Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

26 stycznia 2017

DNO [I]

Zanim coś nowego, pierwszy fragment "Dna", poprawiony, zmieniony, "dodany".
[w Bolonii, 25.01.2017]

I.
Ustalmy jedno: jestem jednostką, która w żadnym przypadku nie może być stawiana jako wzór do naśladowania. Nic równie głupiego nie można by wymyśleć. Jedyne, co mi się nasuwa (rozsuń wreszcie te zasłony, niech trochę światła wpadnie), to porównanie, na jakie wpadłem tuż przed zaśnięciem pewnej nocy. Otóż czuję się jak zdewaluowany pieniądz, którego nie można już wymienić na taki z mniejszą liczbą zer na końcu.
Aha, przypomniałem sobie. Wczoraj wieczorem rozdeptałem z premedytacją swój telefon komórkowy. To żadne osiągnięcie, bo uczyniłem to w indywidualnym akcie niewidocznej dla nikogo desperacji. Gdybym postarał się o nagłośnienie tego haniebnego wydarzenia, z pewnością przybrałoby ono kształt symbolu z całą wielobarwną paletą jego wieloznaczności.
Rozsuwam zasłony. Polecenie rozsunięcia zasłon wydałem przecież samemu sobie, bo jestem sam i nieład jaki po sobie pozostawiam wyczołgując się z pościeli może trwać cały boży dzień i nawet nie próbuję tego zmienić, bo po co. Dobrze mi z tym bałaganem, a odrobina światła staje się luksusem, lecz z drugiej strony obnaża moją bezczynność i przejaskrawia nieporządek, jaki sobie zgotowałem.
Wdziewam na siebie stary szlafrok, w którym wyglądam zabawnie: taki długi, po kostki, granatowy jak zmrok, atłasowy w dotyku, lejący w formie, chłodny przy włożeniu na siebie, a jednak chroniący przed zimnem z zewnątrz.
Ryzykuję. Otwieram okno i cała ta miękka, galaretowata, poranna mgła wpełza do pokoju, uderza w nie do końca zakryty tors i czołgając się po dywanie chłodzi moje stopy i łydki. Łapią mnie dreszcze, ale wytrzymuję. Zaciągam się stojącym, rześkim powietrzem i automatycznie wzrasta pragnienie wypicia porannej kawy.
Jak to ona powiedziała? „Nadajesz się na czasy, które wyznaczają przemianę. Takie czasy jak po wojnie, po katastrofie, kiedy nadchodzi czas wielkiej przebudowy. W tych obecnych, gdy życie jest już uporządkowane, kiedy nikt nie żąda od ciebie poświęceń dla  s p r a w y, giniesz w tłumie.” Młoda, uparta, przeraźliwie inteligentna i przenikliwa wypowiada się jak doświadczona interpretatorka karcianych pasjansów. Nie wiem, czy dla mężczyzny takie rozszyfrowanie jego osobowości to powód do dobrego samopoczucia. Chciałoby się wymagać więcej tajemniczości, niedopowiedzeń, tymczasem ta, jak obuchem w głowę zdzieliła i ma cię jak na widelcu. Ale tak zastanówmy się poważnie, czy w moim wieku wypada jeszcze marzyć o życiu w czasach przełomu. Komu mógłbym być teraz potrzebny?
Wczoraj z kolei sąsiadka z parteru aż wybiegła za mną na ulicę, nie mogąc się nadziwić, że po zamieceniu całego pionu od trzeciego piętra, zszedłem przed dom i zacząłem obmiatać chodnik przed frontowym wejściem.
- Co pan, na litość boską, robi? Od tego jest gospodarz domu.
- Do diabła z gospodarzem domu – odparłem poruszony. – Gdyby tak każdy z lokatorów choć raz w miesiącu … - przerwałem w pół słowa, bo znów odezwał się we mnie ten człowiek, który, przesiąknięty dydaktyzmem, zmierza prostą drogą do ratowania świata.
W gruncie rzeczy sąsiadka nie była mi nieprzychylna i jeszcze tego samego popołudnia umyła trzy okna na klatce schodowej, bo, jak powiedziała, „nie może ścierpieć tego brudu przylepionego do szyb, spoza których świata nie widać.”
Jest więc poranna kawa, pita przy uchylonym oknie, lecz dla równowagi, ubrana w ciepły wełniany sweter, trzymana w dłoni, a całość postaci zagłębiona w miękkość fotela. Kilka łyków i już lepiej, i można sięgnąć po papierosa (to z kolei dla równowagi ze świeżym, wilgotnym powietrzem, dostającym się do środka pomieszczenia przez uchylone okno). Kilka zaciągnięć się dymem i błogość rozlewa się po całym ciele. Gdzieś w rogu pokoju, między oknem a biblioteczką, na podłodze, rozczłonkowane fragmenty telefonu komórkowego szpecą atmosferę wnętrza.
- Jest mi dobrze – mówię do siebie i puszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że takie chwile towarzyszyć mi będą już do końca.
I nagle ten błogostan brutalnie przerywa dzwonek telefonu. Uświadomiłem sobie, że do zniszczenia pozostał jeszcze ten stacjonarny. Muszę więc przejść do przedpokoju, podnieść słuchawkę i wrócić na fotel (telefon stacjonarny jest przenośny i w gruncie rzeczy jest bardzo podobny do komórki). Ileż czasu to trwa! A ten dzwoni i dzwoni. Tracę rachubę czasu. W chwili gdy naciskam właściwy przycisk, ręce zaczynają mi drżeć. Opadam w fotel. Przykra konieczność zmusza mnie do powiedzenia:
- Tak, słucham?
- Nareszcie… dlaczego się nie odzywasz? – słyszę i pozwalam na dalszy ciąg. W rozmowie z nią zwykle bywam słuchaczem, a ona potrafi to bezlitośnie wykorzystać. Swoją drogą zastanawiam się, skąd ona bierze pieniądze na rozmowy. – Wiesz, że miałam bardzo przykre myśli? Martwiłam się o ciebie. Po tym, co cię spotkało, to chyba zrozumiałe, nie sądzisz? Tylko proszę cię, nie oponuj, szczerze mówię, że jest to sytuacja przygnębiająca, która mnie przygnębia. Zaprosiłabym cię do siebie, a właściwie do leśniczówki mojego stryja. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie mógłbyś lepiej wypocząć.
Przecież nie odezwałem się ani słowem i na dobrą sprawę powinna się zastanowić do kogo kieruje te słowa. Z jednej strony nie zwykliśmy rozmawiać z sobą zbyt często o sprawach osobistych; z drugiej musi przecież wiedzieć, że pozostałem wciąż silnym facetem, którego nie są w stanie upokorzyć byle niepowodzenia. Czyżby czuła mój oddech?
- A powiesz mi, jak się czujesz?
- Było mi zimno, gdy wstałem, ale teraz, po wypiciu paru łyków kawy, czuję się znacznie lepiej.
- Właściwie to chodziło mi bardziej o to, jak sobie dajesz radę po  t y m  wszystkim.
- Śpię dłużej, co tylko poprawia moje samopoczucie - odpowiadam jednym ciągiem, aby dać jej do zrozumienia, że bagatelizuję całą sprawę.
- Zbywasz mnie, jak zwykle.
- Nie mam chęci o tym rozmawiać, jeszcze nie teraz – odpieram zarzut, utrzymując pozycję, jeśli nie napastnika, to kogoś, kto tylko czeka na ostrzał z drugiej strony, aby móc dać odpór atakowi.
- Wiem, że to jeszcze za wcześnie na analizę wydarzeń (co za akademicki, pompatyczny ton), lecz zlituj się nade mną i pozwól mi przynajmniej interesować się twoimi sprawami.
- Chciałaś powiedzieć: współczuć.
- Czy to coś złego?
- Nie jestem przygotowany na współczucie.
- Czy także na skorzystanie z propozycji wyjazdu do leśniczówki?
- Akurat nad tym mógłbym się zastanowić - powiadam bardziej w celu rozładowania przykrej atmosfery, jaką sam stworzyłem, odpowiadając automatycznie na jej pytania.
- Okres świąteczny byłby znakomitą okazją, aby wypocząć… porozmawiać.
- Rozumiem, że wybierasz się do stryja na święta.
- Masz coś przeciwko temu?
- Skądże. Mówiłaś, że często spędzałaś tam święta. Skojarzyłem.
- Mogłabym ci obiecać, że nie będę cię zanudzać rozmowami. Miałbyś innych, ciekawszych ode mnie, świeżych rozmówców.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, abyś mogła zrezygnować z rozmów ze mną.
- Nie z rozmów, a z zanudzania rozmowami. To dwie różne sprawy.
- Już lepiej.
- Musisz być taki?
- Jaki?
- Musisz udawać? Przecież wiem, że myślisz inaczej i sam wiesz  najlepiej, jak nierozsądne jest nierozsądnym byłoby zamykanie się przed światem.
- Wczoraj rozbiłem telefon komórkowy - zmieniam temat.
- Co ty mówisz? Jaki telefon?
- Mój telefon. Rzuciłem go o ścianę i rozdeptałem. Nie wyobrażasz sobie ile numerów i połączeń pozbawiłem życia, a jak wiesz, nie mam pamięci do numerów.
- Jeśli już chciałeś się odizolować, wystarczyło wyjąć baterię…co ci zawinił telefon?
- Czasami trzeba podejmować radykalne decyzje środki.
- Możliwe. Ale wracając do tematu, w leśniczówce miałbyś swój własny pokój, na poddaszu, z widokiem na las, na brzozowy zagajnik. Masz pojęcie, jak te drzewa uspokajają?
- Coś wiem o tym. Kusisz mnie. Jestem ciekaw, czy ta propozycja to kwestia przypadku, czy też dowiedziałaś się od kogoś o tej mojej słabości.
- Wyczytałam to z twoich tekstów.
- Prawda, byłaś najlepszą na roku eseistką i interpretatorką prozy Faulknera i Steinbecka, ale nie sądziłem, ze i mnie czytasz tak dokładnie.
- Staram się czytać uważnie. No dobrze, pogadamy o tym wieczorem. Wpadnę do ciebie. Nie wstawiłeś jeszcze krat do drzwi?
- Zastanawiam się nad tym. Jeszcze tym razem pewnie zdążysz wejść bez przeszkód.
- I bez przeszkód chciałabym wyjść.
- Masz to jak w banku.
- Roztkliwia mnie twoja szczerość. Bywaj więc i czekaj niespokojnie.
- Czekam.
Odłożyłem słuchawkę i dopiero po tym fakcie uświadomiłem sobie, że zapomniałem powiedzieć jej, aby spodziewała się zastać u mnie nieporządek, z którym z pewnością sobie nie poradzę, więcej, nie zamierzam sobie poradzić.
Czeka mnie jeszcze jedna kawa i jakaś słodka, przyschnięta, wydobyta z chlebaka bułka z serem. Tym razem zamykam okno i odnajduję za nim znamienną dynamiczną zmianę aury. Mgła ustaje, a jej miejsce zajmuje pierwszy tej zimy śnieg, a właściwie pierwsze śnieżynki wirujące w powietrzu bezładnie, szukające jakby miejsca, gdzie mogłyby spocząć i nie być zwiewane przez lada mocniejszy podmuch wiatru. W trakcie parzenia kawy przykrywam legowisko i przenoszę się do gabinetu. Gabinet mieści w sobie kozetkę, ławę, fotel i biurko, a otoczony jest półkami wypełnionymi książkami z „przerwami” na otwór okienny i drzwiowy. Na kozetce zwykłem przyjmować gości i nie jest to kozetka do wykonywania ćwiczeń z psychoanalizy (być może stanie się nią dzisiejszego wieczora – pomyślałem). Siedzi się na niej w pewnym od siebie oddaleniu, dla zachowania obopólnego bezpieczeństwa – mówimy o spotkaniu dwojga ludzi, nic więcej; obok równolegle ustawiona ława, wystarczająco niewygodna do spożywania posiłków, z wyjątkiem picia kawy lub napojów z zawartością alkoholu; rozmawia się tam, czasami pali papierosy, ale rzadko. Przy biurku się siada, ilekroć chce się coś napisać albo przeczytać. Fotel to najwygodniejszy mebel w całym mieszkaniu. Niejednokrotnie bywa on zastępczym łóżkiem, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się sił przejść do sypialni lub, zdarzyło się to parę razy, gdy wypadało użyczyć własnego łoża, samemu korzystając z fotela zwróconego frontem do kozetki, aby pokusić się o przespanie nocy. O półkach z książkami można napisać tyle, że przytłaczają i pomniejszają powierzchnię pomieszczenia, wymuszając przytulność i wyciszając je, jakby służyło do dokonywania nagrań. O książkach na półkach można z kolei powiedzieć tyle, że na tle ogólnego bezładu i nieporządku pozostają w wojskowym, zwartym szyku, chociaż wielokroć zmieniałem ten szyk ich położenie względem siebie, wymieniając poszczególne jego elementy, jakbym wciąż szukał poszukiwał dla swojego wojska właściwej reprezentacji do przemarszu na defiladzie.
Wszedłem więc do gabinetu ze słodką bułką w ręce i konsumując wysuszoną konsystencję nieświeżego produktu podążałem wzrokiem za pyszniącymi się złotymi i posrebrzanymi napisami grzbietami wolumenów, aby pod wpływem impulsu pochwycić wolną ręką księgę, przejść z nią do biurka i zagłębić w nią wzrok, tak jak zagłębiałem swoje kły w czerstwą bułkę.
Ech, pożarłbym te księgi; pożerałem je dawniej, zaspokajając głód i teraz mam na nie ochotę, zwłaszcza teraz, kiedy tylko one mi zostały.
Zasiadłem więc przy biurku. Jem i czytam, czytam i piję kawę, piję kawę i zerkam w niewielkie okno, za którym trwa już prawdziwa już zamieć. Niewiele mi zostało poza książkami. W nich są moi przyjaciele – roztkliwiam się nad sobą – to efekt rozmowy z Niną. Im bardziej moja z nią rozmowa staje się oschła, cyniczna nawet, tym bardziej opadam z sił, wracając do swoich przyjaciół, z którymi taki jest problem, że nie ożywają do końca; jedynie wypełniają wyobraźnię. Różnica pomiędzy mną a Niną jest taka, że ona, choć niebezpiecznie młodsza ode mnie mieni się (jest nią w istocie) znakomicie zapowiadającym naukowcem, krytykiem literackim i recenzentem, podczas gdy ja, choć w literackiej branży tkwię po uszy od wielu lat, ja nie potrafię się wypowiadać na temat klasyki literackiej i obecnej „konkurencji” inaczej, niźli tylko emocjonalnie. Dlatego też rozmawiam o książkach personifikując ich byt, już sam w sobie doskonały, rozmawiam z nimi, czasami się kłócę, a czasem wręcz odrzucam precz, każąc im cierpieć w kącie katusze obojętności.
Czytam więc i niepostrzeżenie na biurku znajduje się flaszeczka szkockiej mieszanki whisky, z której toczę miodowo-ziołowy płyn do pękatej szklaneczki, a z niej bezpośrednio płuczę nim gardło. To prawda, że nieodpowiednia to pora na whisky, ale piję ją przecież z jednym z przyjaciół z półki, którym popsułem szyk wojska gotującego się do defilady. Ta szklaneczka, co parę akapitów opróżniana, przynosi mi ulgę, lecz tylko do pewnego momentu, do chwili, kiedy przypomniałem sobie o ojcu Jacku.
To z całą pewnością nie było dziełem przypadku, że akurat w chwili opróżniania szklaneczki pomyślałem o ojcu Jacku, przypominając sobie, że umawialiśmy się na spotkanie przy okazji wizyty w miasteczku, jaką złożył i czas jakiś jeszcze pozostanie, niemal do świąt. Adwentowe sprawy go rzuciły w te strony i miał się udzielać w konfesjonale, jak i też przygotować bożonarodzeniową szopkę z żywymi zwierzętami, przynajmniej w fazie luźnego projektu. Cóż, brat Jacek jest franciszkaninem, a to do czegoś zobowiązuje. Nigdym nie przypuszczał, że sama myśl o nim sprokuruje pukanie do drzwi i, a po ich otwarciu, stanę oko w oko z zakonnikiem, jego rubaszną posturą, hemingwayowskim zarostem i uśmiechem tak szerokim, że ledwo się w ościeżach pomieścił. się nie mieścił
- Szczęść Boże!  - wykrzykuje na powitanie i zamaszystym krokiem przestępuje próg mojego nieuprzątniętego domostwa. – Przyjmiesz mnie? – pyta zuchwale, wiedząc, że nie ma takich sił, aby go wyrzucić. Robimy niedźwiedzia, bo znamy się od lat, jeszcze wtedy, gdy strój zakonny mógł być dla niego zamgloną wizją, a dzisiaj ten habit powleczony jest tumanem śnieżynek, które otrzepuję zeń w trakcie powitania. Nawet nie wiem, jakimi słowy go powitałem, lecz zaciągam go do gabinetu, a jakże, na to miejsce naczelne miejsce na kozetce. Zaraz też robię kawę, dla niego delikatną, z mleczkiem. On tymczasem, jak to ma w zwyczaju, rozgląda się po pokoju, coś tam mówi do mnie, czego nie słyszę i koniecznie zagląda mi do papierzysk na biurku pozostawionych w bezładzie. On, jako jeden z bardzo niewielu, ma do tego prawo. Czas mija, mija, powracam z tacą; na tacy i kawa dla nas dwóch i wypełnione w dwóch trzecich kieliszki koniaku.
- Co piszesz? – pyta.
Siadamy obok siebie, lecz w pewnej odległości potrzebnej na swobodne korzystanie z ławy.
- Załamało mi się pisanie – odpowiadam szczerze. – Muszę znów iść na miasto, aby pobudzić apetyt na kolejne słowa.
- Jak zwykle Bóg będzie z tobą, więc martwić się nie musisz. Bóg widzi, jak cię urządzili.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? Nie znoszę litości.
- Ja nie litość przynoszę, lecz otuchę.
- A ja pokrzepiam cię koniakiem, więc wypijmy – roześmiałem się – tylko bez toastów, proszę.
- Niech tak będzie. Wiedz, przyjacielu, że tylko dzięki tobie nie stałem się abstynentem.
Wypiliśmy więc.
- A cóż tam u ciebie, Jacku?
- Zaprosili mnie parafianie, a może to ja się wprosiłem na przedświąteczne rekolekcje, więc jestem i teraz przyszedłem do ciebie. A ty nic mi nie napisałeś. Musieli mi donieść obcy ludzie. Ładnie to tak?
- Zbierałem się, zbierałem i … wiesz jak to jest ze mną. Nie na telefon to rozmowa, a gdybyś częściej korzystał z elektronicznej poczty, pewnie napisałbym parę słów więcej. Ale chyba nie jest na to czas. Jeszcze nie chcę. Chce teraz nacieszyć się tobą.
Nie wiem, skąd odezwała się we mnie taka spontaniczność. Pewnie whisky zmieszane z koniakiem, kawy, telefon od Niny. Wszystko to powracało mnie do życia zbyt szybko, aż się tego bałem. A z bratem Jackiem, który dla mnie tylko Jackiem pozostawał, rozmawialiśmy ekumenicznie i po świecku, ciągnąc dysputy na tematy publicznie dostępne i te konfesyjne, zamknięte przed innymi, a czasami przed samym sobą (a dotyczyło to nas obu).
Dzisiejsza wizyta, z konieczności skrócona do minimum słów, w dodatku prędkich, pozostawiła nas niezaspokojonych rozmową. Brat Jacek zrezygnował z dotarcia do szczegółów „mojej sprawy”, pozwalając mi dojrzeć do opowieści; ja z kolei zarzuciłem dociekania powodów i planów rocznego wyjazdu zakonnika do Afryki, do którego był już niemal spakowany i z pewnym roztargnieniem oczekiwał stycznia. Na koniec dostałem zaproszenie na dzień poprzedzający Wigilię na plebanię. Dzień ten proboszcz wyznaczył z tego powodu, że po przedwigilijnej nocy ojciec Jacek powracał do klasztoru, aby spędzić tam święta, ostatnie święta przed wyjazdem.
Pożegnaliśmy się niespełnieni, bez satysfakcji, choć z nadzieją na skonsumowanie kolejnego spotkania w milszej atmosferze.

24 stycznia 2017

STYCZNIOWE ZAPISKI (4)

1.
No i proszę, jestem w tym Rillieux la Pape od popołudnia w środę i dzisiaj mija szósty dzień bez kursu, w jakąkolwiek stronę: na zachód, do kraju, czy choćby na księżyc. A jeśli ktoś myśli, że nasiedzę się, naczekam, ale przynajmniej zarobię, to jest w błędzie, bo za te sześć dni nie zarobiłem ani grosza, a to z tej racji, że na kilometrówkach jestem, czyli ile kilometrów wyjeżdżę, to moje. Kilometrówka ma swoje uzasadnienie w sytuacji, gdy firma dysponuje niezłą spedycją, a ta zapewnia w miarę regularne, a czasami nawet obfite w kilometry kursy. Oczywiście należy brać pod uwagę to, że jest zima i zwykle od grudnia do lutego wozi się mniej towarów, ale, na Boga, jednak się je wozi, o czym świadczy to, że busiarze-nietoperze kursują tam i nazad. Skoro jedni kursują, to musi być taki, co stoi, i tym kimś jestem ja.
Ale poważnie… sam jestem sobie winien, bo właściwie po ostatniej trasie i tych wielu dniach oczekiwania, powinienem był powiedzieć pas. Nie masz, bracie spedycji z prawdziwego zdarzenia, nie będziesz miał kierowcy. Szukaj innego frajera.
I godząc się na kolejną trasę stałem się idiotą w najwyższym gatunku.
A bo to jest tak… człowiek ma te swoje lata, nie jest się młodym przecie i kombinuje tak, aby ogień połączyć z wodą i zgadza się, a nuż będzie lepiej, ot myśli sobie po bardzo dawnych czasach, kiedy, jak Boga kocham, w tych latach błędów, wypaczeń i octu z musztardą człowiek człowiekowi niekoniecznie był wilkiem i jestem to w stanie udowodnić na przynajmniej kilku chwalebnych przykładach.
A cóż to mnie przypiliło, że zacząłem się pochylać nad ścierwem swoim? Gorączka? Pewnie i ona ma swoje prawa, ale jak jest gorączka to nieomylny znak to, że organizm się broni. I bardzo dobrze, bo do 13 lutego, choćby nie wiem jak, wytrwać muszę (już wiem, że na pogrzebie się nie stawię). 

2.
Rączki, rączki do góry ci wszyscy, którzy lubią być łajani, karceni, ochrzaniani, obarczani pretensjami. A cóż to? Nie widzę? Śmiało łapki unosić! Nie masz takiego?
Znaczy się ewenementem nie jestem, bo też nie lubię, bez dania racji, ale i z racją, nie przepadam.
Bo ja tam zanim sam wygłoszę pretensję jakąś, to się troszeczkę zastanowię, albo inaczej: pourągam na czym świat stoi w duszy swojej, we wnętrznościach trzewi, to i mi przejdzie, ale żeby tak:
„- Dzień dobry!
- A ty cholero! Gdzieżeś mi się włóczył po nocach? Pewno piłeś. A jeśli nie piłeś, to u jakiejś babki naprawiałeś kaloryfer. A miałeś mi się meldować?
- A gdzie dzień dobry?”
A wyobraźcie sobie, że podczas takiej konwersacji łeb mnie straszliwie boli i wcale nie od przepicia, i że coś wlazło mi pomiędzy mózgowe płaty, i gryzie, a gryzie tak bardzo, że sobie miejsca do posiedzenia nie znajduję, i jak tu odpowiedzieć, że to włóczenie się wyniknęło z faktu, że jeden pan kierowca autobusu na przejściu dla pieszych mnie nie zauważył i ledwiem zdołał uniknąć czołowego zderzenia, ale co mnie trącił to moje, więc się włóczę. O, jak łatwo sądy wydawać o innych, nie posiadając solidnych argumentów, prócz słów, które czasami mocniej człowieka utłuką aniżeli pięść.
A tak pomiędzy nami, proszę koleżeństwa, to czy szanowni państwo czasami nie uważają, że powinno się wprowadzić limit w rzucaniu kamieniami na jedną człowieko-głowę?
Maria-Magdalena - ta to miała przyjaciela. 

3.
Upraszam przeogromnie tych wszystkich (powinienem rzec: te wszystkie, a to z powodu przeogromnej wśród czytających płci nadobnej przewagi), przeto upraszam, aby wszystkiego, co wypisuję nie czytano, albowiem zdarzyć się może, jako i teraz się dzieje, że chorobotwórcze zawirowania mają, kto wie, czy nie decydujący, wpływ na to pisanie. Zbliżone przypadki mają swoje miejsce w literaturze… weźmy takiego pana Witkacego, który w afekcie farmakologicznego podniecenia pisywał.
A ja, no cóż, ja sobie w tym odrętwieniu spędzam czas, którego zmierzyć nie potrafię. Dzień myli mi się z nocą, noc z dniem, jedna godzina dłuższa się wydaje, inna krótszą, a zapytasz mnie, dobry człowieku, ile to ja godzin przespałem w noc ostatnią, to odpowiem ci, że nie wiem, naprawdę nie wiem.
Jeśli był ktoś przez dłuższy czas w szpitalu, to wie, o czym mówię. Czas szpitalny a czas rzeczywisty to byty zgoła nie przystające do siebie. Nic się nie dzieje, nuda, zabiegi, obchód, termometr i znów nuda.
A wiem coś o tym, bom w szpitalu przeżył w swoim żywocie za jednym zamachem dni i nocy tyle, ile mieści się liczb w toto-lotku, czyli czterdzieści dziewięć. To było dawnymi czasy, w niesłusznej jeszcze ojczyźnie, choć ta słuszniejsza wielkimi krokami się zbliżała; to było w związku z tą nerką, co to jej już teraz nie mam, ale wtedy jeszcze miałem i po operacji zaniemogłem z powodu jakichś bakteryjnych powikłań. I tak po cichu to powiem, że wtedy to wcale się nie zapowiadało na to, abym miał przeżyć, bo szpital najpierw bakterii znaleźć nie potrafił, a później odtrutki na tę bakterię nie miał.
No i mniej więcej wtedy moja matka zainterweniowała, znaczy się udała się, albo zadzwoniła (tego nie wiem) do pewnego pana, wysoko postawionego partyjniaka, choć nie tego z pierwszych stron gazet i opowiedziała mu w czym jest rzecz ze mną. Na drugi dzień w szpitalu odnalazło się na moją bakterię lekarstwo.
Ja wiem, że teraz ktoś powie, że to bardzo nieprzyzwoicie korzystać z protekcji, ale Bogiem a prawdą, to gdyby nie ta protekcja zapewne nie męczyłbym się tak długo na tym bożym świecie… a tak pan prokurator generalny… tak, tak, o tego pana chodzi, pośrednio, bo pośrednio, ale uznał, że moje życie przedstawia jeszcze sobą jaką wartość.
A że do zaśnięcie parę dobrych minut albo godzin mi zostało, to pofolguję sobie z tym panem prokuratorem.
Otóż człowiek ten miał taką dziwną cechę, która rozkazywała mu pomagać krajanom, znaczy się ludziom wywodzącym się ze środowiska, w którym żył. Ale ta pomoc nie dotyczyła na ten przykład starań o pracę, czy wręcz protekcję przy zatrudnieniu - co to, to nie; natomiast jeśli jakiś człowiek znajdował się w ogromnych tarapatach, rozpaczy albo cierpiał srodze, to na samą wieść o tym, skąd ów nieborak pochodzi, pan prokurator czynił prawdziwe cuda, czym zresztą zyskał sobie zasłużoną sławę w okolicy. Gdyby żył, pan Macierewicz z panem Kaczyńskim i panią Szydło z samej gardzieli wyciągnęliby mu emeryturę i złożyliby się na czesne dla pana Misiewicza (kurdę, czy ten chłopak to w końcu weźmie się za naukę i ukończy te „normalne prawo”?)
A źle się bawicie panowie i pani, bo pan prokurator uchronił mnie przed śmiercią, a jak spoglądam na pana Misiewicza to mnie boli prostata.
No i się rozgadałem, a chodziło mi tylko o to, aby powiedzieć, że przez tych ostatnich kilka dni czuje się właśnie tak, jak w te dawne czasy, kiedym poruszał się na krawędzi i obijał o ściany.
Nie czytajcie mnie za wiele, kochani, raz, że i tak za dużo piszę, a więc samo to by wystarczyło za wyjaśnienie, a dwa, że może i nie warto.

[23.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

23 stycznia 2017

STYCZNIOWE ZAPISKI (3)

Źle spałem. Źle. Najgorsza była noc z soboty na niedzielę. Takie jakieś dreszcze mnie chwyciły, takie zimno wzięło, że musiałem się skulić jak króliczek. A potem w niedzielę dwa telefony. Jak ja chciałem, aby rozmawiano ze mną krótko, bo sam ledwie mówiłem i słyszałem. I ta niedziela to jakoś mi się tak rozlazła, bez apetytu, z jedna z ostatnich polopiryn i, rzecz niezwykła - znalazłem jedną tabletkę doxycykliny. Szkoda, że ostatnia.
A noc z niedzieli na poniedziałek to co to za noc - przekasłana, słabowita, z bólem głowy… no i w końcu już dzisiaj, około ósmej rano telefon. 
A jednak teściowa odeszła, cichutko, w szpitalu… a się ponoć pytała o mnie, jak tam mi jest w tej Francji, czy zimno… no to przecież odpowiadały, że dobrze, bo co innego odpowiadać. Miałem nadzieję, że przynajmniej do domu wróci, boć przecież tyle czasu z nami…i Adelka by się ucieszyła, ale nie wróciła. Nachorowało się biedactwo, nachorowało. No to teraz podług wieku kolej przypada na mnie.
Ja tam się teraz najbardziej martwię o córkę, bo od samego początku ją wychowywała, więc więź pomiędzy nimi silna. Czas pewnie kiedyś zaleczy rany. Oby.
Poinformowałem spedytora, że mam pogrzeb w rodzinie, no i może znalazłby mi coś na kraj. Poszuka. Z szefem było już gorzej, bo mówi mi, że są tacy, co na pogrzeby teściowych nie chodzą, no i że paliwa szkoda. A ja o tym, że od środy do dzisiaj czekam na byle kurs i chyba najbardziej jestem stratny, bo ja „na kilometrach” jestem. Koniec końcem, wydaje mi się, że mam jakieś 10% szans na zjazd do kraju, pogrzeb i kupienie coś dla siebie w aptece.
W dzisiejszych czasach liczy się wyłącznie pieniądz… no może i władza także.
Źle mi się to życie układa. Źle.

[23.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

STAROŚĆ

3. 
A co ty mi tu, dziecinko, tłumaczysz, że kasza co trzeci dzień, a bywa, że i co drugi. Ja przecież tę kaszę lubię, ot zwykłą jęczmienną, białą, a jak przez ciebie ugotowana, to akurat w sam raz, nie rozlazła, przemiękła, i nie niedogotowana. Okrasisz smalczykiem albo słoninką i smakuje, a jeżeli sosikiem z żeberek polejesz, kiszonego ogórka albo korniszona dodasz, albo kapusty z beczki, to taka przyjemność mnie bierze, że talerek bym wylizał. A od kaszy człowiek zdrów, pamiętaj. Natomiast groch z kapustą, po postnemu, to zostaw mnie, bo do tego to ja nabrałem wprawy. Bo to widzisz, jeżeli groch jest w całości, to cały dzień musisz go moczyć i wodę co dwie godziny zmieniać, aż napęcznieje. I oczywiście oddzielnie należy ten groch i kapustę gotować, aż zmiękną, a kapusta puści sok. A do obu trzeba liści laurowych dodać, pieprzu białego i czarnego, szczyptę majeranku, bazylii, angielskiego ziela, a soli na koniec; dosoli się po połączeniu. Ja wiem, ty grochu z kapustą zbyt wiele nie jadasz, nie możesz, nie to co ja. Dasz mi do tego przylepkę chleba i mogę tak cały tydzień jeść i nie narzekać sobie. A właśnie, pora by chleba upiec, bo ostał się jeden bocheneczek, a zakwas przaśny, bąbelki puszcza i aż prosi się, aby go spożytkować. Komin tylko przeczyszczę i żywicznych szczap przyniosę, bo chleb węgla nie lubi, oj nie lubi.
Ty wiesz, co sobie pomyślałem? Dawno już żeśmy kwasu chlebowego nie robili, a pamiętasz, jak to naszej Martusi smakował, bo Piotruś to cięgiem ten podpiwek pijał. Pamiętasz, jak te korki strzelały, choć butelki stały w piwnicy? Musisz pamiętać, bo ileś to razy narzekała, że nasza Niuńka, co miała najlepsze w świecie legowisko przed popielnikiem, jak ledwo usłyszała, że korek wystrzelił, to w te pędy po łóżko uciekała, strachliwa jak nie wiem co. Ale prawda jest taka, że kotka słuch miała świetny; ona każde chrupniecie, każdy szmer z daleka słyszała, a jaka łowna była? Ileż to mysz naprzynosiła na wycieraczkę. Ukatrupiła i nie jadła. Mówią, że jeśli kot tak przynosi, to wielki ma szacunek dla osoby, co ją karmi. Ja bym się tego kwasu chlebowego napił, nawet teraz, kiedy nie ma upału. A na niedzielę to napieczesz drożdżowego ciasta, co? Wygniotę, jeśli sił nie masz, bo wiem, że do chleba to mnie nie dopuścisz, ale do drożdżowca, dlaczego nie. Mnie to nie przeszło - ja z ciepłym mlekiem wprost z wydoju najlepiej taki placek lubię. Do tego z kruszonką. A pamiętasz, jakośmy dawnymi czasy sporządzali te ziołowe kakao? Jak to się na nie mówiło… oszukane, ale smak jaki miało i pod pajdę drożdżowego placka się piło, palce lizać. 
Niedrogo taki placek wyjdzie, bo wszystko mamy, a nuż ktoś się trafi, nie o dzieciach mówię, bo one tak rzadko do nas zaglądają, ale o tych naszych, wioskowych. Pętlikowska to na pewno się doczłapie, aby ci wieści z całego tygodnia przynieść, albo ci dwaj wędkarze, którzy, kto wie, czy nie rozpoczną łowów na stawie, choć przecie nie pora na ryby; te ledwie marcowym słońcem rozbudzone na żer jeszcze nie pójdą. Albo leśniczy się trafi; on tak często swoim autem przystaje, aby twojego chlebka z twoim masełkiem popróbować. A w końcu to przecież i nam czegoś się od życia należy.
Więc jak? Skopię trochę grządki, w sztychu wysokim zostawię, aby ziemia przeschła, przyjdę ja z dworu, i zajmę się tym kominem, aby cugu dostał, bo powietrze, jak mi się widzi, stoi, nie tak jak zimą, kiedy wichry wiały.
Nadarzył mi się Węglarek, kiedym już sztychówkę wbił głęboko i koniec roboty nią oznaczył. On względem tej ziemi, com ją puścił w dzierżawę Popławskiemu. Zawsze mi o niej przypomina, że to się wcześniej nie dowiedział, bo nawet kupiłby na raty, a jest przecie solidny. To ja mu, panie Węglarek, coś pan się uparł na te cztery hektary, ziemia zaledwie czwórka, nie powiem, pięknie położona, przy strumyczku hektar łąki, jest gdzie poić i popasać, ale żeś, panie Węglarek chłop wiekowy, trzy lata młodszy ode mnie, a syn to swojego interesu bardziej pilnuje, więc byłbyś się natyrał przy tej ziemi tak jak ja. Kiedyś, powiadam mu, inaczej bywało: tu żytko, tam pszeniczka, ziemniaki, dwie krowy się trzymało, parę świnek, kury, konia trzymałem i na targ z Maryśką my jeździli, i jakoś się nam powodziło. Teraz, panie Węglarek, gospodarka inna i żeby sobie pożyć najmniej musisz pan mieć pięćdziesiąt hektarów, no i tę mechanikę wszędzie. A co ty masz swojego - osiem hektarów, to nawet jeśli z tymi moimi, to i tak za mało, a syn przecież w mieście interes swój trzyma i dobrze, niech trzyma, bo z tej roli to nijak by nie wyżył, choćbyś mu z dnia na dzień całą gospodarkę przepisał. A ten, że ziemia i ziemia najważniejsza, i pije do tego skopanego ogródka. Widzisz, powiada, ty sam, choć taki oświecony, w ziemi się grzebiesz szpadelkiem, bo ci powiem, że my z dziada pradziada na ziemi wychowani, odwyknąć od niej nie możemy. Ano nie możemy, mówię mu, ale na stare lata na co nam hektary, ot żeby Maryśka miała swe warzywka, ogórki, kapustę i pomidory, i inne. Dla nas starczy tyle pola, co przed i za domem. Sad jest? Jest. Kurki chowamy, dwa wieprzki i krowę - to i tak wiele, ale Popławski zgodnie z umową sianem z naszej łąki się wypłaca, więc nasza krasula zima nie zbiednieje. Narobić to się narobimy, ale na nasze siły ta robota, a powiem ci jeszcze to, że nasze dziecka to by się zamartwiły, gdybyśmy ponad siły pracowali. To on mi na to, że ładnie, pięknie, może i się o nas martwią, ale tak rzadko przyjeżdżają. A bo to teraz taka polityka, aby każdy był na swoim, odpowiadam, a jak wiedzą, że żyjemy sobie w zdrowiu i uszanowaniu, to czemu by mieli przyjeżdżać na potęgę, wystarczy, że dzwonią. Węglarek z kolei, że to tylko tak się mówi, bo dawniejszymi czasy, kiedy ludzie w kupie żyli, to młodzi starych doglądali. Ale tam, kto doglądał, to doglądał, a jakie kłótnie były, o ojcowiznę, o przypisek, mówię, różnie bywało, a nie złościłeś się ty na syna, kiedy w mieście warsztat postawił, zamiast powiększyć chałupę przed żeniaczką? Złościł się, pewnie, że się złościł, ale Węglarkowi złość szybko mija, bo to chłop porządny, choć przez tę ziemię gderliwy, ale zaprosił mnie na nalewkę z wiśni i może bym i poszedł, ale mnie ten komin powstrzymał, więc mi powiedział, że pod wieczór wpadnie z butelczyną, kiedy placek drożdżowy będzie gotów, tak że widzisz, mamuśka, będziemy mieli pierwszego gościa do tego drożdżowca. Owiń tylko kuchnię starannie, aby sadzami nie zaszargać… a będę uważał, będę, to nie pierwszyzna dla mnie wspinać się po drabinie.
(...)

[20.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]


21 stycznia 2017

STAROŚĆ

1.
Drewniane łóżko, dwuosobowe, rzec można wielkie, w orzechu, wciśnięte we wnękę pokoju, dotykające częścią na nogi przeznaczoną kaflowego pieca. Maria zajmuje właśnie tę część od pieca. Czy to na chłód wrażliwsza? Możliwe. Dodatkowo zimową porą każe sobie do termoforu wlać gorącej wody, albo sama to robi, gdy już naczynia pozmywa.
Nad wezgłowiem na ścianie portret ślubny w sepii. Popiersie Józefa w garniturze (koloru przez tę sepię nie odgadniesz); ona w kapelusiku. Przytuleni, choć z dystansem, zerkają sobie w oczy, jakby widzieli się po raz pierwszy. Pod portretem Święta Panienka; jeszcze poniżej półeczka, na niej dzbanuszek z kwiatkami i wieczne światełko w czerwieni.
Pod jedynym oknem w pokoju stolik, naprzeciwko łóżka właśnie, dwa krzesła; pod stołem ukryte dwa taborety na wypadek gości, a ściślej mówiąc, na wypadek gości to są te krzesła, a taborety dla nich.
Jest jeszcze w tym pokoju miejsce na szafę, nic więcej.

2.
- Sprawdzałem, wszystkie ule zdrowe, patrzeć kiedy pszczółki wylecą na zwiady - mówi do niej przekraczając próg pokoju. - Niosę ci z miętą, taką jak lubisz. 
Na dużym płaskim talerzu niesie, także swoją zbożową kawę z mleczkiem. Stawia na stole.
- A ty czytasz, wciąż czytasz - mówi do niej, siada po drugiej stronie stołu, a słońce zmrużyło już oczy i marcowy wieczór nastaje. - Lampkę ci przyniosę - wciąż mówi do niej i spostrzega jak Maria wodzi paluszkiem po ostatnim akapicie, wreszcie przypina karteczkę do pakietu pozostałych.
- Kto by to pomyślał, że zachowasz całą stertę gazet i te wszystkie wycięte odcinki powieści - Maria ostrożnie miesza miętową herbatę, nabiera jej na łyżeczkę, spija. - Posłodziłeś miodem? - raduje się z tego zaczerpniętego ustami smaku. - O czym to mówiłeś?
- Mówiłem, że ule zdrowe. Pszczoły tę srogą zimę przeżyły - odpowiada.
- Tyle było z nimi zachodu. Dokarmiałeś przecież, więc przeżyły.
- Miodu w piwnicy zostało sporo, sprawdzałem, więc skoro pszczoły mają się nieźle, to i latoś będziemy mieli te słodkości. Można odsprzedać parę słoiczków, prawda?
Józef zawsze z niechęcia sprzedawał. Córce i synowi należy się kilka na zimę, a i oni potrzebują. A przecież temu i owemu wypada podarować po słoiczku, albo wymienić na żytnią mąkę albo cukier. Tym razem słoiczków pozostało więcej, bo roje pracowite, także ten jeden nowy, co go Józef złapał w zeszłoroczne czerwcowe upały i umieścił w świeżo zmajstrowanym ulu.
- Ty wiesz, tatuśku, że te gazety mają już ponad pięćdziesiąt lat? Nic mi nie mówiłeś, że gromadzisz.
- Niektóre poszły z dymem na rozpałkę, ale te z powieściami zatrzymałem dla ciebie. Pomyślałem sobie, że może nie pamiętasz już tych baśni.
- A ja kiedy sobie teraz czytam, przypominam sobie te nasze dawne czytania i jak zobaczyłam tę plamę na jednym wycinku, taką przez całą kolumnę, to przypomniałam sobie, że wtedy potrąciłeś talerz z krupnikiem i zupa się wylała… pamiętasz?
- Nie bardzo, ale co to za czytanie przy obiedzie. Sama dzieci uczyłaś, że jak się je obiad, to tylko nad nim się skupiamy.
- Kiedy właśnie wszyscy byliśmy wtedy po obiedzie, a ty się spóźniłeś. Nastręczył ci się Bolek, ten specjalista od pomidorów, no i przegadaliście w ogrodzie całe popołudnie.
- Skąd u ciebie ta pamięć?
Sączył powoli ciepłą, lekko posłodzoną mleczną kawę. Nie miał problemów z piciem mleka przed snem, przywykł do niego, tak jak nie mógłby sobie wyobrazić życia na wsi bez krowy. O tak, krowę zawsze mieli, bywało, że i dwie, albo jałówkę i mleczną. Mleko sprzedawali, bo w końcu dla ich dwojga, a nawet wtedy, gdy dzieci mieli przy sobie, to mleka zawsze starczało. Maria robiła też masło albo twaróg. Na targ jeździli rzadko, bo mieli stałych klientów i na to mleko, i na masło, i na ser, i na jajka. Ale zdarzało się, że sami chcieli coś kupić na jarmarku, wtedy Józef zaprzęgał Baśkę do furmanki, ładował na nią mleko sery i jaja, trochę warzyw, ziemniaki, kosztele i renety, śliwki węgierki gdy była na nie pora.
- Tatuśku, bo ja lepiej pamiętam, co było dawniej, a nie mogę sobie przypomnieć tego… no właśnie, czy ja czajnik to na bok odstawiłam? Czy zasunęłam fajerki?
- Co ja z nią mam? Wciąż to samo - myśli Józef. - Zapomina, wraca się, przychodzi i znów rozwodzi się nad jakąś sprawą, nad żelazkiem, nad kluczem w drzwiach, czy przekręcony, nad tym, czy wysypała karmę wieprzkom.
- Toż ja ostatni wychodziłem z kuchni. Herbatę ci robiłem. Dołożyłem węgla na noc i zasunąłem fajerki.
- Starzeję się, tatuśku. W radiu mówili, że z wiekiem dawna pamięć powraca, natomiast zapomina się o tym, co było wczoraj.
- To i dobrze, że mnie masz. Naprostuję ci tę pamięć.
Uśmiechnęła, przyznając rację Józefowi, bo jeśli jest się na starość w kupie, to jedno drugiemu pomoże, a tak, pomoże.
- Czemu mnie nie zapytałeś jeszcze, jaka będzie pogoda? - przypomina Maria, wiedząc doskonale, że jeśli o pogodę trwoga, to do niej.
- No więc jaka? - pyta przymuszony.
- Już od wczoraj w plecach mnie nie łupie, a i ból w kolanie jakby ustał. Stąd wniosek, że na piękną pogodę się zapowiada, ze słońcem.
- To i dobrze. Ziemia obeschnie, skopię grządki i trzeba nam pierwszy zasiew zrobić.
- A dyć uważaj, bo takie słoneczne pogody po zimie nie są najlepsze, bo tylko zwodzą, a w kwietniu to jeszcze pewnie jakiś zamróz wyjdzie i śnieg przyprószy to zasiane - tłumaczy Maria.
- Toć przykryję słomianką z trzciny. Nie potom ją ścinał z zamarzniętego stawu i obszywał, aby teraz przymrozków się lękać.
- To ja ci powiem, co i gdzie masz nasiać, żebyś mi takiego paskudztwa jak przed rokiem nie uczynił. Ogródek to ważna rzecz. Nie tylko ma być z niego dla nas pożytek, ale też ma jakoś wyglądać. No i pamiętaj, abyś naokoło nasiał słonecznika. To nic, że ziemia żyzna, ale w upały cień się przyda.
- A przyda się, przyda.
Na jakąś godzinkę Józef włączył radio, ale tam nie słuchali, bo co też tam w nim dla starych ludzi do posłuchania. Maria przypomniała sobie, że ma coś do zrobienia w dwóch pokojach, co to po dzieciach pozostały; Józef poszedł oprzątnąć stworzenia, a kiedy wrócił wielkie małżeńskie łoże było już rozścielone.
Poszli spać wcześniej, aby zaoszczędzić prądu.

[19/20.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

STYCZNIOWE ZAPISKI (2)

1.
Takie oto myśli na początek:
„Jak można strzelać z jakiejkolwiek broni; przecież pocisk może kogoś trafić i zranić. Oto jak powie normalny człowiek i ilu go weźmie za wariata.” 
W naiwności, w szczerości, w normalności swojej doskonałe. Któż mógłby tak rzec, jeśli nie Stachura. Wypowiedziane na pohybel jastrzębiom wojny, ludziom o tak miałkich poglądach, że jedynie wstyd mi za nich. Kto choć troszkę zna się na rodzimych jastrzębiach, ten wie, do kogo piję.
Albo…
„Jeżeli świat jest na właściwej drodze, rozkulbaczone wierzchowce pracują w polu. Jeżeli świat jest na niewłaściwej drodze, rumaki bojowe rosną w liczbę na przedmieściach” - też Stachury… czy trzeba coś dodawać.

2.
Nie wiem, jak rozstrzygnąć ten dylemat. We czworo byliśmy ostatnio (przed moim wyjazdem) w szpitalu i po dwóch dniach każde z nas złapało jakiegoś paskudnego wirusa, bakterię, czy inne stworzenie. Ból głowy, gardła, gorączka, kaszel i katar - do wyboru, do koloru. Dosłownie wszyscy. Donoszą mi, że nie jest najlepiej. Konsumują lekarstwa. Nie inaczej jest ze mną, tyle że medykamenty, które zabrałem z sobą są już na wykończeniu. Niestety przez ten nagły wyjazd zapomniałem uzupełnić apteczkę - nie tylko zresztą apteczkę.
Powiązałem więc dokonania farmaceutyczne z moją medycyną ludową. Świetnie działa na moje gardło (spodziewam się, że u mnie są to anginopodobne objawy) połączenie cebuli, czosnku i cukru, co daje w sumie całkiem zjadliwy soczek. Czosnku akurat nie wziąłem, ale cebula i cukier jest, wiec zażywam.
A jest nieciekawie także z tego powodu, że nad ranem, kiedy temperatura dochodzi do minus czternastu w kabinie poniżej mojego gniazda woda w butelkach zaczyna zamarzać (ciekawe, że gazowana nie zamarza).
W sumie mogłoby się trochę ocieplić.

[21.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

STYCZNIOWE ZAPISKI (1)

1. WĄTEK O STARYCH LUDZIACH
Zastanawiam się nad tym, w jaki sposób przedstawić dwojga ludzi steranych życiem, ubogich…
… ech, w naszym ukochanym kraju wielkich przemian - nie dotyczy to tylko tej ostatniej, dobrej zmiany - ostatnie lata życia ludzi starych należy wiązać z ubóstwem (jeżeli nie z nędzą) i nie odpowiada mi ten pogląd, że trzeba się było uczyć i pracować, bo ludzie uczyli się i pracowali, aż w końcu przyszedł taki jeden, co miał w najgłębszym poważaniu ich niewydajną, funta kłaków nie wartą pracę, posprzedawał warsztaty wraz z nimi, oddając za bezcen ich marzenia. To trzeba przyznać - wartość rynkowa starego człowieka wraz z wiekiem marnieje, a że się komuś tam udało i z amerykańskiego pucybuta stał się właścicielem, albo, że pierwszy milion ukradł (od czegoś zacząć trzeba), albo miało się męża/żonę na stanowisku… no i w końcu jak się znalazło w odpowiednim miejscu, czasie i towarzystwie, to można było sobie zaszaleć w tej III RP.
Nie będę pisał o ludziach na Ą i Ę, co to z wysokości swoich zarobków, emerytur i rent spoglądają na świat przez zakratowane okna, przez metalowe ogrodzenia z automatycznie, na pilota otwierająca się furtą, a wszystko po to, aby jakiś umorusany starzec grzebiący w śmietnikach, nie zawszawił swoją obecnością tego ich osiedla za żelazną kurtyną.
Tych ludzi pozostawię sobie na marginesie, jako najmniej ciekawych i wciąż dziwiących się temu, że na obrzeżach tego światowego wyścigu szczurów istnieją jeszcze tacy, którzy pytając się o wartość człowieka, nie zaglądają do jego portfela.
Moi ludzie chcą i potrafią być inni; są niezależni, po części zwariowani, tolerancyjni, na swój sposób szczęśliwi, ubodzy o sercu bogatym w uczucia. Pisz, wymaluj postaci z filmów Andrzeja Kondratiuka, tych jakże bliskich naturze.
Mam dwa kwadranse na znalezienie pomysłu, jak ich opisać.

2. CHOROBOWO
Umęczon jestem podróżą, choć może bardziej mrozem, który zakazuje opuszczać kabinę auta, a ostatnio również chorobowymi niedomaganiami, które przywiozłem z sobą, zapomniawszy niektórych lekarstw, przepędzam piękny, słoneczny, acz obfity w mroźne żniwa stycznia dzień pod Lyonem, oczekując daremnie na kolejny kurs.
Gryzę się tym, że i u mnie w domu chorują i że z tej jednej choroby może wyjść coś bardzo, ale to bardzo niedobrego, a ja zbyt daleko, abym cokolwiek mógł na to poradzić, zresztą i tak bym nie potrafił, ale to zawsze inaczej, gdy jest się blisko.
W tych okolicznościach bardzo trudno mi się wypowiadać, bo niby czemu miałbym zaprzątać czyjąś głowę sprawami, które tej głowy nie dotyczą. Z pisaniem jest co innego - napiszę parę słów, a za chwilę przyjdzie czas na nowe, grzebiąc te starsze w oceanie niepamięci.
Zdaje się, że ociepliło się o kilka kresek - wciąż na srogim minusie, ale nawet tak niewielka odmiana cieszy.

[19.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

UWERTURA KU CZCI STAROŚCI

Pewnie nigdy nie spełni się moje pradawne marzenie - osiąść na starość gdzieś na odludziu. 
Warunek niezbędny - muszę być zniechęcony światem; w innym wypadku - działam, wykuwam swoją energię, tak jak wtedy, kiedy byłem….
Ale ponieważ czuję się zniechęcony i rozczarowany, pradawne marzenie jest aktualne, choć, jak to u mnie, z marzeniami tak bywa, że raczą się nie spełniać.
Na odludziu… więc gdzie?
W zaprzeszłych czasach, znaczy się w poprzednim życiu byłem chłopem, wieśniakiem, kmiotkiem, wyrobnikiem - do wyboru. Ba, kiedyś nawet wierszyk o tym napisałem.
„Modrzewiowy, podmurowany dworek
wychowywał mnie od poczęcia.
Myślałem, że jestem szlacheckim dzieckiem.
Nic z tego.
W parafialnych księgach odnotowano,
że pochodzę z czworaków.
Jestem chłopem z dziada pradziada,
nie mam błękitnej krwi…”
Czy wstydzę się swego poprzedniego życia? Nic podobnego! A że w zabłoconych chodakach na salony mnie nie wpuszczano, to co i z tego?
Zatem jakieś sioło, przysiółek, wioska, siedlisko położone z dala od asfaltowej szosy - to być może.
Ponieważ ciągnie mnie, jak wilka, do lasu, to czemu nie osiąść pośród dzikiej kniei, w roślinny i zwierzęcy żywioł bogatej i podzielić swój los ze stworzeniem płowym, dostojnym, lotnym, grzebiącym, skubiącym, ocierającym łby o porowatą korę dumnych sosen, dębów i brzóz? I z jakim ukontentowaniem stwierdzić, że te leśne i podleśne gadziny nie plotkują, głupstw nie plotą, nie narzekają na mnie na czym świat stoi, nie oszukują, nie są wredne, a hipokryzji ich jeszcze nie nauczono.
Jest jeszcze inna kraina, do przebywania w której może i bym się najął. Pomiędzy wioską a lasem bywają łąki wybujałe, przestronne, rozłożyste, najlepiej kwieciem łubinu pokryte; łąki wykrotami tu i ówdzie przeryte, z wierzbami, co nad rowami czupryny głów swoich pochylają; są w tej dziedzinie staruteńkie grusze i jabłonie, są krzyże i kurhany, o których nikt już baśni nie powiada; i są też tam strumienie szemrzące, wody płynące i takie, co stoją, odbijając w szklistej a znieruchomiałej tafli zwierciadła swego dzienne słońca, nocne gwiazdy i księżyce.
A zatem znalazłby się na pograniczu tych trzech dominiów. Czy sam? Niekoniecznie, choć kto tam ze mną na starość wytrzyma, skoro i teraz jestem nie do wytrzymania, i głowę mi suszą, słusznie, bo albo nijakiego znaku nie daję, albo też siły do przetrwania nie mam.
Jednakowoż spróbuję coś napisać o tym, co to mnie samego już spotkać nie, lecz w opowieści przecież wszystko zdarzyć się może. W niej odbiją się te pogrzebane za życia marzenia….

[18/19.01.2017, Rillieux la Pape we Francji]

16 stycznia 2017

PAMIĘĆ NIEZWYKŁA

Powiedziałem: otworzyłem oczy i ujrzałem biały nieboskłon sufitu sali i rozedrgane fartuchy kobiet, też w bieli, ręce czyste widziałem, i swoje niezdarne ciało otulone miękkością ręcznika czy prześcieradła; zerkałem na nie zamglonymi oczami i poznawałem zapach bawełnianego płótna, krzyczałem na wspomnienie klapsa a może to jeszcze pozostałość po bólu wywołanym odcięciem pępowiny; a ona czekała na mnie szczęśliwa w zmęczeniu swoim, w uldze i niecierpliwości w oczekiwaniu; odpoczywała pod powleczonym kocem podciągniętym pod samą krawędź podbródka; czekała na zawiniątko, ten becik, z którego wyrastały pulchniutkie rączki, z którego delikatna główka wsparta na ramionku poszukiwała matczynego ciała, a usta domagały się zaspokojenia głodu życia.
Przypomniałem sobie: pierwsze trzy miesiące były jednym wielkim pasmem buntu (czyżbym już wtedy zapowiadał się jako buntownik czystej krwi); nie pozwalałem sobie na sen, nie pozwalałem zasnąć matce, starałem się krzykiem wyjaśnić całemu światu swoją na nim obecność; czasami zasypiałem wczesnym popołudniem, a nocą, w przerwach pomiędzy spazmatycznymi atakami płaczu obserwowałem matkę kołyszącą pustymi ramionami mnie, którego już położono w łóżeczku; przestałem się buntować tego dnia, kiedy skończył się urlop macierzyński… 



[16.01.2017, Dobrzelin]

15 stycznia 2017

MĘTLIK

1. Sobie a muzą z chorobą w tle.
Możliwe, że powinienem przestać pisać na jakiś czas. Choroba w rodzinie stwarza taką ewentualność. Ale może jest tak, że pisanie uspokaja? Zapewne, skoro istnieją uzasadnione podejrzenia, że mamy do czynienia z jeszcze jedną chorobą, przewlekłą i zbyt trudną do wyleczenia, tym razem z piszącym te słowa w roli głównej.
Pisząc sobie a muzą, mimo wszystko odczuwam, że do kogoś ze swoimi słowami trafiam. Czy do wszystkich, do których bym chciał? Nie wiem. I tak sobie piszę. Trudno.

2. Jak stać się prawdziwym Polakiem? 
a. Narzekaj na komunę: było gorzej, a nawet źle. 
b. Uzupełnij punkt pierwszy informacjami o notorycznej obecności na półkach sklepowych octu i musztardy.
c. Dodaj, że byłeś prześladowany, a twoje cierpienia nie miały końca.
d. Domagaj się ukarania winnych.
e. Módl się.

3. Coś pisze także do mnie
Napisało do mnie coś podpisane Tomasz Terlikowski
Napisało między innymi tak:
„Ja, jak co roku, nie wrzucę do puszek WOŚP nic. A powód jest niezmiernie prosty: nie wspieram organizacji i osób, które otwarcie wspierają zabijanie najsłabszych: nienarodzonych i chorych. Wrzucając pięć, dziesięć albo i sto złotych do puszek WOŚP, angażując się w zbiórkę czy przekazując prezenty na licytację w istocie budujesz autorytet Jerzego Owsiaka. A on ten autorytet wykorzystuje [...] do wspierania aborcji i eutanazji. Każda złotówka na wsparcie WOŚP, każdy kolejny sukces Owsiaka to wsparcie nie tylko dla niego, ale także dla promowanych przez niego idei. A te są obrzydliwe”.
W pierwszym odruchu wymiotnym chciałem zaprotestować, ale jaki jest sens wdawać się w polemikę z czymś, co nawet nie jest kamieniem, a jego połową… z „półkamieniami” jest podobnie jak z półgłówkami.

4. Długopis nie zostanie zlicytowany.
Skupiająca się na realizacji zadań rządowych pani wojewodzina świętokrzyska, Agata Wojtyszek (personalia warte zapamiętania) odmówiła Europejskiemu Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie wsparcia w/w fundacji fantem, który mógłby zostać zlicytowany na aukcji prowadzonej w związku z kolejnym finałem WOŚP. W gabinecie przedstawicielki rządu nie znalazł się nawet gadżetowy długopis z odciskami palców tej pani.
W moim okolicznym szpitalu podczas grania świątecznej orkiestry oddawana będzie krew. Ci, którzy ją oddadzą, żyją w przeświadczeniu, że nie ma krwi partyjnej i że ta krew cokolwiek więcej znaczy niż wyskrobana na kolanie odmowa podarowania choćby marnego rządowego długopisu .
Dzięki takim szlachetnym wojewodzinom jak pani Agata Wojtyszek długo pis nie porządzi, czego serdecznie życzę… nie dziękować.

5. Truskawki bez smaku.
W samym Krakowie, mieście cokolwiek dla rodzimej kultury  zasłużonym, w czasie obrad rajców tamtejszego magistratu przemówiło coś (lub coś 1 i coś 2, bo są kontrowersje) tymi słowy: „Dzieci z in vitro to eksperymenty genetyczne, jak truskawki bez smaku" oraz „Współczuję córce pana K. (radny PO), że musi bawić się z dziećmi z in vitro.” A zatem coś przepięknie wpisało się w poetykę pewnego kaznodziei, który wynalazł bruzdę dotykową u dziecka poczętego metodą in vitro oraz pewnego zasłużonego w donoszeniu na kolegów po fachu aktora, który miał rzec, iż „ostatnio rodzą się liczne dzieciaki z tego in vitro, koszmarnie chore, połamane”.
I to coś (jedno, czy dwa) z Krakowa, i ten ekspert od bruzd w sukmanie, i ten donoszący aktor, pomijając już fakt, iż każdemu na tym świecie wolno prawić głupoty, wykazali się nadzwyczajnych taktem wobec dzieci i szczęścia ich rodziców, szczęścia, o którym te postaci zielonego pojęcia nie mają.

[15.01.2017, Dobrzelin]