Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

31 marca 2019

CHIRURDZY (15)

Dwa czy trzy dni przeszły. Minęły. Od z górą dwóch tygodni zajmował miejsce w szpitalu. Zajmował je leżąc, spacerując; widywał się z Nataszą - zajęta bardzo, ale mimo to raczyła go rozmowami, krótkimi, lecz przyjaznymi zawsze, a podczas każdej z nich, kiedy wpatrywał się w jej oczy, kiedy próbował wniknąć w sens jej niedomówień, podejrzewał, że jest w tej kobiecie coś z tajemnicy, która pewnego dnia rozleje się przed nim, ale jak dotąd, rozszyfrować tych domyśleń swoich nie potrafił.
Można powiedzieć, że w tym czasie zakolegował się z trzena pacjentami, których położenie było pidobne do jego - czekali na ostre cięcie. Jakieś drobnostki: woreczek żółciowy, przepuklina i też żołądek. Drobnostki dlatego, że w przeciwieństwie do niego, zdaniem morfologii i roentgena, byli całkowicie zdrowi dla potrzeb operacji. I to było najgorsze, albowiem każdy z tych trzech panów skłonny był do podejmowania rozważań natury medycznej, opisując przed pozostałymi historię swojej dolegliwości, następnie precyzując szczegółowo istotę zabiegu jaki ich czeka oraz prognozując konieczność zmian jakie z pewnością zajdą w ich życiu po opuszczeniu szpitala.
Zdarzyło się tak, że każdy z tych mężczyzn (młodsi od niego) miał różnych lekarzy prowadzących. Ten z woreczkiem do usunięcia - Ordyńskiego, tego, który zajmował się Adamem; doktor Jezierski prowadził pana "żołądkowca", Ślusarski zaś miał się zająć przepukliną najmłodszego z panów.
Adamowi, któremu wszelkie dywagacje na temat chorób i ich zwalczania zawsze wydawały się zbyteczne, w rozmowach z towarzyszami szpitalnej niedoli pełnił funkcję przysłuchującego się laika. Podziwiał tych trzech za ich ogromną wiedzę medyczną jaką nabyli, nie przebywając w szpitalu dłużej niż tydzień, ba, potrafili się też wypowiedzieć o umiejętnościach poszczególnych chirurgów (każdy przyznawał palmę pierwszeństwa swojemu), dostarczając dla potrzeb owej charakterystyki rozlicznych zasłyszanych, acz całkowicie wiarygodnych przykładów znaczących, nadzwyczajnych zdolności, jakimi dysponowali ich lekarze.
I tak "człowiek" Ordyńskiego upierał się przy tym, że tenże lekarz, najbardziej w latach posunięty, czerpie swą doskonałość z ogromnego doświadczenia, którego nie sposób nie docenić przy operacyjnym stole.
Dwaj pozostali panowie ripostowali: - Owszem, doświadczenie w pracy chirurga to kwestia godna zauważenia, jednakowoż z wiekiem sprawność ręki trzymającej skalpel się osłabia, a i skłonność do nienajnowoczesnuejszych metod leczenia przeważa.
Drugi z panów z kolei docenił Jezierskiego, który obszernie informuje pacjenta o czekającym go zabiegu, rozrysowuje wręcz na karcie papieru poszczególne operacje, mówi śmiało o zagrożeniach i o tym, jak sobie z nimi będzie radził.
Na to ten z przepukliną oświadczył, że przy tak bezczelnie szczerym podejściu do chorego, w jego przypadku to oczywiste, pogrążyłby się w takim stresie, że nieprzespana noc przed zabiegiem to jedynie najfrywolniejszy ze skutków takiej "nadbezpośredniej" narracji.
"Przepuklinowiec" z kolei radował się z tego, że nim zajął się najmłodszy z chirurgów - Ślusarski.
- To, panowie, prawdziwy lekarz z powołania i jakże wrażliwy na ludzkie nieszczęście. Ledwie mnie co zaboli, przybiega na zawołanie, ordynuje zastrzyk lub przynajmniej uspokaja, że wszystko będzie w należytym porządku i zabieg się powiedzie.
A "żołądkowiec" na to:
- No tak, ale przemiłemu w rozmowie Ślusarskiemu brak doświadczenia, a jego wiedza to podręczniki. Ileż to cięć zaliczył nasz młody pan doktor, proszę pana?
Na takich i podobnych rozmowach upływały godziny. W końcu jednak i one ustały, albowiem każdemu z tych panów ustalono już dzień i godzinę zabiegu i w ten sposób prozaiczna rzeczywistość szpitalna stłamsiła ich inwencję twórczą.

Przed obiadem to było. Doktor Ordyński pofatygował się do jego łóżka. Adam leżał w półśnie, ale był wyspany. Na widok Ordyńskiego przysiadł na baczność, a tamten:
- Oj, ma pan tu swoich zaciekłych orędowników, co to wypytują się o jego zdrowie - zaczął, zerkając to na Adama, to znów na przytroczoną do łóżka kartę temperatur.
- Miło słyszeć, aczkolwiek nikogo nie upoważniałem aż do takiej troski o moją osobę.
- No tak, ale ja nie o tym. Pan wpadnie do mnie, do zabiegowego zaraz po obiadku, porozmawiamy. Myślę, że nadchodzi czas na pana. Wyniki badań zbliżyły się do normy... aha, jeszcze jedno... ma pan gości... na świetlicy na pana czekają. Biedni, nie wiedzą, że to nie pora na odwiedziny.

[31.03.2019, Yffiniac, Còtes d' Armor w Bretanii, Francja]

PIERWSZY NIEPOKÓJ

Ni stąd, ni zowąd uruchamiał wspomnienia. Stało to się po kolacji, tej pierwszej, smacznej, spożywanej w zbiorowej rozkoszy kilkunastu podniebień. Cztery kobiety pośród nich, mężczyzn w straszliwej sile wieku i po prostu dojrzałych, a wszyscy jak jeden mąż - po przejściach. Kobiety nieco na uboczu, po lewej stronie kierowniczki; całość jak podczas Ostatniej Wieczerzy.
Zastanowiło go, że kierowniczka, ta starsza, szczupła kobieta o przystojnym, pomimo siwizny we włosach obliczu, zasiadła do kolacji razem z innymi. Nie brzydzi się jeść z nimi, nie krępują jej rubaszne komentarze rzucane co i rusz przez niektórych panów. Czy spożywa posiłek jedynie asystując, bo tak wypada? Niekoniecznie. Okazuje się, że przełożona ich wszystkich, pomimo niewielkiej wagi i szczupłości nabytej zapewne w genach, apetyt ma doskonały. Pałaszuje jak pozostali gryczaną kaszę okraszoną siekanym boczkiem i kiełbasą, do tego konserwowy ogórek, kawałek drożdżowego placka i herbatę.

Pani Krysia jak co rano weszła do niego z tacą, na której stała filiżanka z kawą oraz mały talerzyk z ciastem. Poczta dochodziła po dziewiątej, a więc nie mógł liczyć na bieżącą korespondencję. Musiała mu wystarczyć wczorajsza, którą właśnie przeglądał bez specjalnego zainteresowania - rachunki, ulotki reklamowe, jakieś podziękowanie i poparta życiorysem prośba o zatrudnienie.
- Dziękuję - rzucił przyjaźnie w stronę sekretarki, która znalazła pośród szpargałów jakie zaśmiecały jego biurko, miejsce do postawienia tacy.
Nastąpiła teraz chwila wymiany codziennych uprzejmości, wzajemnych pytań o zdrowie i samopoczucie; na nowinki może by i czasu nie brakło, ale pani Krysia z jakąś obcą jej nieśmiałością, może tremą, stanęła nad nim w półotwartym słowie, milczeniu, któremu nie potrafiła się przeciwstawić.
Zdawał sobie sprawę, że jest jeszcze coś, co sekretarka ma mu do przekazania, ale z jakichś powodów milczy, oczekując pewnie na to, aby on zapytał. Ale o co, skoro nie miał pojęcia o powodach jej milczenia.
Nareszcie jednak przełamała się, odsunęła się od niego o krok, wyprostowała, a kiedy zerknął w jej oczy, wyrzekła:
- Panie Adamie, proszę pomyśleć o swojej przyszłości - zakomunikowała mu. - Niech mi pan uwierzy, coś się szykuje, a tyle lat tutaj pracuję, że potrafię odróżnić banalną plotkę od przypuszczeń opartych na solidnych przesłankach. Ja bym na pana miejscu poszukała wsparcia. Udałabym się do samego prezydenta albo przynajmniej do przewodniczącego miejskiej rady; ten drugi był panu zawsze przychylny. Coś się kroi, panie dyrektorze.
Próbowała przestrzec przed ruchem jaki wobec niego zanosił się ze strony rady miejskiej, która ledwo co uzyskała minimalną większość przy ostatnich głosowaniach, a mówiło się o tym, że aby utrzymać władzę w mieście, rządzący muszą pozyskać nowego koalicjanta, a ten stawia pewne wymogi i liczy na stanowiska. Zdaniem pani Krysi w związku z tą przykrą atmosferą, fotel dyrektora miejskiego domu kultury począł się niebezpiecznie bujać.
- Dlaczego sekretarka wie więcej ode mnie? Dlaczego ja dowiaduję się o wszystkim ostatni? - zadawał sobie nie od dzisiaj te pytania.
- Pani Krysiu, niczego nie będę robił. Niczego - odparł, pozostawiając swoją sekretarkę w głębokim rozczarowaniu, które niespiesznie wyniosła do swego pokoiku.

Odwrócił głowę od wspomnień.
- Może partyjka? - zaproponował mu gierkę w warcaby starszy z mężczyzn.
- Dlaczego nie. Spróbuję.

[31.03.2019, Yffiniac, Còtes-d' Armor w Bretanii, Francja]

30 marca 2019

WE MGLE I PODCZAS PISANIA

1.
A kiedy budzisz się we mgle (Yffiniac leży w takiej niecce, poniżej średniej wysokości półwyspu), kiedy budzisz się w tej mgle, a pomimo tego zerkając na termometr, widzisz, że jest jednak o cztery stopnie cieplej, niż było wczoraj, kiedy wreszcie włączasz radio (rzecz jasna France Musique), w którym wita cię David Frey grający "Melodię węgierską" Schuberta, ten jeden z hitów muzyki klasycznej (Schubert, prekursor romantyzmu w muzyce, zauroczony folklorem tak jak Chopin, czerpie z tradycji ludowej tematy do swych kompozycji, a że nuta ludowa jakże często bywa śpiewną, nostalgiczną, bywa też taneczną i melodyjną, przeto nie dziwota, że Franz z tego źródła korzystał do woli. A muzyka Schuberta, fortepianowa jest inna: dźwięki krótsze niż szopenowskie, dynamiczne, jakby "blisko siebie" usytuowane, z częstym stacatto, podczas gdy u Chopina inaczej, rzewniej, bardziej rozwlekle; nie dziwmy się, że interpretacje geniusza z Żelazowej Woli nader często obfitują w zmianę tempa, owo rubbato, które niektórym nie odpowiada; ale zostańmy przy Schubercie i dosłuchajmy "Melodii węgierskiej" do końca, gdy przy fortepianie Frey...), kiedy wreszcie zespolimy te atrakcje w jedność, to żyć zachciewa się ponownie, pomimo wcześniejszego zniechęcenia.
2.
Pisze mi się opowieść, której absolutnie nie planowałem, ot tak, zacząłem ją pisać niemal bez powodu, choć gdyby zanurzyć się w to źródło, w przyczynę zaistnienia czegoś spontanicznie, to mam na to odpowiedź... ale skoro nikt nie pyta, nie odpowiadam.
W tej opowieści chronologia wydarzeń jest umyślnie odwrócona. Bohater o imieniu Adam (często korzystam z tego imienia w zmyślonych fabułach) istnieje w czasie rzeczywistym, obecnym, kiedy jest w szpitalu, oczekując na operację. Kolejna płaszczyzna czasu jest tą wcześniejszą; mój bohater przedstawiony jest w niej od chwili, gdy jako osoba bezrobotna i bezdomna spędza noce w tenderze wagonu towarowego i w końcu po perypetiach zdrowotnych trafia pierwszy raz do szpitala, a stamtąd do ośrodka dla bezdomnych.
Ale to nie koniec kompozycyjnej zawiłości. Następna płaszczyzna czasu, w której umieszczę główną postać opowieści to okres czasu, w którym bohater przeistacza się z "bycia kimś" do roli wykluczonego poza nawias społeczeństwa, czyli osoby bezdomnej, bez pracy i perspektyw na dalsze funkcjonowanie w świecie, który nie znosi nieudaczników.
Będzie też kolejna płaszczyzna (płaszczyzny) czasu, wnikające głębiej w czas miniony.
Jak to się zakończy? Czy zdołam przedstawić życie człowieka w taki sposób, aby wykazać, że wbrew obiegowym opiniom, nie wszystko zależy od jednostki, która jest przecież uwikłana w dziesiątki problemów, z których nie zawsze jest się w stanie wydostać siłą swej woli i chatakteru?
Mam już zakończenie dla tej opowieści... rzecz jasna, że nie zdradzę. Póki co jedynie piszę, kontynuuję.

[30.03.2019, Yffiniac, Còtes - d' Armor w Bretanii, Francja]

PONIEDZIAŁEK (13)

Poniedziałek. Podeszła do niego, kiedy siedział na końcu korytarza (świetlica?), gdzie stał telewizor. Nie był włączony.
Przedwczorajszy spacer po szpitalnym parku wzmocnił go. Nie czuł już zmęczenia pokonując wydeptaną ścieżkę korytarza i jej odnogę - drożynkę do łóżka w swojej sali.
Zaraz po porannym obchodzie do jego sali przywieziono towarzysza. Cierpiący. Blady. Senny. Żadnych rozmów. Może i by porozmawiali o byle czym, ale nie miał ochoty narzucać się; zdawał sobie sprawę, że tamten w swoim cierpieniu może nie mieć na to ochoty. Rozumiał go.
- Przepraszam za moją mamę. Obserwowałam was z daleka. Była obcesowa - powiedziała przysiadając na sąsiednim fotelu, przysiadając, a nie zanurzając całego swojego kształtnego ciała w aksamitne objęcia fotelowego siedliska i oparcia.
- Przyznaję, że na początku nie wiedziałem, jak się zachować... ale to minęło - uspokoił ją.
- Proszę mi wierzyć, że dla nas, mnie i matki, takue spotkanie z człowiekiem, który... to niemal cud, to coś nierealnego.
- Rozumiem panią doskonale.
- Ale niech pan nie myśli, że to tylko dlatego jestem tutaj z panem, że z powodu pana podobieństwa do mego ojca zainteresowałam się pana osobą. Coś mnie do pana ciągnęło. Może to, że leżał pan zawsze na lewym boku odwrócony tyłem do środka sali, do wchodzących. Widziałam wciąż pana plecy, a po nich trudno rozpoznać człowieka.
- Proszę się nie tłumaczyć. Doceniam pani pracę i ten szczególny rodzaj empatii, jaki posiada pani w kontaktach z chorymi - to rzuca się w oczy. A nawiasem mówiąc, gdybym się postawił w pani sytuacji, postępowałbym podobnie. Śliczną ma pani córeczkę - zmienił temat.
- Dziękuję. Jest śliczba i kochana. Tęsknię za nią, choć wiem, że kiedy pracuję, jest pod dobrą opieką.
- Ojciec? - wyrwało mu się. Pożałował tego słowa.
Nie przeraziła się. Podeszła do tego zwięzłego pytania racjonalnie.
- Majka jest ze mną. Tylko ze mną... i z babcią oczywiście.
- Przepraszam.
- Ależ nie musi pan. Widzi pan, tak jakoś ułożyło się w naszej rodzinie, że odczuwalny jest w niej chroniczny brak ojców - uśmiechnęła się. - Rozmawiałam z mamą i wiem o czym panu opowiadała.
- Tak... pani mama opowiedziała mi wiele. Byłem tym zaskoczony.
- Ona w ogóle lubi dużo mówić. Zwłaszcza jeżeli jest czymś lub kimś poruszona. Ona jeszcze przeżywa  j e g o  śmierć, tak nagłą.
- Pani... też...
Przytaknęła bezsłownie.
Dłuższa chwila milczenia.
- Chciałam panu powiedzieć, że dzisiaj rano, jeszcze przed obchodem, rozpytałam szczegółowo lekarza prowadzącego o stan pańskiego zdrowia.
- Tak?
- Proszę się nie obawiać. Nie przynoszę złych wieści. Jest tak: ma pan... nazwijmy to prostym językiem... ma pan guza na żołądku. Wyniki badań wycinka tej narośli wykluczają na ten moment, że mamy do czynienia ze złośliwym nowotworem, co oczywiście nie znaczy, że w przyszłości... - zawahała się, złapała świeży oddech.
- Dlatego należy usunąć tę poczwarę i to jak najszybciej, choćby dlatego, że narasta w dynamicznym tempie. Umiejscowienie guza, jak mi objaśnił Ordyński, wskazuje na to, że konieczna będzie częściowa resekcja żołądka, co oznacza, że może pan stracić nawet jedną trzecią tego organu. Ale z tym można żyć, zapewniam pana.
Nic nie odpowiedział, ale w głębi duszy czuł się uspokojony, tym bardziej, że przewidywał coś gorszego, zważywszy na szybkie tempo w jakim rozwijała się jego niedyspozycja.
A jeśli Natasza chciała go tylko pocieszyć? Jeśli ukrywała przed nim prawdę? To odwieczne pytania, z jakimi borykają się ludzie żyjący na krawędzi nadziei, że ich choroba nie jest tą ostatnią z jaką przychodzi im się zmierzyć w ich życiu.
Musiała odejść do swoich obowiązków.
Nie włączył telewizora. Sięgnął ze stolika po jakąś gazetę sprzed tygodnia.

[30.03.2019, Yffiniac, Còtes - d' Armor w Bretanii, Francja]

WALIZKA (12)

Nie wspomniał o walizce.
Grali w warcaby, kiedy wszedł. Wstali. Wydawało mu się, że niechętnie. Zdawkowe rozmowy. Wcześniej powitanie. Ten starszy zdawał się być rozmowniejszy. Rozpytywał go.
Odpowiadał tak zwięźle jak tylko możliwe. Spojrzał przed rozłożoną przed tym młodszym na stole kartkę papieru. Zauważył liczby, przekreślone, i kolejne pod spodem. 37-19. Wynik rozgrywki, domyślił się. Dla kogo? Było mu obojętne, choć stawiał na tego starszego, który sprawiał wrażenie lotniejszego. Ale może się mylił.
Wgramolił się na swoje łóżko, odwracając się plecami do obu mężczyzn. Nie słysząc z ich strony słów kierowanych do niego, domyślił się, że ponownie przysiedli do warcabów, aby kontynuować przerwaną partię. Potem rozmawiali z sobą na temat toczącej się rozgrywki.
Spłynęła na niego senność. Nic go nie bolało, aczkolwiek czuł coś, co można by nazwać ssaniem gdzieś w żołądku, ale to był szczegół, drobnostka w porównaniu z bólem jakiego doświadczył przed kilkona dniami.
Powinien jednak wspomnieć o tej walizce. Miał w niej wszystko, cały dobytek. Ciekaw był, co się teraz z nią dzieje. Ten człowiek z kolei, który go wspierał, widział go z nią za pierwszym razem kiedy się spotkali. Później widywali się sporadycznie, ale podówczas nie miał walizki przy sobie. Była zbyt ciężka na eskapady do miasta i pozostawiał ją w tenderze, przykrywał pledem, którym okrywał się na noc, a walizka służyła mu wtedy za podgłówek.
Oczyma wyobraźni otwierał ten swój neseser próżności, zagłębiał się weń dłońmi, skrupulatnie penetrował wnętrze wypełnione książkami, pismami, zeszytami, kompletem świeżej, nieużywanej bielizny sprasowanej w woreczku foliowym; były w niej sztućce, pdzybiry toaletowe i do golenia, dwa metalowe kubki dopasowane do siebie tak, że ten większy mieścił w sobie tego mniejszego. W wewnętrznych, bocznych kieszeniach zgromadził całe mnóstwo ołówków i długopisów, także świeczki, zapałki i sól w tubce po pastylkach do ssania.
Leżał nieruchomo i jakkolwiek cały zdawał się być utkany z obojętności, marzył o śnie, którego końca nie oczekiwał, a nawet w milczeniu prosił Boga, aby pozwolił mu dospać do wieczności, walizka obojętną mu nie była. Mieszkał w niej cały świat, wszystko co zdołał ocalić przed zagładą; było w niej dobro i zło, i myśli złożone na papierze, myśli, które zapisywał w tych ułamkowych chwilach szczęścia, kiedy nakarmiony i napojony odzyskiwał w sobie żywotność, nie czując chłodu nocy; ale też zdarzało mu się pisać nieporadne słowa w stanie dalekim od radości, kiedy zmuszony był wspomagać umęczoną duszę coraz to bardziej pojemnymi łykami alkoholu.
Lecz na nic te pragnienia odzyskiwania części samego siebie, kiedy głowa wciśnięta w róg łóżka ciąży uwikłana w puszystą miękkość poduszki, kidy ta głiwa kona, oddech się osłabia, myśl wietrzeje i nadchodzi z całą mocą niedomówień i fantazji sen. 
Trwało to jakiś czas, dopóki nie poczuł silnego pociągnięcia za to ramię, które założyło obręcz na jego głowę.
- Panie nowy, pora na kolację - usłyszał.

[30.03.2019, Yffiniac, Còtes-d Armor w Bretanii, Francja]

OŚRODEK (11)

- Myślę, że się pan nie zawiedzie przebywając tutaj z nami. Nie chcę powiedzieć, że będzie się pan czuł u nas jak w domu, bo to nieprawda, ale ci dwaj mężczyźni, do których pana dokwaterujemy nie sprawiają większych kłopotów. To ludzie po przejściach, podobnie jak pan, nieprawdaż?
Nie doczekawszy się choćby zdawkowej odpowiedzi, kontynuowała:
- Musi pani się z tym, że zimą wasze gospodarstwo może się powiększyć o dwa łóżka. Staramy się wprawdzie nie przesadzać z dokwaterowaniami, ale, rozumie pan, że zimą ośrodek wypełnia się po brzegi.
Przytakiwał, próbując nie patrzeć kobiecie w oczy.
- Jeśli chodzi o warunki życia, pory spożywania posiłków i o to, w jaki sposób staramy się uprzyjemnić czas pensjonariuszom, wszystko to znajdzie pan w regulaminie, który warto wnikliwie przeczytać. Dostanie go pan. W razie jakiś watpliwości, proszę pytać personelu lub mnie osobiście. Jeśli chodzi o alkohol... rozumie pan... papierosy jedynie w miejscach do tego przeznaczonych. Prawdopodobnie padną też propozycje pracy, głównie dorywczej, można trochę zarobić - proszę śledzić ogłoszenia wieszane na tablicy informacyjnej znajdującej się na parterze przy recepcji albo pytać.
Wszystko rozumiał, przytakiwał. Przeniósł teraz śmielej swój wzrok na kobietę. Wyraz twarzy świadczył o jej fachowości; nie było w niej niepotrzebnej egzaltacji uczuć. Każde zdanie wypowiadała tonem chłodny i rzeczowym ale przyjaznym. Odbierał jej wypowiedź z pokorą, domyślając się, że ton niejakuej surowości obecny w jej głosie wynika przede wszystkim z jej doświadczenia pracy w ośrodku. Przypuszczał również, że kobieta musiała się w tym miejscu spotkać z pensjonariuszami bardziej krnąbrnymi od niego, co wymuszało na niej zachowanie stoickiego spokoju, na który z kolei on zwykle reagował pozytywnie.
Kiedy myślał, że już skończy, pożegna się z nim w progu drzwi i przekaże pracownicy, aby ta zaprowadziła go do przydzielonego mu pokoju, kobieta kontynuowała opowieść o ośrodku, przytaczając ważne, jej zdaniem, szczegóły z życia pensjonariuszy i perdonelu, nie uciekając od podawania przykładów zabawnych, humorystycznych, uwrażliwiają go na to, że i on może być również świadkiem lub wręcz autorem podobnych scen.
- Nie wszystko w tym naszym specyficznym życiu, jakie tu prowadzimu, wypełnione jest smutkiem, apatią czy beznadzieją. Proszę mi wierzyć, że staramy się nadać naszemu życiu jakiś głębszy sens, ale zależy to w głównej mierze od nas samych... teraz także i od pana.
Zakończyła ten wątek i przesunęła po blacie stołu w stronę mężczyzny plastykowy kartonik będący dowodem osobistym Adama.
Schował go do zniszczonego, brunatnego portfela. Wtedy rozposarła przed sobą podzieloną na pół kartę papieru, na której zgromadzone były informacje o nim. Przejrzała dokładnie każdą wypełnioną wcześniej rubrykę. W pewnej chwili zatrzymała wzrok na jednym konkretnym zapisie.
- Odnotowałam, że ma pan wykształcenie wyższe, prawda?
Potwierdził skinieniem głowy.
- Mógłby pan rozwinąć ten wątek? Chodzi mi o rodzaj wykształcenia.
Milczał. Nie ponawiała prośby.
- Nie mam jeszcze wypełnionej rubryki: "ostatnie miejsce zatrudnienia".
- Wolałbym...
- Jak pan uważa, ale to by nam ułatwiło.. 
Właściwie to miejsce ankiety nie powinno pozostawać puste. Kobieta nie chciała, bądź też nie mogła o tym mówić, ale wiele razy kontaktowała się pracodawcami, którzy uprzednio zatrudniali dzisiejszych pensjonariuszy i w paru przypadkach takie rozmowy osiągały pozytywny skutek.
- Ulica Zamkowa, tak gdzieś pomiędzy sklepem obuwniczym a pocztą - odpowiedział, zdając sobie sprawę z tego, że sprawił być może kobiecie przykrość tym wyznaniem. Ta jednak zachowała kamienny wyraz twarzy; najpewniej zrozumiała jego intencje.
- Ale gdyby miał pan coś do dodania w tej kwestii, proszę mi dać znać, dobrze?
Pożegnali się. Kobieta otworzyła drzwi swego gabinetu, przywołała pracownicę i poprosiła ją o wskazanie pokoju dla nowego podopiecznego.

 [30.03.2019, Yffiniac, Còtes-d Armor w Bretanii, Francja]

29 marca 2019

W BRETANII

Przemkąłem z Malden na północny-wschód od Londynu do Ploufrasan w Bretanii, co wraz z podlotem pod załadunek dało 1000 kilometrów. Dojechałem co do minuty na czas, trafiając w punkt rozładunku idealnie (dzięki, nawigacjo). Potem okupiłem się oszczędnue w Lidlu (na trzy dno wystarczy) i przezornie zjechałem na parking przy  N12 w Yffiniac, to jest tak mniej więcej pomiędzy Rennes a Brestem na Półwyspie Bretońskim. Stąd raczej rzadko zdarzają się kursy do kraju, więc prawdopodobnie zostanę tu do poniedziałku, chyba że trafi się jakiś załadunek w stronę Paryża albo do Niemiec.
Pogodę mam świetną, słoneczną, choć nie jest upalnie, a podczas nocnej jazdy w delikatnej mgle temperatura spadał do jednej kreski powyżej zera ( teraz jest 14 w cieniu). Musiał chyba namieszać wyż usytuowany gdzieś nad Morzem Północnym, albo wyżej, który ściąga w dół masy arktycznego powietrza, a to przecież pora na wiosnę, kwiecień za pasem.

[29.03.2019, Yffiniac, Còtes-d Armor w Bretanii, Francja]

28 marca 2019

HENRYK (10)

- Zadziwiające podobieństwo - tłumaczyła mu, a wiatr nagle ucichł, lecz duży jasny obłok, który nasunął się na tę połać nieba, z której zwisało słońce sprawił, że spiekota popołudnia natenczas ustała. - Córka zauważyła to podobieństwo od razu, nawet wtedy, gdy był pan nieogolony. To dziwne, prawda, spotkać kogoś tak podobnego gdy tego, do którego się porównuje, nie ma już z nami.
Słuchał, analizował każde słowo, był już mniej zaskoczony, mniej zmieszany. Mimowolnie przemyśliwał nad powodem zainteresowania Nataszy jego osobą. Czyżby to podobieństwo do jej ojca było jedyną przyczyną jej wyszukanej troski o niego? Ale nie, obserwował ją w kontaktach z innymi pacjentami ilekroć odwiedzał sąsiednie pokoje (w jego sali stały trzy wolne łóżka, był sam). Do każdego z chorych podchodziła z jednaką wyrozumiałością i empatią. Myślał wtedy, że z takimi cechami jakie reprezentuje Natasza, trzeba się po prostu urodzić. Tacy ludzie istnieją i to nie tylko pośród lekarzy i pielęgniarek. On i ci pacjenci, którymi się zajmowała, mieli szczęście.
- Wie pan - kontynuowała matka Nataszy - córka od najmłodszych lat miała rzadki kontakt z ojcem. Byliśmy pod tym względem nietypową rodziną. Henryk był budowlańcem, zawsze w rozjazdach, na kontraktach krajowych i zagranicznych. Owszem, powracał z nich, miewał urlopy, spędzał z nami większość świąt, ale mimo wszystko bardzo go nam brakowało. Oczywiście ta jego cygańska praca miała też swoje plusy. Henryk zawsze dobrze zarabiał. Nie musiałam pracować, chociaż dorywczo zatrudniałam się tu i tam, ale mąż patrzył na to niechętnie. Upierał się, że jako mężczyzna to on odpowiada za sferę materialną naszego życia. Wybudował dom, w którym miałam być panią, a on ilekroć przyjeżdżał, pragnął nieskrępowanego odpoczynku, który może mu dać tylko kobieta, którą kochał.
Dopiero kiedy dobiegał czterdziestki, zdecydowaliśmy się na dziecko. Późno bo późno, ale urodziłam mu Nataszę. Wtedy, na samym początku, kiedy Natusia była malutka, Henryk przyjeżdżał częściej, ale gdy już podrosła, poszła do szkoły, znów porwał go wir pracy. Myślę, że po prostu kochał to swoje zajęcie, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, a później niekończące się opowieści o tym gdzie był, co wybudował, okraszone zdjęciami.
O ile ja zdążyłam już przywyknąć do jego trybu życia, Nataszy brak ojca dawał się we znaki. To prawda, zawsze była zadbana, mogła sobie pozwolić na najwymyślniejsze stroje, ale jak to się miało do tęsknoty za ojcem. Ile razy wracał do domu, za sprawą dorastającej córki, w domu panowało święto. Tak silna więź łączyła ich oboje, że częstokroć zazdrościłam Henrykowi tej wylewności uczuć, jakie przelewała na niego córka. Ale czy mogłam się temu dziwić, sprzeciwiać się temu odwiecznemu, naturalnemu prawu dziecka do wielbienia ojca, którego nie ogląda się często?
W końcu Henryk postanowił się ustatkować. Powiedział to nam. Natasza właśnie skończyła ogólniak. Nie podejrzewałam wtedy, że jego decyzja może mieć coś wspólnego z pogarszającym się, jak się okazało, a czego nie byłam świadoma, stanem zdrowia męża. Przyjechał na kilka dni przed Bożym Narodzeniem... ale już nie doczekał z nami wigilii. Zabrał go nam rozległy zawał. Długo nie cierpiał... choć kto to wie. Córka postanowiła wtedy, że będzie pielęgniarką.
Wylewność kobiety, która w sposób tak bezpośredni opowiedziała w koniecznym skrócie swoje życie, a właściwie jego istotną część przypisaną także jej mężowi, poruszyła go i jak to bywa w podobnych przypadkach, kazała mu spojrzeć na swoje zaprzepaszczone życie pod innym kątem. W tym stanie podziwu i zrozumienia dla problemów jakimi obarczyła go matka Nataszy, zdobył się na uściśnięcie jej prawej dłoni - była chłodna i wilgotna.

[27.03.2019, pod Dover, Kent w Anglii]

27 marca 2019

BÓL (9)

I wtedy, gdy ból stał się nie do zniesienia (pierwszy raz czegoś takiego doświadczył), kiedy nie był w stanie przyhamować go siłą własnej woli, gdy nie mógł zbagatelizować go, odłożyć choćby na godzinę, służby miejskie się nim zajęły. Nie był na tyle świadomy, aby móc odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób dowiedziano się o jego bólu, czy stało się to samoistnie, przypadkowo, czy jakiś przechodzień przechodząc obok niego, zaryzykował i wystukał właściwy numer; jeśli tak było, pewnie pozostał przy nim do czasu przyjazdu służb, pogotowia - tego też nie wiedział.
Ocknął się dopiero w w szpitalnej przychodni, kiedy dawano mu zastrzyk, a czas jakiś potem podłączono do kroplówki. W końcu przetransportowano go na jakąś salę, wykąpał się, nareszcie znaleziono mu miejsce w sześcioosobowym pokoju.
Wciąż znajdował się w stanie odrętwienia, choć cały czas podczas tego pierwszego pobytu w szpitalu zachowywał świadomość przerywaną częstym zasypianiem. Chyba od tego czasu datowało się jego pragnienie snu i odpoczynku.
Ból pod mostkiem czy gdzie indziej (miał kłopoty z jego lokalizacją) już się nie powtarzał i było jasne, że ta nierzeczywista, w półśnie przeżywana sielanka musi się kiedyś skończyć. Odnowiony fizycznie, z duszą zobojętniałą lecz uspokojoną, oczekiwał dnia, w którym szpital podziękuje mu za gościnę, zwłaszcza że podówczas nie znaleziono w jego organizmie niczego niepokojącego, co mogłoby przywrócić niedawny ból.
Był przekonany, że wydostawszy się z opiekuńczych rąk medyków, stanie na własnych nogach i przejdzie nimi znajomymi ulicami miasta, przebrnie park i dotrze bez trudu do kolejowego dworca, a stamtąd sobie tyllo znanymi ścieżynami przedostanie się do swego wagonu (pewnie jeszcze nie wysłano go na rzeź pił, palników i mechanicznych pras) i zacznie na nowo żyvie, do którego przywykł, przygotowując swój domek w tenderze do zbliżającej się zimy.
Był ciekaw, czy napotka tego montera, który wielokrotnie pomagał mu w złych chwilach, który teraz najpewniej zastanawiał się, co też się z nim dzieje, mężczyzną-włóczykijem, bezbronnym i bezdomnym żebrakiem, z którym łączył go układ oparty może na współczuciu lub na jakimkolwiek innym odruchu człowieczeństwa.
Ale kiedy czekał już na wypis, niecierpliwie spoglądając na wskazówki zegara umieszczonego nad drzwiami prowadzącymi do gabinetu przełożonej pielęgniarek, czy też w końcu dosiężą dwunastej, w jego pokoju (chodził wtedy jak nakręcony, przemieszczając się po długim, szpitalnym korytarzu i powracając stamtąd do swego łóżka) pojawiło się dwoje ludzi - mężczyzna w połyskującej na pomarańczowo kamizelce i kobieta, starsza, szczupła, wciśnięta w nienowe i niemodne, choć eleganckie spodnium, w bluzeczce błękitnej z koronkowymi wypustkami u przegubów dłoni, z niewielkim owalnym dekoltem, też zakończonym koronką.
- Zabieramy pana do naszego ośrodka - oznajmiła mężczyźnie zaraz po powitaniu i przedstawieniu ich obojga.
Jej głos zdradzał może nie tyle stanowczość, ile zapowiedź czegoś, co zostało już postanowione. Szły za tym stwierdzeniem argumenty ponawiane nienatrętnie; były to bardziej rzeczowe komunikaty, słuchając których Adam z biegiem czasu ulegał lub przynajmniej były mu one na tyle obojętne, aby móc poddać się ich magii.
Mężczyzna w kolorze pomarańczy stojący obok kobiety, sprawiał wrażenie zniecierpliwoonego. On pewnie postąpiłby inaczej wobec pacjenta, ale zdał się najwidoczniej na charyzmatyczną siłę perswazji starszej od niego partnerki; niecierpliwie oczekiwał zgody mężczyzny na złożone mu propozycje.
Ta ze strony Adama nastąpiła bardzo szybko. Nie spodziewał się tego po sobie, bo przecież jeszcze nie tak dawno umykał jak mógł i potrafił wszelkim służbom, aby nie dostać się w ich ręce.
Teraz sprawy potoczyły się błyskawicznie: ubrano go, dano mu do ręki jakąś plastykową torebkę, aby miał w czym pomieścić swój żałosny dobytek, wreszcie odebrsno za niego wypis ze szpitala wraz z kartą choroby i poprowadzono do auta zaparkowanego przed szpitalem.
Wtedy dopiero przypomniał sobie o walizce.

[27.03.2019, pod Dover, Kent w Anglii]

PODOBIEŃSTWO

Dziewczynka mogła mieć pięć - sześć lat. Nie miał wątpliwości, że była do Nataszy przywiązana, co tam przywiązana, kochała swoją matkę, i można było znaleźć potwierdzenie na to, obserwując jak wyrywa się z babcinych rąk i biegnie jak szalona okrążając sadzawkę, potem przeciska się pomiędzy dwojgiem ludzi idącym środkiem alejki i niemal zderza się z wózkiem pchanym przez kobietę w białym kitlu, idącą naprzeciw jej spontanicznej radości.
Natasza wstaje, odchodzi od Adama na kilka kroków, przykuca, aby pochwycić dziewczynkę w ramiona. Uściski, zgraja szczebiotliwych słów z obu stron, ucałowania. Tylko babcia w oddali oddycha ciężkawo, niby podbiega za małą, lecz po paręnastu metrach przystaje, krzyczy coś o żywym srebrze; on siedzi jak widz na pierwszym rzędzie przy samej scenie teatru, próbuje wstać, ale momentalnie siada, obejmuje prędkim spojrzeniem dziewczynkę i jej matkę; później do tego kadru dołącza starsza pani, umęczona pogonią za dzieckiem.
Natasza bierze dziewczynkę na ręce i, rzecz ciekawa, spoglądając na starszą od siebie kobietę, natychmiast przenosi spojrzenie na siedzącego na ławce mężczyznę, po czym ponownie muska wzrokiem babcię, mruży oczy, albo mruga do niej porozumiewawczo, kiwa głową, w końcu odzywa się do dziewczynki:
- Pobiegamy sobie? Zobaczymy, gdzie się podziały nasze belgijskie kurki.
Odchodzą.
Starsza kobieta krokiem już spokojnym zmierza ku siedzącemu na ławce mężczyźnie, planując przywitanie, że wyciągnie ku niemu prawą dłoń, wszak jest kobietą, a on podejmie ją, ściśnie, może nawet zbliży do niej usta; jest w końcu w takim wieku, w którym obowiązują dawne konwenanse; podchodzi do niego blisko, nagle zatrzymuje się, tak jakby opadła przed nimi niewidzialna zapora, jakby spuszczono pomiędzy nimi przezroczystą kurtynę... i zamiast powitania kobieta wyciąga przed siebie rękę, a dłoń tej ręki dotyka przyczułkami palców lewej skroni mężczyzny, spływa po jego policzkach, kieruje się w stronę nosa, warg i podbródka, w końcu opada bezwładnie. Adam nic z tego nie rozumie, stoi przed nią (wstał, kiedy wyciągnęła ku niemu rękę), wyraz jego twarzy - zdumienie, totalna nieświadomość przyczyny, z powodu której tak go potraktowano jak śliczną lalkę w zabawkowym sklepie... słucha:
- Mój Boże, skóra w skórę, wzrok ten sam, nos identyczny, lekko wystające kości policzkowe, podbródek z takim samym zabawnym dołkiem, tylko usta inne, szersze, bardziej nabrzmiałe, smutne, tak jakby nigdy nie miały się unieść  w radosnym uśmiechu. Natka dobrze mówiła... on częściej był nieogolony, mówił, że cerę ma taką, skórę, która nie znosi częstego golenia, kaleczył przez nie twarz, albo, chcąc tego uniknąć, golił się rzadziej, kiedy jego skóra już odżyła.
Nastał moment, w którym poznał tajemnicę dziwnego zachowania kobiety; przedtem jeszcze zdołał z siebie wykrztusić: 
- Przypominam pani kogoś?
Teraz opanowała się, możliwe że odnalazła w swoim zachowaniu nietakt, wstrząsnęło to nią, przeraziło to, że tak obcesowo i bez wytłumaczenia poczęła rzeźbić palcami jego twarz.
Jakoś w jednej chwili oboje przysiedli na ławeczce.
- Ojca Nataszy - przemówiła z niekłamaną ulgą. - Mojego męża.
W oddali dziewczynka i jej matka okrążały klomb z peoniami, których kwiaty były jeszcze w pączkach.

[27.03.2019, pod Dover, Kent w Anglii]