Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRAJOWE ZAPISKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRAJOWE ZAPISKI. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2022

KAWIARENKA - ROZDZIAŁ 57. MISJA

 Marek Szczepaniak - "Droga pod sosnami"
Obraz ten, jak i też wiele innych, niezwykle pięknych pejzaży
pochodzi ze strony 
do obejrzenia której serdecznie zachęcam  -  warto!!!

ROZDZIAŁ 57. MISJA

(w którym poznamy szlachetną misję księdza Kąckiego oraz dowiemy się bardzo dużo o panu leśniczym Gajowniczku, który zamierza na całe życie przygarnąć panią Teresę Trojanowską, różanowską bibliotekarkę)


    Sobota była letnia, jak nie majowa. Krwiożercze słońce w samo południe wypalało oczy, piekło czoło, dech odbierało. Ksiądz Kącki po parogodzinnej wyprawie, w tym przydługiej jak na jego kondycję jeździe, zszedł z roweru, aby dać odpocząć bolącym łydkom, a i sercu pozwolić na głębszy oddech. Oparł rower o drzewo, a sam spoczął ciężko na leżącym nieopodal pniaku. Był już całkiem blisko leśniczówki, lecz odpoczynek wydawał mu się być w tej sytuacji konieczny. Pożałował tylko, że nie wziął z sobą jakiegoś napoju. Pomyślał, że z rodziną Jaworskich spotka się jutro po sumie. Zaprosi ich do zakrystii i porozmawia z nimi. Dzisiaj w taki upał przecież nie pojedzie, bo Jaworscy mieszkają z drugiej strony miasteczka, jakieś dziesięć kilometrów stąd, a to zbyt wiele jazdy na jeden dzień.

    Po kilkunastu minutach półdrzemki w cieniu rozłożystej osiki ponownie wsiadł na rower, aby przejechać te ostatnie dwa kilometry dzielące go od leśniczówki, a biegły one wzdłuż rzeki, skręcając później w stronę brzozowo-bukowego lasu, gdzie stała leśniczówka, choć wokół tejże rozsiadły się też sosny i modrzewie, jakby celowo tam zasadzone.

    Wjeżdżało się do posiadłości pana Gajowniczka dwuskrzydłową, drewnianą bramą, otwartą teraz na oścież, opartą zawiasami o dwie, również drewniane, wysokie prawie na trzy metry kolumny - słupy, pomiędzy którymi na sporej wysokości czyjeś zmyślne rzemieślnicze ręce zmajstrowały dwuspadzisty daszek, z deseczek równo przyciętych, rzeźbionych, pokrytych po nowoczesnemu jakąś farbą czy lakierem, co jednak nie odbierało tej szlachetnej ludzkiej robocie godności natury.

    Wchodziłeś tą bramą do posiadłości, widziałeś na wprost owalną połać trawnika, pośród którego rosła olbrzymia sosna, górując nad pozostałymi drzewami w okolicy, tudzież nad samym modrzewiowym siedliskiem leśniczego. Prawdopodobnie koleje losu tej dziedziny i samego leśnego domu były takie, że to nie pierwszy budowniczy i właściciel zarazem zasadził to drzewo, lecz to ów gmach drewniany wyprosił od rosnącej już tutaj sosny miejsce dla siebie.

- Jak dworek szlachecki! Jak dworek! - przemówił do siebie z zachwytem ksiądz Kącki, bo też na pierwszy rzut oka nabrał podziwu dla budowli, przed którą się znalazł. Zbudowana na planie prostokąta, z polskim, dwuspadowym dachem, kusiła prostotą i perfekcyjną symetrią. Po obu stronach głównego wejścia (a wchodziło się do samej leśniczówki przez szeroką, werandę, skonstruowaną z nieco jaśniejszych niż bryła domu deseczek, też pociągniętych jakimś lakierem [dobrze to świadczy o gospodarzu]) znajdowały się proste, lecz z rzeźbionymi ościeżnicami i okiennicami okna, po trzy z każdej strony. Trzy małe okienka (jedno nad szczytem werandy; dwa pozostałe po obu jej stronach) gościły też na poddaszu, chowając się w cieniu głównego dachu.

    Z czego oryginalnie zrobiony był dach - trudno dociec. Dzisiaj pokrywała go dachówka ze sztucznego tworzywa, lecz w tak bardzo drewnopodobnym kolorze, że mniej wybredne oko widziałoby w niej również naturalne drzewo.

    Dystans pomiędzy bramą a budynkiem leśniczówki ksiądz Kącki pragnął odbyć pieszo, prowadząc rower za kierownik. Zsiadając z tego wypożyczonego wehikułu, uczynił hałas, do którego zbliżyły się dwa małe, czarno-białe kociątka. Podbiegły one na wyciągnięcie ręki, dziwiąc się zapewne czarnej, dosięgającej ziemi sutannie księdza, spod której jedynie podczas chodu widać było ciemnobrunatne sandały, jakie ksiądz Kącki miał na bosych stopach. Kocięta łasząc się do sunącego po ziemi czarnego płótna, jako straż przyboczna, prowadziły gościa aż do wejścia.

    Okazało się jednak, że ta dobrze zbudowana, wysoka, acz przygarbiona postać przybysza nie uszła uwadze gospodarza i jeszcze kogoś, kto wyszedł wraz z panem leśniczym na powitanie księdza.

- Niech będzie pochwalony! - wyrzekł ksiądz Kącki, na co zgodnie odpowiedzieli witający.

- Toż to ksiądz Kącki… a powitać, powitać - głos gospodarza oznajmiał wszem i wobec, że oto wydobył się z płuc człowieka, który lekce sobie ważył południową spiekotę i wyglądał na całkiem zadowolonego. - Zapraszam do środka, zapraszam.

Ksiądz Kącki spojrzał na werandę.

- To może tutaj siądziemy…

    Spoglądając przez chwilę na pozostawiony wedle bramy rower, to znów rzuciwszy pogodne acz zmęczone spojrzenie na gospodarza, wspiął się na pierwszy schodek werandy, potem na drugi i trzeci i wreszcie zajął miejsce na jednym z wiklinowych foteli, które otaczały okrągły stół, również wiklinowy. Na tym stole stała patera wypełniona truskawkami, przykrytymi gazą oraz karafka z wodą i szklaneczki na aluminiowym półmisku, odwrócone do góry dnem.

- Bym zapomniał. Nie przedstawiłem pani Teresy Trojanowskiej, miejskiej bibliotekarki…

- A my się z panią znamy - przerwał ksiądz Kącki. - Kiedyż to było ostatnio? Na rowerowej wycieczce? Wcześniej chyba parę razy w kościele.

- A tak. Ostatnio nawet na mszy byłam - uśmiechnęła się pani Teresa. - A wcześniej to z tym chodzeniem do kościoła różnie bywało. Rozumie ksiądz. Może nie powinnam tego mówić, ale obecny ksiądz proboszcz jakoś nie znajdował posłuchu wśród ludzi. A to przez to politykowanie. Dopiero kiedy ksiądz nastał – tu spojrzała na Kąckiego przymilnie - to choć na emeryturze, to jakoś bardziej nam pasuje.

- No cóż… mnie o proboszczu trudno się wypowiadać, ale dotarły i do mnie te ludzkie narzekania, i nawet obiecałem sobie, że ile mi sił starczy, tyle przeznaczał będę na rozmowy z księdzem, aby tej polityce, która nie zawsze jest szlachetna, tak bardzo nie ulegał.

- Nie mówmy o tym. Zrobię księdzu coś do jedzenia. Nadchodzi obiadowa pora, a ksiądz pewnie głodny i spragniony – zaoferowała się pani Teresa.

- Spragniony bardziej - ksiądz Kącki zerknął na karafkę z wodą.

- A proszę, naleję księdzu - zaoferował się pan Gajowniczek i natychmiast wlał z karafki wody do szklanki. Ksiądz wypił ją duszkiem.

- Proszę spróbować truskawek. Dzisiaj rano zbierane - zaproponował pan leśniczy.

- Tylko nie za dużo, bo najpierw obiadek - poinformowała pani Teresa.

- Tyle subiekcji. Wygląda na to, jakbym na obiad się wpraszał.

- Nic podobnego - przerwał pan leśniczy. - Co też dzisiaj na obiadek, Teresko?

- Dzisiaj trochę takie postne danie - odpowiedziała wywołana pytaniem pani bibliotekarka. - Zamiast mięsa jajka sadzone, do tego mizeria, młoda kapustka i ziemniaczki. A zupa to zalewajka pana Krzysztofa. Poddałam się jego gustowi. Za kwadrans zapraszam.

    Pani Teresa rzucając ciepłe spojrzenie w stronę gospodarza weszła do domu. Pan Krzysztof Gajowniczek również w jej kierunku spojrzeniem przyjaznym się odwzajemnił, a ksiądz Kącki częstował się już truskawkami.

- Co też księdza do nas sprowadza? - zapytał pan leśniczy, miarkując po czasie, że owo „nas” wypadło nadzwyczaj naturalnie, a słowo „mnie” ani przez chwilę nie chciało przecisnąć się przez gardło.

- Mnie? No cóż… odwiedzam ludzi, którzy i mnie w kościele odwiedzają. Nie, nie, żadne tam chodzenie po kolędzie… chociaż… może to pora nietypowa, ale lubię, drogi panie, porozmawiać czasem z parafianami, nie jak pasterz, ale jako człowiek i nie tylko w kościele. Lubię zobaczyć jak żyją, rozumie pan… a tak po prawdzie to zajechałem najpierw do kilku rolników, którzy wcześniej ofiarowali swoją pomóc rodzinie Jaworskich… słyszał pan? Chciałem sobie porozmawiać z tymi ludźmi. Dlaczego tak szybko odpowiedzieli na mój apel po mszy? Jak się mają ci ludzie, którzy, choć sami też pewnie nie przesadnie bogaci, to jednak potrafią się dzielić tym, co im zbywa.

- Słyszałem. Jaworskim jako jedynym w okolicy gradobicie splądrowało pole i uszkodziło stodołę. Jednym jedynym. To bardzo rzadko się zdarza. Wydawać by się mogło, że klęska wybrała sobie ofiarę.

- Pewnie myśli pan sobie, że sam Bóg zesłał na nich to nieszczęście… za jakieś grzechy, czy jak? - ksiądz Kącki dyskretnie się uśmiechnął.

- Hm… mógłbym tak powiedzieć, choć z drugiej strony wiem, że natura potrafi płatać takie figle, że nawet się ksiądz nie domyśla jakie.

- To ja panu powiem, że powinniśmy mieć większą ufność w to, że każde takie nieszczęście to także okazja do poprawy wizerunku naszego człowieczeństwa. Ja, jako osoba wierząca przecież, nadto sługa boży, odebrałem tę klęskę, jakiej doświadczyli Jaworski jako znak od Boga, znak, który trzeba wykorzystać. Ale przecież i niewierzący winni wyciągnąć z tej tragedii właściwe dla siebie wnioski.

- Jakie wnioski?

- Takie, że nie jesteśmy sami na tym świecie i ludzkie braterstwo, z którego człowiek może być dumny, powinno teraz zadziałać. Banalne to co powiem, ale takie nieszczęście może się zdarzyć każdemu. Czasami można się ustrzec tragedii; innym razem pozostaje ludzka solidarność. To właśnie ma miejsce w tym konkretnym przypadku. 

Ksiądz zamilkł na chwilę, po czym kontynuował.

- A wie pan, panie leśniczy, że Jaworscy wyjdą z tej tragedii silniejsi i wzbogaceni wiarą w człowieka. Jutro się z nimi spotkam w kościele, a dzisiaj chciałem po prostu poznać ludzi, którzy przybyli z ofertą pomocy, i to wcale nie tak małą, bo a to nasiona kukurydzy, a to jakichś roślin motylkowych - nie znam się na tym, ale pewnie można będzie zasiać - a to pomoc przy remoncie dachu stodoły. Siano już zwożą dla bydlątek - oni mleczne krowy trzymają - popasać na swoich łąkach dają, dają też pieniądze do ręki, na żaden tam procent, tylko kiedy będziesz mógł oddasz, mnie się nie spieszy… Tak, panie leśniczy. Toż nawet pan Adam z kawiarni zaoferował dla państwa Jaworskich obiadki, a ja mówię, no nie, Jaworscy się przecież nie spalili i, dzięki Bogu, na chleb i omastę mają, ale on się uparł i mówi, że przynajmniej na czas odbudowy stodoły sam dowiezie i nakarmi. Tak, panie leśniczy, tak powinniśmy żyć. I powiem panu więcej. Nie tylko podczas klęski żywiołowej, bo to samo z siebie powinno wypływać, ale na co dzień, powtarzam - na co dzień.

- Szlachetną misję ksiądz odbywa - powiedział wzruszonym głosem pan Gajowniczek.

- Po tom założył strój duchowny, aby służyć Bogu i ludziom.

- Oby takich więcej…

    Ksiądz Kącki pominął to ostatnie wezwanie milczeniem. Pomyślał sobie, że dzisiaj ma dość moralizatorskiego tonu, w jaki ubierał swoje słowa.

- No i, panie leśniczy, wpadłem też do gospodarstwa córki pana radcy Kracha, Anny, która od niedawna z Wołodią w Ciżemkach mieszka… i dziecię mają, Basię, to i ją chciałem zobaczyć. A przy okazji natknąłem się na tę ekipę wiertniczą, co to dziury w ziemi wierci, aby dostać się do gorącej wody. I wie pan, panie leśniczy, że już pierwszy odwiert był pomyślny. I podobno nie tak głęboki, jak się zapowiadało. Pomyślałem sobie, że jeśli tam jakiś ośrodek utworzyć mają (z radca Krachem o tym długo rozmawiałem), to przecież dobrze, bo miejsc pracy nigdy za wiele.

- To znaczy, proszę księdza, jest tak, jak myślałem. Będzie ta woda.

- Będzie. Oby tylko ta gorąca woda nie zaszumiała w głowie. Ale znając pana radcę, wiem, że tego dopilnuje.

- A i ten Wołodia też dobrze ma w głowie. Wie ksiądz, że pomimo tego, że bogaty - tak mówią - to najął się u mnie do sadzenia lasu. On - w naturze tajgi rozkochany. Pewnie żal mu serce ściska, pewnie tęskni, więc taka fizyczna praca jest dla niego - tak mówi - lekarstwem. Podobno matkę swoją chce tutaj sprowadzić.

- A niech sprowadzi, jeśli sama i jeśli ma ochotę. A nawet jeśli jej teraz nie ma, to przecież jest śliczniutka wnusia… no i na koniec do pana wpadłem. To po sąsiedzku, choć przez rzekę. Przez kładkę się przedostałem. Co u pana? Widzę… nowa gospodyni?

    Pan Gajowniczek przewidział, że prędzej czy później zetknie się z tym pytaniem, ale czy to przez księdza, czy przez kogoś innego będzie zadane, to nie musi się wstydzić odpowiedzi na nie, więcej, kiedy człowiek ma do powiedzenia coś dobrego, zawsze chętniej myślami swoimi się podzieli.

- Proszę księdza - zaczął pan leśniczy - sporo już lat minęło, jak odumarła mi żona. W bólach odeszła. Do innego świata. I ból pomieszany z żalem zostawiła dla mnie. Męczyłem się, męczyłem bardzo. Wstrętna samotność. Odwykałem od ludzi. Praca, las, interesy - tylko to. I spotkałem panią Teresę. Niech ksiądz nie myśli, że było mi łatwo. Z początku nigdy nie jest łatwo. Chodziłem na grób żony. Pytałem się, co powie, co by powiedziała na to, gdybym… Wie ksiądz… gdybyśmy się ze swoją żoną zamienili rolami, to ja, z tamtego świata, powiedziałbym: - dokończ życie i bądź szczęśliwa. Przygarnij kogoś, albo niech on cię przygarnie… bo człowiek nie żyje po to, aby być sam. Zdecydowałem się. Pani Teresa od zawsze była samotna. Może było jej łatwiej na podjęcie tej decyzji, choć z drugiej strony mogła myśleć, że do śmierci samotna zostanie. Przyzwyczaiła się, ot co. Ale w końcu wspólnie zadecydowaliśmy, że już tego lata zamieszkamy razem. Tutaj. Weźmiemy ślub, jak pan Bóg przykazał, choć moglibyśmy żyć bez ślubu, ale wie ksiądz… Tereska jeszcze nie przeżyła swojego ślubu, a czym jest on dla kobiety… domyślam się i robię to dla niej.

    Ksiądz Kącki utwierdził się tymi usłyszanymi słowy w przekonaniu, że jednak dobrze zrobił, przejeżdżając rowerem rzeczkę kładką prowadzącą od Ciżemek.

- A wie pan leśniczy, co mu powiem? Mnie też ta samotność doskwiera. Od zawsze. Dla mnie, księdza, ta samotność jest decyzją wolną od grzechu… ale to nieprawda, panie leśniczy, niech pan w to nie wierzy, że taki człowiek jak ja nie tęskni całe życie za drugim człowiekiem… za kobietą. O tym tylko nikt nie mówi.

- Zapraszam… Obiad już gotowy - szczęśliwy głos pani Teresy Trojanowskiej postawił kropkę przy rozmowie księdza Kąckiego z panem Gajowniczkiem. 


[pisano w dniach 3-cim i 4-tym czerwca 2016 roku w Chauffailles we Francji]


[31.07.2022, Toruń]


02 listopada 2021

SZTUKA I LITERATURA - WOKÓŁ LUDZI BEZDOMNYCH (2)

 

Alfred Lenica (1899-1977) - "Robotnicy"

    Ludzie bezdomni” to powieść społeczna, dotykająca ważnych problemów pokolenia współczesnego Żeromskiemu, Reymontowi, a także Prusowi. Można śmiało powiedzieć, że ci trzej mistrzowie pióra chwycili się tematu, który dopiero w połowie XX wieku pojawi się w pełnej krasie, szkoda tylko, że nie zawsze autorami będą pisarze tak wybitni, jak ci trzej wymienieni wyżej.

    Bolesław Prus w "Lalce", zwłaszcza w opisie Powiśla (na marginesie - Tomasz Judym Żeromskiego także wychował się na Powiślu) zapoczątkował drążenie tematu robotniczej biedy. Dwa kroki dalej poszedł Stefan Żeromski, który w sposób energiczniejszy każe Judymowi próbować likwidować chorobotwórczą biedę wyrobników z Cisów i górników z Zagłębia. Siłę ale i słabość klasy robotniczej pokazuje z kolei Reymont w "Ziemi obiecanej". Jest juz zatem krok do rewolucji.

    Wydaje się, że ta najbardziej współczesna nam literatura, sztuka, film, nie mówiąc już o teatrze pomija niemal całkowicie problem tej części społeczeństwa, które jeszcze nie tak dawno, przynajmniej w założeniu, była przodująca klasą narodu. Zniknęła PRL i robotnicy - ci, na ramionach których do głosu doszła inteligencja opozycyjna, katolicka i partyjna, ci robotnicy zniknęli z mediów, choć od czasu do czasu przypominano ich sobie w czasie wyborów.

    Prawdą jest, że dzisiejsi robotnicy jakże różni są od tych z przełomu XIX i XX wieku, z okresu międzywojnia i PRL-u. Przekształcili się oni na różnego typu usługodawców, nie chodzą już w kufajkach, pracują w znacznie mniej licznych grupach, częstokroć pozbawieni ochrony związkowej. Ale przecież istnieją, choć tak jakby na pograniczu konsumpcyjnej, globalnej, często antyludzkiej cywilizacji.

    Przykre jest zwłaszcza to, że po dokonaniu się transformacji ustrojowej siły polityczne od lewa poprzez środek do prawicy unikają rzetelnej dyskusji o tych, dzięki którym w rozmaitych konfiguracjach znajdują lub znajdowali się u przysłowiowego koryta.

- Lewica zawstydzona związkami z PZPR udawała, że jest lewicą, podkochiwała się w liberałach, a także, o dziwo w prawicowej napuszonej propagandzie populistycznej; ostatnio ta parlamentarna lewica skutecznie wprowadza w życie stalinowskie metody rządzenia zasobami ludzkimi,

- Liberałowie mieli od momentu przełomu klasę robotniczą za nic... o, przepraszam, zupka od Kuronia i zasiłki

- Prawica wręcz neguje istnienie klasy robotniczej, ale po dojściu do władzy, aby tę władzę utrzymać, puszcza oko do najbiedniejszych, daje im dziesiątki złotych po to, aby zniwelować te tysiące, które prawicy się przecież należą,

- Ruch ludowy ma swój elektorat, więc nie będzie sobie zawracał głowy miastowymi robotnikami,

- Ugrupowania katolickie dają na tacę i częściowo zaglądają pod kołdrę, więc ze zrozumiałych względów nie interesuje ich nic innego,

- Narodowcy i faszyści świętują 11-go listopada i czasami dają po mordzie.

    No i proszę, nie chciałem tego, a zrobiło się politycznie, ale przejdźmy do ad rem. Właściwie to chciałem w niniejszym tekście nawiązać do ostatniego akapitu napisanego w pierwszej edycji tego cyklu o bezdomnych. Nawiązując do "Ludzi bezdomnych" omawianych w liceum, odbywam podróż wstecz, w jedną tylko stronę. Otóż, tak sądzę, moje pokolenie lub przynajmniej znaczna część tego pokolenia naprawdę uważała, że zmiany w Polsce jak i też innych krajach socjalistycznych leżących na wschód od Łaby... mniej więcej miały sens. Rzeczywiście po wieku marzeń i nadludzkiej cierpliwości, robotnicy wyszli z ciemnych i chorych nor Powiśla, dano im do ręki książkę i pióro, aby się kształcili, uzyskali dostęp do leczenia, szkół i uczelni i coraz bliżej było do tego, aby otrzymali mit kolejny - szklane domy.

    Nie będę ukrywał, że mając lat siedemnaście czy osiemnaście, a także więcej, sądziłem, że krok po kroku postawimy jako społeczeństwo te szklane domy. Okazało się inaczej. Kiedy dzisiaj konfrontuję teraźniejszość z przeszłością, wyciągam wniosek, że jestem bezdomny jak doktor Judym, jak inżynier Korzecki, jak Joanna Podborska.


[02.11.2021, Toruń]


17 października 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (552 - 554) PREZES NIE WLEWA DO BAKU. NIKT. CO SIĘ ROBI NOCĄ.

 

552.

    Za rządów PO-PSL, kiedy na świecie cena paliwa sporo przekraczała 100 dolarów za baryłkę, jarosław kaczyński, laik w dziedzinie gospodarki sugerował, że aby doszło do obniżki cen paliwa, należałoby obniżyć akcyzę na paliwo. Teraz, kiedy rządzi zjednoczona prawica, ten obłudnik i hipokryta mówi:

    Nie uważam, żeby obniżenie akcyzy na paliwo było dobrą metodą w tej sytuacji. Tylko ci, którzy żyją z cwaniactwa mogą na tym stracić; cała reszta, ogromna większość na tym zyska”.*

    *[nobel w dziedzinie ekonomii - obywatele zyskują na podwyżkach, Jarosław Kaczyński, Dzieła zebrane, Tom 1, Rozdział 10. Ekonomia, strona 1.]

    W tym miejscu na uwagę zasługuje drugie zdanie. Któż bowiem może stracić na podwyżce paliwa? Odpowiedź dziecinnie prosta: - Ci, którzy wlewają paliwo do baku aut, którymi jeżdżą, a zatem będą to zarówno osoby bardzo bogate, posiadające wypasione modele samochodów firm zachodnich, japońskich i koreańskich oraz nie tak bardzo znowu bogaci posiadacze dziesięcioletnich i starszych aut, których używają, aby dojechać do pracy i na zakupy oraz, o zgrozo, aby dojechać nimi na wczasy wykorzystując bon wakacyjny. Stracić mogą również ci, którzy nie posiadają samochodów, ale korzystają z komunikacji publicznej, dalej ci, którzy przy zakupach w dowolnym sklepie spostrzegą podwyższone cenny na różne artykuły, gdyż tak się składa, panie prezesie, że w cenę towarów wchodzi również usługa transportowa. Podobnie wzrośnie globalnie koszt dojazdu karetek do potrzebujących i koszt dowozu ciężarówkami migrantów na granicę z Białorusią.

    Kto zatem, jeśli nie zyska, to przynajmniej nie straci na podwyżkach paliwa. Tą osobą jest pan prezes, który wprawdzie własnego auta nie ma, ale jeśli chciałby dojechać w miejsce miesięcznicy, to przecież nie dojedzie tam rowerem, tylko autem. Ponadto tych 70 i więcej policyjnych "suk", które zjawiają się pod domem prezesa, gdy ten zaczyna obawiać się własnego cienia, też spalają trochę oleju napędowego, bo jakoś nie wynaleziono jeszcze silników policyjnych autek na wodę.

    Tak się stało, że na swoje nieszczęście odsłuchałem wywiadu, jakiego udzielił pan prezes "niezależnemu" dziennikarzowi stacji radiowej jeszcze do niedawna uznawanej za niezależną. Wnioski: ból głowy (mój!!!), hipokryzja hipokryzji, ordynarne kłamstwa lub ... zaawansowany stan choroby psychicznej.

553.

    Czy był kto w takiej sytuacji, gdy potrzebował się wygadać, opowiedzieć coś o sobie, poskarżyć się nawet, usłyszeć jeśli nie słowo pocieszenia, to zrozumienia, odebrać telefon z "wyrazami...", list mówiący wiele..., zostać klepniętym po plecach, a nawet gdyby "zasadzono" mu kopa, aby się obudził, słowem, czy zdarzyło się komu zderzyć z przychylną mu rzeczywistością w postaci przyjaciół, znajomych, kogoś z rodziny albo też kogoś zupełnie obcego, kto stanął nam na drodze?

"- Jedźmy, nikt nie woła!"

554.

Kadr z filmu "Lecą żurawie"

    W takich przypadkach, zwłaszcza późną nocą, przygotowuję się do pracy... czytam, przypominam sobie, wskrzeszam pamięć, a w międzyczasie - trudno mi przez parę godzin skupiać się na jednym zagadnieniu oglądam mecze siatkówki albo pojedynki w snookerze, czytam coś zupełnie innego, piszę lub oglądam poprzez internetowe łącze filmy. Zeszło mi się na wspaniałym radzieckim, w 1957 roku napręconym "Lecą żurawie" z niezapomnianym Batałowem i Tatianą Samojłową - ileż to lat upłynęło od tego czasu... film o czymś... o czymś... niemal z łezką w oku obejrzałem, po raz kolejny udowadniając sobie, jak wielkim nieszczęściem jest wojna.

    Chwyciłem się też "Murzyna" - komedii Jerzego Szaniawskiego, chwyciłem i gdybym był zdrów jak nie jestem, podjechałbym na Powązki i zastukał w płytę grobową:

    - Panie Jerzy, wyprzyj się, ach, wyprzyj się swego Murzyna, któregoś poniżył. Wszak Rada Języka Polskiego wypowiedziała się na temat słowa „Murzyn”: to wyraz „obarczony złymi skojarzeniami”. O "Murzynku Bambo" już pisałem; kolejnym językowym grzechem będzie "Murzyn z załogi 'Narcyza'". Z tym ostatnim Murzynem będzie to nie lada walka, bo tytuł tej opowieści Conrada miał już problemy w USA (gdzie w niektórych stanach jeszcze w latach 60-tych panował rasizm - sic!) i Holandii. A mnie się wydaje, że w odniesieniu do współczesnego i przyszłego nazewnictwa - zgoda - możemy się umówić, że nie używamy słowa "niger", ale to samo w tłumaczeniu na język polski słowo użyte przez Conrada, Szaniawskiego czy Tuwima nie musi oznaczać i nie oznacza, że wymienieni przeze mnie autorzy są rasistami i obrażają ludzi o innym niż biały kolorze skóry. Ponadto jeżeli w języku angielskim słowo "niger" = "czarnuch" jest obraźliwe, to dlaczego obraźliwym jest "murzyn". Dla mnie osobiście, istotnie nazwać kogoś "czarnuchem" jest obraźliwe i, proszę o wybaczenie, gdybym czytał o "czarnuchu" Bambo, czułbym się niezręcznie, gdyż określenie to jest wyjątkowo pejoratywne i nacechowane negatywnie, czego jednak nie można powiedzieć o "murzynie". Podobnie jest zresztą w przypadku nazwania izraelity "żydem" obraźliwe nie jest, natomiast ten sam izraelita ma prawo być wściekły na kogoś, kto nazywa go "parchem". Generalnie zgadzając się z intencjami Rady Języka Polskiego odnośnie nieobrażania ludzi mających inny kolor skóry, wolałbym aby Rada napiętnowała wszystkie słowa obrażające drugiego człowieka, a zatem - niech zniknie z naszego języka "łychol", "grubas", a o "idiocie" można będzie mówić jedynie po okazaniu przez pomówionego stosownych papierów potwierdzających stan umysłu delikwenta.

    Czy uważacie, że rząd morawieckiego, ba, cała zjednoczona prawica, ma takie papiery?


[17.10.2021]

10 października 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (547 - 548) EXIT. GRANIE NA POZIOMIE B-KLASY.

 

547.

    Nie ma co ukrywać. Po orzeczeniu kucharki prezesa nasz kraj de facto wyszedł z Unii Europejskiej, albowiem nie można być w Unii i jednocześnie pod względem prawnym w niej nie być, tak jak nie można zjeść całego jabłka i trzymać je w ręce. kaczyński pojechał na całość, po bandzie. Stary to gość, tyleż nienawistny, co zgorzkniały i jest mu obojętne, co będzie z Polską, kiedy odejdzie z tego świata. Ważne dla niego jest to, że udało mu się przekonać do swej paranoicznej wizji całą rzeszę ogłupiałych ludzi, którzy gotowi są oddać za swojego guru życie.

    Taki pełzający Polexit to po części wina samej Unii, która nie dość starannie zaglądała w psychikę starszego pana, który w swoim życiu nie przepracował uczciwie godziny życia, który zawsze mącił, dzielił i nienawidził tych, którzy myśleli inaczej niż on. Być może politycy i urzędnicy nie wzięli pod uwagę tego, że na czele jednego z krajów należących do Wspólnoty stanie ktoś o umyśle człowieka obłąkanego, nie wzięli pod uwagę obecności w polityce kaczyńskiego. Gdyby przewidziano taki rozwój wypadków, w traktatach unijnych powinien pojawić się zapis: "jeśli któreś z państw nie przestrzega prawa stanowionego w Unii, automatycznie przestaje być członkiem tej ponadpaństwowej organizacji". Trzymiesięczny okres domykania spraw związanych z wyjściem z UE i wolna droga. Tak być powinno, moim zdaniem. A wtedy, proszę bardzo, pis z miesiąca na miesiąc musiałby choćby w gospodarce zdobyć nowe rynki zbytu. Musieliby też pisowscy spece od niszczenia gospodarki liczyć się z tym, że gros inwestycji unijnych zniknie z przestrzeni gospodarczej naszego kraju, że miejsca rodzimych transportowców i firm wszystkich innych branż będą stopniowo zastępowane firmami z innych krajów europejskich. Ponieważ pisowska polityka zagraniczna praktycznie nie istnieje, a na całym świecie mamy samych wrogów (czy czytający te słowa zwrócili uwagę na dominujący wśród rządzących pogląd, że tylko pis i jego przystawka solidarna polska ma rację, a wszyscy pozostali, w kraju czy też za granicami, ba, nawet za morzami i oceanami racji nie mają - to zdaje się zasadnicza doktryna projektu politycznego prezesa, swoiste pierwsze pisowskie przykazanie - czuć od nich wódę, a tłumaczą, że wszyscy pili, tylko nie oni), marnie oceniam próby podłączenia się Polski pod inne polityczno-gospodarcze przedsięwzięcie.

    Ale może dopiero, gdyby była możliwość natychmiastowego usunięcia naszego kraju z Unii, może dopiero wtedy zwolennicy dziadka przejrzeliby na oczy, choć koszt takiej operacji dotknąłby nas wszystkich.

548.

    Za moich młodych, dziecięcych, a później młodzieżowych czasów mieliśmy w futbolu:

pierwszą ligę, drugą ligę, kilka grup (4?) trzecich lig, klasę okręgową, klasę A, klasę B i klasę C.

    Mam nadzieję, że się nie pomyliłem.

    Za moich dziecięcych i młodzieżowych czasów przy Cukrowni Dobrzelin istniał klub piłkarski Sparta Dobrzelin. Klub ten najczęściej występował w klasie B, choć czasami awansował do A klasy i nawet nieźle mu szło w tej o poziom wyżej lidze. 

    Po umocowaniu się postsolidarnościowej władzy w kraju klub zlikwidowano, boisko zaorano, obiekt, w którym mieścił się klub, szatnie z pakamerami dla piłkarzy, lecz również pomieszczenie, w którym znajdowała się klubokawiarnia, dalej - biblioteka, pomieszczenia dla zakładowej orkiestry dętej oraz to, w którym przechowywano instrumenty... wszystko to sprzedano, bo niby po co w wolnej Polsce zespół sportowy na prawach drużyny amatorskiej, po co boisko, na którym nie tylko ćwiczyli i grali piłkarze Sparty - seniorzy, juniorzy i młodzicy, ale również dzieciaki z pobliskiej szkoły podstawowej, gdzie organizowano taneczne i inne imprezy. Po co komu w wolnej Polsce biblioteka, a już w tej klubokawiarni to chyba tylko Sodoma i Gomora gościły, bo można było w niej zjeść ciasteczka, napić się kawy, herbaty, oranżady i klarowanego, niegazowanego owocowego napoju, ba, i można sobie było w tym klubie pograć w szachy, karty i warcaby, a dzieciaki zajmowały się grą w chińczyka i innymi planszowymi gierkami... no powiedzcie sami - po co to wszystko w wolnej, niekomunistycznej Polsce. Albo po jasną cholerą trzymać orkiestrę dętą? Żeby na pochodach pierwszomajowych albo podczas pogrzebów pracowników cukrowni grała? Co za bezeceństwo taka orkiestra dęta. A w jednym pomieszczeniu to nawet odbywały się lekcje gry na pianinie i gitarze. Widział to kto kiedy? A już kompletnym nieporozumieniem było utrzymywanie przez peerelowską cukrownię biblioteki, całkiem zresztą sporej. Trzeba mieć chyba niedobrze w głowie, aby sprowadzać do takiej biblioteki książki i kazać ludziom je wypożyczać. A zatem cały ten ośrodek kulturalno-sportowy upadł, podobnie zresztą jak domki wypoczynkowe nad jeziorem. Po co one komu? Wypoczynek dla pracowników cukrowni, ich rodzin i dzieci się nie należy. Niech sobie jadą na Karaiby!

    Zastanawia się może kto, do czego zmierzam i co mnie zainspirowało do napisania tego tekstu.

    Otóż ogłaszam powrót do przeszłości. Ogłaszam powrót do przeszłości po obejrzeniu meczu Polska - San Marino. Nasi dzielni reprezentacyjni piłkarze grali na poziomie zespołu Sparta Dobrzelin walczącego za czasów mojego dzieciństwa i młodości w rozgrywkowej klasie B. Koniecznie muszę w tym miejscu dodać to, że moja Sparta nie przegrałaby tak wysoko z reprezentacją fachury Sousy, jak San Marino, o ile w ogóle by przegrała, choć przecież w tej mojej Sparcie starsi ode mnie faceci robili od szóstej do czternastej, a może i (bo to październik) byli po nocnej zmianie i wbiegliby na boisko na Narodowym ciuteńko przemęczeni.

    Ale czasy!!!


[10.10.2021]

05 października 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (541 - 544) CIEPŁO. ADELKA ZDROWIEJE. WIECZORAMI I NOCAMI. WALKA Z PROPAGANDĄ.

 

Barbara Bednarska - "Złota Polska Jesień"

541.

    Znów powiało jesiennym ciepłem. Odkąd pamiętam, przynajmniej od 35 lat, zawsze w okolicach 5 października było ciepło. Było być może parę lat, kiedy to pogoda nie dopisała, ale w ponad 90% przypadków piąty pażdziernik oznaczał piękną pogodę. Oby potrwała jak najdłużej.

542.

    Adelka po drugiej wizycie u weterynarza. Problemy żołądkowo-jelitowe nie skończyły się jeszcze - czeka ją kilkanaście zastrzyków, ale, jak się zdaje, wraca do zdrowia. Schudła ponad kilogram, co dla pieska o wadze do 4,5 kilo jest sporym ubytkiem wagi. Lekarz zalecił jej częstsze, lecz mniejsze porcje, a tymczasem nasza piesełka chciałaby szybciutko odbić sobie utratę wagi; jest cały czas głodna, śpiewając nosem i pyszczkiem smutne piosenki, a do tego niczym tresowany, cyrkowy pudelek wspina się na dwie tylne łapki, starając się dojrzeć, czy na szafie lub stole nie ma czegoś do jedzenia.

    Na chorobie Adelki traci Masza, której akurat przydałoby się schudnąć, no i ma ku temu okazję, bo obie suczki karmione są tymi samymi pokarmami w identycznej ilości. Jeszcze parę dni temu, kiedy stan zdrowia Adelki był bardzo zły, też żądała więcej jedzenia, a nie wolno było jej dawać w uprzednich, przedchorobowych ilościach. I tu powstawał problem, bo przecież mieliśmy świadomość, że suczka je zbyt mało, ale tylko dlatego, aby nie pogarszać jej dolegliwości... ale przetłumacz to psince.

543.

    Od pewnego czasu jestem zajęty, ale lepiej nie napiszę czym. Wieczorami i nocami czytam (cały czas Marqueza, powoli, bo czasu, a czasami i sił nie starcza), z nogą nie jest gorzej, choć prochy przeciwbólowe muszę brać, ale nie narzekam; tylko jak popatrzę sobie na mecz siatkówki, to jakaś taka żałość mnie ogarnia, bo bym sobie amatorsko zagrał, ba, ale podczas gry w siatkówkę trzeba nie tylko odbijać piłkę, ale i dobiegać do niej, upadać... a tu masz.

    W nocy oglądam też sobie filmy, różne filmy; słucham także słuchowisk i patrzę na spektakle teatralne. Zdaje się, że kolejna moja notatka może dotyczyć "Dwóch teatrów" Szaniawskiego - właśnie jestem w trakcie oglądania tego spektaklu w reżyserii Gustawa Holoubka.

    Aby się trochę rozerwać oglądam też odcinek po odcinku "Trzydzieści przypadków majora Zemana" - czechosłowacki serial, którego bohaterem jest wspomniany milicjant.

544.

    W dalszym ciągu szukam dzieci z Michałowa. Toczę (myślę, że z wieloma innymi) nierówną walkę z propagandą, ze znieczulicą, z faszystowskimi kłamliwymi umysłami. Oto, co przez sześć lat panowania zrobił z ludzkimi umysłami pis. Ile trzeba mieć w sobie nienawiści, aby potrafić znaleźć wrogów w dzieciach i tłumaczyć, jak, nomen omen, pisowski rzecznik praw dziecka, że te dzieci z Michałowa chciały szukać pomocy w Niemczech i dlatego odesłano je na granicę z Białorusią, gdzie są bezpieczne. Zastanawiam się, kiedy nasi pogranicznicy zaczną do tych i innych dzieci strzelać, a może już...


[05.10.2021, Toruń]


22 września 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (532 - 534) MARQUEZ. SUKCES PAŃSTWA PIS NA WSCHODNIEJ GRANICY. W JAKIM KRAJU...

 


kadr z filmu "Miłość w czasach zarazy"


532.

Po raz kolejny sięgam po "Miłość w czasach zarazy" Marqueza. Nie wiem, dlaczego tak bardzo lubię pisarstwo tego kolumbijskiego geniusza pióra, choć bardzo prawdopodobne, że chodzi tu o styl pisania, formułowanie zdań, narrację i jednocześnie wprowadzanie czytelnika w narzucony przez autora świat przedstawiony, w którym ja osobiście czuję się znakomicie. Z drugiej strony ten świat opowiedziany jest także przez tłumacza, a pośród nich, wiadomo, zdarzają się też geniusze, jak choćby Tadeusz Boy-Żeleński - arcytłumacz literatury francuskiej. Przyjmijmy więc, że w przypadku "Miłości w czasach zarazy" tłumacz Carlos Marrodan Casas miał swój pozytywny udział, jednakowoż zdecydowanie na innym poziomie percepcji czyta się Gabriela Marqueza, a na innym takich mistrzów słowa jak Cortazar, Llosa Vargas czy Fuentes. Nie mogę powstrzymać się od przytoczenia jednego z początkowych fragmentów tej powieści:

"- Słyszałem, że ten człowiek był świętym - powiedział.

- Był kimś jeszcze bardziej niezwykłym - odparł doktor Urbino. - Świętym ateistą.

Ale te sprawy przynależą Bogu.

Z daleka, z drugiej strony kolonialnego miasta, dobiegło bicie dzwonów katedralnych wzywających na sumę. Doktor Urbino nałożył półokrągłe okulary w złotej oprawie i zerknął na przymocowany do dewizki cienki kwadratowy zegarek z otwieraną na sprężynkę kopertą: jeszcze trochę, a spóźni się na zielonoświątkowe nabożeństwo.

W pokoju stał olbrzymi aparat fotograficzny na kółkach, taki sam jak aparaty instalowane w parkach publicznych, i ekran z morskim zachodem słońca namalowanym przez amatora, ściany zaś obwieszone były zdjęciami dzieci z ich najbardziej pamiętnych chwil: pierwsza komunia, w przebraniu króliczka, szczęśliwe urodziny. Doktor Urbino był świadkiem, w czasie pełnych głębokich medytacji szachowych wieczorów, jak ściany te, stopniowo, rok po roku, pokrywały się kolejnymi warstwami zdjęć, i wielokrotnie, z drżeniem smutku, nawiedzała go myśl, że w tej galerii przypadkowych portretów znajduje się zarodek przyszłego, rządzonego i deprawowanego przez owe anonimowe dzieci miasta, w którym nie pozostanie nawet nikły ślad po popiołach jego chwały."

533.

Jakże przykro jest zestawiać prawdziwą sztukę słowa i informacją podawana przez różne źródła, że na naszej wschodniej granicy, w granicznej miedzy pomiędzy Białorusią a Polską pierwszych pięć osób, pięć albo trzy, a nawet choćby i jedna, odeszły z tego świata, bo żadna ze stron nie udzieliła emigrantom pomocy. W tym momencie Białoruś jest mi obojętna z tym swoim Łukaszenką - chodzi mi o pisowskie, ultrakatolickie państwo, które, aby nie pomóc uchodźcom, ogłosiło stan wyjątkowy, dzięki wprowadzeniu którego my, Polacy, mamy sie nie dowiedzieć, co też tam na granicy naszej wschodniej się dzieje. A umierają ludzie, i dzieje się to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy prezydent duda na forum ONZ lukruje nasz rząd, jaki to dobry dla ludzi w czasie trwania covidowej epidemii. Cieszy się z tych niepotrzebnych śmierci nasza prawica, raduje się arcybiskup jędraszewski, bo paru niekatolików mniej, dziękuje Bogu prezes kaczyński, że nie zarazi się jakąś tajemną chorobą emigrantów, a wszyscy wyborcy pisiorów będą latać na msze i chwalić Boga za to, że dał światu takich miłujących ludzi, miłosiernych polskich katolików. A w wigilijny wieczór - wiadomo - każdy prawdziwy polak-katolik udostępni miejsce przy wigilijnym stole potrzebującemu (co za obłuda!!!)

534.

Mówisz, że nie piłeś, ale kiedy, jak w starym porzekadle, drugi, piąty, dziesiąty obserwator twych ruchów i słuchacz tego, co masz do powiedzenia, mówi ci, że jesteś kompletnie pijany, uwierz, że to nie ty masz rację, a oni.

Jakoś tak się złożyło, że pisowskie rządy ganione są nie tylko w kraju przez opozycję, ale i za granicą poklasku nie zyskują. Mówią ci z opozycji i ci za rubieżami kraju (ci w obcych językach) pisowcom, że nie szanują konstytucji, podporządkowują sobie prokuratorów i sędziów, mają w jak najgłębszym poważaniu medyków i nauczycieli, podporządkowali sobie publiczne media i sukcesywnie eliminują te, które im nie schlebiają, zadłużają kraj po uszy, szukają wrogów po całym świecie, a znajdują ich nawet tam, gdzie ich nie ma, pakują się w zabłoconych buciorach do łóżek obywatelskich i tak dalej... a pisiory swoje i swoje, że cały świat się nad nimi znęca, a nie powinien, bo takich mądrych ludzi jak prezes kaczyński to od Aleksandra Macedońskiego nie widziano.

Chciałem w tym miejscu napisać, że rządy pisiorów przypominają jako żywo proces dochodzenia do absolutnej władzy Hitlera, ale tego nie zrobię.

Teraz mają ci nasi biedni bezmózgowcy kłopoty z tym okrutnym TSUE i Czechami, i ani słówkiem się nie zająkną, że w sprawie tej kopalni w Turowie, a konkretnie w kwestii odszkodowań dla Czechów za to, że choćby w czeskiej okolicy studnie z wody wysychają, w tej sprawie coś tam nie poszło z naszej, polskiej strony.

Pisiory zawsze, a zawsze niewinni.

Chyba tylko polskiego premiera stać było na tak kłamliwe słowa, które padłu z jego ust jeszcze w maju bieżącego roku: "Jesteśmy bardzo bliscy porozumienia ze stroną czeską w sprawie kopalni Turów - ogłosił w nocy w Brukseli premier Mateusz Morawiecki. W wyniku nowych ustaleń. Czesi mają wycofać pozew w tej sprawie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej."

Ponoć premier Czech zgodził się na wycofanie skargi na Polskę do TSUE (czeski premier zaprzeczył), a pinokio swoje, od maja prowadzi negocjacje i teraz, po wyroku trybunału w Strasburgu złorzeczy Unii i Czechom.

W jakim kraju przyszło mi żyć, w jakim?


[22.09.2021, Toruń]

13 września 2021

W STRUMIENIU ŚWIADOMOŚCI UPADEK RODÓW I OBYCZAJÓW

 

Widzę, że z niektórymi rodzinami jest tak jak z wielkimi imperiami, które po zdobyciu panowania, jak to się mówi, nad połową świata, nagle upadają i tylko we wdzięcznej lub niewdzięcznej pamięci potomków zostają, tak dzieje się, gdy umiera ostatni / ostatnia z rodu, wiecie jak to jest, taki ktoś, pozostanę dla szybszego zrozumienie przy rodzaju męskim, tak wygodniej, taki ktoś, wokół którego zbierają się młodsi, także równolatkowie z sąsiednich klanów, z kuzynostwa i tak dalej, i wtedy ten ktoś, gdy coś powie, to staje się ważne, albo wokół niego zbierają się w wieczór wigilijny przy choince, i kiedy ten ktoś umiera, dopiero co po pogrzebie, świat wydaje się mniej rozumny, a my rozjeżdżamy się do swoich codziennych zajęć i natychmiast zapominamy, no może nie natychmiast i nie wszyscy, ale czujemy, że coś skończyło bezpowrotnie swój żywot, nic już nie będzie tak jak przedtem, a jeden taki o duszy poety chyba, siada przy stoliku i zaczyna rozmyślać nad tym, dlaczego tak się stało, dlaczego muszą urwać się te wszystkie więzi zadzierzgnięte przed laty, taki jeden mało znaczący zaczyna wspominać i przypomina sobie dawne dobre czasy, gdy w życiu o coś nam chodziło.

Było to w czasach dawnych, niesłusznych, kiedyśmy jako państwo i społeczeństwo należeli do grupy państw i społeczeństw Wschodu, na którego czela stał Związek Radziecki, mieliśmy też własny Układ Warszawski, Er Wu Pe Gie, była też Interwizja, wczasy w Bułgarii i Pociągi Przyjaźni, a krajem rządziła Partia, jej Zjazdy, Plena i Towarzysze z Komitetu Centralnego, Wojewódzkich i dalej, niżej, i tak mi się skojarzyło, że wtedy bardzo wiele spraw działo się pod przywództwem towarzyszy zza wschodniej granicy, chociaż oczywiście istniały polskie rządy, które tylko do pewnego stopnia były niezależne, bo i tak wielka polityka gospodarcza dla całego wschodniego regionu zależała od towarzyszy z Moskwy, nie pamiętam jednak, aby w obozie podówczas rządzącym występował jakiś partyjniak, który zagrzmiałby na najgrubszej strunie zarzucając Moskwie, że jest okupantem i prowadzi z nami wojnę, a piszę to w związku nie tylko z suskim o niepełnym wykształceniu podstawowym, ale też mając na myśli tych wszystkich polityków władzy, którzy biorą kasę od śmiertelnego wroga naszego kraju mieszczącego się w Brukseli, wszyscy oni uważają, że Bruksela, skąd dostają kasę, jest jednocześnie wrogiem numer jeden Polski.


[13.09.2021, Toruń]

07 września 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (517 - 518) ĆWICZENIA WYJĄTKOWE. O ZŁYCH LUDZIACH.

 


517.

    Nie mam wątpliwości, że wprowadzenie stanu wyjątkowego na obszarach przylegających do granicy z Białorusią w dwóch województwach jest ćwiczeniem, które może być wykorzystane w niedalekiej przyszłości, gdy pisowski rząd będzie starał się w sposób bezwzględny rządzić krajem za pomocą stanów nadzwyczajnych. Można wyobrazić sobie sytuację, w której słupki procentowe opozycji nadmiernie urosną, a to z tego powodu, że społeczeństwu znudzi się w końcu pisowska dyktatura. Wtedy odpowiedzią może być właśnie wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego pod byle pretekstem.

    Dziwię się opozycji, nie zauważającej prawdziwych intencji ludzi kaczyńskiego, (który wszak zapowiedział był, że władzy raz zdobytej nie odda). Żadni tam uchodźcy, żadne tam manewry wojskowe za wschodnią granicą nie są powodem ogłoszenia stanu wyjątkowego. To ledwie preteksty - w rzeczywistości pis sprawdza na ile wprowadzeniem stanu nadzwyczajnego można doprowadzić do ogłupienia społeczeństwa i do paraliżu działań opozycji czy też organizacji pozarządowych z jednoczesnym zablokowaniem mediów patrzących na ręce władzy.

    Sądzę, że ustawa Lex TVN upadnie, a zatem w zamysłach kaczyńskiego, kamińskiego i służb specjalnych będzie wymyślenie pomysłu na niedopuszczenie mediów do pokazywania prawdy.

    W tym kontekście symptomatyczne są słowa kamińskiego, który na zarzut polegający na tym, że w istocie w tym stanie wyjątkowych chodzi o to, aby zamknąć usta, połamać pióra i potłuc obiektywy kamer dziennikarzom, odpowiedział, że przecież poza obszarem, gdzie obowiązywać będzie prawo stanu wyjątkowego, dziennikarze mogą sobie pisać. Co będzie jednak w sytuacji, gdy pis pod byle pozorem wprowadzić stan wyjątkowy, dajmy na to, w Wielkopolsce, województwie pomorskim czy w Warszawie? Uważam, że nie jest to niemożliwe.

518.

    Kolejny temat wpisuje się w tragicznie zawstydzającą politykę pisu - to postawa samorządów regionalnych, gdzie rządzą ludzie prezesa wszystkich prawdziwych polaków wobec osób LGBT. Cała ta homofobiczna narracja polegająca wykluczeniu części społeczeństwa z uwagi na orientację seksualną jest dla mnie tyleż niezrozumiała co idiotyczna i groteskowa. Weźmy taki prosty przykład - samorząd terytorialny, który ogłosił swoje terytorium obszarem wolnym od LGBT terytorium, ma plan budowy wielokilometrowej ścieżki rowerowej, którą utworzy posiłkując się pieniędzmi unijnymi. Jest bardzo prawdopodobne, że po zakończeniu tej planowanej inwestycji, będą chcieli skorzystać z tej ścieżki również osoby o innej niż hetero orientacji seksualnej. Ponieważ jednak obowiązywać będzie w tej gminie, powiecie, mieście czy województwie uchwała wykluczająca tę grupę ludzi z korzystania z praw, jakie przysługują osobom heteroseksualnym, oczywistym jest, że ani gej, ani lesbijka nie przejadą się wybudowaną trasą. Komisja Europejska ma zatem rację formułując zarzuty wobec niektórych samorządów o dyskryminację pewnej grupy społecznej. Myślę, że w taki sam sposób komisarze odnieśliby się do samorządów, które wydałyby uchwałę o strefach wolnych od uchodźców, ludzi o innym niż biały kolorze skóry, jak i też, co tylko z pozoru wydaje się niemożliwe, uchwałę wolną od niezamężnych, a posiadających dziecko kobiet, od ludzi, którzy biorą udział w demonstracjach przeciwko rządowi, od niewierzących, od ludzi, których pisowska wierchuszka nazywa zdrajcami Polski.

    Powstaje pytanie: po co to wszystko? Przecież pisowscy samorządowcy byli uprzedzani przez przedstawicieli UE, że fundusze pomocowe tak, ale tylko pod takim warunkiem, nikt z beneficjentów unijnej pomocy nie może być dyskryminowany. Głupota? Brak wyobraźni? Bezwzględne posłuszeństwo wobec architektów polityki nienawiści?

    Osobiście myślę, że każdy samorządowiec głosujący za taką uchwałą anty- jest w życiu prywatnym takim człowiekiem, który niesie samym sobą nienawiść, wrogość wobec innych ludzi, który kpi sobie z chrześcijańskiej wiary, religii, Boga - słowem, jest złym człowiekiem.


[07.09.2021, Toruń]