Kolejny dzień. Poranek. Słońce na parapecie przeciąga się jak nie dość wybudzony ze snu kot. Słońce z tamtej strony okna bierze w łapę gąbkę i czyści szybę. Kryształ. Oczy pieką. Jeszcze chwilę trzeba z przymkniętymi powiekami poleżeć. Teraz. Wyciągam rękę, jak daleko, jak daleko. Przybijamy piątkę.
- Nareszcie śpiochu - mówi, śmiejąc się i rzeczywiście buźkę ma tak pięknie rozciągniętą jak na obrazku.
- A wiesz ty - odpowiadam, siadając wreszcie na swoim łożu madejowym, prostując kręgosłup zniszczony torturami Nocy - że całą noc w Nocy objęciach byłem bezsenny, wciąż drążyłem własne myśli lub chwytałem je po omacku, krążące nad głową ciężką i rozpaloną? I teraz w twoim świetle, uszczknę rąbek tajemnicy, taki sam jaki widać na twojej twarzy, tuż tuż przed ziemskim cieniem zasłaniającym światłość dnia.
- Mów więc, zanim Anna wróci z pszenną bułką, abyś mógł skosztować puszystości zroszonej miodem lub marmoladą.
Słońce wiedziało dobrze, że z nadejściem Anny będzie musiało z parapetu zeskoczyć, gdyż ona, nie zważając na moje protesty, rozwiera ramiona okien no oścież, gdy tylko wkracza żaglowym okrętem do pokoju.
- Spójrz więc na te trzy księgi, do których dobrałem się przed północą.
I patrzy, źrenice oczu przymyka, to znów rozwiera. Na stole oprócz sterty papieru trzy zamknione księgi odznaczają swe piętno. Słońce na chwilkę spuszcza giętkie nóżki z parapetu, na dywanie przystaje i opisowo czyta:
- Dziadów część druga, Wyspiańskiego Wesele i Kartoteka. Proszę, proszę. I cóż z tego wynika? Co się z tym stanie?
- Odwiedzili mnie, gdy Noc nastała, trzej moi mistrzowie. Jak jeden mąż (ho-ho, ileśmy nalewki wypili) przykazali mi widowisko stworzyć z tych trzech ksiąg wyjmując najpotrzebniejsze argumenty, albowiem, tłumaczyli, nastał czas najwyższy, aby podzielić się konieczną nowiną o naszych czasach, o tych grzesznych, co miejsca znaleźć sobie w zaświatach nie mogą, o tych, którzy potracili czapkę z piórami i róg nie zadęli, a mogli tyle dobrego zrobić; wreszcie o tych, którzy człowieczeństwo swe zatracili, bo po wojnie okrutnej i niewoli, nic już nie będzie takie same.
Słońce marszcząc brwi, zastanowiło się i już bezsłownie uniosło coraz bardziej roziskrzoną głowę, a wreszcie żegnając mnie promiennie odpłynęło.
Poczułem głód opowieści. Głód widowiska zaprzątał mój umysł i widzenie. Objąłem wzrokiem trzy księgi i tak mocno ścisnąłem je w sobie, zwarłem, zszyłem, że aż w mięśniach poczułem ból.
Dopiero zapach pszennego wypieku wtargnąwszy przez nozdrza do mózgu, uwolnił mnie od ucisku, choć głowa już myślała o jutrze.
Jak wielki był jego sen, skoro obudziwszy się, nie rozpoznał
przestrzeni wokół siebie. Pochylony nad szklanką zimnej herbaty poczuł chłód i
czym prędzej zdjął z oparcia krzesła kurtkę, którą okrył plecy.
Kobieta spostrzegła jego przebudzenie, podeszła do niego i
zaproponowała coś ciepłego do jedzenie, lecz on poprosił tym razem o kawę,
gorącą kawę, słodką, bez mleka. Zapytał o pociąg do miejscowości X, dokąd
zamierzał się udać. W porę zorientował się, przypomniał sobie, że miał właśnie pojechać
do X. X było jedynym miejscem na ziemi, gdzie czekano na niego. Może nie
dosłownie czekano, lecz rozmawiając przez telefon z kimś ważnym z X, usłyszał
zapewnienie, że może przyjechać, bo są jeszcze wolne miejsca. Był zdziwiony,
gdyż dotąd wszystkie telefony jakie wykonywał trafiały do ludzi, którzy nie
dawali mu żadnych szans na osiedlenie się w miejscach, w których mieszkali
podnoszący słuchawkę. Słyszał, że jest już komplet i nie ma na co liczyć. Wtedy
powtarzał, że nadaje się do wszystkiego, bo jest z tych, którym obojętne jest,
gdzie wrzuca się gruz na platformę ciężarówki, albo udrażnia koryta rzek.
Odpowiadano, że zabrakło im ciężarówek, bądź też nie ma u nich taki rzek, które
wymagałyby wydobywania z koryta padłych kłód lub opasłych kamieni, które
piętrzą wodę. X było dla niego ostatnią szansą i ze zdumieniem usłyszał od
kobiety, że pociąg do X nie odjedzie ani dzisiaj, ani nigdy. Powiedziała to,
przynosząc mu kawę i zapewniła go, że może poprosić jeszcze jedną, za którą nie
zapłaci. W związku z likwidacją pociągów firma, w której pracowała, aby chociaż
w ten sposób móc wynagrodzić pasażerom trud oczekiwania.
Przysiadła się do niego i z radością patrzyła jak popija słodką
kawę, dostarczając organizmowi ciepła.
- Muszę panu powiedzieć, że może pan zostać u nas tak długo, jak
pan tylko chce. Dam panu na noc koc. Zobaczy pan, że tam, w rogu sali, pomiędzy
ladą a tym kaflowym piecem jest miejsce wprost idealne do odpoczynku –
powiedziała.
- Chciałem jednak pojechać do X. Byłem umówiony.
- Przykro mi, ale jest to niemożliwe. X jest już zajęte. Tam
również nie ma już dworca, komunikacja miejska nie działa, bo i po co, skoro
ci, którzy mieli stamtąd wyjechać, już wyjechali, a ci którzy mieli zostać,
zostali. Nie ma potrzeby udawać się do X. Tutaj przynajmniej ma pan dach pod
głową.
- Nie jestem pewien, czy to dobre rozwiązanie dla mnie. Może
zdecyduję się na podróż pieszo. Wie pani, ja należę do tych ludzi, którzy
dopóki nie zobaczą, nie uwierzą jak jest naprawdę.
- Ma pan wolny wybór. Chciałam panu tylko powiedzieć, że dopóki
nie rozbiorą tego budynku, może pan z powodzeniem tutaj zamieszkać. Ścisku, jak
pan widzi nie ma, a spiżarnia nie jest pusta. Starczy dla pana.
- Nie wiem, co o tym sądzić. A co będzie dalej?
- Nie powinniśmy się o to kłopotać. Człowiek, który jest zbędny,
nie powinien myśleć o przyszłości. Kiedy skończą się zapasy, też będę zbędna – uśmiechnęła
się.
- A ja myślałem, że się jeszcze na co przydam. Tam w X…
- Niech już pan o tym nie myśli. To niepoważne. Skoro nikt pana
nie potrzebuje, to po co rozmyślać o przydatności. Ot, najwyżej pomoże pan przy
rozbiórce, kiedy przyjdzie do rozwałki. To błąd myśleć, że człowiek może się do
czego przydać, skoro nie jest nikomu potrzebny.
- Czy telefon jeszcze działa? – zapytał nagle.
- Owszem. Jeszcze trzy dni, do trzydziestego.
Wstał i podszedł do telefonu, wykręcił numer do ważnej osoby w
X. Po minucie odłożył słuchawkę.
- Coś nowego? – zapytała.
- Miała pani rację. X jest już zajęte.
- Tak szybko się to wszystko zmienia. Nie można nadążyć –
stwierdziła – pościelę pan w rogu. Niech pan dopije kawę i umyje się, póki
jeszcze mamy wodę.
Pomyślał, że to dobry pomysł. Jest woda, koc, dach nad głową; jest
z kimś pogadać przed snem. Czym tu się przejmować.
Gęba na poważnie? To być nie może. A jest. I samo z siebie boli, bo skoro na poważnie, to temat, ho ho, nie błahy. Lecz Gęba obiecuje (albo i nie obiecuje), że to ostatni raz, z takim ściągniętym pyskiem, Bustera Keatona twarzą.
Od czego tu zacząć? Może od demokracji?
Gęba onegdaj usłyszała przypowiastkę taką (z pamięci trudno wydobyć identyczność słów posłyszanych), że przed wielką polityczną przemianą w Polsce demokracji (choć socjalistyczna) nie było, czego dowodem to, iż "źle jest" mówić wzbraniano, tamując swobodnych wypowiedzi słowa. Natomiast ta, która nastała, umożliwia, ku powszechnej szczęśliwości, mówić "źle jest" i nikt za stwierdzenia takie do tiurmy nie trafia. Piękna a szlachetna idea, tyle że z automatu "źle jest" mowy, nie wynika wcale, że na "dobrze jest" się zmieni.
Jak by nie liczyć, jak by nie kombinować, lepiej już mieć swobodnie usta otwarte, aniżeli plastrem zalepione.
Dochodzimy jednak do takiego stanu materii, która nie błyszczy już tak srebrzystym blaskiem. Otóż i co niektórzy, wolnością słowa mając otwarte mózgu przyłbice, utrzymują, że wolność polega na mówieniu wszystkiego do woli i bez ograniczeń. Dotyczy to tych, którzy albo są dogmatycznymi wyznawcami wolności do wszystkiego, co na ziemskim padole uczynione, albo tych, którzy nie posiadają hamulców, owych bezpieczników rozłączających prąd, gdy napięcie ponad dopuszczalne progi wzrasta, albo też głupców, do których i tak nic nie dotrze, bo we własnym świecie ułud i mar żyją.
Gęba opowiada się za tym, że wolność słowa to nie to samo co wolność do wypowiadania kłamstw, do szerzenia nieprawdy, do opowiadania rzeczy niesprawdzonych, którym daje się desygnat prawdy. Do tego wolność słowa nigdy nie daje prawa do poniżania, do wyśmiewania się z czynów i myśli, które oceniamy negatywnie jedynie dlatego, że nasze poglądy są inne.
W tej ostatniej kwestii Gęba musi koniecznie dodać, że w żaden sposób wolność słowa nie zabrania krytyki, żartobliwego, czy wręcz kpiarskiego tonu wypowiedzi. Gęba często zresztą sama nie wolna była od tej mniej lub bardziej udatnej skłonności. Jednakowoż nigdy Gęba nie nazwała przedmiotu swej, w szyderczy uśmiech ubranej krytyki, złodziejem, mordercą, czy inną cholerą kogoś, o którym nie dowiedziała się, że nim jest w istocie. Gęba ocenia szczególne działania przedstawianych postaci, dopasowując częstokroć działania tychże do wypowiadanych przez nich słów i idei. Idźmy tym śladem, aby uzasadnić Gęby niecne słowa.
Rzuca się w oczy klasyk, z nazwiska wymieniony, idealny wzorzec metra, tak przez Gębę ukochany minister Arłukowicz. Choćby i Gębę na stosie przypalano, choćby na pal nawlekano, Gęba po wsze czasy gadać będzie, że imć Arłukowicz dla Gęby jest wzorem postawy karierowicza o nadwątlonym kręgosłupie moralnym. Tako tez Geba powie o każdym, który po podsunięciu stołka, zmienia zdanie.
Przykład drugi. Oj, będzie się działo. Dla Gęby wydłużenie wieku emerytalnego w sytuacji, gdy czyni się zdecydowanie za mało, aby zmniejszyć bezrobocie i nie ma rozwiązanej kwestii umów "śmieciowych" jest pomysłem idiotycznym, właściwym pacjentom ośrodków odosobnienia, panie premierze. Jeżeli nie był to pomysł idiotyczny, to należałoby wybrać alternatywne rozwiązanie, że pan premier świadomie dąży do tego, aby wcale nie tak mała procentowo ilość zatrudnionych nie miała szans na godną emeryturę, gdyż nie zdoła na nią zapracować.
Trzeci przykład - pornograficzny.
Jak można inaczej, niźli poprzez kontekst pornografii, ocenić postać księdza Oko. Być może ciężko zranię teraz uczucia religijne, lecz dla mnie styl wypowiedzi księdza profesora przywodzi na myśl sado-masochistyczne popłuczyny ludzi kochających się zgoła oryginalnie. Przeurocze skojarzenie z rurą wydechową jakoś nie kojarzy mi się ze sportem żużlowym czy też z bolidem Alonso, lecz jednoznacznie skierowuje moje myśli na wybujałe fantazje erotyczne księdza, które więził dotąd pod płaszczem sukmany.
Skończmy już z pornografią, albowiem Gęba, nie broni dostępu do krainy swojej nieletnim.
Zatem, jeśli napiętnować kogoś mamy - rzecze Gęba - czyńmy to na podstawie dowodów, nie zaś w oparciu o faktu niesprawdzane; jeśli wyśmiewać chcemy, obśmiewajmy zjawisko raczej; oceniajmy po znanych powszechnie słowach i czynach.
Pamiętajmy - mówi Gęba - słowa ranią okrutnie, a okrutne słowa nierzadko wracają i krąg się zamyka. W tym miejscu Gęba polemizuje z Millerem Leszkiem, który w czynie (niegodnym i przez Gębę potępianym) widzi zło najgorsze, bagatelizując haniebne słowo. Otóż panie pośle, jest nieco inaczej. To słowo prowokuje, słowo lży i uwerturą jest do czynu. Jedno i drugie wredne.
Zatem, jeśli słów niecnych używa się stadnie, jeśli po ich wypowiedzeniu refleksji żadnej nie ma, jeśli chamstwo jak po kaczce woda spływa, to takiej demokracji publicznie napluć w oczy.
A chamstwo jest zaraźliwe. Z czego wynika? Z elementarnego braku kultury, z zacietrzewienia, z braku szacunku do człowieka, z braku szacunku do poglądów i zapatrywań innych osób, z egoizmu, z własnych słabości...
Onegdaj (chwilka wspomnień) Gęba zaglądała do bloga Marii Dory (pewnie Bóg nad nią czuwa, bo zniknęła z tego świata tak niespodziewanie). Maria Dora miała, że się tak Gęba wyrazi, lewicowe zacięcie. Ot, przestawiała świat z lewej strony.
[dygresja dla tych, którzy uważają, ze lewej strony nie ma. Otóż i jest, bo nawet jeśli rozkażesz zbiórkę w szeregu, to ktoś w nim stanie po lewej stronie od drugiego] Ileż to Maria Dora się napisała. Lepiej, czy gorzej. Nie mnie oceniać jej poglądy. Wśród tych wielu, wielu tekstów, jakie napisała, pojawiały się też i takie, których oczywistość sama z siebie wychodziła na jaw. A jednak nawet wtedy pod jej tekstami pojawiały się komentarze tak wstrętnie obelżywe, że określenie "lewak", zdawało się być wytwornym. Do czego Gęba zmierza. Otóż do tego, że tu i teraz, za żadne skarby świata nie potrafimy uszanować poglądów innych ludzi, że zawsze mamy na podorędziu jakąś armatę, którą odpalimy bez względu na to, co druga strona powie, co myśli, jakie ma intencje. To nie przypadłość. To choroba psychiczna. Liczy się tylko nasze zdanie i tylko my mamy prawo je wypowiadać, o to my jesteśmy prawdziwymi Polakami. Prawdziwy Polak powinien nienawidzić Niemca i żyda, brzydzić się ruskimi, tępić Arabów, chichotać z żółtków, ale najbardziej powinien nienawidzić tych nieprawdziwych, z przypadku polskojęzycznych wyznawców idei innych niż nasze. Dlatego też prawdziwy Polak wie, że Owsiak robi przekręty. On to po prostu wie, choć wszelkie możliwe konfiguracje rządowe miały czas, aby Owsiaka i jego WOŚP puścić z torbami. Gęba boi się tej nienawiści, tej zawiści, tych kul nie ręką Boga niesionych a zwykłą miałką zawiścią. Co to się dzieje. Gęba kończy tym, czym miała zacząć. Zaczęła od wolności, tej absolutnej, nieograniczonej, nie biorącej pod uwagę niczyich uczuć, lekceważącej zło, stosującej grę nie fair, jednym słowem wolności z pogranicza idiotyzmu. Na zakończenie Gęba pozwoli sobie umieścić krótki fragment rozmowy, dzięki uprzejmości Pana You Tube, pozostawiając tę konwersację bez komentarza:
Chroboce coś, skrzeczy, jęczy nabożnie. Poduszka pod głową i druga na niej. Dech ciężki i pot ze skroni roni kroplę, a ta za kroplą goni po zmarszczce pod okiem rozpiętej, spływającej ku kącikowi warg jak pocisk rykoszetem zbity z tropu. Ciemność przed otwartymi już oczyma, a przez tę ciemność wydarta czerni woalka zjawy przysiada na loża piędzi.
- A tu cię mam, cholero. Kędy wlazłaś, zabrawszy sen sprawiedliwy? - pytam w ukropie tropiku nocy.
Zaraz poduszka, ta co na głowie tłumiła dźwięki szeleszczących godzin, wystrzeliła w stronę zjawy. A ta nic. Przepuściła zbity puch przez transparentność bezciała swego. Zaśmiała się i poprawiła zad aksamitny na łoża skraju. Zaraz też wypuściła z gardzieli swojej balon powietrza rozbryzgując po pokoju karty niedokończonej księgi.
- Szalona! A moich stron numery? - wrzasnąłem z całych sił - nie zapisałem. Popamiętasz ty mnie, oj popamiętasz!
A ta w śmiech.
- Głupcze - powiada - ja tu do ciebie z cyrografem do podpisania, a ty grozisz?
Podła meduza macki swoje wielopalczaste wyciąga, za podbródek mnie chwyta, tarmosi. Jak mnie nie walnie potem, jak nie schłosta policzków moich.
Błaganie snu daremne. Wołam, przywołuję, a ten podlec wlazł na parapet, zza pazuchy figę wyjmuje i mi tą figa przed oczami błyska.
Sen wrota okien otworzył, nie zamknął i prysnął bez pożegnania.
Pojaśniało.
Ta znów wierci się, przybliża, od ściany się kładzie, to za nos, a to za uszy ułapia bez szacunku dla dojrzałości ciała mego, po czym na piersiowej klacie rozwija pergamin, za łeb mnie chwyta i każe czytać, co na zwoju słowem stoi. Przymuszony czytam więc, że jeśli duszę oddam tej galaretowej masie, ostawi mnie przy życiu i nauczy pisarskiego fachu, aby żadna zaraza mądrości moich nie zjadła.
- Podpisuj tedy, pókim jeszcze na wywczasach w twoim łożu, jako ta w jasyr wzięta białogłowa. Pożyjesz sobie, a język do opowieści z mojej nieśmiertelności weźmiesz i po swojemu poukładasz, a ręka twoja łatwą będzie, a słowa ci spływać będą jako te lody w krę przemienione oddechem wiosny.
Wtem w palec mnie ugryzła, a tak boleśnie, żem syknął z bólu, jak odegnany ze stada jeleń po przegranej walce o pierwszeństwo, po czym jej macki pochwyciły moją dłoń, a krwawiący palec dokończył pieczęci.
A stało się to roku pańskiego, którego zabroniono mi wymawiać głośnym słowem. Po zawarciu przymierza, wszeteczna niewiasta, bez konsumpcji jej nader plastycznego ciała, rozpłynęła się w szarości mglistego brzasku. Sen powrócił z emigracji prędki i mocny, a ja..., cóż ja.
O mnie tyle, że przepowiedni widziadła poddawszy duszę swoją nieczystą, począłem szaleńcze słowa maczać w atramencie i na karty księgi odbijać je zuchwale. Stąd się wywodzą opowieści moje obłąkane. W nich to maczała swe macki zjawa, która onej nocy, nie wiedzieć jak, do chałupy wlazła, przysiadając na łoża mego piędzi.
Doceniam lustro. Jest potrzebne. Spoglądasz. Widzisz kim jesteś. Nie ukryjesz przed nim niczego poza praworęcznością (lub odwrotnie). Przerażający jest brak lustra u tych, którzy za innym szkiełkiem odprawiają nie kończący się rytuał śmieszności. Nie widzą siebie, więc nie spostrzegają fałszu i śmieszności. Ta przypadłość nie jest jeszcze tragiczna. Gorzej jest, kiedy zdają sobie sprawę z tego, że fałszują, a jeszcze gorzej, kiedy nie myślą.
Zaklęty krąg gadających głów w telewizjach. Zaklęty krąg składający się z tych, którzy zapraszają gadające głowy, co zadają pytania, na które znane są odpowiedzi. Sprzężenie zwrotne nakręcające dobrze opłacaną bezmyślność.
Demokracja polegająca na wypowiadaniu andronów. Pies ugryzł kota. Kot zadrapał psa. Zbiera się grupa gadających głów na tle logo, skąd ich ród. Rozpoczyna się orgia komentarzy odnośnie zachowania psa - aprobata. Kontynuowana jest orgia komentarzy na temat podłego zachowania się kota, który odcisnął na psim pysku swoje pazury. Przychodzi inna grupa i w imieniu narodu, racji stanu, utrzymuje, że to nie kot, a pies jest wszetecznikiem.
Następują sondaże, według których wynika, że psy straciły na rzecz kotów; to znów, że gdyby dzisiaj wybierano, koty rozdrapałyby trzydzieści procent.
Bądź tu człowieku mądry i powiedz, kto jest większym patriotą? Pies czy kot? Kociarze na kota stawiają, psiarze na psa.
Igrzysko trwa. Muszą być psy i muszą być koty. Jaki byłby sens istnienia gadających głów, gdyby te stworzenia nagle padły. Próżno redaktorzy podsypywaliby karmę. Gadające głowy musiałyby je same zeżreć przy wtórze "Mazurka", na tle narodowych barw, z orzełkami na czołach.
Już niedługo rozpocznie się wielkie trucie - karma na szczury zostanie rozsypana. Wybory. Kto da więcej? Kto więcej szczurów złapie na swoje ziarno, ten będzie królem gadających głów.
A jakże, złaknieni skrobi, w chocholim tańcu puścimy się na żer, a potem do wodopoju, aby przyklasnąć twierdzeniu: nieważne, że trucizna, ważne że nasza.
I nic się nie zmieni.
W telewizjach rozpocznie się dyskusja o wyższości psów nad kotami, a kotów, rzecz jasna, nad psami.
I tak dalej i dalej. O byle czym. Do kolejnego rozsypania trutki na szczury.
Może zacząć tak: (choć właściwie, można by tak właśnie zakończyć)
* * *
Kiedy jak buki na mróz serce mi pęknie połóżcie mnie na wóz z widokiem na Bieszczady na wielki pożar gór na wielką jesień którą sam roznieciłem pisaniem Niech ten wóz sam jedzie w zawieję liści Niech tam na wieki zostanie. Nie ma co, obraz piękny, z tym pożarem gór o zachodzie słońca. Piękna ta śmierć na wozie, z twarzą ku temu zwrócona, co się ukochało i, tak, to prawda, słowem swoim, zwinnym, poetyckim, czasami barokowym, roznieciło. Piękny jest również obraz ten: Na cmentarz łemkowski Oto cmentarz zielem zarosły Oto poręba po krzyżach zwalonych wiatrołom świętego drzewa Oto cmentarze Łemków w Złockiem w Szczawniku w Leluchowie Oto śpią na podłodze dawno już spróchniałej bez krzyża nad głową Fiłypy Nykyfory Harasymy jesień im tylko ostu zapala świecę liści szumi wieniec czort niepotrzebny wilkiem w zarośla czmycha.
Żal, że bez krzyża te Nykyfory. Żal Łemków. Żal każdej ludzkiej nieobecności. Jeno natura pamięta. Jak pięknie ta jesień "ostu zapala świecę" - co za porównanie, bezgranicznie oryginalne. A mnie podoba się też ów "czort niepotrzebny", zmykający w zarośla jak wilk. Pamiętajmy nie tylko o ogrodach ale i o cmentarzach. Albo to: Budzenie się poranku Najpierw pokaszluje stara ikona Potem dzwonią w piecu Potem pieje czajnik Potem zaprzęgają stół krzesła ruszają z kopyta I dymi kawa i nowy dzień otwiera nóż. Co za poranek! Nic, tylko przytulić ten obraz do pamięci, a kawy gorącej koniecznie skosztować. Na koniec nie można zapomnieć o tym: Notatka księżycowa Rzeczywiście tak jak księżyc ludzie znają mnie tylko z jednej jesiennej strony. Jak dobrze uczyć się na pamięć prawdziwych słów. [z przyjemnością wykorzystano wiersze Jerzego Harasymowicza]
Lekkie pukanie do drzwi. Drzwi od ogrodu mają tę właściwość, że na 2/3 powierzchni, licząc od góry, są oszklone. Szkło nie jest najdoskonalszym izolatorem powietrza, więc zimową nocą dociera przez nie chłód, natomiast za dnia, do samego południa, przezroczystość drzwi karmi wnętrze pomieszczenia ciepłem słońca. Ponadto zawsze się wie, kto za nimi stoi.
Wchodzi do środka bez oczekiwania na zaproszenie. Pewnie go zobaczył i rozpoznał, siedzącego za stołem, na którym teraz sterta papierzysk i mocna herbata w szklance.
- Mój Boże, ile to lat - nie skrywa wzruszenia ten, co wszedł do środka, podszedł i zaczekał, aż siedzący powstanie.
Wpadli sobie w ramiona. Zbyt dosłownie, lecz okrutny przeciąg czasu od ostatniego spotkania to uzasadnia.
- Na długo? Kiedy wyjeżdżasz?
- Ledwiem przyszedł, a ty już o wyjeździe. Dwie, góra trzy noce, jeśli mnie weźmiesz pod dach.
- Miejsce się znajdzie. Tak bez niczego przyjechałeś?
Obaj siadają
Gość patrzy, jak Adam składa kartki i odsuwa na brzeg stołu.
- W samochodzie mam. A nuż, nie będzie cię w domu, myślałem.
-. Jestem. Napijesz się czego? Samochodu nie użyjesz dzisiaj, więc może napijemy się czegoś, co połechta nasze wątroby.
- Przywiozłem. Czekaj. Spróbujemy mojego.
Wychodzi i wraca z pokaźnych rozmiarów walizką oraz torbą podróżną. Wypakowuje z niej chleb, pomidory, coś z wędlin i serów[cały czas pamięć o precyzji słów i ich oszczędności]. Stawia butelkę wędrowniczka.
Adam przechodzi do kuchni. Wraca z kieliszkami, talerzykami z pokrojonym chlebem, masłem, plasterkami wędzonej słoniny.
- Tam ktoś jest - mężczyzna powraca z miejsca, w którym lekko uchylone drzwi łączą pokój, w którym się znajdują z innym.
Adam podchodzi do tych drzwi, zamyka je delikatnie.
- Tak. Anna śpi. Pracowała w nocy, to teraz śpi.
- To jej pokój?
- Można tak powiedzieć. Jej. Czasami sypia tutaj, kiedy przychodzi po nocnej zmianie, ale zwykle jest to wolny pokój. Będzie twoim na te trzy noce. - No to po małym - gość otwiera butelkę, nalewa. Kieliszek po kieliszku. Haust. Plasterki szynki. Tamten zerka na równo złożoną stertę kartek. - A ty wciąż piszesz - patrzy mu w oczy. - Piszę - Adam uśmiecha się - to nie ma sensu, wiem.
Gęba ma nadzieję, że i tę noc przetrzyma, i to przetrzyma bezsennie, albowiem do dolegliwości z pogranicza psychiatrii i psychoanalizy dołączyła jeszcze infekcja bezczelna a upiorna. Rzuciła się ta zadziorna żmija na Gęby gardło i okoliczne przydatki, przez co ledwo co onaż dychać może, wykluczywszy też mowy marudzenie. A chciała Gęba podjąć temat współ czucia pisanego rozdzielnie, dla podkreślenia, że nie o współczucie jej idzie, ani o jaką litość, lecz o urzędowy brak umiejętności i woli wczuwania się w to, co dzieje się z innymi.
Ale Gęba z powodu niedrożności swojej, kontynuowania wątku się zrzeka, a jak Bóg da, to i może do niego wróci, a może i nie wróci, bo na dwoje babka wróżyła,
Gębę na nijaką konferencyję pan premijer nie wpuścił, tudzież dwudziestoczterogodzinny TVN nie zaprosi Gęby na ławę (choćby i na zbożową kawę) i nie posadzi we w towarzystwie posła Girzyńskiego.
Une sie bojom, bo by im zaraz Gęba wygarnęła, że onegdaj, kiedy Onaż miała cokolwiek do powiedzenia w kwestyi edukacyi, to we w szkole, kiej ją na taborecie posadzano, a po tym wątłe nóżki taboreta podcięto, jako te wilki na jabłoni, rzeczona Gęba nie tylko gadała o tem, co by podręczniki dla dziecisków bezpłatne wprowadzić, ale bezpłatność oną w życie wporowadziła, nie dla jednej ino klasy, lecz dla pięciu.
Zatem Gęba on czas o lat pięć wyprzedziła, zapomniawszy przez nieuwagę patenta zgłosić, dzięki czemu w dzisiaj kużden powiedzieć może, że najpierwszego pomysła mioł.
Ale Gęba, ogón skuliwszy pode siebie, pozywać psubratów nie będzie. Nie une se tam kudły drą, a obliczają, a gdyby, psie krwie, nie skumali, jako piniędzmi obracać, co by na maluchów starczyło, jak na spowiedzi, opowie.
Problema skupia się na tym, że... "A, jak myślę, ze panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!"* *cytata ze z Wyspiańskiego hej
To uporządkowanie jest ważne. Godzina ósma rano. Słońce wstępuje, ociepla atmosferę. Na stole kakao w kubku i przecięta na pół spora bułka, posmarowana masłem i truskawkowym dżemem. Po drugiej stronie kawa w szklance. Pośrodku cukier, a gdzieś po bokach równo ułożona sterta kartek i najświeższa gazeta. Ekran telewizora informuje. Ona dzieli zainteresowanie pomiędzy pierwszą stroną gazety, ekranem telewizora i nim. On ma na sobie znoszony brązowy sweter, w którym poranki stają się cieplejsze. Nie wygląda w nim najlepiej, lecz na pocieszenie tłumaczy sobie, że dla niej ten zbity, przytłaczający obszernością kawał wełny, nie ma wielkiego znaczenia. Przywykła do niego. Taka wierność uporządkowanym czynnościom i scenerii, na tle której dzieją się najzwyklejsze wydarzenia, ma w sobie to coś, co u niego podziwia. On, pomiędzy kęsem a łykiem kakaa, wspomina o tym, że chciałby udoskonalić precyzję wypowiedzi, unikając niepotrzebnych słów. - Z językiem jest jak z makijażem kobiety - mówi - właściwie i delikatnie stosowany, stonowany i dopasowany do zarysów twarzy, upiększa kobietę. Kiedy natomiast przesadzi się z nim i, dajmy na to, zbyt mocno zarysuje pomadką kąciki warg, usta będą kłamać. Róż czy bez na policzkach nie może z kolei odmieniać przytłaczać swą głębią skóry. Uśmiecha się do niego. - A kiedy się wie, że jest akurat tak jak potrzeba? - Myślę, że to kwestia doświadczenia. - Zapewne masz rację - wciąż się uśmiecha, choć akurat na ekranie telewizora dzielny reporter wojenny pokazuje światu pobojowisko po ostatnim ataku terrorystycznym. - Myślę, że jesteś na dobrej drodze do zdobycia doświadczenia w kwestii makijażu. - A mógłbyś prościej? - Dlaczego nie zapytasz mnie, czemu każę ci kupować bułki a nie chleb. Odwraca do niego głowę, podpiera ją splecionymi dłońmi i stara się go zaskoczyć długim spojrzeniem prosto w oczy. - A czy nie zauważyłeś, że przy śniadaniu zwykle nasza rozmowa jest bezsensowna. - Odrobina surrealizmu nigdy nie zawadzi, zwłaszcza wtedy, kiedy obie strony dialogu potrafią się porozumieć ponad ten pozorny brak sensu w trakcie rozmowy. - Pewnie też przypuszczasz, że największy wpływ na to ma doświadczenie. - Oczywiście. Przyzwyczajamy się do pewnych sytuacji, osób, zachowań. Wiesz co to: rozumieć się bez słów? - Pewnie, że wiem, choć cały czas się uczę ciebie. - Mam to samo uczucie. I czego chciałabyś się dowiedzieć tu i teraz o mnie? Czego chciałabyś się nauczyć? - Dlaczego facet taki jak ty, niemłody przecież... - Ech ten brak precyzji... - ... dlaczego codziennie pijesz te kakao? Jak dzieciak. Dosłownie jak dzieciak. - Lubię ten zapach i smak. Dzieciństwo. Rozumiesz to? - A moje dzieciństwo to kremówki. Była taka cukierenka na rogu. Chodziłam tam z rodzicami. Zobacz jak się roztyłam od tego. Wstaje i obraca się bokiem do niego. Napina mięśnie brzucha w taki sposób, aby uzyskać efekt "kobiety przy kości". Śmiech. - Ja też chodziłem każdej niedzieli. Czasami moja matka brała na wynos, a czasami jedliśmy na miejscu wuzetki i ptysie. Milczy. Skupia się, przymykając oczy. - A wiesz, że powinienem o tym napisać. - Matko Boska, więc mam już sobie pójść? - sprawia wrażenie oburzonej, ale wciąż się uśmiecha. - Przejdźmy na realizm. Twoje łóżko jest już rozesłane. Jesteś po nocnej zmianie, więc mi tu nie marudź. O drugiej cię obudzę.