze może i mniejsi od was, lecz z równie silnie bijącymi sercami.
Niech się stanie.



Rogaliki (szkic)

Jakżebym miał nie ucałować tych dłoni. Nie wstawaj. Siedź sobie. Podejdę. Zapatrzę się w twoje oczy. Te łzy to ze szczęścia, prawda?  Pan Władysław już człapie w tych swoich domowych kamaszach. A stał przed oknem, stał i przyglądał się.
W tych torbach przywieźliśmy wam owoce i kwaszoną kapustę. Od tej kobiety co zawsze. A tobie, babciu, specjalnie tę książkę, o którą prosiłaś. Ech, poczytamy sobie. Cóż z tego, że oczy nie te? Po to jesteśmy.
Pan Władysław odmieniony. Poznał tym razem, a nie zawsze rozpoznaje. Babunia wstaje. Jaka chyża.
- To ja podam herbaty - mówi - zobaczycie, co dla was upiekłam.
Niech zgadnę: rogaliki na francuskim cieście z nadzieniem różanym.
- Sama zbierała, sama zbierała - powtarza Władysław. Wita się, całuje. Z Elżbietą uściski wymieniają. 
- Elu, jak miło, jak miło.
Radość serce ściska. Przysiada się.
Kuchnia dużą. Każdy się zmieści.
Elżbieta dobywa z torebek różności.
- Taki chciałeś? Taki? - podaje zegarek kieszonkowy na łańcuszku z zamykaną kopertą - można go nosić w wewnętrznej kieszeni marynarki albo przy kamizelce. Stary ale odnowiony. Posłuchaj jak tyka.
Władysław bierze go ręki, przymyka i odmyka pokrywę, zbliża do ucha, słucha. Oczy ma takie wielkie, takie ogromne.
- I każdego dnia, każdego dnia mam go nakręcać?
- Koniecznie - Elżbieta wie, że musiał być taki do codziennego nakręcania.
Co tam jeszcze jest w tej torbie?
- Patrz, jak dziadkowi dobrze będzie w tej koszuli - Elżbieta przykłada do torsu dziadka zapakowaną w przezroczystą filię koszulę. Stonowany beż. Będzie pasowała do koloru tego sweterka w serek.
Babunia z kolei przegląda książkę, z namaszczeniem, jak katechizm, choć obrazków brak, ale za to czcionka spora, jak raz na jej słaby wzrok.
- Zdobyłam dla ciebie sukienkę w takie malusieńkie białe groszki.
"Och", to przeciągłe "oooch" . Mówi, że zaraz przymierzy, ale stanęło na tym, że zrobi to później, po kolacji.
Pan Władysław wstaje nagle, do okna zmierza, przystaje, zapiera się dłońmi o parapet, patrzy przez szybę.
- On tak zawsze - tłumaczy babcia - przejdzie mu. Zaraz do nas powróci.
Władysław pyta nagle, czy coś się zmieniło, babunia odpowiada jak zwykle, że nie i trzeba czekać.
Babcia zwraca się do nas.
- Takie tam gadanie z nim, kiedy jest w innym świecie.
- Helu, ja budowałem tę fabrykę. Dlaczego światła się nie świecą?
Jaka żałość w jego oczach, jaki żal w tym pytaniu. Głowę przytyka doi szyby. Wypatruje świateł.
- Siadajcie, posilcie się - babcia wypowiada to w chwili, kiedy wrzątek został przez nią wlany do czajniczka z płatkami herbacianych liści.
Elżbieta wyjęła szklanki a babunia z tym porcelanowym czajniczkiem (że też się jeszcze nie potłukł) od jednej do drugiej szklaneczki przesuwa dziobek czajniczka  i nalewa, nalewa. A jaki aromat?Esencja paruje, ciemna, tłusta mahoniowa.
Do mnie: - Tobie więcej, bo ty lubisz mocną, tak jak ja.
- Elżbieto, teraz zalej wrzątkiem.
Elżbieta zalewa. To już stało się rytuałem: babunia esencję, Elżbieta wodę.
Babunia otwiera drzwiczki spiżarki w ścianie i wydobywa kamionkowy garniec owinięty lnianym płótnem. Garnek ciężki, lecz babcia umiejętnie go unosi, przytulając do swego ciała i przenosi go delikatnie. patrzymy na ten błysk w jej oczach. Wreszcie stawia go na stole, zdejmuje płótno, otwierając zapach. Co za zapach?

Syn przyszedł po potańcówce grubo po północy. Wypił stanowczo za dużo. Kołysał się na nogach. Otworzyłem drzwi i wciągnąłem go do pokoju.
- O której miałeś być? Pijany przy dziewczynie, o której myślisz poważnie? Ładnie się pokazałeś, nie ma co. Nie wstydzisz się? Jak ty się babuni pokażesz? Nie pojedziesz w takim stanie.
Musiał to usłyszeć. Całe szczęście, że nie słyszy tego często. Zdałem sobie sprawę z tego, że to wyjątek, nietypowe zachowanie syna, które jednak trzeba było zganić.
- Czy ty wreszcie spoważniejesz? - pytam, nakręcając atmosferę.
- Wytrzeźwieję do jutra - mówi stanowczo, chcąc jakby przełamać drżenie i intonację głosu kogoś, kto pozwolił sobie na wypicie jednego kieliszka za dużo.
- Nie o wytrzeźwienie mi chodzi, lecz o to, że nie dotrzymałeś słowa i kazałeś dziewczynie patrzeć na siebie, w jakim jesteś stanie.
Kręci głową. O co mi chodzi? Czy nie byłem taki jak on w młodości?
- Nie musiałem pić, aby się przekonać, że jestem zakochany - tłumaczę bezradnie - a gdyby babcia się o tym dowiedziała?
- Ojciec, jaka babcia? Dlaczego panią Helenę nazywasz babcią?
- Zamilcz - rozkazuję, tłumiąc bezsilnie siłę głosu - powinieneś przed nią uklęknąć i przeprosić. Przed nią i przed dziadkiem Władysławem. To starzy, mądrzy i piękni ludzie.
- Już dobrze, nic nie mówiłem - syn ma już dość - mogę się położyć?
- Możesz, ale nie jedziesz tym razem z nami. Zostaniesz w domu. Przemyśl parę spraw.

- Władek, rogaliki. Ela cię bardzo prosi, abyś odszedł od tego okna i usiadł z nami.
"Ela" jest kluczem-wytrychem. Otwiera sezam dziadka. Ilekroć Władysław popada w to swoje zamyślenie, babunia zawsze przywołuje Elę.
- No, pomyśl, Władeczku, co sobie myśli Ela, kiedy widzi cię takim, gdy ty wciąż coś za tym oknem wypatrujesz, a z nią nie chcesz porozmawiać. Było - minęło.
Powraca, powraca. Szura kamaszami po jasnych, orzechowych deskach kuchennej podłogi. Coś jeszcze burczy pod nosem, że budował, lecz z każdym krokiem wydłuża wargi, kierując uśmiech w stronę Elżbiety. Wyjmuje zegarek z kieszeni spodni i przykłada do ucha.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze, że będę go codziennie nakręcał.
Rogaliki rzeczywiście i jak zwykle wspaniałe.
- Sama robiła. Sama robiła - powtarza dziadek, zapominając przez chwilę, że za oknem nie palą się światła fabryki, którą budował.

21 grudnia 2014

Monolog z kotem

Będzie o tym i będzie o owym, a najbardziej  o pisaniu językiem; rzecz jasna, że nie o ten miedzy zębami mi chodzi, tylko inny.
Należy jeszcze szufelkę gryzu załadować i pół szufelki miału. Niech się piecyk nagrzeje, a kot niech się rozłoży wedle paleniska, na takim umyślnym dywaniku kocim, niech ma wygodnie. Cały dzień nie robi nic szczególnego, ale niech ma.
W tym miejscu zastanowiłem się z proroczą obawą, gdyż wyobraziłem sobie, że ten miał, na przykład, gazy w nim zawarte, podgrzane do niemożliwości wybuchną i... no właśnie, co kot powie na to? Czy tak uciesznie podskoczy z przerażenia?
Póki co nie wybucha, więc kot śpi, mrucząc i mrucząc słucha, co poznaję po uszach, które to stawia, to kładzie po sobie na przemian.
Publiczność moja składa się zatem z kota - sztuk jeden, najedzonego, leniwego jak jego pan, drzemiącego snem niezasłużonym i słuchającego.
Pewnego przepięknego dnia albo nie mniej smukłej, srebrzystej nocy, upubliczniłem jedno opowiadania i wiersz jeden. Kot mnie słucha? A powinien, bo w opowieści podaje fakty dotyczące czasów, w których kot się jeszcze nie urodził; brutalnie mówiąc, kot nie zaistniał na świecie. I niech mi tu ogonem nie kręci młynka, bo szczera to prawda i prawdą jest to, że niby skąd kot ma wiedzieć, jak było przed jego narodzeniem. Ja to sobie mogę film obejrzeć, zdjęcia pooglądać, albo w książce znaleźć to, jak to było, kiedy z kolei mnie na świecie zabrakło.
Więc upubliczniłem i jedno, i drugie.
A ledwiem zaczął, już sobie problem stworzyłem nie lada, gdyż moja pani od polskiego kategorycznie zakazywała od "więc" rozpoczynać zdania. A ja od tego miłego słówka zaczynam, bo pani Lucyna mnie teraz nie słucha i sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale najpewniej niedobrze, bo porozmawiałbym sobie z moją pierwszorzędną podstawową nauczycielką, która przez lat osiem męczyła się ze mną, gdyż byłem chłopięciem zdolnym, lecz leniwym paskudnie. A pani nie wiedziała, jak sobie radzić z takimi jak ja leniwcami (pewnie miałaby podobne kłopoty z moim kotem).
A jakże, upublicznienie moje poskutkowało. Odezwało się paru jak na apel poległych. Najsampierw ten od administrowania. jakoś tak się nazywał, ale mniejsza. Jemu, tak napisał, podobało się coś tam, inne coś tam całkiem przeciwnie. Zabij, nie pamiętam, co tam stało w kontekście między wersami, bo tak jakoś płasko napisał, jakby to, co wyłożył jasno i przejrzyście, do każdego z tych nieszczęśników pasowało.
Potem był jeden zachwyt przesadzony; za nim krytyka miażdżąca. Na obie skrajności odpowiedziałem z wdzięcznością, bom całkiem znośne odebrał domowe pacholęć chowanie. W dalszej kolejności nastąpiły dwie opinie, które odniosły się do słów konkretnych, ba, podsunięto mi pomysły, abym popróbował w inny sposób niektóre rzeczy wyrazić. Zauważono też, żem, podobnie jak iksowaty autor zabrzmiał, co się chwali, a w innym wypadku nie za bardzo. Atoli otuchy mi dodano, radzono pracować usilniej nad formą, tudzież komunikacją z tak zwanym czytelnikiem. Na tak inspirującą krytykę odpisałem z wdzięcznością.
Kolejna z kolei notka odrzuciła mnie raz na zawsze od upubliczniania. Było w niej powiedziane, że niesłusznie w inwersji się lubuję, bo to niemodne, staroświeckie, przebrzmiałe, i że nikt juz tak nie gada, nie pisze i nie myśli nawet. Dobre sobie! Jak to się nie gada, skoro ja tak gadam. Kiedyż mnie właśnie o to chodziło, aby pozamieniać wagoniki w w słów pociągu, aby w tym sposobie podkreślić, że to jest moja mowa a niczyja inna. Każ tu kotu z mysz bezboleśnie zrezygnować, nie pozwól krowie dawać mleka, boś na nie uczulony; zatem pij wodę źródlaną, a krowie pod ogon nie zaglądaj.
Tak było, droga publiczności w osobie kota sztuk jeden, co się przy stopach moich rozgościłeś bezczelnie, obok żeliwnego piecyka, z którego żar błyska a ogień pulsuje, a miał wybucha nieznacznie i cicho.
A to ci powiem, moja puszysta przylepo, zwłaszcza przytulna, gdy głodna, że nie każdemu do gustu przypada,  myśl w głowie siedząca  którego,  w pisane słowa przemieniona.
Także i ja, leżącego przede mną kota właściciel, tej jedynej rzeczy jaką mam (jakże łatwo mi przyszło kota w rzecz zamienić) i żadnej innej nie posiadam (darmo komornik do drzwi mych zapuka), no chyba że prócz piecyka (niedoczekanie z egzekucją tego sprzętu, gdyż współwłaścicielem pieca jest kot leniwy a przytulny niesłychanie), także i ja, że powtórzę zaczętej myśli początek, mam swoje nieziemskie odrzucenia i upodobania.
Publiczność pozwoli, że o odrzuconych bez nazwisk się wyrażę, jak umarłych potraktuję, bo o nich albo dobrze albo wcale.
Skoro więc bez imienia, to niechże będzie mi wolno zganić owo przeintelektualizowanie świata opowieści, które nieczytelne się stają w równym stopnia dla tego, kto je opowiada. Podążając dalej odrzuconym szlakiem, moją z autorem komunikację odpycha swoista nowomowa wykorzystująca bezwzględnie i boleśnie tendencję do koniecznego stosowania nowych i jedynie oryginalnych środków stylistycznych dla wykazania własnej odrębności. Gdyby przyrównać tę literacką przypadłość do sztuki malarskiej, należałoby mistrzowi linii, plam, światła i cieni kazać uciąć kotu ogon (szalenie publiczność przepraszam za wyrażenie) i tymże ogonem nakładać na płótno lub karton olej, akryl lub akwarelę, z czego udatny powstanie obrazek, choć taki sam, jakby malowano go pędzlem pospolitym.
Niestety, droga publiczności, nie każda nowinka niesie z sobą wartość dodatkową, tak jak nie każdy dźwięk z innym, dowolnie zestawionym, tworzy muzykę, nie wszystko jest sztuką i kulturę w moim mniemaniu tworzy, choć pewnie są tacy, którzy byle bazgroł na murze nocą napisany uznają za kulturowe dzieło, bo z ręki człowieka powstało.
Nie dajmy się zwariować, kocie, publiczności moja rozgrzana, która, obserwuję, wycofujesz się ochoczo spod źródła ciepła, aby tchu zaczerpnąć i miauczeniem oznajmić, że pora na mleczny lancz.

Bliski powrót

- Bo gdyby pan, panie radco, nie mógł, inżynier Bek oferował się swoim autem.
Kawiarennik korzystając z mniejszego niż zazwyczaj ruchu w interesie, przysiadł się do pana Kracha z własną kawą.
- Ta, zmiłuj się, panie Adamie, toż wdzięcznym będę, że pomóc mogę i mnie samemu przyjemnie będzie zobaczyć, jak wygląda. A nie myślałeś pan własną swoją osobą na dworzec się udać? - zapytał.
- Pewnie, że myślałem. I nawet nie w tym rzecz, że interesik musiałbym zamknąć na godzinkę, bo Rybotycka wyszłaby z kuchni i radę sobie beze mnie dała., lecz pomyślałem sobie, że może lepiej się stanie, gdy w progu powitam, a nie z całą delegacją się na dworzec udawać. Pan wie, że nie lubię tłumu.
- Chyba, że w kawiarni - zaśmiał się radca Krach.
- Chyba, że w kawiarni - powtórzył Adam, lecz zaraz dodał - o jakim, panie radco, mówisz tłumie? Toż przyjaciele sami.
- Ciesz się, panie Adamie, że przyjaciół pan masz, ot co, bo dzisiaj o nich trudno.
- A cieszę się, cieszę.
Popili kawę, a kawiarennik wciąż na zegar, co nad kredensowym regałem wisiał, spoglądał, patrzył jak gdyby wraz z nim czas odmierzał, jakby to dzisiaj miało się odbyć powitanie.
- A zaplanował pan detalicznie i w każdym szczególe  rozwiązanie tego miłego problemu?
- Nie całkiem - głos Adama, matowy, na przydechu, zdradzał nie jedną wątpliwość - lecz staram się rozpracować każdy detal.
- Zatem, po pierwsze, pana mieszkanko nieźle się zacieśni. Dobrze kombinuję? - rzucił Krach myśl niedostatecznie sprecyzowaną.
- Panie radco, wszak jej mieszkanko, jak pozostało, tak i jest nienaruszone, wyprzątnięte, na gospodynię czeka. Tyle że łóżeczko zakupiłem małe i trochę tych zabawek, o czym wie pan doskonale, gdyż pańska żona z panią Koteńkową doradzały mi w zakupach, na które wybraliśmy się w trójkę.
- Owszem, wiem o tej sprawie, lecz coś mi tutaj nie pasuje i przez wrodzoną moją delikatność przejść mi przez usta nie może.
"Wrodzona delikatność radcy Kracha" - pomyślał Adam i gotów był do swojej myśli uśmiechnąć się szczerze, gdyby bardziej od tej myśli uśmiechniętej nie oczekiwał od pana Kracha  wyjaśnień, w czym ów dostrzegał problem.
- Wrodzona delikatność przysługuje raczej doktorowi Koteńce - zauważył Adam - a pani Zofia na tym skorzystała, bo całkiem niedawno poślubionego doktora do reszty, do tchu ostatniego obezwładniła - dodał szybko, na co z kolei radca Krach zareagował przymrużeniem oczu, co w jego języku ciała oznaczało, że coś tu knuje..
- W czym tkwi niedogodność, panie radco?
Radca Krach, bardziej z bezpośredniości aniżeli z delikatności znany, postawił w konsekwencji całą sprawę na ostrzu noża.  
- Panie Adamie, nie tylko mniemam ale i wiem, że pana mieszkanko bez porównania większe, lecz pewnie, gdyby nasza Marysia, powrócić miała z wywczasów sama, to tę swoją klitkę, którą pan nazywasz mieszkaniem, mogłaby z powodzeniem ponownie zająć. Ale ona, łaskawy dobroczyńco, powraca z tułaczki nie sama, a obdarzona dziecięciem, które - uwierz, że wiem co mówię - przestrzeni potrzebuje. Jeśli nie dziś, to zapewne jutro, pojutrze tak będzie.
Kawiarennik, w słuch zamieniony, poczuł się jak z drogi płaskiej i bezpiecznej zawrócony. Słuchał jednak dalej.
- Czemu pan nie zgarniesz tej kobiety do siebie? Czyżbyś się pan obawiał nocnych śpiewów maluszki, jakich zapewne doświadczysz i usłyszysz przez ścianę?
- Ależ, panie radco, to pomysł szalony- żachnął się kawiarennik.
- Nie szalony, lecz realiom bliski. Toż nasza Marysia w panu mieć będzie oparcie wtedy, gdy jak najbliżej zasiędzie, gdy będzie wiedziała, że nie poprzez do drzwi pukanie, lecz poprzez zwrócenie do pana głowy może na dłoń pomocną liczyć, szybką i bliższą od każdej innej dłoni.
- Ależ panie radco, co ludzie powiedzą? Wreszcie: co ona powie?
- Wolałbym raczej usłyszeć: "co na to przyjaciele"? I gdyby takie pytanie doszło do moich uszu, tedy odrzekłbym, jako pana zawzięty przyjaciel i cokolwiek starsza od pana persona: weź ją pan do siebie, w swojej ulokuj kwaterze.
- A jeśli ona nie zechce?
- Jeśli postawisz pan sprawę jasno, poświęcisz parę godzin na przekonywanie, złamiesz pan bez trudu jej marne wątpliwości.
- A różnica wieku między nami? A dziecko, które prędzej czy później stanie się "moją sprawką"?
Radca Krach w tak zaciętym przekonywania był amoku, że każdą piętrzącą się wątpliwość gotów był zwalczyć siłą argumentacji, nawet tam, gdzie jej nie starczało.
- Miej pan te wszystkie wątpliwości w bardzo głębokim poważaniu i odetnij się od tego, co miasto życzyć sobie raczy. Spróbuj pan choć raz kota do góry dnem odwrócić. A może to ona zechce pana pierwsza, lecz za żadne skarby świata tego nie wypowie, bo właśnie za młoda, bo z dzieckiem, bo pana uprzednio za przyjaciela miała, ba, za pracodawcę, bo aż takiej wdzięczności nie potrzebuje. Rozumie pan teraz, że nasza Marysia do takich rozważań jest skłonna? A tu nie o wdzięczność chodzi, lecz o to, aby narodzone w przyszłości nie pytało, gdzie swego ojca ma szukać. Czy to nie jest ważniejsze nad ludzkie plotki? nad akademickie rozważania?
Ja, panie Adamie, choć wypijam u pana (i jeszcze nie raz wypiję) szklaneczkę ulubionej whisky albo żołądkóweczki stokanek, to po tej setce moje prastare oczy nie zawężają zmysłu obserwacji, a to co widzę, co widziałem, przybliża mnie do poglądu, że oboje, pomimo niewątpliwie występujących między wami różnic, dziwnie do siebie pasujecie z tą waszą romantyczna skłonnością do milczenia, z którego czasem więcej odczytać można aniżeli ze słów pospiesznie składanych obietnic. Niepotrzebna, panie Adamie, niepotrzebna ta obawa, którą pan w sobie kryje i która w niej też się zagubiła, kiedy doszła do wniosku (w co nie wątpię), że tylko w panu znajdzie właściwe oparcie.
Cisza nastała uporczywa, ciasna i w skutkach brzemienna.
- Wie pan, panie radco, z przyjemnością napiję się teraz z panem jednorodnej szkockiej whisky, której zdobycie zawdzięczam pomyślnemu przypadkowi, bo takiego trunku jeszcze w kawiarence nie serwowałem. Co pan na to?
Niech teraz kto zgadnie: co też mógł odrzec pan Krach, zawzięty przyjaciel kawiarennika? 

20 grudnia 2014

Siostra Dziuńki

Bo tobie, siostro, tak tylko się wydaje. Jak nie pomóc? Dwóch ich mam. Jak Olgierd żył, mogliśmy sobie pozwolić może nie na wszystko, ale jednak... Był, bądź co bądź, kapitanem. Potem powiedzieli mu, że w niesłusznym wojsku służył. Ideowy był, a tak. Dla idei do wojska poszedł, ale nie powiesz mi kochana, że wojsko uratowało mu życie. Co to, to nie. Z ojcem najlepsze lody w mieście robili. Pamiętasz? Mój mąż był zdolny. Co tak patrzysz, Dziuńka? Bo już myślałam... Ja przyszedł się oświadczyć, młoda byłam. Siedemnaście wiosen. A co? Miałam nie iść za niego? Zakochana byłam. A jak w mundurze przyjechał, to aż serce mi urosło, bo przedtem był zwykłym chłopakiem z ulicy. Z wódką i kwiatami przyszedł, o rękę poprosił i kiedy rodzice się zgodzili, to on, żeby ślub był teraz, natychmiast. Co miałam powiedzieć? Mieszkanie miał z przydziału, służbowe. Cóż z tego, że w lesie gdzieś na zachodzie kraju, przy poligonie. Ty, Dziuńka, nie zdecydowałabyś się? Trzy lata tam spędziłam pośród innych takich jak ja, co to wyrwały się z rodzinnego domu, zakochały, a może i nie tak bardzo, ale chciały być na swoim. 
Mówisz, siostrzyczko, że idealnym nie był mężem. Sama wiesz. Różnie bywało. Raz był taki, że na ranę przyłóż; innym razem... co tu gadać - tacy są mężczyźni. Tylko mi nie mów, że twój był idealny. Może i nieroztropnie postąpiłam, dając się ponieść uczuciom, które jak ten słomiany ogień zapłonęły nagle i równie szybko mogły się skończyć. Nawet jeśli spaliły się, to to wyłącznie moja sprawa.
A tak, siostrzyczko, bo ja zawsze kierowała się w życiu uczuciem i emocjami. Zawsze byłam ta gorsza, nierozsądna, taki trzpiot z sercem na dłoni. A ty zawsze opanowana, zrównoważona, wiedząca czego chce od życia. Nie bierz sobie tego do serca. Nie chcę przez to powiedzieć, że ty w odróżnieniu ode mnie, jesteś uczuć pozbawiona. Chcę tylko przez to powiedzieć, że w każdej rodzinie jest podział na tych pokornych i odpowiedzialnych i na takich jak ja, roztrzepanych i buntowniczych.
Olgierd wojskowy reżim w domu wprowadził zanim jeszcze urodzili się chłopcy. A ze młoda i głupia byłam, pomyślałam sobie, że może tak być powinno, że bez tego podporządkowania się woli męża nie poradzę sobie w życiu. Ja, po prostu, Dziuńka, znałam swoje miejsce i kiedy mężczyzna mnie potrzebował, oddawałam mu wszystko. No nie, ty pewnie myślisz, że byłam niewolnicą, że się nie sprzeciwiałam. Nic podobnego. Na swój sposób próbowałam coś zmienić między nami, inaczej niż myślisz. Weź taki przykład. Przychodzi twój chłop późna nocą wypity, źle mu z oczu patrzy, można podejrzewać, że skacowany nie tylko po alkoholu. Co robisz ty? Od samo progu go witasz, jak na żonę przystało: - gdzie się łajdaczyłeś? - pytasz albo nawet w twarz dajesz z tych twoich nerwów i upokorzenia. A ja: - Olo, łóżeczko ci przygotowałam, zaczekaj, pomogę ci się rozebrać. Chcesz wody z syfonu? Nic nie mów. Później mi opowiesz. A teraz do łóżka. Dobrej nocy, kochanie.
Dopiero na drugi dzień, kiedy wytrzeźwiał, mówię do niego, jaką mi zrobił przykrość tym, że się napił i nie powiedział, ze tak późno wróci, że może i na dziwkach był, kto go tam wie. Ale dobrze. No, może miał taką potrzebę, a jednak wrócił do mnie, bo mnie kocha, a te inne, jeśli były, to tylko dlatego, że poczuł pożądanie. Śmiejesz się? Bo ja każdego potrafię rozgrzeszyć. Taka jestem. Chciałabym w każdym zobaczyć trochę dobra, nawet jeśli to pijus i raptus. Tak, ja wszystko potrafię sobie wytłumaczyć.
I, popatrz, Dziuńka, ci moi chłopcy, Paweł i Michał, to trochę tak jak ty i ja. Paweł powolny, roztropny, zanim coś powie, zawsze się zastanowi, a Michał, ziółko z niego, porywczy, wszędzie go pełno, pomocny i oddany. Byle cię krzywda jaka spotkała, on pierwszy pomoże, tyle że, ma to po Olgierdzie, do kieliszka za często zaglądał. W dodatku uczyć się nie chciał, a Olgierd, wiadomo, dryl oficerski wprowadził i o byle co pas ze spodni ściągał (potem to już taka "dyscyplina" w kuchni koło kalendarza wisiała) i przykładał mu na gołą pupę. Przeważnie było za co, a Michał zdążył się już przyzwyczaić i sam się nadstawiał, kiedy coś zbroił.
A ja, siostrzyczko, przytulałam po takim laniu chłopca i tłumaczyłam mu, żeby ojcu w drogę nie wchodził, bo Olgierd uszanowanie miał w jednostce nawet wtedy, gdy był w stopniu podporucznika. Nie powiem, Michałek poprawiał się na jakiś czas, ale wiedziałam, że w swoim sercu jest zacięty, że bunt w nim narasta i tylko o ukończeniu szkoły myśli, aby móc pójść precz z domu.
A Paweł - charakter przeciwny, niby powinien być oczkiem w głowie Olgierda, bo posłuszny, a przez sam fakt, że starszy, to mądrzejszy, w technikum sobie radził, tylko że on jakiś taki niezguła był i nawet przy samochodzie ojcu nie pomógł. 
Pamiętasz, Dziuńka, takiego starego opla kupiliśmy, znaczy się Olgierd kupił. Trochę dla szpanu, ale to tego powodu, że Olo lubił grzebać się w maszynach, więc jeśli coś trzeba było  przy samochodzie zrobić, a zawsze było, to raczej z Michałem dłubali, bo Michał, tak, tak, nieposłuszny, za to majsterkowicz pierwszej wody. Ja w tym czasie, Dziuńka, pracę w rozgłośni radiowej podłapałam jako maszynistka i tak już do emerytury.
Olgierd awansował wkrótce potem na kapitana. W gorącej wodzie kąpana jesteś, siostro. Ty wiesz, że w całej rodzinie ja do gadania pierwsza jestem i nic tego nie zmieni. Dzieciaki mi porosły, pożeniły się i parę lat potem Olgierd paraliżu dostał. Lekarz, że to także od picia, że się nie szanował, a ja do niego, doktorze, on w życiu papierosa jednego nie wypalił, a przecież wiadomo, że to od papierosów się zaczyna.
Zostałam więc sama z Olgierdem. Chłopcy swoje rodziny mieli. Czasami przyjeżdżali z żonami (potem z dziećmi). Michał brał ojca na spacer. Obwoził go wózkiem po osiedlu. Raz, po takiej obwózce mówi do mnie, mamo, kiedy tak jechałem z nim na Brzozowej, a wiesz, że tam górka stroma,.to sobie myślałem, jakby go tak puścić z tym wózkiem, niech by sobie na sam dół zjechał i roztrzaskał przy moście. To ja mu w pysk na te słowa, jeszcze raz i jeszcze. Potem przytuliłam go do siebie, choć to już mężczyzna i wymusiłam na nim obietnicę, że nigdy w ten sposób o ojcu nie będzie już myślał.
Zmierzam do końca, siostrzyczko, wytrwaj, tak mało się widzimy.
Olgierd w końcu zmarł. Nie wytrzymało serce. Sama zostałam, a w kraju się pozmieniało. Większość znajomych wojskowych przeszło na emeryturę, nastali nowi, po nich jeszcze nowsi, wygadane żółtodzioby. Kiedyś mnie jeszcze, wdowę, zaprosili na jakąś garnizonową uroczystość, czy jakieś tam święto. Wtedy właśnie usłyszałam, że teraz dopiero mamy wojsko porządne, nie to co dawniej i może należałoby sfolgować z tymi uroczystościami, co to złe czasy przypominają. Tak między sobą mówili ci młodzi, nie oficjalnie, ale to wystarczyło, abym już więcej z zaproszenia nie skorzystała i w jednostce się nie pojawiła.
Dziuńka, ty wiesz, że ja na tę swoją pensję nigdy nie narzekałam, więcej, to ty, z prowincji,zazdrościłaś mi zarobków. Ale ci powiem, że jak te lepsze czasy nastały i w końcu sama zostałam emerytką, to okazało się, że ta wojskowa, po mężu, i ta moja, nie różnią się zbytnio. A tu drożyzna nastała. Wojsko wyprzedaje bloki. A kogo nie stać, to musi płacić jak za nie byle jakie salony i wtedy - sama mi radziłaś - zamieniłam mieszkanie na mniejsze. A tu, jak raz... poczekaj, Dziuńka, już kończę, moje chłopaki wnukami mnie obdarowali a potem jeszcze jedna przyszła parka, a z pracą krucho się zrobiło, potracili, albo za marny, niepewny grosz na czarno lub na parę miesięcy, póki firma nie splajtuje. Więc gdzie mieli pomocy szukać, jak nie u mnie? dawałam, póki miałam. Opróżniłam konto, co to na wykup mieszkania było. Miałam nie pomóc?
Dziuńka, ja przecież skromnie żyłam, tego nie powiesz, wiele sobie odmawiałam, do grosza składałam, ciułałam miesiąc po miesiącu, spisywałam na karteczce, na co za każdym razem będzie mnie stać. A chłopcy z żonami, z dziećmi przychodzili. Co miałam, to dawałam. Ale już swoich nie miałam, więc pożyczkę wzięłam, jedną, potem drugą, zadłużałam sie na kartach.
Siostrzyczko, przecież ja pamiętam, za co ci dziękuję, że zawsze jak tylko mogłaś, to mi jakiś grosz wysyłałaś, a przez telefon upominałaś mnie, że mam przeznaczyć na własne potrzeby. Ale ja nie miałam wielu własnych potrzeb. Nie umiałam, tak, Dziuńka, nie umiałam nie pomóc. Chłopcy jacy byli to byli, ale to moje własne dzieci, a potem wnuki...
W pewnym momencie to wszystko mnie przerosło. Dzwonią do ciebie, listowne powiadomienia ślą, że trzeba płacić, że odsetki, że komornik weźmie wszystko, a kiedy zaczęli grozić, pomyślałam, że na poważnie i wtedy wzięłam te tabletki, które miałam przepisane jedna przed snem; zdążyłam jeszcze napisać list, żeby mi wybaczyli wszyscy i odpłynęłam.
Dziuńka, jak sąsiadka, ta z którą zamieniłam się na mieszkania, wyłamała drzwi i zaczęła mnie cucić, to podobno miałam powiedzieć, żeby mnie nie ratowali.
I zła byłam, że z tego wyszłam. Może rozum mi odjęło, a może za wiele go w swoim życiu nie miałam, ale Bóg, który przecież znał moje życie, powiedz Dziuńka, czy nie mógł mi pomóc?
Siostrzyczko, ja i teraz mam myśli samobójcze, lecz obiecałam sąsiadce nie robić tego więcej... i nie zrobię, zaczekam na swoją kolej. 

Dziewczynki z Fontainebleau

Dziewczynki z Fontainebleau
mają wilgotne stopy
od dżdżu niewysokich przydeptanych traw
spacerujących to tu to tam
wiatr przyczesuje im włosy
nie tak jakby chciały
zaplata w nie liście
smużka papierosowego dymu
drażni oczy które upuszczają
szkliste perełki łez
rozmywające makijaż podcieni powiek

przejeżdżający królewskim lasem
uchyliwszy szyby
myślą że dziewczynki płaczą
a to nieprawda.

01 grudnia 2014

Biesiady w kawiarence ciąg dalszy, żal, że zakończony.

A w kawiarence zarumieniło się od szeptów gorących młodzieży, która już po konsumpcji wróżb i łakoci, po przytulanych tańcach na trzy czwarte (zatem walc, nie nowoczesne kroki, lecz czyż walc nie pasuje najlepiej do tych umizgów nieśmiałych, spowolnionych przez mgłę zaokienną?). Nie wiedzieć skąd młodzież przywiodła koce i na nich w kręgu ognistym siadła, uprzednio wyczyściwszy stoły, pozwalając starszym zając przy nich miejsca zgodne.
A któż mógł się w kawiarence przy stolikach uwolnionych znaleźć jeśli nie radca Krach z małżonką, inżynier Bek z połowicą, mecenas Szydełko z żoną, a Koteńkowie, a redaktor dawno nie widziany, a dwie zakonne siostry, pan profesor i przygodni goście oraz stary pisarz, który zajął miejsce przy bufecie, z kawiarennikiem tocząc rozmowę zaciętą.
Puszczono zatem muzykę, najpierw nieśmiało przyciszoną, muzykę z obrazem na zainstalowanym na cześć zabawy ekranie.
Następnie kawę podały panie, także, kto zechciał, młodzieży. Zapachniało aromatem, także tych ciasteczek waniliowych, przez zakonne siostry upieczonych. Zaczarowała się kawiarenka cała. A kiedy w ekranowej muzyce cisza niegłośna zapadła, któraś z panienek, czy z przymuszenia, czy z własnej woli, pewną piosenkę zaśpiewała.
Po jej wykonaniu, Radca Krach, na małżonkę nie zważając, do młodej dziewczyny podszedł, śmiało dłoń jej podjął i wnet ucałował. Spłoniła się niewiasta, a radca odwróciwszy ku żonie nad wyraz retoryczne powtórzył w jej kierunku onej pieśni pytanie:
- Pamiętasz?
Śmiałaby nie pamiętać, skoro przy tej pieśni się poznali i uwiedli pospołu.
- A czy ty tę pamiętasz? - zagasiła tym pytaniem nieszczęśnika i w dwójnasób go gasząc, ku zaskoczeniu biesiadników zaśpiewała:

 Młodzież, nie na żarty zachwycona, w prawice klaszcząc, pieśni tej w refleksyjnej rytmu dodawała, a po jej zakończeniu, młódź bez wyjątku wstała, aplauzem pożegnawszy pieśniarkę, co swój talent niesłusznie dotąd skrywała.
Zatem jedna z nastoletnich rodziców swoich pociech, nie ta od pokoiku numer osiem, lecz inna, powstała... a piękne, kasztanowe włosy zdobiły jej urodziwą postać. Zatem nie mogła inaczej, jak:
W tym miejscu mecenas Szydełko z małżonką podali sobie wzrokiem ręce, ręce swe, ba ramiona, tak zmyślnie złączyli, tak ku środkowej części sali we dwoje wystąpili, w tak zachwycający taniec się przemienili, że aż siostry zakonne z zydelków swych wstały i całkiem wprawnym ruchem ciał popielatym habitem zasłonionych, tańcowi państwa Szydełków wtórowały.
Następnie chór niewiast młodszych, tudzież młodzian z gitarą zaśpiewali:
Wkrótce też cała sala, bez względu na wiek i muzyczne nadzolności śpiewała w jednym chórze, refren po wielokroć powtarzając.
Następnie inżynier Bek, kucharz niezawodny wstał, do kuchennych pomieszczeń się przedostał, powrócił po chwili dłuższej z ogromną tacą, na której drobniutkie kieliszeczki jakowymś tajemnym trunkiem były wypełnione.
- Drodzy państwo, a teraz, bez wyjątku i z dyspensą dla tych, co w zażyłych stosunkach z alkoholem nie są, zapraszam do konsumpcji śmiałej "kukułczanki", której słodkość poznacie dzięki pewnej damie, która mi na ten anielski likier przepis zapodała.
Rozczęstował więc wszystkich i wszyscy likierówki w górę wznieśli i toastem pomyślność swą pochwalili.
Tak goście kawiarenki bawili się do mglistego poranka, śpiewy uprawiając, tańcem członkom nie dając zasnąć, rumową herbatkę sącząc, aby do kolejnych pieśni gardła przygotować.
I tak dalej i dalej.
I stało się coś równie, albo bardziej dziwnego, bo podczas tych swawoli, kawiarennik wybiegł z sali z telefonem w dłoni. Wybiegł na mroźny rynek przed kawiarnię i coś tam słuchał, coś tam gadał, a uśmiechały się jego oczy od tego słuchania i gadania, i kiedy do kawiarenki wpadł, to wyglądać zaczął jako ten byczek, czerwonym płótnem podrażniony, jako ta lwica młode broniąca przed hien zgrają, jako ten Emrod, co przekroczył zapory, wstąpił między potwory i rzuconą przez Martę rękawiczkę podjął śmiało, lecz co usłyszał i co odpowiedział telefonowi, ostało się tajemnicą, choć ten i ów zgadywał, lecz rozwiązaniem zagadki nie dzielił się z nikim.

Przed odjazdem

A to już grudzień nastał i mróz za oknem się wałkoni, mróz, przyjaciel świeżego powietrza i oddechu i mróz - krawiec, przeszywający na wskroś, a jeśli ze wschodnim wiatrem w parze, to wymagający szalu i ciepłych butów w z cholewami.
Niebawem ten mróz ponownie w świat daleki mnie wygoni i znów zatęsknię podczas jazdy, i cały ten chłód zabiorę w sobą, chłód i konieczność, i spiżarnię, co będzie trzymać mnie na dystans od głodu. 
A przed wyjazdem wspomnieniom się pokłonię, usiądę, pomyślę sobie tak cicho, jak tylko można być milczącym przed podróżą.
Aliści sam nie jadę, bo ktoś tam będzie ze mną i porozmawiam z nim czasami, bo rozmowa z samym sobą nie wystarcza. 
I przyjaciółki - książki wezmę z sobą i zamęczę nimi oczy, bo wtedy sen przychodzi szybciej, a i dzień szybciej piasek w klepsydrze przesiewa.
I będzie ze mną zeszyt taki, którego kartki wykorzystam do robienia skrętów z życia siedzącego w głowie, wylewającego się z głowy; tej lawy, która pod ciśnieniem wytryska, tworząc zamęt przy spontanicznym tworzeniu słów, z nich zdań, słowem - kompletna paranoja, która pozwala przeżyć nawet temu, kto dał się kiedyś skopać i nie wrzeszczał "pomocy".
Będzie ze mną muzyka i poranek; będzie też smutny pożar dnia, zbyt wczesny wieczór; będzie zmęczenie i odpoczynek z głową okrytą pledem.
Tam sobie na parkingach piją, a ja czytam; tam rozbestwiają się rozmową, a ja słucham muzyki, tam wspólnie biesiadują, a ja piszę.
A kiedy wrócę, opowiem sobie co i jak było, co i jak się zdarzyło i odpocznę, a to już świątecznie będzie, i może zabieli się dokoła, więc jaśniej, choćby i o północy, i wrócę do innego stanu świadomości.
Wtedy znów wyciągnę z rękawa słowa, wyciągnę zdania całe i, nie wiedzieć czemu, do kawiarenki przyjadę z dostawą nowych wieści. Czego więcej do szczęścia potrzeba? By się znalazło, wiem, lecz kto życiem utrudzony, to jeśli w kąciku przy piecu zasiądzie, strawę mu dadzą byle ciepłą jaką, napoją, dobrym słowem pozdrowią i pozwolą noc przeżyć jeszcze jedną, to czy nie jest to nie lada szczęście?
A wiecie jakie to szczęście panować nad światem całym? Dostrzegam zdumienie na twarzy... tak, nad całym światem; światem własnych myśli, własnych słów i zdań po sobie pozostawionych... a jeśli kto, zmyliwszy kierunki, w ten świat wpadnie na chwilkę niewielką, to czemuż nie uszykować dlań najprzedniejszego stolika, pod oknem, nie w kąciku, a z widokiem na rynek, na las, morze, pole, łąkę, na co zechce. Niech i ten wędrowiec, co pomylił drogi, ma też to coś z mojego świata, nad którym panuję i zmieniam wedle kaprysu, wedle tego, co mam do powiedzenia głupiego albo mądrego. 
Nie powiem, ostatnio zbyt intensywnie operuję słowem, a i tak nie nadążam za myślami, i to mnie czasami przeraża, bo wygląda to tak, jakbym szybciutko chciał z tym światem załatwić swoje sprawy i nie mieć już więcej nic do powiedzenia. I tak stać się może, bo człowiek rzadko swoja godzinę zna, ale kiedy piszę, to z kolei nie myślę o wieczności, o przemijaniu i jak młokos zdaję się czuć nieśmiertelnym.
Ciekawe, co w tym wdzięcznym temacie miałby mi do powiedzenia Edek Stachura, który sobie urządził pokoje na górze i z tej góry spogląda, i pewnie pisze, tak jak ja, a może inaczej, zapewne piękniej i do porodowych boleści szczerze. 
Ja Edka Stachurę, to cały czas na podorędziu mam i sobie czytam ja jego, i coraz bardziej rozumiem, i nawet staram się zrozumieć jego śmierć, którą sam zaprosił, aż w końcu przyszła ona do niego i zabrała w siną dal.
I, myślę ja sobie, że coraz bardziej staję się jego przyrodnim bratem. Oj, my byśmy z sobą pogadali, oj pogadali.
A teraz chciałbym o tym, że jeśli ktoś drogę zmyli, drzwi otworzy i, ciepło poczuwszy, przy tym stoliku pięknie przygotowanym, tym, co to przy oknem z widokiem, jaki to chce, jeśli przy tym stoliku usiądzie, przy herbacie, także przy herbacie z rumem, to ogrzawszy dłonie, się mnie zapyta, o czym to ja piszę, nad czym pastwię własne słowa i ku czemu zmierzam.
A ja, zdumiony, sam nie wiem, co rzec, poza tym, że skoro piszę, to jestem, a skoro być chcę, to piszę.
Wiem i sobie to przypominam, że przyjaciele moi, ci co przy tym stoliku, co czasami wejdą, zajrzą i posiedzą, choć krzesła nie wyścielone aksamitem albo pluszem; niewielu ich, więc miejsca starczy dla niewielu... ci moi przyjaciele pewnie woleliby poznać, cóż tam więcej w tę noc wróżebną się zadziało i lepiej w nie trzymać tego w tajemnicy.
I słusznie wolą, i słusznie proszą, i się doczekają, bo zanim jeszcze poczyniono andrzejkowe plany, znałem już zakończenie, którego przyjaciele moi jeszcze nie znają. W tym właśnie przejawia się moje nad światem panowanie, światem tak malutkim i wielkim zarazem, i własnym.