Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

15 lutego 2013

Wnętrze

Z rękopisu znalezionego w komodzie.
"Co czujesz, idąc podrzędną uliczką, mieszczącą się w  dziedzinie starówki, lecz nie tą główną, atrakcyjną turystycznie, a wstydliwie odciętą od traktu wyznaczonego przewodnikiem miejskim? Jakie myśli włóczą ci się po głowie, przechadzając się wzdłuż kamieniczek, ciągów robotniczych czynszówek rozlewających się nieopodal wymarłych, ceglanych, wypalonych konstrukcji fabrycznych?
Widzisz sypiące się tynki, zbutwiałe progi domostw, wypaczone framugi okien, nierówne chodniki i drzewa zahaczające gałęziami o powyginane rynny, ledwo trzymające się krawędzi dachów.
O czym rozmyślasz wchodząc ciemną bramą w przestrzeń podwórza, gdzie majestet kamienicy ulega rozpadowi do niższych od niej komórek, wychodków, kurników, gołębników i budek rozmaitego przeznaczenia?
Byłem tam i wspinałem się po wyślizganych pokoleniami butów schodach; piąłem się w górę, chwytając dłońmi poręczy chwiejnej balustrady, a kiedy doszedłem do drzwi, kiedy po zapukaniu, rozwarto je przede mną i wsunąłem do wnętrza swój korpus, odnalazłem się w miejscu ciepłym, acz spowitym w ciężkiej atmosferze dymu i kuchennych zapachów.
Usadzono mnie na miękkiej kanapie, poczęstowano słowem przyjaznym, lecz pełnym goryczy: 'Już nie moge tak żyć. Sześcioro nas. Po trzy osoby na kupie śpimy. Jedyna korzyść, że w takiej kupie ciepło i można w nocy nie podkładać do pieca. Sami się grzejemy ciepłem swych ciał, a kiedy wypijemy połówkę z żoną (dziadek też sie skusi), to jeszcze cieplej i mróz nie straszny, tylko potem ta wilgoć i grzyb wchodzi. A dobrze, że okna mamy na południe, więc zaoszczędzimy na prądzie.'
Przeprowadza mnie po mieszkanku. Czyste, zadbane. Tylko ten swąd, pokoleniowy smród. Niestety.

Chwila

Grzegorz Ptak - "Chwila"




14 lutego 2013

Co tam z ptaszkami.

Gęba trzecia

Donoszę ci czcigodny Panie Ornitologu, że u nas w miasteczku ptaków coraz mniej, bo wciąż wylatują w obce strony, a te, które zwykle korzystały z wywczasów w naszych parkach, jakoś mniej licznie gromadzą się w stada. A wyleciały nie tylko te, co zwykle wylatują, lecz i te, którym karmy nie starcza do pierwszego. Pono za rzeką, za wielka wodą, za górami łatwiej pożywienie zdobyć, a i świergotać mogą więcej ku uciesze własnej i satysfakcji tych, co słuchać raczą.
Te natomiast, co zostały, zwłaszcza słabsze i mniej barwne korzystają ze śmietnisk i w cudze piórka, schodzone, z drugiego czy trzeciego obiegu się stroją, aby zimę przeżyć i na rychłe już gody przygotowują przebranie. Marny to widok, kiedy ptak w obce się obiera piórka, ale co począć - nie dla nich piekne stroje.
Ptaszkowie też nie śpiewają u nas, a jeśli już, to jakoweś melancholijne kląskania rozchodzą się głuchym po ulicach echem. Nikt zresztą słuchać nie chce i nie sypie im ziarna. Jedynie te drapieżne mają się dobrze, lecz te wyżej latają i pewnie do wielkich miast się przeniosły na stałe.
A te większe to w telewizorach pokazują, aby wszystkim się wydawało, że tylko takie u nas występują.
Panie Ornitologu miły, zdarzy sie u nas niejednokrotnie, że taki mały ptaszek u nas przymarznie, to znów żołądkowe ma boleści, albo też skrzydełko złamie. Nie daj Boże takich ceregieli, bo z leczeniem fruwających stworzonek nie najlepiej. Niby lekarzy bez liku, a jakoś za nimi uganiać się trzeba. Wielkie problemy z terminami przyjęć a lekarstw niby starcza a brakuje. Dlatego nawet te chore odlatują precz albo same siebie kurują, nie chcąc przysparzać biurokracji.
Co będzie z naszymi ptaszkami, naprawdę nie wiem. Przyjdzie na wiosnę pokornie czekać i wierzyć, że wiatr południowy odegna kłopoty, te duże i te najmniejsze.


Wiosna - Skowronek

Vlastimil Hofman - "Wiosna-Skowronek"



12 lutego 2013

"A ty z tej próżni czemu drwisz...?"


Zaiste specyficznym, a wielce oryginalnym stworzeniem jest człowiek. Takie na przykład zwierzę, choć po swojemu myśli i czuje, nie wpada na pomysł, aby z przekory, albo też bez przyczyny innemu zwierzęciu wejść w drogę (pominąwszy, rzecz jasna relacje drapieżnik - ofiara, rywalizację w czasie godów lub walkę o siedlisko). Świat idei jest zwierzętom obcy i w tym największa tkwi różnica. Żaden szanujący się zając, żerujący na polu koniczyny nie będzie wyszydzał pokarmowych upodobań dzika. A jedz sobie do woli ziemniaki, chrup z uśmiechem na ryju żołędzie. 
Gdyby natomiast na miejscu rzeczonych dzika i zająca postawić ludzi, dopieroż byłyby igrzyska słowne a debaty, a połajanki. Koniec końcem obie strony w zaciekłym sporze trwałyby po życia kres w dozgonnej nienawiści, nie pojmując tego, że to czym dla jednego jest koniczyna, dla drugiego dobrem niepowtarzalnym okazują się być poczciwe pyrki.
Kiedy więc na wieść o abdykacji Benedykta XVI słyszę uczone analizy porównawcze względem jego poprzednika: kto miał rację: Jan Paweł II, który po kres życia trwał na stolcu Piotrowym, czy też obecny papież, który uznał, że sędziwy wiek nie pozwala mu na sprawowanie urzędu, mniemam, że spór ten jest równie jałowy, jak ten o wyższość koniczyny nad kartoflami i vice versa.
Komentarze te nie tylko jałowe są, ale też stają się okazją do rozprawy z Kościołem, rozprawy właśnie, nie zaś polemiki. 
Można nie zgadzać się z patriarchami Kościoła, można nie wierzyć i być przekonanym o wartości własnego ateizmu. Nie można natomiast nie szanować innych ludzi za odmienne od naszego przekonania i podejmowane decyzje. Szacunek na pierwszym miejscu; drwina i szyderstwo na ostatnim.
W takich razach nie sposób nie posłużyć się przykładem w postaci jednego z najznakomitszych i wieloznacznych wierszy w naszej literaturze, którego autorem jest Bolesła Leśmian. Mowa o "Dziewczynie".

 Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,

A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony. 

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,

I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,

I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!

I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -

Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!

Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...

I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!

I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!

I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -

Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!

I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...

I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!

I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!

I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -

Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!

Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!

Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!

Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,

Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?*


Ostatnia, pogrubiona linijka teksu oddaje istotę rzeczy.

*tekst wiersza Bolesława Leśmiana "Dziewczyna" zaczerpnięto ze strony:

Portret w jesiennym słońcu

Jacek Malczewski - "Portret w jesiennym słońcu"
http://artyzm.com/obraz.php?id=10232


Papierzyska

Z rękopisu znalezionego w komodzie 

"Los nie szczędził ci krzywd, Baltazarze. Błąkałeś się, to tu, to tam. Stawiano cię do kąta albo też sam w kącie, takim najcichszym siadałeś na stołeczku rozdającym drzazgi. Nie pytasz, dlaczego o tobie piszę, choć wokół przedmiotów, tematów, stworzonek tak wiele, jak po deszczu grzybów? Nie pytasz, z jakiej to przyczyny piszę i opowiadam te znikąd zaczerpnięte historie. To nałóg, osiołku, przykry nałóg, od którego nic konkretnego nie przybywa, a konsekwencją tegoż jest reprodukcja kolejnych obrazków.
Ten mi znów mówi:
'Kiedy tak gadasz, pisząc bzdury nie warte obroku, wiedz, że brniesz po kolana w niezrozumienie. Oddałbym ostatnia garść siana za to, że nikt nie pożywi się twoim słowem, bo tak jakoś je zakręcasz, że nie sposób, powtórzę - nie sposób cię zrozumieć. I jeszcze ci powiem, że w końcu ten zamazany papier trafi do komody i tyle ci z tego przyjdzie'.
Powiedział tak do mnie i wiem przecież, że trafił, bo jak się niedługo okaże, cała moja opera omnia spocznie w komodzie i tylko zrządzeniem losu, gdy ów mebel znajdzie nowego właściciela, ten zajrzy do wnętrza i najdzie papierzysk zwoje. I głupio by zrobił, gdyby tych papierzysk precz nie wyrzucił, bo na tym świecie nadmiar słów wala się po rynsztokach, a moje między nimi, ech, lepiej, aby ich nie było.
Cóż z tego, gdy wciąż nowe z obolałej głowy na świat wydaję, Baltazarze. Lepiej by było z nich dom jaki ulepić, drzewo zasadzić, a one w rozsypce, bez sensu.

Eloe
Witold Pruszkowski - "Eloe"


09 lutego 2013

Rozgrzany piecyk

Z rękopisu znalezionego w komodzie

"Mówią, że bunt to prawo każdego pokolenia. Mówią, że nasza przeszłość, dzieciństwo to lukrowana babeczka. Niech mówią, a przecież ja nie w dobrobycie chowany, nie przymuszany do chodzenia w lakierkach, a świat wokół był ciaśniejszy. Tyle się zobaczyło, co palcem po mapie. No może nie aż tak. W każdym bądź inaczej, obiektywnie gorzej. Tym gorzej dla obiektywizmu. Ważne jest, było i pewnie do końca będzie to, co się w sobie nosi, a jest tego sporo. Zamknięty w komorze, a właściwie w takim domku letnim, dziś w zimowej porze (a niech to, co za noc roziskrzona, sama przyjemność rozpoznawać gwiazdy), zatem w tym domku rozpalajacy ogień w piecyku o trzech wygiętych nogach, zastanawiam się nie nad tym, czy było gorzej, czy lepiej, lecz myślę, czy rzeczy biegną we właściwym kierunku. I wychodzi mi na to, że człowiek nie stał się lepszy wymieniając brukową kostkę na głównej ulicy miasteczka na asfaltową taflę.
Mógłbym przywoływać z pamięci dziesiątki takich skojarzeń, lecz podsycany szczapami suchego drewna płomień w piecyku rozgrzewa do czerwoności fajerki, ba, wkrótce rozżarzy rurę łączącą od tyłu wnętrze piecyka z kominem. Robi się ciepło i nie jest to ciepło kaloryferów. Jest intensywniejsze i przywodzi na myśl odleglejsze czasy. Zamykam więc kajet i stawiam na żeliwnych fajerkach patelnie ze skrojonym boczkiem. Niech mi będzie wybaczone to łakomstwo."

Pierrot

Eugeniusz Zak - "Pierrot"

07 lutego 2013

Utopia, czyli pewna myśl


No to proszę teraz o powody, dlaczego nie?
Przecież pomiędzy tym, co jest, a tym co mogłoby być  odległość jest mniejsza od tej pomiędzy Ziemią a asteroidą 2012 DA14. Coraz mniej wierzących. Nawet ta kochana Szymborska w swoim niezrównanym stylu wskazuje na brak możliwości istnienia czegoś podobnego jak:

Utopia



Wyspa, na której wszystko się wyjaśnia.

Tu można stanąć na gruncie dowodów.

Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia.

Krzaki aż uginają się od odpowiedzi.

Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu,
o rozwikłanych odwiecznie gałęziach.

Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia
przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak.

Im dalej w las, tym szerzej się otwiera
Dolina Oczywistości.

Jeśli jakieś zwątpienie, to wiatr je rozwiewa.

Echo bez wywołania głos zabiera
i wyjaśnia ochoczo tajemnice światów.

W prawo jaskinia, w której leży sens.

W lewo jezioro Głębokiego Przekonania.
Z dna odrywa się prawda i lekko na wierzch wypływa.

Góruje nad doliną Pewność Niewzruszona.
Ze szczytu jej roztacza się istota rzeczy.

Mimo powabów wyspa jest bezludna,
a widoczne po brzegach drobne ślady stóp
bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza.

Jak gdyby tylko odchodzono stąd
i bezpowrotnie zanurzano się w topieli.

W życiu nie do pojęcia.

Uciekamy co tchu od bogu ducha winnej Utopii, a w końcu jest ona reakcją na to, co Utopii przeciwieństwem jest tu i teraz. Mniemam, że takie właśnie stanowisko dzielił ze mną (ha!) urodzony dnia siódmego lutego tysiąc czterysta siedemdziesiątego ósmego roku Thomas More.
W każdym bądź razie, jeśli nawet Utopia jest po wsze czasy nieosiągalna, to sama myśl o niej zbliża się do celu i jak ta planeitoida, dnia pewnego w przyszłości, na tyle się do Ziemi zbliży, że ... zobaczymy.

Plik:Hans Holbein d. J. 065.jpg

Hans Holbein młodszy - "Portret Tomasza Morusa"


06 lutego 2013

Wiejska bukolika

Z rękopisu znalezionego w komodzie.

Gdzie nie pojedziesz na zakapturzoną wieś, bądź pewien, że zobaczysz folwarki w ruinie. Te obory, spichrze i kurniki, jakieś murowane magazyny i komórki drewniane, przeżarte paszczami szczurów i korników. Wala się toto i niszczeje, a nie wjedziesz do środka, bo jakiś pal, kłoda czy słup betonowy zatyka drogę wjazdu; innym razem powykręcane, wygięte, w ziemię wgniecione ramiona bram dostęp blokują. I jeszcze te krzaczyska a chwast pospolity i samosiejki klonów i wierzb rujnują doszczętnie krajobraz jak po kataklizmie jakim.
Nie dość, że folwark splądrowany i na śmierć czasowi wydany, to dwór zapadły i przygarbiony płacze nad sobą. Wiatr w nim wieje, choć okna dechami zabite jak wieko sosnowej jesionki, lecz przecież i tu czas nadgryza drewno, a słoty jesienne wespół z mrozem pogłebiają rany.
Dziwne to, bo w nowych czasach co i rusz upominano się o szlachecką, dworską przeszłość i pomstowano na stare czasy, w których rządziła ideologia. A ideologia odbierała jednym, dając innym. Nowe czasy są mądrzejsze i panuje w nich ekonomiczny porządek. Jeśli więc co dochodu nie przynosi, niech się wali, chyba że sprzedać za psi grosz jeszcze można i na lepsze czasy zaczekać.
Na dworskich arendach srebrzą się jeszcze w księżycowej pełni oczka zarośniętych sitowiem stawów, bywają gdzieniegdzie młyny, gorzelnie, fabryczki cukru i tartaki, lecz i te wytwory ludzkich rąk  spopielały, kalekie kikuty dawnej świetności ukazują.
Jedziesz dalej w wieś i w miejscu, gdzie załozono szkołę, gdzie istniała świetlica, gdzie lecznica dla ludzi gromadziła tłumy w czas grypy widzisz oczodoły miast okien, przez które włażą do odrapanych wnętrz watahy psów lub koty - samotniki.
Im bardziej przybliżasz się do starych czworaków albo zbudowanych za ideologicznych czasów bloków mieszkalnych, obserwujesz nędzę, jakiej nie powstydziłoby się Prusowe Powiśle czy Reymontowska Łódź. Różnica taka, że teraz mniej się mnoży zubożały lud, więc szkoły niepotrzebne.
Działa natomiast szynk na rozdrożu i tam, przy piwie można porozmawiać sobie, jak jest naprawdę.

Zagroda wiejska


Aleksander Kotsic - "Zagroda wiejska"

04 lutego 2013

Gęba druga diablicy


"Gęba druga"


Do dytyrambu się przymierzał i jambem pisać chciał. Znużony srodze zerknął w okno i przez nie wypatrzył jakowyś okulały chód, człapanie jakieś. Klap, klap, klap. Poznawał. Rozpoznał po tym bioder kołysaniu. Toż to czart, lecz zamiast biesich różków na łbie przebiegłym a chytrym, obaczył tę twarz tyleż uśmiechniętą, co tępą.
Dalejże za pugilares chwycił prędkimi palcami; wydobył zeń maleńki kajecik z kopiowym ołówkiem wetkniętym między karteluszki. Rysik poślinił i takąż ze sobą podzielił się twórczą weną.

Przywiódł ją wiatr,
Niepełnoumysłowa skroń
I wzrok obłędny,
A w pysku słów jej było brak,
I nic tylko śmiech parszywy.
Śliniła się do każdego psa
To ty moja,  красавица одна.

W oczach czarci fałsz,
Jęzor białym nalotem nabrzmiały,
A w nozdrzach jad 
I wszędzie swąd
Zbrukanych mierzwą brudnych rąk.
Wciąż i wciąż ten odór trwa
To ty moja,  красавица одна.

Powiedziałem.
A teraz spojrzę i wygonię.

Plik:GiottoArezzo.jpg

Giotto - "Wypędzanie diabła"

02 lutego 2013

Conrad



(...)Życia przegrodzić tamą nie można, jak się przegradza ospały strumień. Życie wystąpi z brzegów i popłynie nad ludzką zgryzotą, zamknie się nad smutkiem jak morze nad martwym ciałem, bez względu na to, ile miłości poszło na dno.(...)*

W Conradzie jest siła, spokój, honor i praworządność, ale jest też znużenie, zmęczenie życiem, słabość, i jest tęsknota. Słowa płynące na statkach Conrada są pełne i wyraźne, i posiadają moc tworzenia obrazów i wzruszeń. Jego świat jest uporządkowany, choć kołysany południową bryzą, czasem szkwałem lub huraganem, z którym człowiek musi sobie poradzić. I o tym zmaganiu się z naturą świata i własnymi słabościami Conrad opowiada, a opowiadać potrafi. Wydaje się jakbym widział go siedzącego w fotelu, w tawernie, z cygarem w palcach, o zachodzie słońca, które podświetla centralny grotmaszt barku przycumowanego do nabrzeża portu.
Bark mógłby wyglądać tak, jak ten z ilustracji do pierwszego wydania "Zwierciadła morza"

Plik:Otago bark 1869.jpg

Tak mógłby go widzieć Conrad.
Joseph Conrad 1920

Być może pomiędzy dniem a snem autor "Szaleństwa Almayera" słuchałby nostalgicznej Cesárii Évory.


* op.cit.  J. Conrad: "U kresu sił".

01 lutego 2013

Natura a człowiek

(...)

Tyś Pan wszytkiego świata. Tyś niebo zbudował
     I złotymi gwiazdami ślicznieś uhaftował.
Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi
     I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.
Za Twoim rozkazaniem w brzegach morze stoi
     A zamierzonych granic przeskoczyć się boi.
Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
     Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają,
Tobie k woli rozliczne kwiatki Wiosna rodzi,
     Tobie k woli w kłosianym wieńcu Lato chodzi,
Wino Jesień i jabłka rozmaite dawa,
     Potym do gotowego gnuśna Zima wstawa.(...)


A może chciałbyś spojrzeć na tę Rzecz inaczej? Nic to, że Kochanowskiemu czasami przymiotników brakuje malarskich w palecie słów. Z prostoty tej geniusz się odzywa i ten niezwykły dla świata podziw, wdzięczność za to co zostało nam dane, a co trwonimy tak łatwo, aż uwierzyć trudno.

Czasami człowiek też sam dopomóc naturze może i jak u Kondratiuka uczyni ją bezboleśnie poddaną swojej woli.
"- No jak to? Co ten dzisiejszy człowiek ma nasrane w głowie? Co to, sam sobie koło dupy robi? 
- Pieniądz ma w głowie. Za pieniadze zapaskudzi ziemię, powietrze, wody. Matkę własną sprzeda."

[wykorzystano:
- fragment Pieśni XXV "Czego chcesz od nas Panie..." Jana kochanowskiego,
- fragment filmu Andrzeja Kondratiuka "Gwiezdny pył"]