… I DZIELĘ SIĘ - ŚLEDZTWO PROWADZI RADCA HEUMANN.
[Wybitny pisarz czeski Ladislav Fuks, urodzony w roku 1923, studiował filozofię i psychologię. Debiutował późno, bo dopiero w roku 1963, powieścią „Pan Teodor Mundstock”, która od razu zdobyła ogromny rozgłos i zapewniła mu trwałe miejsce w literaturze czeskiej. Dalsze utwory potwierdziły jego rangę pisarską. Z bogatego dorobku Ladislava Fuksa w przekładzie na język polski ukazały się dotychczas powieści: „Pan Teodor Mundstock”, „Wariacje na najniższej strunie”, „Nieboszczycy na balu” i „Palacz zwłok”, które zwróciły na siebie uwagę naszej krytyki i czytelników. Charakterystyczne dla pisarstwa Fuksa jest traktowanie wątku fabularnego utworu jedynie jako punktu wyjścia do wnikliwej analizy psychologicznej bohaterów. Tę metodę zastosował również w powieści „Śledztwo prowadzi radca Heumann”. Chociaż jest to na pozór utwór sensacyjny, zasadniczą sprawą jest tu wzajemny stosunek ojca i syna, analiza nabrzmiewającego od lat konfliktu między nimi i jego dramatyczne rozwiązanie. Na podstawie tej powieści powstał film pt. „Wśród nocnej ciszy” zrealizowany przez Tadeusza Chmielewskiego.]
I rozdział
Na miasto sypał drobny połyskliwy śnieg. Szerokie asfaltowe jezdnie i chodniki powoli robiły się białe, podobnie jak niezliczone ilości aut, pomniki w parkach i kamienne balustrady mostów. I choć zbliżało się dopiero południe, zapalały się stopniowo tysiące barwnych reklam, wszystkie te bajecznie kolorowe światła tkwiły uwięzione w oszronionym igliwiu, a z wnętrz sklepów płynął na ulice słodki śpiew dzieci, dzwonków i organów.
W siódmej klasie gimnazjum państwowego, noszącego imię największego pedagoga wszystkich czasów, siedziało teraz, przed południem, trzydziestu pięciu uczniów, a wszyscy najchętniej uciekliby przed tą ostatnią lekcją. Nie trzymała ich tu szklana ściana klasy, będąca właściwie jednym ogromnym oknem, ani biała tablica, na której pisało się czarną kredą, ponieważ ktoś tam dowiódł, że tak jest dla oczu zdrowiej niż odwrotnie, nie trzymał ich tu nawet strach przed karą, która nie minęłaby ich po feriach świątecznych, jako że ucieczka ze szkoły jest wykroczeniem trzymał ich tu, co może wydawać się dziwne, lecz zgodnej jest z prawdą - jedynie wzgląd na wychowawcę klasowego, któremu właśnie przypadła ta ostatnia lekcja. Profesor stał za nowoczesnym stołem, który wyobrażał katedrę, kręcił głową i mówił:
- Większość z was jest już, lub w najbliższym czasie będzie, pełnoletnia. Wielu bywa już w winiarniach i prowadzi auta. Niektórzy z was pisują już nawet listy miłosne... Ale żebyście mieli dobrze w głowie... Za pół godziny pójdziecie do domu, przed wami dziesięć wolnych dni...
- Trzynaście... - odezwały się głosy z tylnych ławek, a profesor za stołem skinął głową i rzekł:
- No więc trzynaście, chwała Bogu, ale wy nie możecie się już doczekać. Myślicie, że nie wiem, że w czasie pauzy chcieliście uciec? Cieszcie się, że możecie się uczyć, że macie do tego głowę. Chociaż wydaje mi się - profesor podniósł wzrok - że właściwie nie. Że trafiliście tu przez jakąś dziwną pomyłkę.
Klasa zahuczała udawanym protestem, trzydzieści pięć twarzy uśmiechnęło się w stronę katedry, a profesor ciągnął dalej:
- Cztery miesiące minęło od letnich wakacji, a w tym czasie wiele się zdarzyło. Przeżyliście różne rzeczy, które sprawiły wam ból, smutek, żal, pochowaliście swego kolegę Ambrożego Henningera... - W tym momencie klasa, szumiąca dotąd leciutko, ucichła i ze spokojnym zaciekawieniem wpatrzyła się w profesora - ...w tym czasie mogliście przeżyć coś, co wam ciąży, może ktoś wyrządził wam krzywdę albo wy kogoś skrzywdziliście, z kimś żeście się pokłócili... święta, które nadchodzą, to wielka okazja. Okazja, by wszystko naprawić, wybaczyć, podać sobie ręce, abyście następne dni przeżyli w nastroju prawdziwie pogodnym, w radości i spokoju. - W tym momencie profesor spojrzał na Vikiego Heumanna. Delikatną, ładną twarz chłopca przesłaniał cień, a jasne szare oczy patrzyły nieruchomo. - Wielu z was pojedzie na święta w góry, inni zostaną w mieście, ale wszyscy wypocznijcie sobie i nabierzcie nowych sił - ciągnął profesor, a wzrok jego padł na sąsiada Vikiego, siedzącego z nim w jednej ławce, potem zaś na szklaną ścianę, która była jednym ogromnym oknem.
-Po Nowym Roku czeka was wykład o prędkości i natężeniu hałasu, który mierzy się w decybelach. Między innymi dowiecie się też, że wargi są trzy razy wrażliwsze niż skóra na kolanie...
W tej chwili klasa znowu zaszumiała, ale trwało to krótko, profesor zaś powrócił do świąt Bożego Narodzenia.
- Zanim kupicie i wręczycie upominki - mówił - pomyślcie również o tych, którzy żyją w trudnych warunkach, którzy jeszcze nie otrząsnęli się z wojennych przeżyć, którzy potrzebują pomocy, pomyślcie o swoim koledze, którego mimo wszelkich starań nie udało się uratować, pomyślcie... - I profesor znowu utkwił wzrok w Vikim. a Viki… Viki już prawie nie słyszał. Nie słyszał i nie słuchał. Jego myśli wypełniał obraz domu, domu i wszystkiego, co się z nim wiązało, a był to obraz ciężki i ponury, twarz chłopca przesłaniał cień, a jego oczy patrzyły nieruchomo.
Profesor przeszedł teraz na sporty zimowe, książki, teatr, i w końcu Viki jednak trochę oprzytomniał. Przestał myśleć o domu, myślał teraz o Barrym Pirecie, o planowanej na przyszły rok podróży do Smyrny i Stambułu i o tym, co go dzisiaj czeka... a ocknął się trochę i dlatego, że koledzy zaczęli go poszturchiwać. Jego sąsiad z ławki i ten, który siedział za nim. Ten siedzący za nim, chłopiec raczej spokojny i niepozorny, klepnął go z tyłu w głowę i powiedział:
- A widzisz. Przeżyć święta w radości i spokoju. Będziesz łaził po knajpach... - A drugi, sąsiad z ławki, świeży, rumianolicy, z długą grzywką, lekko trącił Vikiego i powiedział:
- No co, upierasz się, żebyśmy się dalej kłócili?
I Viki, chcąc nie chcąc, musiał się uśmiechnąć, to był żart, z sąsiadem ze wspólnej ławki nigdy się nie kłócił ani nie sprzeczał, wręcz przeciwnie, lubił go, a do tego, który siedział za nim, powiedział:
- Przecież chcesz, żebym łaził po knajpach... - a potem rozległ się dzwonek, profesor złożył im życzenia wszystkiego najlepszego, i koniec.
Z gimnazjum, noszącego imię największego pedagoga wysypały się setki uczniów i rozpierzchły na wszystkie strony niczym stado ptaków wypuszczone z klatki. Viki w kożuszku z białym barankowym kołnierzem i w czerwonej czapce szedł w grupie chłopców w stronę rogu ulicy, za którym ciągnął się szeroki bulwar, i usiłował myśleć o Barrym Pirecie, o wycieczce do Smyrny i Stambułu i o tym, co go dzisiaj czeka, a jego twarz i oczy były jasne. Chłopcy pokrzykiwali wesoło, wypytywali, który z nich jedzie na święta w góry,
kopali leżący na chodniku i nie uprzątnięty dotąd śnieg, a ten i ów zapalał papierosa. Zanim doszli do rogu bulwaru, wielu odpadło, a na początku tej szerokiej ulicy odpadli dalsi... Został już tylko Viki ze swoim sąsiadem ze wspólnej ławki, tym świeżym, rumianolicym, z grzywką, który nazywał się Richter, i z tym, który siedział za nim, spokojnym, niepozornym Hoffmannem, którego ojciec był wydawcą wielkiego tygodnika. Hoffmann i Richter zwolnili teraz kroku i zmusili Vikiego, aby i on szedł wolniej, zaczęli przysłuchiwać się śpiewowi dzieci, dzwonków, organów płynącemu ze sklepów, i oglądać wystawy przybrane gałązkami choiny i płonące - choć było dopiero południe - barwnymi neonami... Viki szybko się zorientował, że daleko z nimi nie zajdzie. Ale zanim powiedział im, że się spieszy, odezwał się Hoffmann:
- Viki - powiedział - a więc ty zostajesz na święta tutaj... - miał na myśli: w mieście - będziesz chodził po knajpach... Ale jeżeli chcesz znaleźć w knajpach jakiś ślad, musisz łazić po tych najgorszych, a te, jak wiadomo, są zawsze na przedmieściach. Wiesz, w takich podwórkach, w biednych, nędznych uliczkach, szopach, niskich domkach, które mają zostać wyburzone.A Richter spytał:
- Piret zostaje tutaj?
- Jedzie z rodzicami i z Gretą w góry - odparł Viki i przerzucił teczkę do drugiej ręki - do jakiegoś uzdrowiska, ale wracają jeszcze tego samego dnia wieczorem. Jadą tam tylko rozejrzeć się. Wyjeżdżają po Wigilii, a wrócą drugiego stycznia.
- No to wspaniale - ożywił się Richter. - Ja idę na Sylwestra do variétés, jeśli chcesz, możesz iść ze mną. Występuje jeden słynny tancerz... może właśnie tam znajdziesz ślad... - I nagle Richter zaczął tańczyć w miejscu na ulicy, z teczką pod pachą, jakiś dziki taniec, aż włosy rozwiały się mu niczym grzywa... przy wtórze słodkiego śpiewu dzieci, dzwonków i organów… Kilka kobiet, które właśnie ich mijały, obejrzało się, a jakiś mężczyzna roześmiał się i powiedział:
- Uważaj, żebyś się nie wywrócił... -
Hoffmann zaś rzekł:
- Viki, a teraz poważnie. Powinniśmy się umówić. W variétés możesz złapać najwyżej jakiegoś kasiarza albo handlarza narkotykami, ale mordercę tylko w podłej knajpie. Powinniśmy do tych knajp wybrać się razem, skoro Pireta tu nie będzie. We dwóch zawsze lepiej się szuka, no i tak jest bezpieczniej. Wiesz, co by to było, gdybyś go złapał?... - Viki musiał się uśmiechnąć. Tak właśnie i on to sobie wyobrażał, a co ważniejsze - wyobrażał sobie jeszcze coś więcej. Ale tego Hoffmannowi nie powiedział.
- Jeszcze się zobaczy - rzucił. - Możemy się stelefonować w czasie świąt. A jeśli chodzi... -
zwrócił się do Richtera - o to variétés... - Po czym zaczął myśleć, jak by tu urwać się Hoffmannowi i Richterowi. Doszli właśnie do dużego sklepu z owocami południowymi, na wystawach oświetlonych zielonym i żółtym światłem piętrzyły się pomysłowo przybrane piramidy ananasów, pomarańczy, kokosów, pęki bananów, misy fig i daktyli.
Richter podrzucił głową i przystanął, Hoffmann także a Viki z tego skorzystał.
- Muszę już iść - rzekł spoglądając na zegarek, na swój stary zegarek z czasów, kiedy jeszcze chodził do szkoły powszechnej - bardzo mi się śpieszy. No, dlaczego... bo mam po południu spotkać się z Piretem i Gretą przy moście Seibta, a przedtem chcę jeszcze rozejrzeć się po sklepach, żeby się zorientować, co gdzie można dostać. Jutro muszę kupić jakieś prezenty.
Odeszli parę kroków od sklepu z owocami i zatrzymali się znowu, tym razem w pobliżu miejsca, gdzie pod ścianą domu stała jakaś baba z koszem czosnku i pietruszki ustawionym u jej nóg na chodniku, a Richter powiedział:
- Chodź z nami przynajmniej jeszcze do metra - ale Viki pokręcił głową.
- Naprawdę, już nie mogę - rzekł, znowu spojrzał na zegarek i zaczął się żegnać.
Życzyli więc sobie wesołych świąt, obiecali, że do siebie zadzwonią w sprawie knajp i variétés, i delikatną ładną twarz Vikiego znów przesłonił cień, a jego jasne, szare oczy znieruchomiały... tym razem może i dlatego, że patrzył na babę pod ścianą domu, na którą nikt z przechodniów nie zwracał uwagi... Pożegnali się. Richter i Hoffmann powlekli się dalej bulwarem w kierunku metra, a Viki na zebrach przeszedł na drugą stronę i tam skręcił za róg. Dopiero na tej mniejszej ulicy, z której nie uprzątano śniegu tak często jak z głównych ulic, uświadomił sobie, że śnieg ciągle jeszcze pada. Wciąż sypał drobny połyskliwy śnieżek i Viki przyspieszył kroku.
[07.06.2026, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz