Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

07 września 2015

BO DOBRZE TŁUMACZYSZ...

- Bo ty tak dobrze tłumaczysz. Wszystko zrozumiałam.
Być może te właśnie słowa zaważyły na tym, że Adam, już po wojsku, po roku pedagogicznych studiów, których nie ukończył, po dwóch latach policealnej szkoły, która dawała całkiem niezły zawód, powrócił do młodzieńczych fascynacji, do tego, w czym widział swoją przyszłość, jeżeli w ogóle w wieku lat dziewiętnastu, po maturze, przyszłość swoją widzi się w jaskrawych barwach.
Siostra miała się okazać wyrocznia i wróżką; utwierdzała go w przekonaniu, ze po raz drugi spróbować warto.
Z drugiej strony, myślał sobie, cóż to za zawód ten nauczyciel? Nic konkretnego. Podówczas opłacany niewiele, niczego konkretnego nie wytwarza, niczego, co chciałbyś kupić i z tego skorzystać.
Piekarz na ten przykład - ten to ma satysfakcję, że jego bułeczki każdego dnia mile widziane na porannym stole, gdy kroisz je, smarujesz masłem, dokładasz wędliny, sera, dżemu, co kto woli, i zaspokajasz głód po martwej nocy i posilasz swój organizm przynajmniej do obiadu. Piekarz widzi natychmiastowe skutki swojej pracy… a nauczyciel? Może po latach, a i to nie każdy.
Jakoś w kwietniu to było, gdy wojsko zaliczył i już przemyśliwał, czy do poprzedniej nie wrócić pracy, kiedy to okazja się przydarzyła, jak to w życiu pełnym niespodzianek.
Na wsi głębokiej, z dala od szosy zrobił się nauczycielski wakat; nieco ponad pół etatu dla wuefmena, z zajęć praktycznych i parę godzin polskiego.
Dla tych co nie bardzo z tematem szkoły zapoznani trzeba koniecznie dodać, że były onegdaj takie czasy, kiedy nauczycieli potrzebowano, zwłaszcza na wsi spokojnej i głuchej, gdzie szkoła znaczyła więcej niż teraz i mniej znała się na biurokracji, więcej na wychowaniu. Najważniejsze było to, aby w ogóle kto zechciał na tej prowincji przez Pana Boga zapomnianej, dzieciska uczyć, aby nie były one samopas puszczone jako te krowy na pastwisko, aby nie szwendały się bezcelowo, kiedy nie czas po temu, aby wreszcie czegoś tam w życiu się nauczyły, co im się w tym właśnie życiu przydać może.
Były takie czasy, kiedy  nauczyciel ucząc takie kapuściane, ale jakże wdzięczne głowy, czas swój poświęcał bez oglądania się na to, ile przy okazji zarobi. Także wśród rodziców miał swoje poważanie. Ci czekali tylko okazji, aby opiekuna ich dzieci ugościć należycie.
Takie to były czasy.
Adam trafił do szkółki oddalonej o 10 kilometrów od miasteczka, w którym mieszkał. Pojawił się zgodnie z umową, przed ósmą, podjeżdżając rowerem pamiętającym czasy Szozdy i Szurkowskiego.
- To znaczy, że rowerem będzie pan dojeżdżał? A zimą?
Właśnie kwestia dojazdu stanowiła najważniejszy wątek rozmowy z dyrektorką.
- Póki dam radę, będę dojeżdżał rowerem. Zimą, autobusem z przesiadką.
Później się okazało, że tej przesiadki nie było i tych pięć kilometrów dochodził pieszo.
- Bo gdyby zmienił pan zdanie, to u mnie w szkole dwoje młodych mieszka. Wystarczy łóżko dostawić. Widzi pan, ja szukam nauczyciela, który pozostałby z nami dłużej, a wielu rezygnuje, choć dzieciaki naprawdę miłe, przekona pan się.
- Rozumiem - odpowiedział - jestem zdeterminowały, aby pracować tu jak najdłużej - zapewnił - szkoła znajduje się w pięknym miejscu.
- Tak pan sądzi? Ja żadnych atrakcji nie widzę. I jeszcze jedno: od września weźmie się pan do nauki. Skieruję pana do studium nauczycielskiego. Polonisty, drogi panie, mi brakuje.
- Z wielką przyjemnością - odparł.
- Zatem do roboty.
Była więcej niż konkretna. Dostał niemal cały etat i wychowawstwo w zastępstwie.
- Gdyby miał pan jakieś problemy, proszę się z nimi zwracać do pani K., która będzie pana opiekunką i nauczy pana konspekty pisać i właściwie przygotowywać się do lekcji. Do mnie też zawsze może pan przychodzić… i bardzo proszę, aby się pan pytał, czego nie wie. Zrozumiał pan?
Czemu miałby nie zrozumieć.
Został puszczony na głęboką wodę, lecz wyposażono go w kapok, a i koło ratunkowe zawieszone było na podorędziu i do rzucenia gotowe.
Choć nie miał krztyny doświadczenia w nauczycielskim fachu, przypomniał sobie stwierdzenie siostry i poprzysiągł sobie, że zostanie tym, co dobrze tłumaczy.

[epizod "Prowincji"]
[pod Augsburgiem w Niemczech 29.08.2015]

3 komentarze:

  1. Dobrze, że nie w klasach łączonych, bo i takie bywały. Pół godz. lekcyjnej na "Pana Tadeusza", pół na Maryśkę Konopnicką. Dzieci chętne, wiedziały, że zmienią swój los. Kiedy się wykształcą, znajdą pracę. I co ciekawe, wielu chciało być nauczycielami, bo to był zawód szanowany.

    OdpowiedzUsuń
  2. ... a bywały takie lekcje, nie zaprzeczę.... i sam rzadko, ale je miałem. No cóż, według mnie lepiej tak, niż gdyby szkołę na cztery spusty zamknąć, tak jak teraz mojej córki podstawówkę...i dosłownie niszczeje. O, tak, inne toby ły czasy... jak myślę w ogóle więcej szacunku było dla człowieka... mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń