R.4. POWRÓT (zakończenie)
[…]
— Mylisz się.
— Zaraz ci dowiodę — odpowiedział Ignacy przyciszonym głosem. — Ty nie jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy…
— Zapewne — rzekł Wokulski po namyśle.
— Bo i na co trzysta tysięcy rubli tobie, któremu wystarczało tysiąc na rok?…
— To prawda.
Rzecki zbliżył swoje usta do jego ucha.
— Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tych nie przywiozłeś dla siebie…
— Kto wie, czyś nie zgadł.
— Zgaduję więcej, aniżeli myślisz…
Wokulski nagle roześmiał się.
— Aha, więc tak sądzisz? — zawołał. — Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary marzycielu.
— Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?…
Wokulski wciąż się śmiał.
— Masz rację, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale — już zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam — za pomyślność moich zamiarów.
Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł:
— Za pomyślność wielkich zamiarów…
— Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych.
— Niech i tak będzie — mówił Ignacy. — Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej rzeczy — pięknej śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie…
— Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem.
— Już byłem i nieszczęśliwie… — rzekł Ignacy.
— Z wdową przed siedmioma laty?
— Przed piętnastoma¹⁰⁹.
— Znowu swoje — roześmiał się Wokulski. — Zawsze ten sam!
— I tyś ten sam. Za pomyślność twoich zamiarów… Jakiekolwiek są, wiem jedno, że
muszą być godne ciebie. A teraz — milczę…
To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek rzucił na ziemię. Szkło rozbiło się z brzękiem, który obudził Ira.
— Chodźmy do sklepu — rzekł Ignacy. — Bywają rozmowy, po których dobrze jest mówić o interesach.
Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nich mokry śnieg. Rzecki otworzył drzwi sklepu i zapalił kilka lamp.
— Co za towary! — zawołał Wokulski. — Chyba wszystko nowe?
— Prawie. Chcesz zobaczyć?… Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę…
— Później… Daj mi księgę.
— Dochodów?…
— Nie, dłużników.
Rzecki otworzył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski usiadł i rzuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko.
— Sto czterdzieści rubli — mówił czytając. — No, to wcale niedużo…
— Któż to? — zapytał Ignacy. — A… Łęcki…
— Panna Łęcka ma także otwarty kredyt… bardzo dobrze — ciągnął Wokulski zbliżywszy twarz do księgi, jakby w niej pismo było niewyraźne. — A… a… Onegdaj wzięła portmonetkę… Trzy ruble?… to chyba za drogo…
— Wcale nie — wtrącił Ignacy. — Portmonetka doskonała, sam ją wybierałem.
— Z którychże to? — spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę.
— Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka.
— Musiała jednak dużo między nimi przerzucić… Jest podobno wymagająca…
-------------------------------------------------------------------------
¹⁰⁹Przed piętnastoma — w domyśle: laty, a więc w r. 1863; pojawia się tu kolejna aluzja do udziału Wokulskiego w powstaniu styczniowym.
-------------------------------------------------------------------------
— Wcale nie przerzucała, dlaczego miałaby przerzucać? — odparł Ignacy. — Obejrzała tę…
— Tę?…
— A chciała wziąć tę…
— Ach, tę… — szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.
— Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście…
— Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób.
— Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.
— Ta bardzo mi się podoba. Wiesz… ja ją wezmę, bo moja już na nic…
— Czekaj, znajdę ci lepszą — zawołał Rzecki.
— Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się przyda.
— Spinki masz?… Krawat, kalosze, parasol…
— Daj mi parasol, no… i krawat. Sam wybierz. Będę dziś jedynym gościem i w dodatku zapłacę gotówką.
— Bardzo dobry zwyczaj — odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat z szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiechem Wokulskiemu. — Po strąceniu rabatu — dodał — jako handlujący, zapłacisz siedem rubli. Pyszny parasol… Bagatela…
— To już wrócimy do ciebie — rzekł Wokulski.
— Nie obejrzysz sklepu? — spytał Ignacy.
— Ach, co mnie to ob…
— Nie obchodzi cię twój własny sklep, taki piękny sklep?… — zdziwił się Ignacy.
— Gdzież znowu, czy możesz przypuszczać… Ale jestem trochę zmęczony.
— Słusznie — odparł Rzecki. — Co racja, to racja. Więc idźmy.
Pozakręcał lampy i, przepuściwszy Wokulskiego, zamknął sklep. W sieni znowu spotkał
ich mokry śnieg i Paweł niosący obiad. [...]
[31.08.2026, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz