Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

04 września 2015

ZIÓŁKA

- Gdzie onże? - Kwiecieniowa siorbnęła łyczek herbaty z cytryną. Aż jej się błogo zrobiło na żołądku. Gdyby jeszcze miodzik, pomyślała, albo rumu naparsteczek. W kościach mnie łamie, na zmianę idzie.
- A tamoj - pokazała ręką - w izbie mojego chłopa, Panie świeć nad jego duszą. Zaległ i śpi teraz po ziółkach, jakie mu zapodałam.
- Że też się tobie, Banasiowa zawsze jakiś chłop trafi. Jak nie żyd, to utopielec… i teraz ten, co to na siebie rękę podniósł.
- Żyd to był za moją matkę, świeć Panie nad jej duszą. Z transportu nawiał i przypałętał się pod obórkę, a chudy taki, skóra a kości, i obolały, ledwo co się poruszał. To matka czym prędzej do  chałupy go zaciągnęła, a sama ze mną była, bo ojciec u Niemca w oflagu. Wpierw go umyła, bo cuchnął śmiercią, ubrała, nakarmiła i na zapiecku mu posłała, aby jak człowiek odpoczął, ale potem to na strychu trzymała, bo Niemca strach. Nie mój ci ten żyd, nie mój.
- Ale utopielec to już twoja sprawka - przypomniała Kwiecieniowa.
- Autem przejeżdżał na wczasy, potem gadał, że do żony, co ją wcześniej nad jezioro wygnało, ale wierzyć takiemu chłopu? Kto to widział, aby żonę samą w świat, choćby i na wywczasy puszczać, juści, do kochanki jechał… no i się, psia jucha, w tym naszym stawie pozamoczoł, na kąpanie mu się zebrało. Krowę niedaleczko pasłam, aż tu słyszę, ktoś drze się w niebogłosy, un ci. To ja chyżo do stawu podbiegłam… o młoda wtedy byłam, na sześćdziesiąty piąty krzyżyk mi szło i tego powrózka z krasulinego łba ściągłam, i onemu nieszczęśnikowi rzuciłam. Ostatnim dechem podjął i śtrasznie mocno się powroza trzymał, to go ściągnęłam do brzegu. Ha, ile to wody się opił. Na boku go położyłam i dalejże go młócić pięściami po plecach, to i odkasłał co swoje, ale taki słabiuśki był, że ledwo, ledwo do chałupy zaszedł. Tam dałam mu ziółek, herbaty i spirytem go natarłam, a un wiela się o ten samochód zamartwiał, godał a godał. Ja do niego se mówię: leż tu psubracie, skoro Pan Bóg ci życie darował, to co jemu po twoim aucie. A ten, że ukradną. A kto by się na twoje auto pokusił. Na kunia, to insza sprawa. Cygan jaki, abo przejezdny, ale takiego klamota brać?
- Banasiowa, ty zwykle kolorujesz. Jakie by to auto nie było, to najdzie się taki, co z okazji skorzysta i martw się później, policję wzywaj, a one nie takie skore do szukania. Pierwej się zapytają, czy zabezpieczony był, a jak tak, to niech je pezetu odnajdzie, abo zapłaci.
- Felciu, dawne to były czasy i złodziejstwo jeszcze się po świecie tak bardzo nie panoszyło. Dwudziesty siódmy krzyżyk mija właśnie.
- Nie dodajesz ty sobie?
- Jeśli nie odejmę to nie dodam.
Siorbnęły sobie po łyczku i jak raz wiatr się zerwał taki, że Banasiowa co rychlej musiała okna w chałupie pozamykać. Znienagła zaiskrzyła błyskawica i gruchnął piorun tępym łomotem.
- Tak mnie w kościach łamało, wiedziałam, że tak będzie - westchnęła Felcia - a chłop doma, zamartwi mi się teraz.
Banasiowa nie odrzekła nic, tylko z szuflady stołu, przy którym siedziały wyjęła zapałki i świecę.
- Zara prund wyłączą - stwierdziła - a twój chłop przecie wi, żeś do mnie przylazła, to i czego się ma zamartwiać?
- Wie, wie, ale on zawsze taki martwiący jest.
- Żeś go sobie porzundnie wychowała, to i się martwi.
- A twój chłop nie lepszy był. Starszaś ode mnie, ale pamiętam, jak po wsi chodził i opowiadał: Zośka to, Zośka tamto, nic ino cię chwolił a chwolił… i popatrz, jak się prędko zawinął.
- Felciu, Pan Bóg dobry jest i sprawiedliwy, jak gadają, ale śtrasznie zazdrośny. Un też pewnikiem chciał mieć przy sobie mojego Bolusia. Wszystko mu tam w niebiesiech porobi, ponaprawia, robotny przecie, aż miło.
- Ale samiuśką ciebie ostawił, a przedtem ostałaś się bez Wacusia.
Banasiowa na samo wspomnienie syna rozlała z oczu łzy, które zaraz rękawem sukienki otarła, aby nie rozkleić się do reszty. 
- Nie wspominaj, Felciu, nie wspominaj. Zapalenie mózgowych opon dostał a na to ani sam Pan Bóg, ani moje ziółka nie pomogą.
Kwiecieniowa otrząsła się jak po oparzeniu i zeźliła na siebie. Że też musiałam jej Wacka przypomnieć, durna ze mnie baba.
Wiedziała przecież, że o Wacusiu w tym domu się nie mówi; w zaduszki, na imieniny, we święta, to i owszem, ale albo na cmentarzu, albo w kościele. Tak już sobie umyśliła.
- I co z tym utopielcem - zmieniła temat - chociaż podziękował?
A Banasiowa już normalnym głosem:
- A jakże. Jak już doszedł do siebie i obaczył, że i samochód zdrowy, to tak mnie ucałował, żem się rakową zupą po pulikach oblała, a potem wiela razy paczki mi przysyłał ze słodyczami, z konserwową szynką, z szampanem, i takimi tam… z zagranicy przysyłał.
- Morowy chłop okazał się. Może jednak nie do kochanki pędził? - powątpiewała Kwiecieniowa.
- A co mnie, Felciu, do tego, i wiedzieć o tym nie chcę. Dla mnie to spisał się na medal.
- A medal to twoja matka za tego żyda dostała - przypomniała Kwiecieniowa.
 - A dostała. Sześć miesięcy u nas był i odżył sobie, a kiedy porzundnie na gębie się poprawił, to se poszedł i, widocznie Pan Bóg mu kazał okupację przeżyć, więc przeżył, a po latach to gdziesik to napisał, no i matka, świeć Panie nad jej duszą, dostała z samej ambasady, abo nie wiem skąd, takie pismo, że ma się osobiście stawić, bo jej dyplom dadzą i jakichciś order za tego żyda, no i że ten żyd też tam będzie, bo on ci się o to wystarał. To i pojechała, popłakała się jak jaka mizerna baba, i dostała ten order; do dziś trzymam w kuferku.
Kwiecieniowa choć często lubiła mieć swoje lepsze zdanie i z Banasiową nieraz się wadziła, to gdyby ją jaki obcy przepytywał o ród Banasiowych, to oczy wydrapałaby każdemu, kto o jej sąsiadce złe słowo miał powiedzieć. O nie, my możem się swadzić, najeżdżać na siebie, ale wara komu od Banasiowych, bo to ludziska z dziada pradziada dobre, uczynne i pracowite, nie inaczej Zośka. Od gęby sobie odłoży, drugiemu da.
Banasiowa, jakby przejrzała się w myślach Felci.
- Czekaj no - powiedziała - łyska i łyska. Zaruchno prund wyłączą. Napijem się nalewki na jeżynach - zaproponowała i zaraz na stole stanęła karafka i dwa kielonki, wcale nie mizernej postury - napijmy się, aby ci przeszło to łamanie.
Pociągnęły z cicha, aż oczy im zabłysły nie gorzej niż srebrzysty sierp błyskawicy.
- Powiadaj mi teraz o tym… no… samobójcy. Jakżeś go naszła?
Banasiowa wiedziała, że sąsiadka musi koniecznie się o tym nieboraku wywiedzieć, bo po to przecież przyszła. A niechaj tam. Czy ona sama po kominkach nie chodzi? nie rozpytuje? Jak świat światem, tak w ich wsi było i tak pozostanie. Ale co to za wieś dzisiaj. Autostradę porobili, to ich wioskę jak prosiaka podzielili na pół. Ci ze wschodniej strony zyskali, bo pieniądze za ziemię podostawali i albo się powyprowadzali do rodzin, albo, co młodsze, pokupowały ziemię gdzie indziej, z budynkami. A te jedenaście domków zostało. Budowniczowie obiecali most przez drogę położyć, aby do miasta było bliżej, a ten i ów chłop to nawet po drugiej stronie miał łąkę, więc po co komu w dzierżawę dawać. Guzdrali się z tym, guzdrali, ale w końcu położyli… ale, aż przykro patrzeć, bo po tamtej stronie wsi już nie ma. Felciu, no co ja ci powiem. Wiesz, że najpierw to było sucho, upalnie nawet, a potem dyszcz za dyszczem przyszedł i kiedy raz loć przestało, przemyślałam sobie, że taneczników se nazbieram wedle tej kolejowej drogi, tego nasypu. Tam kiedyś szerokie i wąskie tory były, co to do cukrowni szły i, Pan Bóg wie, gdzie jeszcze dalej. Ale teraz to tylko te szerokie szyny się ostały, bo te wąskie to złomiarze porozkradali, mówią, że na chleb nie mieli, ale kto ich tam wie, jak było. Tam taneczników a też i pieczarek, sama wisz, było a było. Najsampierw wozili wysłodki, to te soki kapały, później rzepak, a w końcu buraki, albo gnój z pegeeru. Dawne to czasy, ale ziemia pamięta. A kiedy cukrownię i pegeer pozamykały, bo mało wydajne niby były, a zresztą kto to wi, bo to zaraz nowe gospodarze naszły, dawne dyrechtory, to te nowe na nasypie popasali krowy, tamoj zielsko jak na drożdżowej mące rosło. No i tym sposobem także taneczniczki i pieczarki zdrowiuśkie rosną. A pamiętasz, dawno już to było, jako to mój Boluś, świeć Panie nad jego duszą, upraszał u kolei, co by nasypu żadnym tam olejem ani innym ścierwem nie polewali. A uni, że tak trzeba, żeby badyle po torach nie wyrastały. Ale Boluś uprosił i rok w rok z kosą chodził i oporządzał, a zielsko, rzecz jasna, krowom naszym dawał, a kiedy się kuńczyło lato, a wilgotno było, my na te taneczniczki szli.
- Wiem, wiem, sama chodziłam i dzisiaj chodzę.
- Też i ja z koszykiem poszłam pozbierać. Mówię sobie: z jajeczkami usmażę, z cebulką, Kamelakowi dam, to mi drewek narąbie… jak umyśliłam, tak i zrobiłam. Podchodzę ci ja pod tory, wedle tego wiatraka, co ruiną straszy, aż strach zajść do niego, bo na łeb zwalić się może; tylko jakieś młode obsmarkańce tam lezą i chleją; podchodzę i patrzę, a tu na torach coś leży. Łach jakiś, dywan, albo co. Z daleka nie widać. A ja bliżej… a tu nieboraczek na tych szerokich torach się położył i to jak zgrabnie: pod głową plecak miał, żeby go szyna w łeb nie cisnęła. Pomiędzy szynami widzę jakieś porozsypywane prochy i pusta flaszka, z której jeszcze gorzałę czuć na metry. Łapię go tedy za koszulinę, w kratę czerwoną była, ale ten bezwładny, ciężki jakiś, nie da mi się ściągnąć, a spirytem śmierdzi, a bełkoce coś pod nosem. Poczekaj no, mówię, już ja ci dam tak paskudnie skonać. Od razu po tych proszkach i tej butelczynie pomyślałam sobie, że chłop przyszedł tu  na zatracenie i na torach się położył. Mówię sobie: obcy jakowyś, albo głuptak. Co to, on nie wie, że pociungi tu nie jeżdżą? Nie widzi, że szyny nie wyślizgane, że chwostem porastają? Akurat uda ci się dokończyć żywota, czekaj tatko latka. Patrzę tedy, że dycha, a że sama nic nie poradzę, poleciałam w te migi do Kamelaka. A że chłop to uczynny, więc zarutko dopiął dwukółkę do traktora. Tak i my przyjechali, i wciepali nieboraka na tę dwukółkę, a nią prosto do mojej chałupy. Posadzili my go, wsadzili mu do gardła palce, ponapluwał się od tego badania i w końcu ożywił, ino zimno go zdjęło, więc pod kocem go chowałam i zaraz ziółka mu zrobiłam, a dla lepszego działania spirytem zaprawiłam. Jam go poiła, a Kamelak trzymał go pod pachy, a leciał mu jak woda przez palce, to Kamelak myśloł se pogotowie zawezwać, lecz ja mu: po co, kiedy moje ziółka więcej dobra mu przyniosą niż pogotowie. Te chachary nie dość, że ci się opóźnią, to zaraz jeden z drugim dochtorem przepytywać będą, na policję zapodadzą, a tego umarlaka to nie gdzie indziej, jak do wariatkowa oddadzą, aby święty mieć z nim spokój. I tak właśnie został sobie u mnie. 
- A choć mu lepiej? Bo jak się tak słucha, to ino śpi a chrapie.
- A lepij, lepij. Wczoraj już mu się poprawiło, tylko mi od rzeczy godał, że niepotrzebna ta moja fatyga, bo on by sobie przez to zrobił, co uplanował, a ja mu w tym przeszkodziłam i gdziesik się naczytoł, że każdy człowiek ma prawo ze swoim własnym życiem zrobić to, co mu się spodobuje.
- A Pan Bóg? Jak z nim?
- Też mu powiedziałam, że woli Pana Boga nie szanuje, a un na to, że pewnie Pan Bóg zapomniał okulary, bo bez nich nie widzi jak jemu się źle dzieje.
- Młode to i nie wie, że na bożym świecie gorzej się działo i ludzie wytrzymywali - Kwiecieniowa była najwyraźniej wzburzona.
- Jemu to powiedz, może zrozumi. Ale tak z drugiej strony, Felciu, to każdy człowiek ma swoje odczuwanie. Błądzi bo błądzi, a jeszcze diabeł mu podpowiada, co ma czynić i to niebożątko słucha, gdy znikąd pomocy ni ma. 
- Litujesz się nad bezbożnikiem.
- A lituję… bo jak człek samiuśki na tym świecie, to litość bierze patrzyć, jak się męczy.
- A on sam jest? Za młody, aby być sam jak palec.
- Ja jego pytałam, czy sam. Un na to, że sam, choć ja nie wierzę, ale samotny to być może. Kiedy my tak pogodali od serca, to mówię ci, Felcia, pożałuj i jego, bo pewnie taka żałość go wziena i przycisnęła, że strach pomyśleć. Tom pomyślała sobie, że uwarzę mu takich ziółek, aby pospał i może mu przejdzie.
Banasiowa polała po połowie kielonka i za zdrowie chłopa wypiły. Burza jakby się oddalała, mniej wiało, tyle że błyskawice jak darły na kawałki niebo, tak i nie przestawały. 
Kwiecieniowa z kolei pomyślała sobie, że jak kapać z nieba przestanie, chłop jej do Banasiowych drzwi zapuka, opieprzy ją zdrowo, ale siądzie za stołem, rad byłby się czegoś dowiedzieć więcej o samobójcy, bo choć we wsi już wiedzą, to on chyba najmniej. I jeszcze Kwiecieniowa kombinowała, ho, ho, ile to już lat kombinowała, jakby się tu wywiedzieć o Zosinych ziółkach, co to na wszystkie są choroby z wyjątkiem tej, co jej Wacusia do ziemi zabrała. Ale tam… Banasiowa nie pozwoli i już. Tajemnica, powiada. Do grobu z sobą weźmie, bo teraz… kto młody chciałby ziołami leczyć, to przecież nie honor a wstyd, a lekarze… jak oni śmieją się z tego znachorstwa. Nie, Banasiowa nie zdradzi, czym leczy kaszel, czym nerki i wątrobę, a wreszcie serce i głowę, która, tak jak temu, co za ścianą leży, kazała głupstwo palnąć. Będzie się po tych łąkach, po tych lasach włóczyła, a to przed zmrokiem, a to o brzasku, nazrywa tych zielsk rozmaitych, ususzy, potnie, wymiesza, zaprawi… i potem zapoda, a każdy, no mój ty Boże, każdy, co z ziółek tych skorzysta, z tych olejków, naparów, maści, mikstur, mieszanek, każdy jest zadowolony, bo Banasiowa, jeśli wie, że nic tu po jej ziołach choremu, to w oczy powie: nie pomogą ci, dobry człowieku, bo ty nosisz w sobie taką nową chorobę, z którą poradzić sobie mogą tylko dochtory, ale jeśli chcesz coś dla spokojności, to proszę bardzo… i daje te mikstury, oleje, mieszanki.
Tak sobie właśnie myślała Kwiecieniowa, a jeżynowa nalewka tak ją od środka rozgrzała, że jak jej chłop przyjdzie, a przyjdzie, była tego pewna, to sobie jeszcze potańcują. A jakże, lubiła tańczyć… ale jak tu tańczyć, kiedy ten nieborak za drzwiami śpi, to tak jakby radować się z jego nieszczęścia, z jego duszy, którą chwycił w kudłate łapy sam diabeł. Jaka ta Banasiowa dobra kobita, jaka dobra, nad każdym się ulituje, nawet nad tym, co zaprzedaje duszę diabłu… a ile sama w życiu wycierpiała….
Nagle cisza taka nastała, że obie kobiety, jedna ze strachu przed drugą pomyślały, że słychać ich własne myśli, a przecież człowiek nie zawsze ma ochotę tak do cna się ich pozbywać.
I wtedy rozwarły się drzwi.
- Babuniu, gdzie ty trzymasz to drzewo, narąbię ci, póki jeszcze dzień nie położył się spać.
- Jak z chałupy wyleziesz, po prawej ręce będziesz miał obórkę. Znajdziesz - głos Banasiowej rozległ się szybko i hałaśliwie, jak z automatu. Dopiero gdy samobójca wyszedł, obie oniemiały a jedna w drugą tak się zapatrzyły, jakby od lat się nie widziały i nie poznawały swoich twarzy.
- Babuniu, ci powiedział - wykrztusiła z siebie Kwiecieniowa - zali krzywdy sobie siekierą nie uczyni? - dodała nie na żarty strwożona.
Banasiowa niemalże na cały głos się roześmiała.
- Felciu, bądź spokojna… po moich ziółkach? Nie, nic mu się nie stanie.

[w Monachium, 24.08.2015]

3 komentarze:

  1. A ładnie to tak?
    Tak długo nie być i nie być?
    A potem nagle tyle lektury obowiązkowej na raz wrzucić???
    Dobrze że to lektura piękna.:-))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ano żem nie był do licha czasu i ciut ciut, bo ino cięgiem na te długopisy i kajety ciułam, aby czym i w czym popisywać sobie, a że długo nie bywam, to i se naciułam wiela i potem tak wiela literków przybywa, za co pokornie przepraszam... ale czy piękną tę bazgraninę nazwać... o, tego'm bym wyrzec się nie ośmielił, lecz już skoro się podobuje, to pewnie tak być musiało... podziekowania

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciułać na te kajety i pisać, ponieważ człowiek od razu wskakuje w świat Banasiowej, która leczy ciało. Potrafi pomóc na nerki, kaszel, a może i ma lekarstwo na smutek duszy. Takie ziółka mieć, to byłoby coś.

    OdpowiedzUsuń