Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 maja 2015

KAMYCZKI (5) KSIĄŻECZKA DO NABOŻEŃSTWA

Zamodlona kobieta niesie z sobą książeczkę do nabożeństwa z takim niewielkim ekranem, po którym może przebiegać paluszkami jak po paciorkach różańca. Kobieta ma zatknięte uszy końcówkami smyczy przytroczonej do książeczki z modlitwami. Odizolowana od świata w jakim się porusza, wpada w ekstazę modłów działających na zasadzie łańcuszka szczęścia. Na ekraniku pojawiają się słowa modlitwy, jakie przed chwilą dostała od kogoś równie wierzącego, po czym wysyła swoją, naprędce wymyśloną modlitwę.
Rozgwizdany kos usiadł na gałęzi drzewa, obok którego pielgrzymowała kobieta. Puknął dziobem w czoło siedzącą na sąsiedniej gałązce lotną towarzyszkę życia. Potem ptaki poderwały się i odleciały, a na gałązkach pozostał śmiech po tym, jak kobieta szukając zasięgu trafiła głową w pień drzewa.

(22.04.2015)

KAMYCZKI (4) STARA KOBIETA

Stara kobieta z przydrożnej chatynki trzyma w ręce rondelek. Stara, przygarbiona kobieta, kroczek po kroczku, zmierza do ogródeczka przy chałupince, ogródeczka nie wiele większego od kwatery, gdzie spocznie po tułaczce przez życie. Rondelek błyszczy srebrzyście nabraną w studni wodą. Woda służy do podlania kwiatów. Rozpoznaję bratki, zawilce i jakieś drobne kwiatuszki podobne do dzwoneczków.
Być może kobieta czuje się potrzebna kwiatom i dlatego postanowiła jeszcze trochę sobie pożyć.

(22.04.2015)

KAMYCZKI (3) DUCHY

Nie przeszkadza mi bliskie sąsiedztwo cmentarza. Mógłbym chodzić wzdłuż i w poprzek grobów nocna porą, gdy następują zmiana daty, będąc obserwowanym przez sowy – strażniczki ciemności.
Rzecz jasna, że cmentarnymi alejami spacerują wtedy duchy. To jedyna dla nich okazja, aby się spotkać, porozmawiać, i powspominać czasy, kiedy zamieszkiwały jeszcze w zdrowych, żywotnych ciałach. 
Podejrzewam, że przemieszczające się bezgłośnie duchy mogą mnie wziąć za intruza, który zakłóca jeden z dni ich życia, lecz te bezkształtne, zakamuflowane istoty doskonale wiedzą, że przechadzam się po ich krainie w dobrych zamiarach i jestem pokojowo względem nich nastawiony.
W końcu kiedyś przecież dołączę do tej gromadki spacerowiczów, nie na tym, to na innym cmentarzu.

(21.04.2015  w departamencie Górnej Loary)

OPOWIASTKI WŁOSKIE (3)

Z punktu widzenia kierowcy istotne są informacje dotyczące wszystkiego, co łączy się z podróżą, a dla mnie szczególnie – transportem. Najsampierw łyżka dziegciu, a mianowicie włoskie drogi, przyzwoicie oznakowane, lecz w większości, poza płatnymi autostradami oraz niektórymi trasami na samej północy Italii, drogi są fatalne. Na niektórych odcinkach, jako żywo, ich nawierzchnie przypominają te, po których poruszali się Giulietta Masina i Anthony Queen w „La stradzie”. Co więcej: jakoś nie widać, aby je remontowano. Tak na przykład wewnętrzna autostrada pomiędzy Wenecją a Weroną już niedługo zginie śmiercią naturalną. Jest to o tyle dziwne, że infrastruktura drogowa we Włoszech jest imponująca. Można spotkać miejsca, gdzie obok siebie, równolegle biegną trzy wielopasmowe drogi. Ponadto, chyba nie ma drugiego takiego kraju w Europie, który szczyciłby się tyloma tunelami i galeriami. Tylko jadąc przez Bolzano, w najbliższym tego miasta sąsiedztwie, doliczyłem się ponad dwudziestu tuneli, a już droga okalająca jezioro Garda od południowego zachodu to niekończąca się żmija tuneli i galeryjek. Dziwne zestawienie: pięknie odnowiony (lub oddany dopiero co do użytku) tunel i fatalnej jakości asfalt.
Jeżdżąc po Italii należy się liczyć z tym, że włoscy kierowcy prowadzą auta dynamicznie, co ma tę zaletę, że trapienie wszystkich kierujących – korki – „rozładowują się w miarę sprawnie, by nie powiedzieć: samoistnie.
Problemem jest to, że włoskie auta nie są wyposażone w kierunkowskazy, a ściślej: kierowcy unikają ich jak ognia, co sprawia, że trzeba szczególnie uważać pokonując ronda i reagując na tych, którzy zmieniają pas ruchu.
Wbrew pozorom i moim oczekiwaniom na załadunku i rozładunku pracownicy biurowi i magazynowi pracują sprawnie, szybko i solidnie. Nie ma żadnych problemów z wypełnianiem przez nich dokumentów, jak i też z podawaniem właściwych adresów klienta, do którego zabiera się ładunek. 
Dla mnie istotne jest to, że w odróżnieniu od Francji, we Włoszech można się znacznie lepiej porozumieć w języku angielskim.
Kolejnym pozytywem jest ogólnie pozytywne nastawienie do Polaków (być może również i do innych nacji, nie wiem). Zawsze można liczyć na pomoc ze strony Włochów, którzy przy okazji zagadują, bądź co bądź cudzoziemca, rozpytując się o sprawy nie związane z pracą.
Z pobieżnych obserwacji wnioskuję, że Włosi są do nas podobni w charakterze: maja fantazję, są bezpośredni, łatwo nawiązujący kontakty, a czasami impulsywni i wtedy uruchamiają swój język, podnosząc ton rozmowy z energicznego na energiczny +.
Uwielbiam słuchać ich rozmów. 
(29.04.2015 w Pirenejach)

09 maja 2015

KAMYCZKI (2) PRZEBUDZENIE

Kiedy budzę się, otwieram oczy, przeciągam się, wstaję i widzę poszarzałe wzgórza Pirenejów, nasycone ostrym, porannym, jeszcze krwawiącym spojrzeniem słońca; kiedy błękit nieba jest tak jednorodny, jakby istniał w tej postaci od narodzin kosmosu; kiedy natężony mój słuch delektuje się ciszą, na tle której koncertują niewidoczne ptaki, to czy można sobie wyobrazić piękniejsze poczęcie dnia? 

21.04.2015

OPOWIASTKI WŁOSKIE (2)

Wprawdzie dla moich starych i, nierzadko, zmęczonych oczu Francja pozostaje miejscem piękniejszym od pozostałych, to przecież nie sposób nie docenić ojczyzny Dantego.
Architektonicznie patrząc Włochy prezentują sobą indywidualność daleko bardziej rozwiniętą niż ta francuska, nie mówiąc już o niemieckim porządku budowlanym. 
Na pierwszy rzut oka – laika włoskie budowle charakteryzuje specyficzna lekkość architektonicznego tworzyła, owej bryły, z której powstają budynki różnego przeznaczenia. Takie na przykład kościoły nie są we Włoszech tak monumentalne jak we Francji. Dotyczy to zresztą nie tylko budowli sakralnych ale tez zwykłych domów, wilii, pałacyków i dworków. Powiedziałbym, że Włochy, nawet te pobudowane współcześnie, są ostoją renesansu. Wypłaszczone, sporych rozmiarów względem zasadniczej konstrukcji budowli dachy, ganeczki, krużganki, kolumienki, attyki, balkony – to spuścizna renesansu. Jest w tym wszystkim lekkość, prostota ale też elegancja. Widać, że Italczycy dobrze się czują w klimacie dostępnego na wyciągnięcie ręki piękna; możliwe też, że w tych gustach mieści się odrobina próżności i zamiłowania do lekkiego życia. Mam ciekawe spostrzeżenie mówiące o tym, że suma tych prywatnych, przepięknych budowli nie przydaje jednak krasy miejscowości, w której je postawiono. W Niemczech czy we Francji odnajdujemy całe wioski i miasteczka, w których nagromadzenie budynków tworzy całościowe piękno, gdy tymczasem rozproszone architektoniczne cacka spotykane we Włoszech nie tworzą piękna. Tu piękno śpiewa solo, indywidualnie.
Należy jednak wyróżnić nadzwyczajną kolorystykę budynków w wielu włoskich wioskach i miasteczkach. W Niemczech, a także we Francji można napotkać miejscowości, w których kolor elewacji każdego domu jest niemal identyczny. A we Włoszech… wszelkie odmiany żółci, bananów, kremów, cytryn i pomarańczy poprzez pustynne piaski, beże , brązy, zieleń jasną, soczystą i brudną, aż po ceglaną i karminową czerwień… jest na czym oko zawiesić. 
Również konstrukcje nowoczesnych, wielopiętrowych bloków, drapiących chmury, zdradzają fantazję i pomysłowość budowniczych. Nie brak takich piętrowców, na dachach których kwitnie życie w postaci trudnych do odgadnięcia zielonych drzewek, palm i obsypanych już kwieciem krzewów.
Niestety zdarzają się miejsca takie (zwłaszcza dotyczy to wiosek rozsiadłych pomiędzy Wenecją, Weroną, poniżej Turynu na południe) gdzie niszczeją dziesiątki, by nie powiedzieć setki dawnych dworskich posiadłości: samych dworków i zabudowań gospodarskich. Cóż, w odróżnieniu od Francji, gdzie dominują gospodarstwa wielohektarowe, włoska wieś przypomina polską, rozczłonkowaną i podzieloną.
Trochę żal, że zawsze ekonomia na pierwszym miejscu.

(19.04.2015 we Włoszech)

NAPRAWĘ NIEZWYKŁY KOTEŃKO

Choć południowy wiatr dawał znak, ze prawdziwa wiosna jeszcze przed progiem nieśmiało stoi i wzbrania się przed naciśnięciem klamki, radca Krach Romskiego do kawiarnianego ogródka poprowadził, gdzie obaj spoczęli przy pierwszym z brzegu stoliku. Wprawdzie uroczyste otwarcie tej części kawiarenkowej przestrzeni miało się odbyć w sobotę, lecz przecież pan radca to gość specjalny, cieszący się tutaj zasłużonymi względami, toteż nic dziwnego, że Maria z nadzwyczajną radością otworzyła drzwi do nowego przybytku, pytając, czego tym razem pan radca sobie życzy.
Życzenie miał względem porządnie mocnej kawy dla siebie i gościa oraz po serniczku, który słodkości szlachetnemu napojowi doda, który obaj panowie spożywali wszakże bez domieszki cukru.
- Zatem, panie Romanie – rozpoczął radca Krach, kiedy tylko Marysia postawiła na stole zamówienie i szybciutko oddaliła się (pewnie zerknąć, czy mała Róża nie wyrwała się przypadkiem z objęć Morfeusza) – uzgodniliśmy warunki i cieszę się, że, póki co, na powitanie, nie zedrze pan z nas skóry.
- Powiedzmy, że potraktuję państwa nadzwyczajnie. Raz, że spodobał mi się wasz pomysł; dwa, że zanosi się na dłuższą współpracę, a trzy… - tu pan Roman Romski zawahał się przez należyta chwilę, tak jakby nie do końca był przekonany, że ten trzeci powód powinien był wyjawić. W końcu jednak uległ proszącemu wzrokowi pana radcy. – Trzecim powodem jest doktor Koteńko, który, jak mniemam, w rzeczoną publikację jest włączony.
- Nie inaczej… no proszę… doktor Koteńko – westchnął radca Krach.
- A tak. Pan doktor tak skutecznie zaangażował się w leczenie mojej żony, że gdyby nie on, pewnie do tego czasu byłbym wdowcem. Tylko jego wnikliwości i umiejętnościom zawdzięczam tak wczesne rozpoznanie, rozumie pan, choroby, która… - tu poo raz drugi Romski zaciął się. Widocznie przypomniał sobie ów dzień, po którym, jak się wydawało, jedynie noc ciemna i płaczliwa nastanie, lecz nic takiego nie nastąpiło, a  po pani Romskiej do dziś dnia, ani znaku okrutnej choroby nie widać.
- Oj tak – wyrzekł radca – ja tu często się z panem doktorem przekomarzam, że w sieci ułapion przez energiczna pania Zofię, lecz w samej rzeczy pan Koteńko to lekarz, którego darmo ze świecą szukać, prawdziwy wybawca z chorób, z powołania.
- Oby nam jak najdłużej służył – dodał Romski – mam dla niego szacunek i obiecałem sobie do śmierci być jego wdzięcznym dłużnikiem.
Uradowały radcę Kracha tak sprawiedliwe o jego przyjacielu słowa a znając mądre powiedzenie, że przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi, wyrokował, że dla ważności przedsięwzięcia, jakiego się podjął, każda nowa, pomocna i przyjacielska dłoń nie może być odrzucona. Pan radca przeczuwał, że w Romskim taką przyjazną duszę odnajdzie.
- Rozumiem – ciągnął pan Roman – że dla pana doktora znajdzie się miejsce w czasopiśmie w związku z profesją, jaką uprawia?
- Nie inaczej – potwierdził Krach – choć pan Koteńko gustuje też w muzyce. Co ja mówię, gustuje, on jest, kto wie, czy nie najsławniejszym w mieście koneserem muzyki nie bardzo lekkiej, czemu przyklasnąć wypada, bo od tej mniej poważnej specjalistów jest wielu.. Nie masz też potężniejszego od niego kolekcjonera płyt wszelkiej maści: tych prastarych – winylowych i tych najnowocześniejszego formatu. Nadto, pan doktor o muzyce potrafi tak pięknie mówić, że człowiek, przywykły do szlachetnych trunków, o kolejnym kieliszku zapomina. Niech pan tylko spróbuje go zagadnąć na muzyczne tematy. Tedy naszemu panu doktorowi zasugerowałem, aby zechciał się o muzyce wypisać w naszym czasopiśmie.
- Nie dziwię się – odparł Romski – zauważyłem bowiem, że w gabinecie doktora cały czas jakieś przyciszone melodie sączą się z głośników; cichutko, niby niezauważalnie, ale przecież słychać te dźwięki już w poczekalni.
Rozmawiając w ten sposób wypili kawę, pojedli serniczka i pewnie by kolejne złożyli na te smakowitości zamówienie, gdyby nie fakt, że pan Romski miał w swojej drukarni pracę, a lubił w warsztacie swym siedzieć do północy.
- Tak więc, panie Romski, podsumujmy: redaktor Pokorski opracowuje z panem szatę graficzna pisma, pani Zofia pilnuje pierwszych artykułów pisma (już tam cos dla pana przygotowała), a ja dopinam sprawę stowarzyszenia, które będzie wydawać nasze pismo. Z kolei z pomocą mecenasa Szydełki zadbamy o jak najszybsze postaranie się o obowiązkowy numer ISBN, a przez caly ten czas pani Zofia zmobilizuje pozostałych do napoczęcia pierwszych publikacji.
- Jasne, rozumie się. Kiedy tylko zgromadzimy artykuły do pierwszego numery, trzeba by wszystkich zebrać i przedstawić graficzne warianty naszego pisma – „Naszego Głosu”, bo taka jest robocza nazwa czasopisma.
- W rzeczy samej – potwierdził radca Krach ujęty tym, że Romski tak pięknie użył określania „naszego pisma”.
Wstali od stołu i już mieli przecisnąć się przez drzwi łączące obie kawiarniane przestrzenie, gdy nagle w tych drzwiach wyrosła pani Zofia Koteńkowa. na jej nieskazitelnie przyróżowionej cielistej barwy pudrem twarzy malował się uśmiech połączony z ekscytacją. Tuż za nią stał kawiarennik, dotrzymujący kobiecie kroku także w malowniczym, acz zagadkowym uśmiechu. 
- Panie radco – niemal wykrzyknęła pani Zofia, a ujrzawszy tuż za panem Krachem smukłą postać Romskiego, wykrzyknęła powtórnie: - Panowie, mój mąż jest naprawdę niezwykły!!!
- Lepiej późno, niż wcale – filozoficznie zwrócił uwagę radca Krach.
- Co, proszę?
- Niemal w rok po ślubie doceniła pani przymioty swego męża – tu radca Krach pozwolił sobie na zamaszysto-kpiarski uśmiech.
- Och, panie radco, te żarty nigdy pana nie opuszczą, a sprawa jest ogromnej wagi.
- Pani Zosieńko, skoro tak, zatem trzeba ją omówić.
zasiedli więc w troje przy stoliku, przy którym jeszcze przed chwilą pan radca z Romskim urzędował. Ten drugi, niestety, pożegnać się musiał; jedynie z panią Zofia ustalił dzień i godzinę spotkania w drukarni.
I w taki sposób, przy kolejnej kawie, przy serniczku, trójka przyjaciół odbyła jeszcze jedną ważną rozmowę, podczas której dokonano rozbioru logicznego zdania, którego esencją była niezwykłość doktora Koteńki.

(16.04.2015)

KAMYCZKI (1) BUTY

Moje sławne, czarne, skórzane, z wojskowego demobilu buty rozmiaru 28, wyprodukowane w Lublinie, skończyły lat dwadzieścia, dwadzieścia z górką. Przez te lata stały się drugimi moimi stopami, palcami u nóg, kostkami i częściowo łydkami. Mój prawy but wymaga niezbędnego zabiegu polegającego na wykonaniu kilku szwów, gdyż w dwóch miejscach ma rozdartą skórę. Mój prawy but odczuwa z tego powodu ból, a moja prawa noga, chociaż otrzymuje nadzwyczajną dawkę świeżego powietrza, również odczuwa ból, bo moja noga i but, który ją ochrania to jeden żywy organizm,
Poszukuję lekarza, który zaleczyłby rany i sprawił, aby oba moje buty mogły prowadzić mnie tam, gdzie tylko dusza zapragnie. Tyle lat jesteśmy już z sobą… jak stare, dobre małżeństwo.

(21.04.2015)

08 maja 2015

PRZEBOJOWE INSPIRACJE FRANCE MUSIQUE

Tym razem trudno mi jednoznacznie ocenić, co było przebojem muzycznym podczas ostatniego mojego kursu, przebojem inspirowanym przez France Musique Wybór nie jest prosty. 
Po pierwsze: przypomniano wykonania Nikołaja Chozjainowa, finalisty ostatniego XVI Konkursu Szopenowskiego. Co niektórzy utrzymują, że to on, a nie Awdiejewa powinien sięgnąć po najwyższy laur, choć osobiście zgadzam się z werdyktem konkursowego jury. Chozjainow owszem, tradycyjny, dbający o wierność interpretacji z "pierwowzorem", lecz według mnie mało dynamiczny. Nie mniej jednak to naprawdę świetny pianista, któremu wróżę piękną karierę.
Po drugie: i w tym miejscu posłużę się nagraniem: Dymitr Szostakowicz "Walc nr 2", tu w wykonaniu na skrzypcach przez André Rieu.
I w końcu trzeci powód to sonaty Scarlattiego w wykonaniu niezapomnianego Ivo Pogorelica. Tutaj sonata nr 15 d-moll


OPOWIASTKI WŁOSKIE (1)

Ciepłolubne zwierzę, do jakiego się zaliczam, nie może narzekać na włoskie klimaty, choć zdziwiłby się ten, co myśli, że Italia jedynie  śródziemnomorskim powietrzem oddycha, a nieboskłon Botticellego nie zaznaje chmur ni mglistej wilgoci.
Ma Italia swoje góry; najsampierw Alpy, które przepięknie bronią dostępu przed przybyszami z Francji, Austrii, Szwajcarii i Słowenii. Tam, w górze, jeszcze w połowie kwietnia śniegi leżą, nie tylko na samych szczytach, lecz i w kotłach wystawionych na północ pokaźne jęzory zlodowaciałej szreni się pokazują; w dolinach przepastnych białe czepce zieją chłodem, przy drogach kopczaste nawisy lawinami grożą. Gdzie indziej z kolei, na nasłonecznionych łąkach prawdziwe przylaszczek i przebiśniegów zatrzęsienie, pogodna, młoda zieleń traw urąga śniegom a wtóruje dodatniej temperaturze powietrza. Słowem, przebogate natury bogactwo.
Tym razem zdarzyło mi się od Innsbrucku podążyć we włoskie Alpy, aby nie bez trudu, przedrzeć się przez przełęcz, którą tutaj zowią Sarentino. To już rzeczywiście bardzo wysoko; przełęcz niemal wierzchołków gór dotyka, śniegu co niemiara; topnieje wprawdzie, lecz na poboczach jeszcze rządzi, wpełza na i tak wąski samochodowy szlak. Peżocik dzielnie sobie radę daje, sunie powoli, oszczędza siły na ostatni podjazd. A obawy, jeśli takowe były, wiążą się raczej z możliwością zejścia durnej lawiny. Pewnie dlatego droga w obie strony zablokowana przez opuszczony szlaban, nie na stałe – można było wyjść z auta , unieść zaporę i wjechać na szczyty na własną odpowiedzialność. 
Ponieważ odpowiedzialny jestem, tedy po cichutku ominąłem te szykanę i na samą przełęcz dojechałem bezpiecznie, a potem w dół, coraz niżej i cieplej, aż do Mediolanu.
A tam, proszę sobie wyobrazić, prawdziwa buchająca życiem wiosna, tak bardzo oczekiwany zapach traw i te szalone ptaszyska, zakłócające sen, drące się wniebogłosy od brzasku po późny wieczór. I jeszcze kasztany w rozkwicie, i bez różanoplacy.
Zresztą nie tylko w okolicach Mediolanu wiosna w pełni. Także wcześniej, w przestronnych dolinach Dolomitów, już od Bolzano, w Trydencie – kwitnące sady, zielone drzewa i winorośl puszczające pierwsze, nieśmiałe listowie. 
Chce się żyć – wiosna.  
(18.04.2015... gdzieś we Włoszech)