Przez Gap
przejeżdżałem wielokrotnie, głównie podążając tędy od
Grenoble, kierując się na Briançon i dalej przez przełęcz pod
Montgenèvre do Turynu we Włoszech. Bywały też trasy w drugą
stronę na Sisteron, a potem albo bezpośrednio do Marsylii lub do
Aix-en-Provence albo przez Grasse do Cannes. Zdecydowanie bardziej wymagająca droga prowadzi od
Grenoble przez La Mure i Corps - to słynna Droga Napoleońska, którą
cesarz podążał z Elby, ciągnąca się potem aż do Lazurowego Wybrzeża, do Cannes
Jeśli chodzi o dostanie się do Włoch, to
oczywiście można ominąć Gap i za Grenoble kierować się trasą
D1091 na Briançon, ale raczej tylko w lecie, gdyż podróżowanie tą
drogą jest bardzo niebezpieczne, czasami w ogóle droga jest
niedostępna, zasypana śniegiem. Tylko raz przejechałem tą trasą
późna zimą krajobraz przepiękny, mnóstwo serpentyn, śnieg na
poboczu do półtora metra i potężny wiatr... więc lepiej przez
Gap, a tam, przed udaniem się do Włoch konieczna wizyta na stacji
paliw, bo paliwo we Włoszech znacznie droższe.
A oto fragment "Route Napoleon"
Gap położone jest w głębokiej kotlinie i w związku z tym dojeżdżając to od Grenoble w pewnym momencie przez około 10 kilometrów nie używamy w ogóle pedału gazu. Druga okoliczność jest taka, że miasto ma specyficzny, łagodniejszy klimat z temperaturą znacznie wyższą niż ta na położonych o kilometr wyżej górskich drogach
Panorama Gap
Gap to miasto w południowo-wschodniej Francji, prefektura i największe miasto departamentu Hautes- Alpes . Na wysokości 750 m n.p.m. jest to najwyższa prefektura Francji.
Niemal centrum Gap
Gap znajduje się na skrzyżowaniu dróg alpejskich, tj. D994 i Route nationale 85 zwanej Route Napoléon, która przecina przełęcz Col Bayard na północ od miasta, Gap znajduje się pomiędzy historycznym Dauphiné a regionem administracyjnym Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże [obszar niemal pokrywa się z historyczna Prowancją; stolica - Marsylia] Gap jest głównym miastem prowincji zamieszkałej przez ponad 40 tysięcy mieszkańców zlokalizowanym w dolinie na wysokości 745 metrów. Wokół miejsca, w którym łączy się z główna rzeka regionu - Durance na północy Gap znajduje się Park Narodowego Écrins. Na tym terenie znajduje się to ogromny rezerwuar wody - jezioro Lac de Serre-Ponçon
- Willi Brandt jako pierwszy socjaldemokrata został zaprzysiężony na urząd kanclerza RFN: czy to oznacza jakieś zmiany? [okaże się, że rzeczywiście nastąpią pozytywne dla naszego kraju zmiany]
- Kilka przykładów integracji w ramach RWPG: Polacy budują cukrownię w Czechosłowacji[poniekąd jest to mój "rodzinny" temat, te cukrownie],Węgrzy stawiają specjalistyczny filtr w NRD, ZSRR organizuje wystawę jubileuszową Bułgarii w Moskwie.
- Maja Plisiecka, wystąpi w Warszawie w ramach Dni Kultury Federacji Rosyjskiej; teraz tańczy preludium Bacha z Nikołajem Fadiejewem. [faktycznie Maja Plisiecka zdaje się "nie ważyć" w ogóle - świetny fragment taneczny]
- Ognisko plastyczne w Nysie – nie tylko dla dzieci: różne dziedziny, różne techniki. [to co szczególnie cenię sobie w kronikach - sztuka i edukacja poprzez sztukę]
Leonid Teliga na spotkaniu z harcerzami. [przypomnienie słynnego żeglarza - pamiętam te czasy]
Zwodnicza reklama olejku do opalania z Australii. Narciarski slalom po wodzie z Austrii. Wyścig ślizgaczy na Sekwanie.
Ponieważ
za chwilę minie druga rocznica mojego przyjazdu do Polski ze
szpitala w Oslo, przeto mimowolnie ocieram się wspomnieniami o ten
mój ozdrowieńczy pobyt w Norwegii. Tym razem moje wspomnienia nie
będą dotyczyć samego wypadku, operacji, zawału serca i
długotrwałej rekonwalescencji, lecz pewnego stanu, który zapewne
wiązał się z wprowadzeniem mnie przez lekarzy w śpiączkę
farmakologiczną. Ciekawe jest to, że w tym właśnie stanie
organizmu pamięta się pewne szczegóły bardzo wyraźnie,
jednakowoż stanowią one nawet teraz, po dwóch latach,
nieodgadniętą tajemnicę. W tym miejscu chcę wyraźnie podkreślić,
że owej wizji jakiej doświadczyłem, nie da się porównać ze snem
- szczegóły snu po dwudziestu czterech miesiącach prawdopodobnie
by się zatarły, co w opisywanym przeze mnie przypadku miejsca nie
ma - pamiętam wszystko bardzo dokładnie.
Otóż
zdawało mi się, że już kiedyś byłem w tym akademickim szpitalu
w Oslo.
Upewniał mnie w tymniewielkich
rozmiarów
obrazek, rozpoznany
przeze mnie, a przedstawiający
fundatorkę szpitala, starszą panią.
Znaczy się, wydawało mi się, że ów wizerunek kobiety widziałem
już wcześniej w tym samym miejscu (szeroki korytarz szpitalny), co
oznaczało, że kiedyś w przeszłości musiałem być w tym miejscu.
Portret
ten
namalowany był w manierze ekspresjonistycznej - jeżeli kto zna
pędzel
Edward Muncha, widział jego "Krzyk" i inne, wielce
melancholijne obrazy, ten wie, o czym mówię. Czyli ta pani -
fundatorka skojarzyła mi się z osobą bardzo chorą, może nawet
śmiertelnie chorą, która jakimś cudem - może za sprawą lekarzy
- wyzdrowiała i z wdzięczności za przedłużenie jej życia
zdecydowała się na szlachetny gest przekazaniaprywatnych
funduszy
na zbudowanie
szpitala.
A
zatem jesteśmy w sytuacji, kiedy to ów wizerunek pojawia się w
mojej narkotycznej wizji, jestem świadom tego, że na pewno
widziałem go juz wcześniej, czyli byłem w tym szpitalu, lecz
w rzeczywistości nie mogłem się znajdować w tym miejscu przed
wypadkiem, bo też nigdy wcześniej
w jakimkolwiek norweskim szpitalu nie leżałem.
Ale obraz
ten istniał naprawdę
i świadczył
fakt, iż już
po wyprowadzeniu mnie ze śpiączki farmakologicznej, gdy byłem
świadomy, co się ze mną dzieje, widziałem go
na głównym korytarzu szpitala, gdy przewożono
mnie na kontrolne badania.
I
proszę, taki zwykły ekspresjonistyczny obrazek namalowany ręką
prawdopodobnie anonimowego, mniej lub wcale nieznanego malarza,
może amatora, wprawił mnie w osłupienie. Kiedy z dnia na dzień
czułem się lepiej, czy to transportowano mnie na inwalidzkim wózku
przez ów główny korytarz szpitala, czy też leżałem w pojedynce
na swoim łóżku, cały czas rozmyślałem nad tym, czy i kiedy
odwiedziłem to miejsce i jak to się stało, że
zapomniałem... tak, moje myśli koncentrowały się na tym, na
ustaleniu, na domysłach, że chyba musiałem stracić pamięć o tym
moim wcześniejszym pobycie w szpitalu.
Bardzo
trudno mi wyjaśnić ten mój stan, a zatem, mówiąc w wielkim
skrócie, utrzymywałem wtedy że:
-
moja bytność w szpitalu w Oslo dwa lata temu była w istocie drugim
moim pobytem w tym szpitalu,
-
świadczył o tym ów obrazek, który rozpoznałem,
-
nie potrafiłem ustalić, co takiego zdarzyło się w moim życiu, że
za pierwszym razem zmuszony byłem skorzystać ze szpitalnej opieki.
Tak
bardzo mój umysł zaangażowany był w podaną powyżej
interpretację, że jeszcze dzisiaj przechodzą mnie ciarki na myśl,
że może jednak ta przerwa w moim życiorysie naprawdę miała miejsce.
Jak
by nie było, przyznać muszę, że psychika człowieka, jego myśli,
odczucia i wyobrażenia nie są do końca poznane
- to swoiste déjà vu [odczucie, że przeżywana sytuacja wydarzyła
się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości, połączone z
pewnością, że to niemożliwe] przez długi okres czasu kpiło
sobie w najlepsze ze mnie i dzisiaj zastanawiam się, czy tylko i aż
śpiączka farmakologiczna miała w tym swój pierwszoplanowy udział.
Zresztą
to nie tylko ta wizja wprawiała mnie w zakłopotanie. Później
pojawiła się kolejna: otóż wyobraziłem sobie, że dzień po dniu
znajduję się w innym miejscu, że "podróżuję" wraz ze
szpitalem.
Ech,
jest noc... nie będę się pastwił nad sobą, snując kolejny
horror.
Podobno
lekarze norwescy mieli obawy, czy zdołają mnie wybudzić ze
śpiączki.
Tym razem w kawiarence trochę wspomnień przy piosence. Dawne to były czasy, przez niewielu z nas pamiętane - koniec lat sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych, Czerwone Gitary, potem Trzy Korony i łączące te dwie młodzieżowe grupy spod znaku mocnego uderzenia - nazwisko Krzysztofa Klenczona - zdecydowanie przedwcześnie zmarłego kompozytora tych pięciu poniżej przedstawionych w kawiarence piosenek.
W pierwszych trzech odnajduję niezwykłą melodyjność, melancholię, głębię uczuć tak typową do kompozycji nieodżałowanego Krzysztofa Klenczona.
W kolejnej - próba mocniejszego uderzenia, czym starał się wzbogacić stronę muzyczną swojej twórczości prezentowaną, gdy był jednym z dwóch liderów Czerwonych Gitar.
Ostatnia kompozycja wywalczyła pierwsze miejsce na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, dzisiaj nie dość, że zapomnianego, to wręcz wyśmiewanego przez adoratorów disco-polo i rockmanów.
Cechą wspólną wszystkich niżej prezentowanych są poza muzyką Krzysztofa Klenczona słowa, prawdziwe perełki wśród tekstów piosenkarskich - dzisiaj w znakomitej większości nieuchwytne dla talentów współcześnie piszących słowny podkład do piosenek tekściarzy.
A zatem posłuchajmy...
RETROSPEKCJA
słowa: Stanisław Halny i Janusz Kondratowicz
Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu.
Nie pójdę już za tobą, nie powiem nic nikomu.
I nic już nie zostanie z godziny naszych zwierzeń
Bo nawet twoją pamięć czas kiedyś mi odbierze.
I będzie tak, jak gdyby się nie stało nic.
Spóźniony żal, zdławiony gniew, podarty list.
I jeśli przejdę obok, nie zwolnię nawet kroku.
Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu.
JESIEŃ IDZIE PRZEZ PARK
słowa: Bogdan Loebl, Marek Gaszyński, muz. Krzysztof Klenczon
Jesień ... Liść ostatni już spadł.
Jesień ... Deszcz zmył butów Twych ślad.
Jesień idzie ku mnie przez park.
Wczoraj minął miesiąc, jak list
Przyniósł mi listonosz, a dziś
Tylko nosi liście tu wiatr.
To, to radosny był dzień,
Gdy zapewniałaś mnie, że
Nic nie rozdzieli nas już,
Że co dzień list będziesz słać do mnie.
Jesień ... Liść ostatni już spadł.
Popatrz - plaża jak biały kwiat.
Zima idzie ku mnie przez park.
Szybko przyjdzie wiosna i żar ,
Lato, i wakacje, i park,
W którym znajdę cienie wśród drzew.
Znów szybko miną nam dni,
Znów będziesz powtarzać mi,
Że nie rozdzieli nas nic,
Że co dzień list będziesz słać do mnie.
Jesień ... Znowu czekam na list.
Jesień ... Zamiast listu mam liść.
Jesień ... Z inną idę przez park ...
Z inną idę przez park ...
KWIATY WE WŁOSACH
słowa: Janusz Kondratowicz
Kwiaty we włosach potargał wiatr,
Po co więc wracasz do tamtych lat? Zgubionych dni nie znajdziesz już, Choć przejdziesz świat i wszerz i wzdłuż.
Kwiaty we włosach potargał wiatr, Dawno zmieniłaś swych marzeń kształt. I dzisiaj Ty, i dzisiaj ja - To drogi dwie i szczęścia dwa ...
Więc choć z daleka wołasz mnie - Nie powiem: "Tak", nie powiem: "Nie"... Bez wspomnień czasem łatwiej żyć; Nie wraca nic.
Kwiaty we włosach potargał wiatr, Wyrzuć z pamięci ostatni ślad, Bo dzisiaj Ty, bo dzisiaj ja - To drogi dwie i szczęścia dwa ...
Więc choć z daleka wołasz mnie - Nie powiem: "Tak", nie powiem: "Nie" ... Bez wspomnień czasem łatwiej żyć; Nie wraca nic.
Kwiaty we włosach potargał wiatr, Wyrzuć z pamięci ostatni ślad, Bo dzisiaj Ty, bo dzisiaj ja - To drogi dwie i szczęścia dwa ... I szczęścia dwa ...
10 W SKALI BEAUFORTA
słowa: Janusz Kondratowicz
Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został.
I nagle ktoś jak papier zbladł:
Sztorm idzie, panie bosman!
A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: - Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Dziesięć w skali Beauforta!
Z zasłony ołowianych chmur
Ulewa spadła nagle.
Rzucało nami w górę, w dół,
I fala zmyła żagle.
A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: - Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Dziesięć w skali Beauforta! - Hej!
Gdzie został ciepły, cichy kąt
I brzegu kształt znajomy?
Zasnuły mgły daleki ląd
Dokładnie, z każdej strony.
A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: - Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Dziesięć w skali Beauforta!
O pokład znów uderzył deszcz
I padał już do rana.
Piekielnie ciężki to był rejs,
Szczególnie dla bosmana.
A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: - Ech, do czorta!
Przedziwne czasem sny się ma!
Dziesięć w skali Beauforta!
BIAŁY KRZYŻ
słowa: Janusz Kondratowicz
Gdy zapłonął nagle świat
Bezdrożami szli
Przez śpiący las
Równym rytmem młodych serc
Niespokojne dni
Odmierzał czas
Gdzieś pozostał ognisk dym
Dróg przebytych kurz
Cień siwej mgły
Tylko w polu biały krzyż
Nie pamięta już
Kto pod nim śpi
Jak myśl sprzed lat
Jak wspomnień ślad
Wraca dziś
Pamięć o tych, których nie ma
Żegnał ich wieczorny mrok
Gdy ruszali w bój
Gdy cichła pieśń
Szli by walczyć o twój dom
Wśród zielonych pól
O nowy dzień
Jak myśl sprzed lat
Jak wspomnień ślad
Wraca dziś
Pamięć o tych, których nie ma
Bo nie wszystkim pomógł los
Wrócić z leśnych dróg
Gdy kwitły bzy
W szczerym polu biały krzyż
Nie pamięta już
Kto pod nim śpi
W szczerym polu biały krzyż
Nie pamięta już
Kto pod nim śpi
Spotkały mnie
wielkie przyjemności. Najpierw w piątek, potem w sobotę.
Przyjemność w piątek
-
zasłużona, a przyjemność w sobotę - zaskakująca,
niespodziewana, nadto pochodząca od blogerki Jotki. Przyjemności
tej nie mogę wyrazić
w stosowny sposób poza podziękowaniem i obietnicą, że postaram
się na nią zasłużyć, bo dotąd się nie zasłużyłem. Może
kiedyś wyjawię... Na tę chwilę wiemy oboje, w czym rzecz i niech
na tę chwilę to wystarczy.
571.
Owego czasu, gdym
jeszcze mieszkał w miejscu, skąd do szkoły miałem trzysta metrów,
nie było takiego roku, gdybyśmy z żoną czego nie oddali do PCK.
Chodzi o jakieś tam ubrania, nieznoszone, w których ho, ho, można
było sobie pochodzić jeszcze, a nierzadko były to ciuchy przedniej
jakości, a to po córce, która przecie rosła jak na drożdżach, a
to po nas. Podjeżdżaliśmy z tym towarem pod sam punkt i
pozostawialiśmy te rzeczy w torbach... jakoś nie ufaliśmy tym
pojemnikom wystawianym w mieście. Chyba raczej z szacunku dla tych
towarów
- prane były, czyszczone
- a nuż kto ukradnie, albo deszcz zaleje.
Kiedym posłyszał, że pisiorki nawet na tym z serca ofiarowanym do
szacownej instytucji towarze potrafią się dorobić, tom się
zamyślił i do wniosku doszedł, że może źle zrobiłem?
Bo ja uważam tak -
trzeba mieć zaufanie tak do ludzi jak i do instytucji. Jeśli komu
co dasz, to lepiej, aby tak się stało, że ten obdarowany
wykorzysta dar właściwie, że będzie miał z niego jaki pożytek i
w ten sposób ucieszą się obie strony.
Kiedyś jednak
postąpiliśmy z żoną bezmyślnie. Córka lubiła oglądać
Teletubisie. Wykupiliśmy więc mnóstwo kaset (to był czas przed
płytami CD). Córka nam podrosła i przeszła na inne bajeczki, więc
po pewnym czasie wszystkie kasety z Teletubisiami, jeszcze innymi
bajeczkami i mnóstwem puzzli (jak nasza córcia z babcia układała
te puzzle... jak szybciutko, gdy doszła do wprawy) oddaliśmy te
precjoza do szkoły, a właściwie do przedszkola. No i wójt
rozwiązał tę szkołę, i Bóg lub Diabeł wiedzą, co się z tymi
kasetami i puzzlami stało, bo mogło to wszystko
pójść
na przemiał jako starocie zbyteczne i niepotrzebne nikomu.
A przecież teraz
przydałoby się to komuś, kto ma małe pociechy. Stare to, bo
stare, ale utrzymane w najwyższym porządku, bo córka niczego nie
marnowała, lalki u niej, jeszcze kilka zostało, w witrynie
sklepowej można i dziś postawić, aby cieszyły oczy.
A pamiętam też
mój pierwszy dar przekazany mojemu liceum pod wezwaniem Mickiewicza.
Razu pewnego odkryłem w komórce na poddaszu kamienicy, w której
mieszkałem (to była nasza rodzinna komórka), że posiada ona
zabudowaną grubym kartonem przegrodę. Wyjąłem tenże karton i
ukazało mi się pomieszczenie chyba od czasów tuż po wojnie nie
oglądane. Zawierało ono rozmaite skarby w rodzaju posrebrzanych
sztućców, jakichś szlachetnych naczyń, tudzież mnóstwo
przedwojennych i powojennych czasopism. Była też tam niezwykle
ciężka, ze staliwa zrobiona, zielona froterka oraz kilka map, w tym
jedna szczególna - całkiem nowa (pachniała jeszcze farbą); była
to polityczna mapa Europy sporządzona przez Niemców w czasie
okupacji (chyba z 1941 roku pochodziła). Tęże mapę i chyba parę
ksiąg starych podarowałem szkolnemu muzeum.
Ponoć muzeum to
istnieje, choć szkoła zatraciła swój sławny dawny charakter.
Pewnie już się nie dowiem, czy ta mapa jest tam jeszcze.
572.
Na koniec
króciutki, pouczający, humorystyczny fragment z księgi pana
Bolesława Prusa "Lalka", którą akurat czytam. W taki oto
sposób kupiec Mincel uczył przyszłego subiekta, imć pana Ignacego
Rzeckiego.
"Stary
Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około
południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj
lekcji.
— Sag mir —
powiedz mi: was ist das? co to jest?
Das ist Schublade — to jest
szublada.
Zobacz,
co jest
w te szublade. Es ist Zimmt — to jest
cynamon. Do czego potrzebujesię cynamon? do zupe, do legumine
potrzebuje
się cynamon. Co to jest
cynamon? Jesttaki
kora z jedne
drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka takidrzewo. Patrz na globus — tu
leży Indii. Daj
mnie za dziesiątkę cynamon… O, duSpitzbub!… Jak
tobie dam dziesięć razy dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile
sprzedać zadziesięć
groszy cynamon…"
Będzie to krótka opowieść o miasteczku Cagnes-sur-Mer leżącym w Alpach Prowansalskich nad brzegiem Morza Śródziemnego oraz o bardzo ważnej postaci francuskiej i światowego malarstwa, Auguście Renoir.
Powyżej fragment starego miasta - zdjęcie z zamierzchłej epoki - oddające klimat miejscowości położonych na tak zwanym Wybrzeżu Lazurowym we Francji. Te miejscowości, większe lub mniejsze to, idąc od południa Saint-Tropez, Sainte-Maxime, Frejus, Saint-Raphael, Mandelieu-la-Napoule, Cannes, Grasse (położone nieco wyżej, nie nad samym morzem), Antibes, Cagnes-sur-Mer, a dalej jest już wielkie, choć bardzo urokliwe miasto Nicea.
Wiele razy przejeżdżałem przez te miasteczka, czasami zatrzymywałem się, chociaż miejsc parkingowych jak na lekarstwo, podziwiając szczególnie piękny, nadmorski, ale i górski krajobraz, w który wpisane zostały te prowansalskie miasteczka. Przyznać muszę, że irytowała mnie nieco to skomasowanie poszczególnych uliczek i posiadłości wokół tychże miasteczek, a wręcz nie podobało mi się to, że wokół tych starych, niezwykle atrakcyjnych turystycznie miasteczek osiadła francuska i nie tylko klasa wyższa, której przedstawiciele - ludzie nauki, sztuki, aktorzy i celebryci, odgrodzili się od świata wysokimi ogrodzeniami, aby nie kusić przypadkowych turystów swym bogactwem. Z drugiej jednak strony nie sposób nie docenić tych urokliwych pejzaży - wymarzonych dla takich obywateli świata jakimi są malarze.
Jednym z nich był Auguste Renoir, Pierre-Auguste Renoir (ur. 25 lutego 1841 w Limoges, zm. 3 grudnia 1919 w Cagnes-sur-Mer) – francuski malarz i rzeźbiarz. Współtwórca i jeden z czołowych przedstawicieli impresjonizmu, który osiedlił się bodajże w 1907 roku właśnie w Cagnes-sur-Mer
Obecnie w Cagnes-sur-Mer znajduje się muzeum tego wybitnego malarza. Auguste Renoir, który przybył w te strony dla "zdrowotności" wykorzystywał dany mu od losu czas na malowanie obrazów wykorzystujących urodę tych terenów leżących pomiędzy Morze Śródziemnym a Alpami Prowansalskimi.
Nie ma ty typowych dla naszego kraju lasów - raczej natura ma na tych szerokościach geograficznych charakter sawannowy - mało drzew, więcej łąk, kotlin i niskich krzewów. W podobnym miejscu, które widnieje na zamieszczonym poniżej obrazie przepędziłem noc w aucie z tej racji, że nie dane mi było znaleźć wolnego miejsca na parkingu.
W obrazach malowanych w okolicach Cagnes-sur-Mer przez sędziwego już Renoira dominują wszystkie chyba odcienie brązu i żółci. Nie jest to jednak wymysł czy jakieś szczególne upodobanie malarza do tych kolorów, ale rzeczywistość. Lata są tutaj suche, więc oprócz drzewostanu iglastego dominują tu, zwłaszcza na terenach położonych w pewnej odległości od morza, takie właśnie kolory, jak ma to miejsce na obrazie przedstawionym poniżej.
Jednakowoż nie należy zapominać, że jesteśmy na Lazurowym Wybrzeżu, stąd daje się zauważyć obecność specyficznego błękitu na obrazie zamieszczonym poniżej. W tym miejscu muszę dodać, że obrazy impresjonistów, a do tego nurtu należał Renoir, należy oglądać z pewnej odległości.
W samym Cagnes-sur-Mer, tak jak i w wielu innych nadmorskich miasteczkach zabudowa ma charakter tarasowy, co przedstawia reprodukcja kolejnego obrazu mistrza Renoira. Nota bene, sporo sił kosztuje nas wspinaczka wąskimi najczęściej uliczkami, gdy chcemy przedostać się z dolnej części miasta do tej górnej, skąd zwykle rozpościera się wspaniały widok na morze.
Na zakończenie - dla tych, którzy w listopadowe wczesne wieczory chcieliby choćby na chwile przespacerować się po uliczkach urokliwego Cagnes-sur-Mer, znaleziony w Internecie filmik.
Ludzie
bezdomni” to powieść społeczna, dotykająca ważnych problemów
pokolenia współczesnego Żeromskiemu, Reymontowi, a także Prusowi.
Można śmiało powiedzieć, że ci trzej mistrzowie pióra chwycili
się tematu, który dopiero w połowie XX wieku pojawi się w pełnej
krasie, szkoda tylko, że nie zawsze autorami będą pisarze tak
wybitni, jak ci trzej wymienieni wyżej.
Bolesław
Prus w "Lalce", zwłaszcza w opisie Powiśla (na marginesie
- Tomasz Judym Żeromskiego także wychował się na Powiślu)
zapoczątkował drążenie tematu robotniczej biedy. Dwa kroki dalej
poszedł Stefan Żeromski, który w sposób energiczniejszy każe
Judymowi próbować likwidować chorobotwórczą biedę wyrobników z
Cisów i górników z Zagłębia. Siłę ale i słabość klasy
robotniczej pokazuje z kolei Reymont w "Ziemi obiecanej".
Jest juz zatem krok do rewolucji.
Wydaje
się, że ta najbardziej współczesna nam literatura, sztuka, film,
nie mówiąc już o teatrze pomija niemal całkowicie problem tej
części społeczeństwa, które jeszcze nie tak dawno, przynajmniej
w założeniu, była przodująca klasą narodu. Zniknęła PRL i
robotnicy - ci, na ramionach których do głosu doszła inteligencja
opozycyjna, katolicka i partyjna, ci robotnicy zniknęli z mediów,
choć od czasu do czasu przypominano ich sobie w czasie wyborów.
Prawdą
jest, że dzisiejsi robotnicy jakże różni są od tych z przełomu
XIX i XX wieku, z okresu międzywojnia i PRL-u. Przekształcili się
oni na różnego typu usługodawców, nie chodzą już w kufajkach,
pracują w znacznie mniej licznych grupach, częstokroć pozbawieni
ochrony związkowej. Ale przecież istnieją, choć tak jakby na
pograniczu konsumpcyjnej, globalnej, często antyludzkiej
cywilizacji.
Przykre
jest zwłaszcza to, że po dokonaniu się transformacji ustrojowej
siły polityczne od lewa poprzez środek do prawicy unikają
rzetelnej dyskusji o tych, dzięki którym w rozmaitych
konfiguracjach znajdują lub znajdowali się u przysłowiowego
koryta.
-
Lewica zawstydzona związkami z PZPR udawała, że jest lewicą,
podkochiwała się w liberałach, a także, o dziwo w prawicowej
napuszonej propagandzie populistycznej; ostatnio ta parlamentarna
lewica skutecznie wprowadza w życie stalinowskie metody rządzenia
zasobami ludzkimi,
-
Liberałowie mieli od momentu przełomu klasę robotniczą za nic...
o, przepraszam, zupka od Kuronia i zasiłki
-
Prawica wręcz neguje istnienie klasy robotniczej, ale po dojściu do
władzy, aby tę władzę utrzymać, puszcza oko do najbiedniejszych,
daje im dziesiątki złotych po to, aby zniwelować te tysiące,
które prawicy się przecież należą,
-
Ruch ludowy ma swój elektorat, więc nie będzie sobie zawracał
głowy miastowymi robotnikami,
-
Ugrupowania katolickie dają na tacę i częściowo zaglądają pod
kołdrę, więc ze zrozumiałych względów nie interesuje ich nic
innego,
-
Narodowcy i faszyści świętują 11-go listopada i czasami dają po
mordzie.
No
i proszę, nie chciałem tego, a zrobiło się politycznie, ale
przejdźmy do ad rem. Właściwie to chciałem w niniejszym tekście
nawiązać do ostatniego akapitu napisanego w pierwszej edycji tego
cyklu o bezdomnych. Nawiązując do "Ludzi bezdomnych"
omawianych w liceum, odbywam podróż wstecz, w jedną tylko stronę.
Otóż, tak sądzę, moje pokolenie lub przynajmniej znaczna część
tego pokolenia naprawdę uważała, że zmiany w Polsce jak i też
innych krajach socjalistycznych leżących na wschód od Łaby...
mniej więcej miały sens. Rzeczywiście po wieku marzeń i
nadludzkiej cierpliwości, robotnicy wyszli z ciemnych i chorych nor
Powiśla, dano im do ręki książkę i pióro, aby się kształcili,
uzyskali dostęp do leczenia, szkół i uczelni i coraz bliżej było
do tego, aby otrzymali mit kolejny - szklane domy.
Nie
będę ukrywał, że mając lat siedemnaście czy osiemnaście, a
także więcej, sądziłem, że krok po kroku postawimy jako
społeczeństwo te szklane domy. Okazało się inaczej. Kiedy dzisiaj
konfrontuję teraźniejszość z przeszłością, wyciągam wniosek,
że jestem bezdomny jak doktor Judym, jak inżynier Korzecki, jak
Joanna Podborska.
Miałem swego czasu
poświęcić jeden przynajmniej post pani Agnieszce Osieckiej, a
konkretnie jej wierszom. Czas mijał i jakoś nie dotrzymałem danego
sobie słowa. I trzeba było, aż przykro mi to pisać... nie, nie
napiszę tego, gdyż strasznie by to zabrzmiało.
Umarł Wiesław
Gołas, a ja właśnie miałem na myśli przypomnieć wiersz pani
Osieckiej, do którego Krzysztof Komeda napisał melodię, a Edmund
Fetting zaśpiewał, teraz już piosenkę "Nim wstanie dzień",
która posłużyła panom Skórzewskiemu i Hoffmanowi w filmie "Prawo
i pięść". Dlaczego ten wiersz akurat wybrałem? Po pierwsze,
oddaje on
niejako moją optymistyczną filozofię, która mówi o tym, że po
dniach ciężkich, burzliwych, jest pora na zmianę, na życie
trudne, acz pełne radości. Pozwolę sobie w tym miejscu uzupełnić
swój biograficzny wątek. Otóż gdyby ktoś mnie zapytał, tak
zupełnie abstrakcyjnie, w jakim czasie historycznym chciałbym
przeżywać swoją pełną energii młodość, to byłby to okres
bezpośrednio po zakończeniu drugiej wojny światowej. Myślę, że
właśnie wtedy potrafiłbym wykorzystać
w
sposób najwłaściwszy wszelkie swoje organizacyjne umiejętności i
mógłbym dołączyć do tego swój młodzieńczy zapał, a nade
wszystko starałbym się podarować swoje siły dla dobra ogółu.
Może słowa te zabrzmiałynazbyt
dumnie i patetycznie, ale tak to właśnie czuję. I jeszcze jedno -
prawdopodobnie mając lat 20-25 w roku 1945 nie doczekałbym
parszywych rządów pisu.
Wracając jednak do
wiersza pani Agnieszki. Podziwiam poetkę za napisanie tego akurat
wiersza, który jest właściwie taki męski, albo inaczej, Agnieszka
Osiecka potrafiła wczuć się w myśli, które prawdopodobnie
towarzyszyły każdemu mężczyźnie powracającemu z frontu.
Agnieszka Osiecka - słowa; Krzysztof Komeda - muzyka,
Edmund Fetting - śpiew
Nim wstanie dzień
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.
Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.
Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już
za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.
526.
Dziwnym, ale dla
mnie, zrozumiałym trafem, jest fakt, że poezja Agnieszki Osieckiejtrafiała
do notesów najwybitniejszych polskich kompozytorów, którzy
dodawali jakże istotną dla poezji warstwę muzyczną.
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, kto jest autorem tekstu do jednej z
najpiękniejszych polskich piosenek, to odpowiem - w kompozycji
Andrzeja Zielińskiego, wykonanej przez zespół Skaldowie oraz
Łucję
Prus, słowa są autorstwa Agnieszki Osieckiej, a ten wiersz -
piosenka nosi tytuł "W żółtych promieniach liści."
A. Osiecka - A. Zieliński - Skaldowie
W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się ślicznie
Grudzień ucieka za grudniem, styczeń mi stuka za styczniem
Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają
Na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają
I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz
Gęsi już wszystkie po wyroku, nie doczekają się kolędy
Ucięte głowy ze łzą w oku zwiędną jak kwiaty, które zwiędły
Dziś jeszcze gęsi kroczą dumnie w ostatnim sennym kontredansie
Jak tłuste księżne, które dumnie witały przewrót, kiedy stał się
I ja witałam nieraz kogo, chociaż paliły wstydem skronie
I powierzałam Panu Bogu to, co w pamięci jeszcze płonie
I ja witałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja witałam nieraz kogo i ja witałam nieraz
Ognisko palą na polanie, w nim liszka przez pomyłkę gore
A razem z liszką, drogi Panie, me serce biedne, ciężko chore
Lecz nie rozczulaj się nad sercem, na cóż mi kwiaty, pomarańcze
Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę
I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz.
527.
Gdybyśmy zabawili
się w skojarzenia poetycko-muzyczne, po jednej stronie umieszczając
panią Agnieszkę Osiecką, to po stronie prawej wystąpiłaby
Marylka Rodowicz. Jakoś tak się stało, i stało się dobrze, że
mocna nić porozumienia połączyła te niezaprzeczalne gwiazdy.
Dwa kolejne
utwory
"Jeszcze zima" i "Żyj mój świecie" pochodzą
z płyty "Żyj mój świecie", a jest to jedna z trzech
pierwszych płyt jakie zostały nabyte do kupionego mniej więcej w
tym samym czasie gramofonu. W owym czasie pani Maryla Rodowicz
śpiewała piosenki bliskie klimatom muzyki folk, protest - songom
czy inaczej pieśniom zaangażowanym, a wiersze o takiej barwie
tworzyła Agnieszka Osiecka.
Myślę, że w znacznym stopniu nasza przedwcześnie zmarła artystka
pisanego słowaprzyczyniła
się do rozwoju kariery pani Rodowicz.
Prawdopodobnie
wymienione wyżej piosenki znalazły sie w repertuarze Maryli
Rodowicz na koncercie jaki odbył się w roku 1970 lub 1971 na Helu,
na którym byłem (w ogóle był to pierwszy w życiu mój koncert).
Z kolei "Ballada
wagonowa" pojawiła się na nim z całą pewnością, a pani
Maryla, o ile dobrze sobie przypominam, występowała wtedy z
nieocenionymi gitarzystami, z nieodłączna gitarą i ... na boso.
"Jeszcze zima" Agnieszka Osiecka - Adam Sławiński
- Maryla Rodowicz
Jeszcze zima, ptaki
chudną,
chudym ptakom głosu
brak.
W krótkie
popołudnia grudnia
w białej chmurze
milczy ptak.
Jeszcze zima, dym
się włóczy,
w wielkiej biedzie
żyje kot
i po cichu nuci,
mruczy:
kiedy wróci
trzmiela lot...
Pod śniegiem świat
pochylony,
siwieje mrozu brew.
To pora zmierzchów
czerwonych,
to pora czarnych
drzew.
A wiatr w kominie
śpi, bo ciemno.
A ja? Co ja? Co
będzie ze mną?
Jeszcze oczy ci
rozjaśnia
moje słowo i mój
gest.
Jeszcze świecę ci
jak gwiazda,
ale to już nie tak
jest.
Jeszcze tyle trzeba
przebyć
niewesołych,
bladych zim.
Czy nam zimy
wynagrodzi
letnich ognisk wonny
dym?
Pod śniegiem świat
pochylony,
siwieje mrozu brew.
To pora zmierzchów
czerwonych,
to pora czarnych
drzew.
A wiatr w kominie
śpi, bo ciemno.
A ja? Co ja? Co
będzie ze mną?
"Żyj mój świecie" - Agnieszka Osiecka - Marian Zimiński
- Maryla Rodowicz
Ocean ma brzeg
czerwony od zórz,
maj czy grudzień.
Ocean ma sól, a cóż
mają cóż,
biedni ludzie.
My mamy tylko świat,
chcę ocalić go od
łez i od burz!
Od łez chrońmy ten
świat,
tak tu pięknie.
Niech serce w nim
gra,
niech nie pęknie...
Cecylia ma psa,
cyrkowiec ma lwa,
Ala kota.
Skowronek ma głos,
a bogacz ma trzos
pełen złota.
A ja mam tylko
świat,
chcę ocalić go od
łez i od trosk!
Od łez chrońmy ten
świat,
tak tu pięknie.
Niech serce w nim
gra,
niech nie pęknie.
Kto rządzi, ma
broń, marzenia na złom
idą często.
Ja nie mam nic prócz
mych oczu i rąk,
ale wiem to:
Mam tylko cały
świat,
chcę ocalić go od
łez i od lat!
Od łez chrońmy ten
świat,
jak kto umie.
Żyj, mój świecie,
żyj
w topól szumie.
Agnieszka Osiecka - Andrzej Zieliński - Maryla Rodowicz
"Ballada wagonowa"
zgłoś błąd / edytuj tekst edytuj video do ulubionych