Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

22 czerwca 2018

SŁÓWKA (6) DALSZA TRASA (II)


D/ Z BOURGES DO PROWANSJI
W Bourges udało mi się sprawnie rozładować te „materiały naukowe” i pomknąłem na Moulins, Clermont Ferrand, przez Góry Ardeche, Aubenas i w kierunku Avignon.
W niewielkiej wiosce Blet był akurat otwarty kościół, a więc zatrzymałem auto i wszedłem porozmawiać. Ciekawa treść kartki wywieszonej na drzwiach wejściowych do świątyni: mer wioski informuje, że kościół będzie otwarty dla zwiedzających d 1-go maja do 30go września. Wysnuwam stąd wniosek, że ten XI-wieczny obiekt kultu religijnego, niewielki, ale piękny, jak niemal wszystkie kościoły we Francji jest pod zarządem merostwa. Niestety wewnętrze świątyni od wielu lat nie było remontowane i panuje tu zaduch. Nie pomaga otwarcie drzwi. Można powiedzieć, że czas w tym miejscu zatrzymał się gdzieś na pierwszej połowie XX wieku.
Najbardziej urzekła mnie kamienna posadzka, wypaczona stąpnięciami setek i tysięcy obutych stóp, stawianych tutaj przez wiernych od XI wieku - to naprawdę niezwykły widok. Druga urokliwość, typowa dla francuskich kościołów (onegdaj pisałem już o tym) to tablica z nazwiskami poległych w czasie I wojny światowej mieszkańców komuny Blet - doliczyłem się około sześćdziesięciu nazwisk, i zapewniam, że są wśród nich prości ludzie, zwykli żołnierze, a nie ma prezydenta kraju zmarłego tragiczną śmiercią w katastrofie lotniczej, katastrofie, która w intencji brata prezydenta i jego popleczników stała się zamachem.
I jeszcze jedna refleksja: występuję z propozycją przejęcia pustych i pozamykanych na cztery spusty kościołów francuskich przez polskich duchownych, których mamy, kto wie, czy nie w nadmiarze. Niechże by się wykazali inicjatywą w przeprowadzeniu gruntownych remontów wewnątrz powierzonych im obiektów, niech na mszach i chodząc po kolędzie gromadzą niezbędne fundusze na szczytne cele, niech zwrócą się do francuskiego rządu o dotacje, niech sięgną po pieniądze unijne, niech wreszcie pożyją sobie jak pączki w maśle, niech spróbują powiedzieć Francuzom, jak mają żyć, jak mają płodzić dzieci, jak je wychowywać. Francuzi na was czekają, a merostwo w takim Blet pozbędzie się nareszcie kłopotu.
Wjeżdżając do Burgundii (Moulins) kontynuuję obserwację typowo rolniczych obszarów. W niektórych miejscach sprzątnięto już rzepak, niedługo koszony będzie jęczmień, później pszenica. W chwili obecnej we Francji jest susza, ale jeszcze tydzień - dwa temu przynajmniej w centralnej Francji sporo padało, tak że skutki suszy nie są tak widoczne jak w Polsce. Zielenią się natomiast pola wyrosłych już na niskiego człowieka słoneczników, zieleni się winorośl, zielenią buraki cukrowe. Krówki - głównie spotykane tu „szarolajki”- to stworzenia nie tylko śliczne ale i mądre. Korzystają z cienia każdego drzewa, każdej krzewiny czy żywopłotu, aby uniknąć oparzeń słonecznych.
Wkraczam w Góry Ardeche. Stąd skąd jadę droga wspina się ku górze na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, natomiast ten piętnastokilometrowy zjazd najeżony serpentynami to coś dla mnie. Uwielbiam takie zjazdy z pełną koncentracją nad prędkością i zakrętami, jadę szybciej niż osobówki, nie mówiąc już o ciężarówkach, które pozostawiam daleko w tyle. Ale trzeba przyznać, że mam tylko jedną paletę dobrze zabezpieczonego ładunku na pace, a zatem mogę sobie poszaleć oraz że doskonale znam tę trasę N102 prowadzącą stromo w dół do Mayres, a później do Aubenas.
Już na dole zjazdu odbieram telefon - żona miała w Kutnie wypadek. Jechała z córką. Z podporządkowanej ulicy wjechała w nie kobieta prowadząca volkswagena. Na szczęście nic poważnego się nie stało moim kobietom, choć żonę przewiozło pogotowie do szpitala. „Kijanka” zniszczona, a z uwagi na fakt, że żona nie była sprawczynią wypadku, PZU przyznało jej samochód zastępczy - toyotę auris. Naprawa auta na koszt ubezpieczyciela potrwa jakieś trzy tygodnie. Mam nadzieję, że planowany po moim powrocie do kraju wyjazd w góry jednak się odbędzie - jeśli nie naprawioną już „kijanką” to toyotą.
E/ WIATR
Zaczęło wiać wieczorem, kiedy stałem przy firmie w L’Ardoise. Znów dał o sobie znać spływający z Masywu Centralnego mistral. Nienawidzę tego suchego, niezwykle silnego wiatru, chłodzącego nieco rozgrzaną do ponad trzydziestu stopni w cieniu krainę nad dolnym Rodanem.
Po rozładowaniu się dzisiaj przed dziewiątą rano pomknąłem do Montelimar, skąd jutro przed wieczorem wyruszę do Lyonu (nieszczęsny „Amazon”), a w poniedziałek szykuje mi się kurs właśnie z Lyonu do Londynu.
Stoję na strefie komercyjnej o kilometr od „Amazona”. Wiatr nie ustaje. Mistral to taki francuski halny, tyle że u nas w Tatrach jest to raczej ciepły wiatr, po przejściu którego temperatura się podnosi, a śniegi (jeśli są) szybko się topią. Tutaj na południu Francji to niemal huraganowe w porywach wietrzysko nie przepędza chmur, ani też ich nie ściąga. Niebo tak jak było, tak i jest bezchmurne i czyste. Siedząc w stojącym aucie, czuję się tak, jakbym płynął łajbą po rozkołysanym morzu. Mistral bardzo niekorzystnie wpływa na moje samopoczucie. Niemal zawsze gdy jestem na południu Francji, natrafiam na ten wiatr. Tym razem zdaje się być silniejszy niż zwykle. To chyba jedna z podstawowych przyczyn, dla których nie znoszę klimatu śródziemnomorskiego. Zdecydowanie bardziej preferuję strefę oceaniczną w pasie od granicy francusko-hiszpańskiej po Bordeaux i wyżej do Nantes, aż po wybrzeża Normandii.

[22.06.2018, Montelimar, Drome, we Francji]

SŁÓWKA (6) DALSZA TRASA (I)


A/ MONACHIUM
Od 18  do nocy z 21-go na 22-gi czerwca pokonuję trasę: Monachium - Kopenhaga - Paryż - Bourges - L’Ardoise (20 km na północ od Avignon na południu Francji).
Do Monachium zawiozłem akcesoria elektroniczne, zostawiając towar pod nieobecność klienta, aby nie stracić 100 euro kaucji jaka obowiązuje przy wjeździe na targi także w Niemczech.
Zaraz po rozładunku podjeżdżam pod kolejny: z Monachium do Kopenhagi.
B/ DANIA
W Danii mnie jeszcze nie widziano, a i ja nie widziałem tego kraju. Wpłynąłem do Danii promem z Rostocku, mniejszym niż te, jakie kursują pomiędzy Francja a Anglią, z brakiem możliwości do kąpieli. Czas podróży to prawie dwie godziny. Rozśmieszyło mnie to, że oprócz biletu dostaję papierek upoważniający mnie do zakupu jednej paczki papierosów tylko do własnego użytku. Oczywiście papierosów ani niczego do jedzenia z 30% upustem nie kupuję. Pobyt na promie ograniczam do snu. Do tego stopnia, że zostaję obudzony przez jednego ze stewardów.
Dania właściwie przypomina Polskę, a szczególnie takie regiony jak Koszalińskie czy Szczecińskie. Małe zaludnienie, wszędzie pola i łąki, mniej lasów. To wybitnie rolniczy kraj, z mniej rozbudowaną infrastrukturą przemysłowa w porównaniu do Holandii. Pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy przejeżdżając przez nieliczne wioski to fakt, że duńskie domy od frontu mają więcej okien niż w jakimkolwiek innym państwie. W Polsce na przykład w porównywalnym domu zbudowanym na bazie prostokąta na dłuższej ścianie występują 2 okna, w Danii - cztery. Może to niewiele znaczący szczegół, ale jednak robiący poważną różnicę. Jaka jest tego konsekwencja? Na tej ścianie nie jest możliwe ustawienie innego mebla aniżeli krzesło.
Po rozładunku niemal w samym centrum Kopenhagi podjeżdżam niedaleko do Duńskiej Galerii Narodowej, skąd odbieram w czterech skrzyniach jakieś materiały naukowe, a mam je zawieźć do Bourges we Francji. Kolejny załadunek w Danii ma miejsce w oddalonym od Kopenhagi o 140 km Tastrup. Stamtąd biorę jakiś sportowy ekwipunek do Paryża i paletę skondensowanego soku do L’Ardoise niedaleko Avignonu.
Danię opuszczam promem, ale tym razem docierającym do Niemiec w pobliżu Kiel. Na bramce celnej śmieszna sytuacja, jako żywo przypominająca scenkę z filmu Barei, nie pamiętam którego. Otóż na filmie jednemu z klientów banku puszczają nerwy widząc jak pani za okienkiem wolniutko przelicza pieniądze, konsumując przy okazji (truskawki?). W pewnym momencie podchodzi do okienka i ostrym tonem głosu pyta kobiety:
- Albo jedzenie, albo praca?!
Reakcja kobiety jest bodajże zamknięcie okienka, czy tez wystawienie w nim informacji o przerwie.
Na tej granicznej bramce było podobnie. Polski busiarz stojący przede mną nie postawił cyfry oznaczającej ładowność auta przy ikonce obrazującej ciężarówki (nawiasem mówiąc, nie dziwię mu się, bo spośród pięciu czy sześciu rysuneczków samochodów ciężarowych, żaden z nich nie przypominał jego [i mojego] auta). Pani wrzasnęła coś po duńsku, że na ścianie wiszą wzory wypełnionych formularzy, zamknęła szybkę i zapaliła ze zdenerwowania papierosa.
Obaj przeszliśmy do innego okienka, gdzie urzędował mniej zestresowany mężczyzna.
C/ PARYŻ
Stadion Charlety w Paryżu jest oczywiście mniejszy od Stade de France w Saint Denis. Jest to obiekt zarządzany przez mera Paryża i przeznaczony właściwie dla wszystkich, głównie studentów, a sąsiaduje z jednym z większych cmentarzy paryskich, na którym spoczywa także wielu znanych Polaków (czasy Wielkiej Emigracji - muszę sprawdzić).
Przybyłem w to miejsce przed dwudziestą, a więc późno i stadion był zamknięty dla transportowców (nie dla miłośników piłki nożnej i lekkiej atletyki). Po pewnych, długotrwałych zabiegach udało mi się rozładować towar bez odbioru dokumentów transportowych, jakie zwykle się odbiera. Nie wnikając w szczegóły, jest taka możliwość pozostawienia towaru po uprzednim dokładnym ponumerowaniu części ładunku, zrobieniu zdjęć i powiadomieniu spedytora. Chciałem się rozładować szybciej, bo podążałem jeszcze w dwa miejsca, a przynajmniej to pierwsze w Bourges, przewidziane było na 21-go czerwca. Udało się. Przejechałem nocą przez „odkorkowany” Paryż i pomknąłem do Bourges.
D/ BOURGES
Można powiedzieć, że Bourges położone w departamencie Cher w samym centrum Francji, to moje miasto. Podczas pracy jako kierowca byłem tu dwa a może i trzy razy, ale wcześniej, pracując w szkole i dyrektorując jej, współorganizowałem wymianę uczniów, najpierw z filią szkoły rolniczej w Bourges w Vailly-sur-Sauldre, a później w samym Bourges. Nie jest to miasto przesadnie wielkie, dużo mniejsze niż Orleans czy np. Rouen, ale czyste, z piękną gotycką katedrą, z bardzo dobrą żeńską drużyną koszykarek, z regionalnym lotniskiem, z dobrymi rozwiązaniami komunikacyjnymi (stosunkowo łatwo jest zaparkować auto także w samym centrum miasta), z porządnymi drogami dojazdowymi, z miłymi ludźmi oraz stosunkowo liczną Polonią (kiedy byłem dyrektorem szkoły miałem w planach wraz z dyrektorem Młodzieżowego Domu Kultury zaprosić do Polski polonijny zespół pieśni i tańca z Bourges, ale czasu nie starczyło, a później także sam się zniechęciłem… za dużo by o tym pisać).
(…)

[22.06.2018, L’Ardoise, Gard, Prowansja we Francji]

SŁÓWKA (5) KONTROWERSYJNIE


A/
Podobno zaczął się Mundial. Żartuję z tym „podobno”, bo przecież wiem, że kopanie piłki rozpoczęte, w niewłaściwym miejscu, bo w Rosji, no i ten Putin na trybunach.
To już drugie mistrzostwa świata w kopaniu piłki, które spędzam poza krajem, prowadząc auto, przystając na parkingach, podążając do celu raz wolniej, raz szybciej. Czy żałuję, że nie oglądam? Gdyby postawiono mi to pytanie lat temu kilkadziesiąt, wściekła łza spłynęłaby mi po policzkach. Ja zagorzały kibic najpierw Górnika Zabrze, potem Widzewa i po części krakowskiej Wisły już nie kibicuję.
Piłka nożna schodzi na hieny (tym jednym słowem oszczędzam Bogu ducha winne psy), stała się nieprawdopodobnie komercyjna, a duch sportowej rywalizacji pomieniał się z innym duszyskiem łasym na kasę. W kopaniu piłki do bramki liczą się pieniądze, a kto ich nie ma, wypada z gry.
Oprócz tego piłka nożna w polskiej wersji językowej podpadła mi zarówno nieudolnością i niecierpliwością zarządów i właścicieli klubów, jak i też plagą szarańczy kiboli. Na tych ostatnich to chyba żadnej siły nie ma. Czy to u siebie, czy na wyjeździe, czy w kraju, czy za granicą, kibole jak chcą, rozgonią towarzystwo, zdemolują stadiony, zniszczą pociągi pod specjalnym nadzorem, zdeprawują przystadionowe enklawy miast pieśnią wulgarną i nikczemnym słowem. A policja, która ostatnio ma nieocenione zasługi w chronieniu parlamentu przed obywatelami, wyłapie dwóch czy trzech najbardziej rozbrykanych gówniarzy (albo takich, którym po wypiciu skrzynki piwa nogi odmówiły posłuszeństwa w ucieczce przed „niebieskimi”), chociaż z zapisu magnetowidowego wynikało, że demolkę urządziło sobie dwustu.
 I wydumałem sobie takie oto spostrzeżenie - kopanie piłki jest dla kiboli, nie dla mnie.
Drugie uczucie, które miota mną bezustannie jest tego rodzaju: dlaczego właśnie kibole mają glejt na rozróby? Dlaczego? Toż to na Jasnej Górze ich błogosławią, a miłościwie władający krajem reżim widzi w kibolach niezłomnych patriotów. Czy w takiej sytuacji należy się dziwić temu bezkarność tych imbecyli kwitnie jak bzy w maju?
B/
Jeżdżąc po Europie nawiedza mnie często uczucie niezrozumienia tego, co się dzieje w kraju. Owszem, pewnie też nie do końca rozumiem, co się wyprawia na zachód od Odry, chociaż świadomy jestem problemów z emigrantami, pomimo tego, że ta akurat kwestia podkolorowana jest medialnie, bo znakomita większość smagłoskórych przybyszów z Afryki i Azji funkcjonuje całkiem nieźle w społeczeństwach Europy Zachodniej i mówienie o inwazji obcych kultur na Europę jest, delikatnie mówiąc, przesadzone.
Zastanawiam się nad tym, dlaczego w moim rodzimym kraju, który, jak sądzę, wielkich krzywd od emigrantów nie doznaje, tak wiele się mówi o upadku cywilizacji - pięta powiedziałby: - upadku cywilizacji białego człowieka, a ktoś inny jego pokroju dodałby natychmiast - katastrofie, jaka rysuje się grubą kreską przed religią katolicką. Ktoś jeszcze inny zauważy, że wierzący w Boga chrześcijanie są prześladowani, nie dopowie jednak tego, że nie dotyczy to naszego kraju, a jest wręcz odwrotnie - to katolicy prześladują pozostałych. Na fejsbuku napotkałem ostatnio podsuniętą przez kogoś cenną myśl radnego z Krakowa czy Krakowskiego, który optuje za wybudowaniem osiedla przeznaczonego wyłącznie dla katolików. A zatem nie chodzi tu li tylko o emigrantów, ale też o nas, drugiego sortu, ale jednak Polaków.
Obiło mi się o uszy, że na stulecie niepodległości reżim ma postawić stumetrowy krzyż przewyższający niemal dwukrotnie ohydny, betonowy posąg Jezusa ze Świebodzina. Pomysłodawcy zapewne myślą, że stary Pan Bóg ma zbyt słaby wzrok i pomniejszych krzyży ze Swojej Wysokości nie zobaczy.
Mówienie o prześladowaniu chrześcijan w kraju, który w dziarskim tempie szwoleżerów z Wiejskiej zmierza ku państwu wyznaniowemu jest rozmijaniem się z doczesną rzeczywistością. I nie pomagają cenne słowa papieża Franciszka, że (przykro mi, ale z pamięci nie zacytuję) jest mu równie bliski ateista czy wyznawca innej religii - w naszym kraju mamy przecież swoich papieży z biskupami i ojczymem rydzykiem na czele.
Polska ma pozostać po wsze czasy enklawą katolicyzmu, a patriotyzm Polaka, co głoszą bilbordy, funkcjonować może jedynie z krzyżem.
Skąd ta pogarda dla myślących i czujących inaczej? Gdzie się podziała wiara pierwszych chrześcijan, naprawdę prześladowanych? Dlaczego z tak ogromną ignorancją „prawdziwi” polscy katolicy odnoszą się do tych „skundlonych”, otwartych na świat i wyzwania współczesności - wierzę i wiem, że są tacy, acz nie dość zaciekle wypowiadają swoje zdanie, bądź też bywają zagłuszani.
Wiem, że to, co za chwilę napiszę, nie spodoba się co niektórym rodakom, ale ta pyszna wiara „prawdziwków” we własną nieomylność ma wiele wspólnego z pontyfikatem Jana Pawła II. Doceniając wprawdzie rolę papieża Polaka w szerzeniu religii katolickiej na świecie, papieża obdarzonego niezwykłą charyzmą, doszedłem do wniosku, że owa wyniosłość katolickich elit w naszym kraju, ściśle jest powiązana z pragnieniem świętości Karola Wojtyły. Tak, utrzymuję, że Jan Paweł II myślał o świętości i sławie, i wielce radowała go myśl, że jest uwielbiany, że przyciąga tłumy, a że Los lub, jak kto woli, Siła Wyższa, obarczyła go „krzyżem zamachu” na jego życie i chorobą skutkującą śmiercią męczennika, nietrudno o legendę, nietrudno o wyniesienie go na ołtarze.
Przy wielu godnych uszanowania cechach, jakie posiadał papież Polak, Karol Wojtyła cierpiał na małostkowość i pobłażliwość. Nie zauważał, albo zauważyć nie chciał, że pod maską uwielbienia, z jakim niemal na każdym kroku się stykał, krył się nie tylko szacunek i zwykła, szczera miłość do człowieka - pierwszego katechety i dobrego pasterza, ale i pazerność, fałsz i obłuda, a nade wszystko pycha, z którą poradzić sobie może jedynie bicz boży.
Małostkowość Jana Pawła II polegała między innymi na tym, że radowały go te stawiane mu za życia pomniki, te place i ulice pod jego wezwaniem. Dobry pasterz odporny jest na pokusy samouwielbienia, reaguje na zło, które wyrasta na łące, gdzie pasą się jego owce, napomina i karci nie tyle swoich wrogów, a tych, którzy pod pozorem miłości do niego, sieją nienawiść, gardzą innymi, wykorzystują małoletnich, słowem pomnażają zło, którego i bez ich sprawstwa jest w świecie wiele.
Wobec tych, którzy „klaskaniem mając obrzękłe prawice” wpadli w ramiona pychy i nadzwyczajnego chamstwa, papież Polak był pobłażliwy.
Jak dobry pasterz może godzić się z tym, że w kraju jego dzieciństwa, młodości i dorosłości funkcjonuje i ma się dobrze jeden z najdoskonalszych fałszerzy chrześcijańskiej religii, ojciec tadeusz rydzyk z jego rosnącą w potęgę sektą - odrzucającą każdego człowieka, który myśli inaczej niż ten pazerny biznesmen z Torunia?
rydzyk upokarza, rani i obraża swoim jestestwem moje uczucia religijne, jest odrażający w swojej żądzy panowania nad człowiekiem, grzeszy natrętną pychą, chełpi się bogactwem, chciwie domaga się jałmużny, nie tylko od byłych rządów, ale i od obecnego reżimu, któremu podał na tacy elektorat, ciemny i zagubiony, nieświadomy i poddający się manipulacji, wyciąga nieszczere ręce po kasę od znienawidzonej Unii, a jednocześnie sieje nienawiść do każdej niepolskiej nacji.
Oczywiście ten anty-chrześcijanin z Torunia, a z samego piekła rodem jest tylko symbolem zła, jakie dzieje się w polskim kościele katolickim. Zaciekły wróg religii katolickiej zaciera tylko ręce, bo jak świat światem, zawsze pycha doprowadza do zagłady, i jednostkę, i narody wywyższające się ponad inne.
Nie jestem nieprzyjacielem żadnej religii, także katolickiej, wśród której wyrosłem, wychowałem się, odchodziłem od niej, wracałem, znów błądziłem, ale zawsze szanowałem uczucia osób wierzących, potwierdzając ich niewymuszone prawo do wiary w istotę nadprzyrodzoną, tak samo jak człowiek ma prawo do godnego życia, pracy, miłości… do szczęścia.
Jednakowoż mając na względzie także to, co powyżej napisałem, nie wiem, czy przypadkiem nie nadszedł dzień, w którym zdecyduję się na apostazję….

[17.06.2018, Gruibingen, Goppingen w Niemczech]

CUDZE CHWALĘ (2) Z JASTRUNA


List Anny Żywioł

Ja Anna Żywioł nie umiałam czytać
I nie umiałam pisać. Żyłam ślepa.
Starej kobiecie dano mi do ręki,
Jak dziecku, elementarz, zeszyt, pióro.

Wstydu najadłam się, lecz nie żałuję.
Teraz już czytam dosyć gładko książki,
Gazety. Przeczytałam „Faraona”,
„Chama”, „Anielkę”, „Pana Tadeusza”,

I powieść o tym, co się dzisiaj dzieje.
Tytułu nie pamiętam. Goście mili
Wchodzą do izby mojej, bym przy świetle
Naftowej lampy zapragnęła naraz

Żyć życiem innych, być tu i gdzie indziej,
Patrzeć, jak rybak zapuszcza sieć w wodę,
Jak słońce pali się w piaskach pustyni,
Płakać nad losem ludzi zmarłych dawno -
Bo choć słyszałam, że oni nie żyją,
Ci ludzie z książek, nigdy nie uwierzę.
Wydaje mi się, że ich dawno znałam;
Niebo nad nimi jak po deszczu świeże…

Ja Anna Żywioł ten list z serca piszę,
Z daleka przesyłając pozdrowienie
Ludowej władzy, która mnie z ciemności
Wyprowadziła na światło, gdzie ludzie

Równi są pracą, gdzie owoce z drzewa
Wspólne są, bydło, rola, traw pokosy
I w bibliotece gminnej książki, które
Są niby kwiaty i są jak owoce.

[17.06.2018, Dachau, Bawaria, w Niemczech]

CUDZE CHWALĘ (1) ZE STAFFA


Podoba mi się ten stoicki, renesansowy, horacjański optymizm poety tak cenionego przez współcześnie z nim żyjących jak i jego następców po piórze. Łatwiej jest nieść przez życie to, co wygodne, bliskie sercu i pożyteczne, aniżeli zmagać się z ciężarem nielitościwym, ciężarem, z którym onegdaj zmagał się Syzyf.
Oto w jaki sposób wypowiada się w tej sprawie niekwestionowany mistrz słowa Leopold Staff.

Ciężar

Miałem pleciony kosz,
Chciałem weń włożyć owoce,
By je przechować na zimę,
A może miał to być chleb.

W nocy ktoś włożył mi w kosz kamienie,
Ciężkie i twarde,
Które nie miały posłużyć nikomu,
Tylko obarczyć mój grzbiet.

Lecz wezmę ten kosz na plecy,
Poniosę te kamienie,
Poniosę je do końca,
Aż tam.

[17.06.2018, Dachau, Bawaria, w Niemczech]

16 czerwca 2018

SŁÓWKA (4) BRETANIA - BURGUNDIA - PARYŻ I W STRONĘ NIEMIEC.


A/ DO DIJON
Miałem sporo szczęścia, albowiem z Miniac Morvan w Bretanii wybrałem się w podróż do Dijon w Burgundii trasą, jaką wcześniej na wielu jej odcinkach nie jechałem. Miniac Morvan leży blisko kanału La Manche, u jego wejścia w Bretanii w stronę Brestu, lecz bardziej na południe. Są to tereny wprost przepięknie położone, mniej pagórkowate niż w Normandii, z doskonałymi drogami, krajobrazem zielonym, temperaturą akurat taką, jaką lubię, sięgającą dwudziestu kliku stopni. Ogromną atrakcją tych terenów jest klejnot architektury europejskiej - klasztor na wyspie w Mont Saint Michel, który dostrzegam niestety tylko w jednym miejscu z autostrady. Trasa prowadziła mnie na wschód przez Normandię, powyżej Loary. Na nawigacji wybrałem opcję krótszej choć nieco wolniejszej czasowo trasy, aby nie jechać przez Paryż, bo spodziewałem się w nim korków. Dzięki temu przejechałem przez Alencon, ominąłem od północy Orleans (gdzie też bywają korki), kierując się w stronę Burgundii na Auxerre i dalej do Dijon.
Burgundia to kraina jak z baśni: lasy, pagórki, ogromne tereny upraw winorośli (sławne burgundzkie wina - „burbony”), pastwiska w wszechobecnymi krówkami, urocze wioski, tereny nadrzeczne i kościoły. Widać, że ostatnio w tej części Francji sporo padało. I tak, pod Alencon, jeszcze w Normandii, wylała niewielka rzeczka, której nazwy nie pomnę; także Loara wystąpiła z brzegów tocząc swoje niespokojne wody na zalewiska, również tak częste we Francji kanały osiągnęły maksymalny poziom wody.
Do Dijon dojechałem nocą. Zatrzymałem się około ośmiu kilometrów od celu - ogromnego szpitala - kliniki, gdzie wiozłem materace. Busów z materacami było w sumie pięć, a więc chociaż jechaliśmy oddzielnie, to na rozładunku stawiliśmy się niemal równocześnie. Jako że jako jedyny dysponowałem windą i paleciakiem, pomogłem pozostałym busiarzom w rozładunku (w sumie szpital wzbogacił się o 250 materacy). Na pół godziny przed rozładowaniem ostatniego auta, otrzymuję adres kolejnego załadunku. Mam się udać w stronę Lyonu do Macon.
Ponieważ „czasowo” byłem w normie, skorzystałem z okazji, aby odwiedzić opactwo w Cluny - miejsce, które chciałem zawsze zobaczyć, a nie miałem dotąd takiej możliwości. Wcześniej przejeżdżałem obok jeszcze jednego miejsca kultu religijnego dobrze znanego w całej Europie - sławnego Taize, ale skoro celem było dotrzeć do Cluny, zrezygnowałem z tego pierwszego.
Prawdopodobnie w słynnym, średniowiecznym ośrodku myśli teologicznej w Cluny nie „urzęduje” już żaden zakonnik (choć mogę się mylić) to cały kompleks budynków klasztornych wraz z parkiem robi wrażenie i jest wielką atrakcją turystyczną. Klasztor w Cluny wzięło w posiadanie państwo, a w budzących podziw i szacunek średniowiecznych murach opactwa organizowane są koncerty i wystawy. Część klasztornej posiadłości przeznaczono natomiast na stajnie i tereny do uprawiania jeździectwa.
B/ KOLEJNY RAZ PARYŻ
W Macon załadowano mi jedną ciężką paletę i dziesięć długich na trzy metry pudeł, w które, jak się później okazało, mieściły w sobie „turystyczne” parasole. Udaję się z tym towarem do Paryża, tym razem nie do samego centrum, a do Lasku Bulońskiego, znanego miejsca rekreacji i wypoczynku Paryżan lubiących spacery, jazdę konna i rowerową, ale też cieszącego złą sławą uprawiania płatnych igraszek „miłości”, nie tylko heteroseksualnej. Z tego też względu wolałem nie podjeżdżać pod rozładunek nocą, aby nie być wydanym na pokusę tych wątpliwych i niekochanych przeze mnie przyjemności dokonywanych w ostępach leśnych lub w przystosowanych do swawolnych uciech pomieszczeniach busików - blaszaków.
Zatrzymałem się na spoczynek pod Sancerre, na parkingu przy autostradzie, który często odwiedzam, a w pół do czwartej nad ranem ruszyłem w dalszą trasę.
Na miejscu przyjął mnie pan Placzek, którego dziadkowie byli Polakami, choć on słowa po polsku nie umie. Okazało się, że wspomniane parasole oraz towar na palecie przeznaczone były dla sportowego ośrodka, w którym uprawia się głównie tenis. Zresztą, nie dalej jak dwa kilometry od miejsca, a jakim się rozładowałem znajduje się kompleks profesjonalnych kortów, na których rozgrywa się słynny turniej Rollanda Garrosa.
Tak i opuściłem Lasek Buloński i podjechałem pod kolejny załadunek w jednej z dzielnic Paryża. Tym razem zabrałem sporą skrzynię z aparatura elektroniczną, którą mam zawieźć na targi do Monachium.
Po załadunku wyjeżdżam z Paryża, kierując się na Nancy i na jednej ze stref ekonomicznych przesypiam trzy godziny, czekając na informację o ewentualnym doładunku. Ta jednak nie nadchodzi i wyruszam w drogę, a w okolicy Toul pod Nancy spędzam noc na parkingu przy stacji BP.

[16.06.2018, Aire de Toul Dommartin, Meurthe-et-Moselle, we Francji]

KAWIARENKA (110) WCZASOWISKO W BUDOWIE


- Ta ostatnia burza była zbawcza - ośmielił się zauważyć radca Krach, a widząc zdziwione spojrzenie redaktora Pokorskiego, natychmiast dodał: - chodzi mi o to, że najtęższy deszcz nadciągnął od strony lasu, właściwie z drugiej jego strony - tam na wzgórzach zwykle najmocniej pada - i sprowadził masę wody rzeką do zalewu; ta zaś zablokowana tamą, rozlała się szerzej, dosięgając nasypu, na którym ta nowa firma ma zbudować plażę.
- Rozumiem, że pana radcę ucieszył wzrost poziomu wody w rzece i zalewie - ocenił ze zrozumieniem mecenas Szydełko.
- Owszem. I trzeba przyznać, że ta tama Kosmowskich później wzmocniona przez miasto spełniła swoje zadanie. Z jednej strony nie ma już podtopień na błoniach w mieście, a i to ważne, że akwen, który powstał wskutek prac udrażniających Mętnicę powiększył się znacznie z korzyścią już nie tylko dla Kosmowskich i naszych ryb buszujących w martwym zakolu rzeki, ale i dla wczasowiczów, którzy po lewej stronie zalewu będą mieli swoje kąpielisko - wyjaśnił pan radca Krach.
- A mnie właśnie interesuje ta nowa firma, która ma postawić wraz z miastem domki wypoczynkowe. Prawda to, przyjacielu, że inwestycja rośnie jak na drożdżach? - zapytał redaktor Pokorski.
- Istotnie, rośnie w niezwykłym tempie, co jest zasługą tego, że rajcy miejscy z burmistrzem w porę opracowali plan zagospodarowania terenów nadrzecznych po lewej stronnej rzeki.
Radca Krach wyjął z teczki notes, z którego wyrwał kartkę, na której długopisem rozrysowywał plan sytuacyjny inwestycji, a rysując, tłumaczył niespiesznie.
- Drogi redaktorze, tak płynie Mętnica, w tym miejscu tama, właściwie śluza, za nią miasto. Rzeka wije się dosyć wąską strużką, wciskając się w miejskie błonia, potem skręca w prawo i oddziela stare miasto od nowego. Za błoniami przy szosie powstał ten kompleks wypoczynkowy: parking, boiska, infrastruktura dla zmotoryzowanych turystów. Teraz podążajmy w górę rzeki. Pomiędzy lasem a Mętnicą wije się trakt rowerowo-spacerowy prowadzący do leśniczówki i dalej, w głąb lasu. Bliżej rzeki szyny wąskotorowe. Pomiędzy nimi a rzeką, proszę zobaczyć, właśnie rysuję, łąki i nieużytki należące do miejskiej gminy, a wcześniej do nadleśnictwa. Na tych właśnie terenach, naprzeciwko znajdującego się po drugiej strony Mętnicy gospodarstwa Kosmowskich i sanatorium miasto wraz z tą nową firmą… bodajże „Pryzmat” się nazywa, tworzony będzie spory ośrodek wczasowy. Pan burmistrz, który wiele miał do powiedzenia w sprawie realizacji tego projektu, postawił sprawę jasno: wczasowisko ma się składać z czterdziestu pięciu domków, z czego piętnaście przypadać będzie zarządowi  miasta. Domki stylowe, z półfabrykatów drewnopodobnych, minimum na pięć osób, z łazienką i aneksem kuchennym. Miasto inwestuje w infrastrukturę wodno-kanalizacyjną i elektryczną,  reszta przypada firmie, która stawia między innymi pawilon handlowy, stołówkę i obiekt kulturalno-sportowy. Docelowo cały kompleks ma pomieścić około 250 wczasowiczów plus tych, którzy zamierzają spędzić wczasy na polu biwakowym, które ma przylegać do terenów istniejącego już ośrodka wypoczynkowego oddanego do użytku w ubiegłym roku. Daje to w sumie ni mniej ni więcej jak około pół tysiąca miejsc do wypoczynku.
- Jednym słowem, panie radco, Różanów i okolice zamieniają się w miejscowość wypoczynkowo-uzdrowiskową - zauważył mecenas Szydełko.
- Na to wygląda, moi panowie - dobitnie wyraził się pan radca.
- Zaiste, pięknie to wygląda - przyznał pan Gnacik, najpierwszy w mieście drobiarz - ale czy jesteśmy w stanie jako miasto przyciągnąć turystów w nasze okolice?
Kawiarennik Adam, który tego dnia nie tylko przysłuchiwał się rozmowie przyjaciół, ale i w niej uczestniczył, spróbował rozwiać wątpliwości przedsiębiorcy drobiowego.
- Mamy, przyjacielu, doroczne święto miasta, plenery malarskie, spływ kajakowy, funkcjonuje kolejka wąskotorowa, mamy przepiękny szlak spacerowo-rowerowy pod patronatem  leśniczego Gajowniczka, jest woda, las, uzdrowisko u Wołodii, są konie u Kosmowskich, wreszcie miasto oferujące rozrywki kulturalne, teatr Majewskiej, a będzie też niebawem otwarty dwór w Woli Dąbrowskiej, czy tego mało?
- I jest jeszcze kawiarenka - zauważył pan radca - w której zaczęło się to wszystko… a tak nawiasem mówiąc, czy prezes tej nowej firmy, z którym, nota bene, omawiałem pewne szczegóły inwestycji, zaszedł już do kawiarenki?
- Owszem, gościłem go w towarzystwie burmistrza. Pan burmistrz go zaprosił, bo uznał, robiąc mi przy tym niewymowną przyjemność, że kawiarenka jest tym miejscem, do którego zajrzeć się powinno, jeśli pragnie się spełnienia zamierzeń i planów - odparł kawiarennik.
- No, jeśli tak się rzeczy mają, to nie miejmy wątpliwości - plan się powiedzie - zapewnił pan radca.
I wypili szanowni panowie bo bardzo schłodzonym piwie, bo po wczorajszej burzy, wbrew prognozom synoptyków, nastał upał taki, że najskuteczniej można go ugasić szlachetnym napojem niskoprocentowym.

[15.06.2018, Aire de Toul Dommartin, Meurthe-et-Moselle, we Francji]

15 czerwca 2018

SŁÓWKA (3) MALUTKIE MARZENIA


Podczas kolejnej trasy z Bretanii do Burgundii myślałem sobie o tym i o owym - ważne, że myślenie nie przeszkadza w jeździe.
A myślałem o swoich małych i niepozornych marzeniach, które pewnie się nie spełnią, a zatem myślałem…
o tym, czy kiedykolwiek uda mi się spożyć mleko prosto od krowy, jeszcze ciepłe, przecedzone przez bawełnianą szmatkę, przelane przez gospodynię z cynkowego wiadra do emaliowanej bańki, albo wprost do kamionkowej miseczki, bierze się tę miseczkę w obie dłonie, unosi do ust, przechyla… ach, pochłaniasz te słodkości powolutku, delektując się smakiem napoju bogów, który ma w sobie zapach zroszonej koniczyny, wybujałej po deszczu trawy, gorzki posmak mniszka, słoneczne twarze stokrotek, zieleniejącą się gęstwę pszenżyta albo dorodne kiście lucerny, delektuję się więc, biały wąs pyszni się nad górną wargą - efekt nowej białej pomadki Chanel czy Yves Saint Laurent… a kot urwis-niecnota już łasi się do nóg, mruczando niczym partyzancka pieśń… - „zostaw dla mnie” - mówi - „no, nie bądź taki, położyłem ci przecież na wycieraczce złapaną nocą mysz”.
Takie mleko smakuje najlepiej z ciastem drożdżowym z kruszonką albo z pajda świeżego, okrągłego chleba, zaciągniętą lepkim, niemal płynnym, lipowym miodem.
Myślałem, czy mi się jeszcze przydarzy posmarować wyrośniętą rumianą kajzerkę albo wiotką kromkę chałki prawdziwym wiejskim masłem, zawiniętym przez gospodynię w wielki, soczysty liść łopianu. Do tego masła może być dżem prawdziwy, truskawkowy - całe owoce lub spore kawałki zakonserwowane stuprocentowym cukrem - nie tak jak obecnie chemiczną mazią - gorzkie toto, bez smaku i zapachu.
Może tez być do tej bułki twaróg owinięty uprzednio w lnianą ściereczkę - można go palcami łamać, podawać ustom jak pocałunek; popijać zbożową, zabielaną kawą z kardamonem.
A do obiadu, do schabowego, do sadzonych jajek, młodej kapusty lub mizerii, miałbym ochotę wychylić gliniany kubek schłodzonego, zsiadłego mleka, które przed spożyciem należy pokroić nożem.
Chciałbym sobie pięknym czerwcowym rankiem przysiąść nad brzegiem stawu, zarzucić wędkę i złowić kilka lub kilkanaście najukochańszych srebrzysto-złotych rybek. Nie musi to być od razu sum, sandacz albo szczupak - wystarczy zwinny okonek lub bystry a żarłoczny bączek.
Marzę sobie o tym, aby przedpołudniową porą wyjść na podwórze z koszykiem, względnie misą i rozrzucić gdakającej braci ziemniaczki przyprószone mąką, ziarenka pszenicy, okruchy wczorajszego chleba - niech kury i kurczęta widzą, żem czystej krwi i nie od parady gospodarz…
Albo… wybrać się w miejsce dobrze mi znane, nad staw, wybrać się z kocem, odbiornikiem tranzystorowym, „Trylogią”, „Panem Tadeuszem” lub Orzeszkową, wybrać się z kocem i butelką domowej roboty lemoniady, zarumienić się oliwkowo na słońcu, czytać przez słoneczne, zacienione okulary, posłuchać „Strof dla ciebie”, przepłynąć staw krytym kraulem w jedną stronę; w drugą „żabką” lub „motylkiem”, a nawet przysnąć sobie, a niezależnie co się robi - być szczęśliwym.

[14.06.2018, Dijon, Cote d’Or, we Francji]

14 czerwca 2018

SŁÓWKA (2) TYLKO SEN


 Wiadomo, że bez czytania i pisanie porządnie nie zasnę. Ileż to miałem planów na to, co napiszę w pierwszym „rozdaniu”, a tu masz… zrobiłem sobie kolację, skorzystałem z toalety na pięknym, cichutkim parkingu przy autostradzie A84 łączącej Cean z Rennes… i odjęło mi myśli. Nawet nie mogę doczytać kilku stron powieści Broszkiewicza „Doktor Twardowski”. Liczy się tylko sen.

[12.06.2018, Aire de la Baie, Le Parc, La Manche we Francji]



SŁÓWKA (1) SPORO KILOMETRÓW


Z ”Meblomixu” we Wrocławiu do Saint Agathon i z Legnicy do Beauvais, to dwa moje ładunki, przy czym ten pierwszy oczekuje na rozładunek w środę rano. Ale nie ma się czemu dziwić, skoro ten pierwszy „strzał” z Polski do Francji to ponad 2100 kilometrów, więc jednego dnia nie da się tego „obrócić”.
Jazda szła mi fatalnie, krótkie postoje na drzemkę, od Belgii aż do Beauvais deszcz, no i okazało się, że rozgrzewająca maść na kręgosłup, jaką wziąłem z sobą, przydała się nie tyle na plecy, co na szyję; krótko mówiąc - „przewiało mnie”.
Rozsypuję się? Hola! Nie tak szybko. Ból przyszedł sam z siebie i ma sam wyleźć.

[12.06.2018, Aire de la Baie, Le Parc, La Manche we Francji]