Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

13 września 2016

WEEKEND POD BARCELONĄ

Weekend spędzam pod Barceloną, w cieple, ale nie w upale, przy umiarkowanie chłodzącym wietrze i prawie dwugodzinnym deszczu z nocy z piątku na sobotę. To prawie wymarzone miejsce na wypoczynek po długim i nerwowym tygodniu jazdy. Po towarzyszącym mi France Musique we Francji, włączam niezłe, klasyczne RN Classica - taki nasz program drugi polskiego radia. Dlaczego? Generalnie wybieram klasyczne granie, gdziekolwiek bym nie był, bo inne rozgłośnie brzmią niemal identycznie i to niemal w każdym zakątku Europy (no może poza włoskim radiem Suby). Słucham więc i Hendla i Correliego, i Mozarta, popisuje sobie od czasu do czasu, no i udało mi się skończyć zbiorek dwu, połączonych tematycznie dłuższych opowiadań Bogdana Loebla pod wspólnym tytułem „Nie zabijaj”. Opowieści ciekawe. W pierwszej „Zabij ją i wyjedź z tego miasta” Loebl snuje opowiadanie o młodzieńczych przeżyciach bohatera, który, niedopuszczony do matury, próbuje z kolegą, Michałem zdobyć w przestępczy sposób pieniądze, choć ważny jest również w tym opowiadaniu wątek pierwszej miłości do Katarzyny, córki piekarza. Dokonanie napadu ma być niejako swoistą zemstą za niepowodzenia szkolne oraz Andrzej chce w ten sposób zaimponować dziewczynie. Na dzień przed planowanym czynem, zastaje (podglądając) dziewczynę w bardzo niedwuznacznej sytuacji z paroma panami i wyjeżdża z miasta. W drugiej opowieści, tytułowej „Nie zabijaj” Andrzej, już jako znany reżyser filmowy wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie świętowana jest okrągła rocznica powstania liceum, do którego chodził. Przyjeżdża też po to, aby zrobić film, lecz głównym motywem powrotu staje się stanięcie twarzą w twarz z Katarzyną, dzisiaj zamężną kobietą, matką dwojga dzieci. Chciałby też „przemówić” do rozsądku ludziom, którzy ongiś urządzając orgię z młodymi maturzystkami, de facto zmusili go do wyjazdu z miasta. Ciekawy, choć może niezbyt oryginalny motyw powrotu do lat minionych, tak często spotykany w literaturze oraz sprawnie zarysowane postaci prowincjonalnego miasteczka to z pewnością atuty opowiadań Bogdana Loebla. Czytając tę książkę mimowolnie wraca się do własnych wspomnień z czasów, kiedy życie stało otworem, także dla niepokornych.
Zanim jeszcze znalazłem się w Katalonii, czekały mnie dwie trasy: jedna z Belgii z Kontich i samej Antwerpii, a podążałem do małej, francuskiej wioski położonej gdzieś pomiędzy Dijon a Auxere, Baigneux. To wyjątkowo rolniczy obszar położony w górnym biegu Sekwany, na pograniczu Burgundii i Jury. W Baigneux przepięknie świeciły gwiazdy, gdyż sama miejscowość pogrążona była w absolutnej ciemności.
Stąd udałem się dnia następnego za Auxere do Appoigny, aby zawieźć 6 palet aż pod hiszpańską granicę, za Perpignan do Pollestres. I znów z Burgundii przedostałem się do Owerni, tankowałem auto w Riom, gdzie poprzednim razem poszedłem z czeskim kierowca na piwo i przejeżdżałem obok miejsca, w którym uległo awarii sprzęgło w renówce numer jeden przed ponad miesiącem. Dalej najpiękniejszą we Francji autostrada w stronę Montpellier. Na parkingu przy autostradzie w Garabit miałem nadzieję nawiązać internetowe łącze - zwykle było, ale nie tym razem. Ale skoro już zatrzymałem się, przekąsiłem co nieco i przespałem dobre trzy godziny przed dalszą drogą. Zajechałem do Pollestres o czasie, a rozładunek przebiegł bez przeszkód - był piątek. Cofnąłem się do Perpignan, aby zrobić ostatnie podczas tej trasy zakupy i, o dziwo, napotkałem znakomite łącze przy McDonaldzie. 
A potem oczekiwanie na kurs w trzydziestoparostopniowym upale, niestety bezowocne i wreszcie trasa na pusto w okolice Barcelony. Kolejny kurs prawdopodobnie w poniedziałek rano.
A teraz znów upragniony deszcz i burza, i w miarę znośna temperatura - 23 stopnie. Sen nie powinien być problemem.

[10.09.2016, Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii]

12 września 2016

ARTYSTYCZNIE

Niemal krok cały rok czasu postawił i w miasteczku ponownie zabawiono się w plener. Raz jeszcze pan profesor zebrał swoich podopiecznych, zaludniając dostojne uliczki starego miasta malarskimi studentami. Sam także z trójką przyjaciół, co to w nakładaniu farby na płótno się znają z ochotą przystąpili do malowania, aby młodocianym artystom towarzyszyć w ich pracy.
Tego roku inne zadanie przed studentami postawił pan akademik. Każdy artysta miał obowiązek wytworzyć trzy portrety w trzech odmiennych technikach oraz ująć oblicza przypadkowo napotkanych przechodniów w karykaturalnej formie: piórkiem i węglem. Podczas gdy ukończone obrazy miały, podobnie jak przed rokiem, uhonorować domu kultury i kawiarenki ściany, a po zdjęciu ekspozycji zostać wykupione przez portretowanych (uzyskane w ten sposób środki miały być na cel charytatywny przeznaczone), o tyle karykatury wręczano ochotnikom na poczekaniu.
Rzecz jasna pan profesor odrywał się raz po raz od swojej sztalugi, aby belferskim okiem przypatrzeć się dokonaniom podopiecznych, boć przecież nakazane prace były formą ocenianego ćwiczenia, choć do rozpoczęcia akademickich zajęć na uczelni pozostawało jeszcze sporo czasu.
Studenci, niektórzy pomni swoich zeszłorocznych plenerowych doświadczeń; inni z kolei, młodsi, co znali imprezę jedynie z opowieści, przyciągnęli z sobą gromadkę swoich przyjaciół i „miłości”, od czego w szwach popękał miejski hotelik, a obywatele miasteczka, którzy kwaterowali pozostałych, z radości uzyskania dodatkowych dochodów zacierali ręce. Podobnież miejscy kupcy cieszyli się niezmiernie z powodu rosnących z nastaniem września zysków. W kawiarence przez te sześć dni imprezy gościło to całe towarzystwo na obiadach, a i później aż do północy kawiarniane sale na wzmożoną frekwencje nie narzekały.
Cieszyli się też portretowani, myśląc pewnie o tym, że posiadłszy własny wizerunek, czy to pastelowy, olejny, w akwareli czy w gwaszu uczyniony, miłą pamiątka dla nich będzie, a jeśli los przewrotny sprawi, że twórca dzieła sławnym się stanie, to wtedy i wartość obrazu pójdzie w cenę.
Tak jak i roku poprzedniego, tak i dzisiaj, na staromiejskim rynku i w okolicach wystawili się ze swoimi stoiskami twórcy ludowi i rękodzielnicy, a sam pan burmistrz, który, a jakże, też dał się sportretować młodziutkiej damie o kasztanowo-rudych włosach, zaczął przemyśliwać nad tym, że powinno się stworzyć tym amatorskim artystom jakieś stałe miejsce w miasteczku, gdzie mogliby na bieżąco swoje prace pokazywać i sprzedawać.
Główną pieczę nad plenerem tym razem objął pan Korfanty, dyrektor domu kultury, albowiem pani Zofia Koteńko umilała sobie czas z panią Majewską, aktorką, zakwaterowaną tymczasowo w miasteczku i z nią jakoweś teatralne materie omawiały, mając na uwadze stworzenie w domu kultury miejsca dla aktorskiej trupy. Sala kinowo-teatralna w tym ośrodku przecież istniała, więc chodziło głównie o pozyskanie do pracy tych, którzy do ról komedianckich najlepiej się nadawali, a pani Zofia miała w tym względzie najlepsze rozpoznanie.
W kawiarence właśnie, późną porą, gdy młodociane towarzystwo flirtowało sobie przy kawie, winku i ciasteczkach, a dobrze już znana miejska piosenkarka wyśpiewywała subtelne bossanowy i rumby przy akompaniamencie jeszcze innej, młodziutkiej niewiasty, panie Weronika i Zofia zajęte były rzeczową rozmową.
- Ja znam kilka dziewcząt i chłopców, co już ukończyli szkołę, z którymi bawiliśmy się w teatr, także tutaj, w kawiarence. Przedstawialiśmy wtedy czwartą część „Dziadów”. Ale i w szkole robiliśmy różne przedstawienia. Nie wszyscy porozjeżdżali się po świecie, a przecież są i młodsi.
- To bardzo dobrze - zareagowała na słowa pani Zofii Koteńko pani Majewska. - Dla takiego miasteczka zobaczyć kogoś ze środowiska w obsadzie roli to sprawa bardzo ważna. Powinnyśmy właśnie od takich małych kroczków zacząć. Wiele już lat przeżyłam w teatrze i pani powiem, że nie brak prawdziwych talentów wśród amatorów.
- Ma pani rację - potwierdziła pani Zofia - a najważniejsze w tej pracy są chęci, zapał do pracy… no i porządne, profesjonalne poprowadzenie takiego nieopierzonego aktora. A kto lepiej mógłby ich poprowadzić jak nie pani.
- W każdym bądź razie na pewno z pani pomocą, bo pani najlepiej zna to środowisko, do którego drzwi ja zaledwie pukam. Ja też myślałam o tych młodych absolwentach szkoły teatralnej, którzy za nic nie mogą się przedostać do prawdziwego teatru, choć wcale nie są gorsi od innych… po prostu mniej szczęścia mają. I wie pani, marnują się jako kelnerzy, sprzedawczynie w butikach, imają się różnych zajęć, aby związać koniec z końcem i… powoli tracą nadzieję, a ich talent niszczeje, porasta kurzem. Dać takiemu rolę, której się nie spodziewa, to stanie na głowie, aby wypaść jak najlepiej i, powiem pani, że lepiej pani zagra niż dobry aktor o znanym nazwisku na powiatowej chałturze. 
- Też tak myślę, choć nie ukrywam, że magnesem przyciągającą widownię będzie pani osoba.
- No cóż, nie chcę kokietować… z przyjemnością bym zagrała - odparła pani Weronika, lecz natychmiast przeszła do innej sprawy. - Pani Zofio, ale aktorzy to nie wszystko. Owszem, można sobie wyobrazić sztukę, ze tak powiem, nowoczesną, w której słowo wystarczy i przysłowiowe krzesło za rekwizyt posłuży, ale chyba chcemy od naszego teatru czegoś więcej, prawda. Dekoracje, charakteryzacja, stroje, muzyka… to wszystko się liczy i kosztuje. Ja oczywiście spróbuję wydobyć z własnego teatru jakieś rekwizyty, to na początek, ale w dalszej perspektywie należałoby pomyśleć o własnym zapleczu.
- Pani Weroniko, i na to recepta się znajdzie. Nawet pani nie przypuszcza, jak ambitnym człowiekiem jest nasz dyrektor domu kultury. Przysiądziemy z nim, porozmawiamy, przedstawimy swoje pomysły, a on skrobnie jakiś projekt. Na coś nowego, oryginalnego jakieś środki dostaniemy. Albo… niech pani spojrzy na tych młodych malarzy. Chce pani mieć dekoracje? Zwrócimy się z prośbą do pana profesora. Młodzi portretowali najpierw miasto, teraz ludzi… a czy stworzenie takich dekoracji nie byłoby kolejnym fascynującym zadaniem dla nich? Mamy też w mieście i wioskach panie, które zajmują się szyciem, haftowaniem, Bóg sam wie czym tam jeszcze. A muzyka? Ha, samemu mężowi bym przykazała zasiąść do fortepianu, gdyby zaszła taka potrzeba… bo musi pani wiedzieć, że mój mąż to ma dwa niezależne od siebie powołania: być lekarzem - z czego ma pieniądze - i muzykiem-wykonawcą, za co grosza nie bierze. A daje pani słowo, ze gdyby tak rozejrzeć się po mieście i okolicy, przynajmniej na jakiś kwartet smyczkowy byłoby na stać.
- Tak, wiem, wiele już słyszałem o tych artystycznych dokonaniach w mieście.
- Owszem - kontynuowała pani Koteńko - to nie może być tak, że wszystko uda się załatwić bez kosztów. Ludziom trzeba będzie zapłacić, a i same materiały kosztują, i tak dalej.
- Widzę, że każdy aspekt sprawy bierze pani pod uwagę. Więc co, spotkamy się jutro u pana dyrektora, jak pani powiedziała, tego ambitnego człowieka. Może i on coś pożytecznego nam dopowie.
- A pewnie. Po dwunastej wpadnijmy do niego, wtedy mniej jest zajęty. 
- Jak najbardziej. To może, pani Zofio, zamówimy sobie po lampeczce schłodzonego, czerwonego wina i… może byśmy przeszły na ty. Co pani na to?
- Z wielką przyjemnością, pani… - poprawiła się pani Koteńko - z wielką przyjemnością, Weroniko.
- I mnie będzie bardzo miło, Zosiu, a insulinę… insulinę wezmę sobie zaraz po tej lampce.

[10.09.2016, Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii] 

MUNDUR

Co też pana pułkownika do mnie sprowadza? Będzie parę ładnych lat, kiedy mnie pan odwiedził po raz ostatni, a wcześniej… zdarzało się, ale to jeszcze gdy miał pan…. To była bardzo ładna i szykowna kobieta i obracała się w najlepszym towarzystwie. Gdzież jej tam było do prania, a pan… pan był przez dłuższy okres czasu porucznikiem, potem kapitanem… młoda wtedy byłam, a interes prowadziły matka z babką. Pan wtedy często wyjeżdżał na poligon, a jak pan wracał to nazbierało się bielizny do wyprania. Żona przecież nie miała czasu na pranie, bo kiedy pan przyjeżdżał, to o czym mogła myśleć taka piękna kobieta jak ona? Stęskniona była i ja to rozumiem, bo z pana przystojny gość… i teraz jest… więc żona pewnie o niczym innym nie myślała wtedy jak tylko o panu i ja to rozumiem. Niech pan włączy czajniczek i zasypie do szklaneczki kawy… albo esencji rumowej herbatki pan wleje. Jest w szafce,  w butelce obok cukru. Co pan tu ma? Pan pokaże. Wielka ta torba. Mundur do chemicznej oddam, bo ja chemicznie nie piorę. Będzie pan musiał poczekać. Co tu jeszcze mamy? Dwa obrusy, powłokę, prześcieradło i na poduszkę… i jeszcze… no co pan, pułkowniku, normalka… zielone kalesony. Pewnie jeszcze wojskowe. To prawie jak bielizna, ale przejmować się nie ma czym. Gdyby pan wiedział, co ja w życiu miałam do wyprania. Raz przyszedł taki młody, zaraz po ślubie. Urządzali dopiero mieszkanie. Robili kuchnię i łazienkę, to i wyprać nie było gdzie zaraz po weselu. Dwa worki przyniósł, bo to w namiocie mieli weselisko i sporo obrusów było do wyprania. No i wyrzuca mi z tych worków. Jak raz prześcieradło się rozpostarło a na nim, pan rozumie, świadectwo dziewictwa małżonki. Taki się czerwony na gębie zrobił, że pewnie by tu zaraz przy mnie spłonął, gdybym go nie ochrzaniła, że chyba powinien się cieszyć, że pierwszą jego była, a to i normalne przecie, że tak się stało. Takie zabrudzenie to żaden brud, choć krew do wyprania trudna, ale gorsze bywają. Nie będę panu, pułkowniku, opowiadała szczegółów, bo sobie pan obrzydzi kawę… a herbatki pan spróbuje. To poproszę i dla mnie. Pan wleje po jednej piątej esencji do szklanki, wtedy najlepsza. 
Już ja tam w praniu mam doświadczenie. Wiadomo - firma rodzinna. Babka prała, matka, teraz ja. Dawniej to, panie pułkowniku, taką bieliznę albo pościelowe to gotowało się w kadzi, a ile krochmalu się zużywało. Krochmaliliśmy też firanki, ale przedtem moczyło się je w słonej wodzie, albo dodawało sody, albo jedno i drugie. I jeszcze ten niebieski proszek się dodawało do wypłukania. A jak firanka była dobrze wykrochmalona i sucha to kiedy zawiesiłeś ją w otwartym oknie i przeciąg się zrobił,. to o taką firankę muchy się zabijały, jak metal taka twarda. 
Ech, materiały kiedyś były inne. Niby taka sama bawełna, ale nie ta sama. Dzisiejsza, nie powiem, milutka w dotyku jak nowa, ale gdyby potraktować ja sodą jak dawniej, po dwóch praniach się rozpadnie. A wypierz pan na ten przykład len. Dawniej chłopy w lnianych koszulach chodzili. Serwetki lniane, makatki, bluzki i spódnice. Ile to trzeba było mieć cierpliwości i poświęcać uwagi temu, żeby zbyt gorącą wodą nie sparzyć, bo wtedy len kurczy się bardzo. Dzisiaj to ludzie mają z tym lepiej, że do naturalnych włókien dodają sztuczne i przez to, jak równo powiesisz do wysuszenia, materiał się nie pogniecie.
Jeszcze moja matka maglowała. Tak, tak, panie pułkowniku. Magiel stoi do dziś w komórce, ale kto go tam teraz używa. Klienci życzyli sobie kiedyś: pranie, pranie z maglem, albo sami przynosili tobołki suchej wypranej przez siebie bielizny, pościeli, obrusów, firanek i zasłonek. Dzisiaj dodatkowo prasuję, przyszywam guziki, spinki, suwaki, ceruję gdy potrzeba. Dodatkowy pieniądz z tego jest, nie narzekam. O, już się zagotowała. Wypijemy. To będzie taka herbatka z prądem, zobaczy pan.
Ciebie to jak po śmierć wysłać. Przyniosłaś masło? Cukier? Drożdżówki? To i dobrze. Drożdżówki połóż na stole. No weź się ogarnij! Nie w torbie tylko połóż na dużym talerzu, a dla pana pułkownika wsyp cukru do cukiernicy. Gorzką pan woli? Aha. To mnie jedną łyżeczkę, bardzo proszę, niech ten prąd poczuję. No dobrze, weź te dziesięć złotych i idź pojeździć, ale o ósmej wieczór masz być w domu, bo inaczej spiorę. Ładnie cię wychowałam, co? Weszłaś, zobaczyłaś przy stole pana pułkownika i ani dzień dobry, ani nic. Teraz? Teraz już za późno. Z kim idziesz? Z Hanką? To nie zapomnij i jej kupić loda. Weź jeszcze te pięć złotych z reszty i kupcie sobie te w pucharkach ze śmietanką. Najlepsze są. I tylko mi coli nie kupuj. Sok jabłkowy albo pomarańczowy sobie wypijcie. Nie będziecie mi się truły. Dobra, już leć. Aha, jak będziesz wracała, to wstąp do pana Gienka i zapytaj się, kiedy będzie łaskaw oddać naprawioną wirówkę. Powiedz, że mama bardzo prosi.
Anielka, moja córka. Nie wiedział pan, że w końcu się doczekałam? A tak, z moim mi nie wychodziło… cieszyłby się, biedaczek. To już piętnaście prawie lat, jak go nosi na tamtym świecie. Ni stąd ni z owąd trafił się taki jeden, przystojny, nie powiem; zagadać umiał, gest miał, to i mu pozwoliłam. Ale potem prysnął w siną dal i szukaj go po polach. Ona mi na pamiątkę została. I bardzo dobrze. Sama sobie daję radę. A lekarz to za głowę się złapał, że niby czterdzieści dwa lata na ciążę to już za późno i kazał, abym chodziła do niego, hm… bo pewno też na pieniądze łasy. A co tam, chodziłam i wychodziłam. Anielcia jak chłopak przyszła na świat, trzy osiemset ważyła. W matkę poszła: wszędzie jej pełno, uśmiechnięta, zaradna, ale do roboty w pralni się nie nadaje. Jeździ jak szalona na rowerze górskim i chce świat zadziwiać. I dentystką też chce być, ale jak jedno pogodzić z drugim, tego nie wiem. Ile ma lat? Dopiero dwanaście. Ma pan racje, pułkowniku. Za młoda, aby już wiedzieć, czego się chce.
No, skończyło się. Wyniosę rozwiesić do suszarni i wypijemy herbatkę. Chce pan pomóc? Proszę bardzo. No to razem. Tędy. Pan chwyci za tamte rogi… i na pół, o tak, właśnie. A teraz to drugie. Szybko się pan uczy. To nic trudnego, ale mężczyznom rzadko kiedy podoba się taka robota. Mój Staszek to cierpiał, kiedy prosiłam go o pomoc w pralni. A jak nie lubił zawieszać firanek, choć wysoki był, więc dla niego to żadna sztuka z krzesła powiesić. Sama musiałam. Te małe poszewki to ja sama. Potem pan weźmie kosz i wracamy. Na rano będzie akurat do prasowania. A pan lubi i umie prasować? No tak, podobno w wojsku wszystkiego można się nauczyć. Czuje pan jaki przewiew? Uwielbiam ten zapach. Niektórzy to życzą sobie jeszcze, aby podczas prasowania pryskać jakąś wodą kwiatową, ale to chyba przesada, jak pan sądzi? Siądźmy wreszcie. Dzisiaj jeszcze tylko pańskie upiorę, a do chemicznej dam jutro z rana jak przyjadą.
Tylko z tą żoną jakoś panu nie wyszło, co? Nie musi pan tłumaczyć. Wiem wszystko, a może i za dużo, bo do mnie jak ludzie przychodzą, to mówią sami. Tylko panu powiem, pułkowniku, że jedyne co źle pan zrobił, to to, że wziął pan sobie taką młodą. No to co, wypijemy? Gorąca herbatka najlepsza. Stuknijmy się, bo to niezwyczajna herbatka. Uhm… pycha, prawda. Proszę się częstować drożdżówką. Nie można sobie w życiu tak wszystkiego odmawiać. Pan pewnie dobiega sześćdziesiątki. Równe sześćdziesiąt? Nie powiedziałabym. Dałabym pięćdziesiąt siedem, co najwyżej. Wiadomo… wojskowy to się trzyma. Pięć lat różnicy między nami, widzi pan? I ja też się trzymam, prawda? Kręgosłup zdrowy, reumatyzm nie dokucza, choć przy takiej robocie powinien. Ja tam, panie pułkowniku poza tym ginekologiem to do żadnego lekarza nie chodziłam. A i Anielka zdrowo się chowa. Po mnie tak ma, a może też po tamtym łapserdaku. Ale przebolałam go. Po dwóch miesiącach złość mi przeszła. Ważne, że Anielcię mi zostawił. A pan tak sam jak kołek został. No rozumiem. Niepodobna, aby mężczyzna taki jak pan nie interesował się spódniczkami i ja to rozumiem. I też rozumiem, że ponownie wiązać się pan nie chciał. Sparzył się pan.
Drożdżówki zawsze każę kupować u Rzetelskiego. Najlepsze wypieki tam mają. Nie kupował pan tam nigdy? No, widzi pan. Trzeba spróbować dla odmiany. Mundur na przyszłą sobotę ma być? W porządku. Zdążą. Że jak? Spotkanie uroczyste macie. Dawni oficerowie. Aż jestem zdziwiona, bo nie bardzo was teraz szanują. Słyszałam, słyszałam. Polskojęzyczne wojsko. Cholery jedne. A… chyba że tak. Nieoficjalne spotkanie, bez władz. I bardzo dobrze. Podobno w wojsku to największe przyjaźnie się zawiązują. To ja już panu, panie pułkowniku, tak pięknie mundur wyprasuję, że będzie wyglądał jak nowy
A mówiłam, że będzie smakować? Na żołądek dobra i rozgrzewająca. Na zimę w sam raz.
Wynajęliście salę. Aha, znaczy się z małżonkami, osobami towarzyszącymi… tego nie wiedziałam. Myślałam, że sami panowie wojacy. To wyjdzie z tego takie prawie rodzinne przyjęcie. I tańce będą? Ech, łezka się w oku kręci. Ja raz tylko byłam na zjeździe absolwentów. Po technikum jestem. Odzieżowym. Prawie same baby, ale porozjeżdżały się po świecie. Mało która się odliczyła.
A może kolacyjkę panu zrobić, panie pułkowniku. Zdążę z pańskim, niech pan się nie martwi. Na jutro będzie gotowe. No, chyba że tak. Mus to mus. Że co? Panie pułkowniku, pan raczy żartować. Ja to wszystko rozumiem, ale przecież nie znam tam nikogo. Co pan kolegom powie? Że z praczką pan przyszedł pod rękę. No, wie pan co…. Nie, że odmawiam, ale jestem zaskoczona. Kompletnie. Zamurowało mnie. Naprawdę pan taki uważa? I jeszcze do tego podjedzie pan samochodem. No, nie wiem…. Nie chciałabym panu przynieść wstydu. Myśli pan…. To ten mundur będzie na piątek po południu. Na uszach staną, a muszą go oddać na czas, abym go jeszcze po swojemu wyprasowała.
Tylko co ja na siebie włożę… co ja na siebie włożę…?

[08.09.2016, Baigneux-Les-Juifs we Francji i 09.09.2016 Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii] 

09 września 2016

CO ZA TRASA!

Męcząca? No, można tak powiedzieć, że męcząca była podróż z Daganza pod Madrytem do… no właśnie….
Załadowany byłem czterema paletami gdzieś do Holandii. Po przejechaniu około 150 kilometrów spedytor nakazuje mi wracać, bo wziąłem nie te, co potrzeba, a właściwy towar miał trafić do Moenchengladbach w Niemczech. Zjeżdżam zatem z powrotem do firmy, która mnie załadowała i wyjaśniam sprawę. Okazuje się, że wszystko jest w porządku. Mam jechać do Niemiec, a holenderska firma, na która wypisano dokumenty pośredniczy tylko w zakupie.
I w końcu wyszło, że mam do przejechania (razem z tym powrotem) 2150 kilometrów. Wyjechałem zatem po raz drugi o 13.15.
Zalety:
- czterokrotnie pokonywałem przełęcz pod Samosierrą - wyjątkowo piękny, jak na Hiszpanie widok,
- przejeżdżałem, nie pierwszy raz zresztą, przez Kraj Basków i utrzymuje, że to najpiękniejszy region Hiszpanii (drugim jest Katalonia), a to z tego powodu, że rosną tutaj drzewa i są całkiem spore lasy; kolor słomiano-żółty za oknami auta nie jest już dominujący,
- przekonuję się, że we Francji nie ma już 40-stopniowych upałów, z jakimi miałem do czynienia w Hiszpanii,
- przystanąłem w pobliżu Bayonne (Baiano) nad samym Atlantykiem i pooddychałem świeżym, oceanicznym powietrzem,
- wykapałem się bezpłatnie na jednym parkingów przed Bordeaux - po hiszpańskiej gorączce prawdziwa ulga,
- nareszcie pierwsza kwadra księżyca, a kiedy jeszcze nie wzszedł, cudownie gwiaździste niebo w Gaskonii,
- przespałem się całe dwie godziny.
Wady:
- według nawigacji mógłbym być w Moenchengladbach nazajutrz o godzinie 16.55, tymczasem w Belgii czekał na mnie 50-minutowy korek, którego ominąć nie było sposobu, gdyż rozwinął się on tuz przed wjazdem na remontowany właśnie wiadukt nad rzeką,
- kolejny korek napotkałem już w Niemczech - spłonął mini van - renówka, volkswagen lub ford - trudno powiedzieć. Straż przybyła po 15 minutach i mam nadzieję, że panowie strażacy wzięli z sobą szufelki, bo z auta został jedynie szkielet. Nic nie wiem o ofiarach zdarzenia,
- i w końcu nie zdążyłem na czas, na 17.30. Zajechałem do otwartej firmy, wysiadłem z auta i wybrałem się na poszukiwanie kogokolwiek, licząc jeszcze na to, że ktoś mnie rozładuje. Nie zastawszy żywej duszy wróciłem do auta i okazało się że brama została zamknięta (później okaże się, że zamyka się automatycznie o konkretnej godzinie). W taki to sposób zostałem uwięziony.
Po dwóch godzinach z opałów wybawił mnie pracownik „security”, który rutynowo sprawdzał obiekt zakładu.
W końcu wyjechałem z miejsca odosobnienia i zaparkowałem renówkę na zewnątrz zakładu.
Nadeszła pora na uzupełnienie dwugodzinnej drzemki kolejna porcją snu.

[07.09.2016, Antwerpia w Belgii]

KAMYCZKI - NAZYWANIE ŚWIATA (20) JABŁKO

- A ty tak za mną chodzisz i chodzisz? Po prostu nie mogę tego wytrzymać.
Rumieniec zachodzącego słońca roztapiający poszarzałe wzgórza w oddali to nic w porównaniu z karminowym obliczem jego twarzy.
- Do tego nic nie mówisz, albo mówisz milcząc. Jesteś nie do wytrzymania.
A jednak zatrzymała się i pochyliła słowami nad jego zdruzgotanym zaskoczeniem. Przemówiła jednak. Jednak.
- I pewnie myślisz sobie, że będziesz tak za mną szedł i szedł? Ja przecież mogę tego nie chcieć, rozumiesz?
Albo kiwnął głową na znak, ze rozumie, albo też ciężka od natłoku myśli głowa opadła bezwiednie jak dolna szczęka, która w ten sposób wyraża niewytłumaczalne zdziwienie.
- Jesteś pewien, że idziemy w tym samym kierunku? Bo ja idę w stronę wioski.
Pomyślał, że jest mu obojętne, dokąd ona idzie i nawet gdyby zawróciła, podążyłby za nią, bo kiedy szedł za nią, nie czuł zmęczenia i mógłby tak iść i iść, i niekoniecznie musiałby dojść dokądkolwiek.
- Co ja z tobą mam. Albo ogłuchłeś, albo zaniemówiłeś. Ta ścieżka jest wystarczająco szeroka dla nas obojga, a ja wolę już ciebie obok siebie niż za sobą.
I szli, a ona zapewne nuciła jakąś wesołą melodię, choć on jej nie słyszał, zbyt przejęty tym, że może jej towarzyszyć będąc po lewej stronie. Wciąż milczał i wydawało mu się, że ta ścieżka gliniana, kamienista, po której ona stąpa drobnymi kroczkami jest drogą odnalezioną w jego śnie, a przecież śnił tyle razy i dotąd jej nie spostrzegł.
- Będziesz tak milczał do końca świata?
Nie było w jej pytaniu wyrzutu. Wydawało się, że sprawia jej przyjemność to bezustanne odzywanie się do niego i nieliczenie się z tym, że w jakikolwiek sposób zareaguje na jej słowa.
Przystanęli.
Drzewo rosło na zakręcie, skąd do wioski było akurat tyle drogi, ile im przyszło dotąd pokonać wspólnie. Ktoś zapobiegliwy zasadził tutaj jabłonkę. Uśmiechnęła się do niej. Podziękowała uśmiechem temu nieznajomemu, kto właśnie w tym miejscu wykopał dołek i umieścił w nim rozsadę przyszłej jabłoni. Spojrzała w górę.
- Ach, zjadłabym jabłko. Zerwiesz je dla mnie?
Podbiegł z impetem do drzewa i doskoczył do nisko położonego konaru; następnie chwycił go obiema dłońmi, podciągnął się, uczepił kolejnej gałęzi, i jeszcze jednej, i kolejnej. Ciężarem swego ciała zakołysał całym drzewem.
- Ty sobie jeszcze co zrobisz! Spadniesz! Nie wchodź tak wysoko! Jabłka są niżej.
Słyszał ale nie posłuchał. Opierając się plecami o pień drzewa, w tym miejscu nie grubszy od przegubu dłoni, wyciągnął rękę ku najpiękniejszemu jabłku, które dojrzał był już wcześniej, zanim wdrapał się na szczyt jabłoni. Pochwycił je w dłoń, przygarnął do piersi i począł powoli zsuwać się na ziemię, a szorstka kora drzewa zdzierała naskórek z jego nóg i ramion.
- Proszę, weź to jabłko - powiedział stojąc przed nią tak blisko, że czuł na policzkach ciepło jej oddechu. Jabłko spoczywało na jego otwartej dłoni. Było regularnie krągłe, złociste i pachniało nadchodzącą mgiełką zmroku. Zbliżył je do jej ust; otwarła je i zanurzyła w soczysty miąższ owocu skrzące się alabastrowym blaskiem zęby. Odłupała nimi wcale pokaźny kąsek. Patrzył jak pod przymkniętymi wargami jej zęby dokonują rozkoszy rozdrobnienia części jabłka na coraz to mniejsze kawałki; wreszcie spojrzał na jej szyję, pod którą boski pokarm przedostawał się wąska rynienką do żołądka.
- Teraz twoja kolej - powiedziała, przejmując nadgryzione jabłko z jego dłoni. Odgryzł kawałek i patrzył w jej oczy, w których przyjrzał się sobie.
I potem razem, równocześnie zatapiali swoje zęby w chrupiącym miąższu jabłka, a sok owocu spływał im po policzkach i podbródkach.
- Wiesz, co zrobiłeś?
- Zerwałem dla ciebie jabłko - odpowiedział.
- Zerwałeś… i teraz już chcę, abyś chodził ze mną, nie za mną… rozumiesz człowieku?
Chwycił ją w ramiona.
- Zaniosę cię wszędzie, gdzie będziesz sobie tego życzyła, choćby do twojej babci, Czerwony Kapturku.
- Jesteś wariatem, wiesz?
- Wiem.

[04.09.2016, Daganza w Hiszpanii]

SMS-OWA KORESPONDENCJA

Nie lubię komórkowych telefonów, choć bywają pomocne, a czasami wręcz niezbędne do pracy, ale i podczas tej pracy działają na mnie jak czerwona płachta na byka.
Przykład korespondencji sms-owej. Udział biorą: Ja jako ja i S jako spedytor.
Ja: 17.15. Wyjechałem.
S:  Ok. rozładunek o 8 fix. Miłej podróży. [fix - nieprzekraczalny termin]
Ja: Proszę mnie nie rozśmieszać.
S: Bo czekają na towar pilnie.
Ja: A zapłacą za mandaty? Czy mam sikać do butelki podczas jazdy? Wtedy mniej stracę. 8 rano jest nierealna.
S: Bez jaj.
S: Wczoraj ktoś mi ładował z waszej firmy o 20, a o 7 był już na miejscu.
S: Miłej jazdy. Niech pan się stara ile może. Jutro odpoczniemy bo weekend.
Ja: Witam. Do samej zrzutki miałem wyłączoną komórkę. Niech mi pan powie, jak ten niby kierowca wyprzedził wskazania nawigacji o ponad 5 godzin? Jak mógł wyjechać z firmy załadowany o 20, skoro firma pracuje do 17? Mnie chyba z litości załadowano o tej godzinie, bo bezskutecznie czekano 3 godziny na numer referencyjny. Gdyby panu kazano jechać non stop 48 godzin z dwugodzinną przerwą na sen, miałby pan pełne prawo do komentowania mojej pracy [dot. komentarza zawartego w bezpośredniej rozmowie telefonicznej, nie sms-owej].
A najlepiej to po prostu samemu wsiąść do autka i zażyć przyjemności beztroskiej podróży.
S: Witam. I tak pan dobrze jechał. To tylko klient dał mi ciśnienie. Wie pan sam, jak z tymi Francuzami.
Straszny wynalazek ten telefon komórkowy, a sms-y… jeszcze straszniejszy.


[04.09.2016, Daganza w Hiszpanii]

ALMAYER W UPALE

W trzydziestoczterostopniowym upale, który jeszcze się natęża, aby osiągnąć swoje apogeum około czternastej, zamykam okna w aucie i włączam klimatyzację, choć szkoda mi paliwa, bo człowiek to jakoś wytrzyma nawet największy skwar, a oleju napędowego ubywa. Miasteczko fabryczne jest puste. Liche drzewa cierpią z powodu braku wody, jedyny cień pochodzi z rzutów prostokątnych budyneczków. Czasami zrywa się jednominutowy wicher i porywa wydarte drzewom liście, które zbierają się pod siatkami i płotami odgradzającymi ulicę od powierzchni gospodarczych firm. Liście chrzęszczą pod podeszwami i rozpadają się na pył. Tylko muchy żyją sobie spokojnie na tej zlanej słońcem pustyni.
Raz na pół godziny przejeżdża jakiś samochód. Tak było wczoraj. Dzisiaj jeszcze rzadziej, bo to niedziela. W pewnej chwili w odległości około dwustu metrów przede mną słyszę wartką rozmowę, przemieniającą się w zajadłą kłótnię pomiędzy kobieta a mężczyzną. Pięć minut później odjeżdża z tego miejsca osobowe auto. Nie zauważyłem, kto nim jechał. Znów jestem sam na gorącej ulicy. Jedynie wściekłe muchy zakłócają tę samotność.
Wczoraj wróciłem do maturalnej klasy, przypominając sobie „Mit Syzyfa” Alberta Camusa. Odczytałem go ponownie. Podobno także w absurdalnej pracy, jaką wykonywał Syzyf, też można odnaleźć szczęście, jeśli jest się świadomym tego, co się robi. „Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym” - tak mówi Camus.
Dzisiaj w parę godzin połknąłem „Szaleństwo Almayera” Conrada. I znów powrót do wspomnień, tych z lat młodości. „Lord Jim” penetrowany od każdej strony na zajęciach fakultatywnych, aby na przykładzie tego tekstu zrozumieć sens takich pojęć jak honor i odpowiedzialność. Upływający bezlitośnie czas sprawił, że i honor i odpowiedzialność zostały rozdeptane jak te suche liście na ulicy płonącej słonecznym żarem.
W „Szaleństwie Almayera” jest postać, która szczególnie mnie uwiodła. To Tamina, malajska niewolnica, nieszczęśliwie zakochana w Dainie, który z kolei zapłonął miłością do Niny (Tamina była o nią dziko zazdrosna), córki Almayera, z którą zresztą odjechał, pozostawiając starego ojca samego w jego opustoszałym i wyzbytym z marzeń domu. A oto kilka jakże pięknych zdań Conrada opisujących to, co działo się z Taminą:
„Przestała odtąd odwiedzać kampung Almayera spędzając godziny na pokładzie w cieniu płóciennego dachu. Wyglądała Daina z piersią falującą coraz szybciej, a gdy nadchodził, serce miotało się w niej jak oszalałe w rytm świeżo zrodzonych uczuć - wesela, nadziei i trwogi. Z oddalaniem się Daina przycichał dziki zamęt w jej duszy; wyczerpana jak po walce siedziała długi czas w sennym bezwładzie. Wieczorem wracała do domu wiosłując od niechcenia, unoszona leniwym prądem wzdłuż brzegu. Wiosło wisiało bezczynnie, a ona siedziała na rufie, z głowa wspartą na ręku i szeroko rozwartymi oczyma, wsłuchując się usilnie w szept własnego serca, który się rozrastał w pieśń niewymownej słodyczy”.
A Almayer… ten, słaby człowiek z wielkimi marzeniami, które miały się nigdy nie ziścić? Almayer skończył marnie, a tak bardzo jest podobny do piszącego te słowa.

[04.09.2016, Daganza w Hiszpanii]

WESELE

Pan Gajowniczek dla zaczerpnięcia tchu opuścił po angielsku gości i przeszedł do niewielkiego sadu, królestwa niemal trzyletniej Róży, dla której pomiędzy jabłonkami zainstalowano hamak, postawiono też plastykowy basen i zjeżdżalnię, utworzono piaskownicę.
Usiadł pan leśniczy na ławeczce pod drzewem, a nad sobą, w świetle jedynej w sadzie latarni zobaczył pękate jak beczułki grusze.
- Oj, tego roku mamy wybitny urodzaj na grusze - powiedział sam do siebie, ale na tyle głośno, że pewnie został posłyszany przez pana radcę Kracha, który również ulotnił się od weselnych gości. A trzeba przy tej okazji wspomnieć, że pan radca był świadkiem na ślubie pana Gajowniczka obok Elżbiety, również bibliotekarki, tyle że z miejskiego liceum, koleżanki panny młodej, pani Trojanowskiej.
Pan radca Krach wychynął zza sąsiedniej gruszy, jako ten lis szukający na paluszkach nocnej zdobyczy i nawet wprawił pana leśniczego w niemałe zdumienie, co ktoś inny nazwałby nawet przestrachem. Nie przejmując się zanadto pełnym zadziwienia spojrzeniem nowożeńca, pan radca podszedł do ławeczki i również na niej przysiadł.
- No i weselisko mamy prawie na ukończeniu, przyjacielu… a tak się bałeś - przemówił pan Krach.
- A bałem się, bałem, bo wciąż miałem przed sobą obraz mojej pierwszej żony i cały czas dręczyła mnie myśl, co ona na to by powiedziała - odparł pan leśniczy.
- No cóż, mój kochany, życia się nie zawróci. Wszak sam mi opowiadałeś, że jej przedśmiertnym pragnieniem było to, abyś sam na resztę swoich dni nie zostawał - przypomniał pan radca. - A zresztą, chyba wyboru jak najbardziej trafnego dokonałeś. Pani Teresa wydaje się być szczęśliwa, a i twojemu smutkowi wybranka twego serca pokrzyżowała szyki.
- To prawda, jakoś tak nam po drodze, choć ona w mieście, ja w lesie, jak ten wilk samotnik… ale zamieszka u mnie, jej mieszkanko sprzedamy, autko sobie kupi, nie strfonimy reszty grosza - rozpowiedział się pan leśniczy i wcale nie skończył na tym słowie. - A z tą bryczką do ślubu to Piotr z Joanna mnie zaskoczyli. Wpadł do mnie któregoś dnia i mówi, co bym powiedział na podwózkę nie autem a końmi. No i zgodziłem się, a Tereska to nawet się rozpłakała, bo nigdy nie marzyła nawet, że końmi pod kościół zajedzie. I proszę, stało się. Na przedzie te dwie panny, co w gospodarstwie przy koniach pracują, konno, odświętnie, potem bryczka, a ta bryczka to jak powóz dla mnie. Oboje, Piotr i Joanna prowadzą, a my z tyłu, ludzie się dziwią, spoglądają. Całe miasteczko objechali z nami, a czuliśmy się jak jakie książęta.
- Przyznam, przyjacielu, że też byłem zaskoczony - wtrącił się wreszcie do rozmowy pan radca - bo też ci powiem, że ta para również dobrała się jak w korcu maku. Ambitni ci młodzi i pełni animuszu. A też przyznać trzeba, że ksiądz Kącki przepięknie mszę celebrował i śluby wasze z niezwykłym honorem ale i naturalną radością przyjął. On jeszcze na weselu?
Pan leśniczy przytaknął. Też był zdumiony tak długim obcowaniem księdza na przyjęciu weselnym, bo w gruncie rzeczy na weselach rzadko duchowne osoby dotrzymują towarzystwa do samej północy.
- Ksiądz Kącki ma w zwyczaju rozmawiać z każdą osobą, więc trudno się temu dziwić, że jeszcze biesiaduje - wyjaśnił pan Gajowniczek.
- To rzecz warta pochwalenia - potwierdził radca Krach. - Jest wstrzemięźliwy w piciu, natomiast nie uroni choćby kilku kropel przy każdym toaście. Swój człowiek, jak to się mówi.
- A my tu właśnie o księdzu... - zaczął pan Gajowniczek dostrzegając zmierzającego ku nim księdza Kąckiego.
Ten zaś nadzwyczaj pewnym krokiem kierował się ku ławeczce, na której złożył swoje duchowne ciało.
- O mnie rozprawialiście, nie o weselu? A ładnie to tak dopiero co poślubioną niewiastę pozostawiać samą na pokusę gości? Toż ona tęskni przecież - roześmiał się ksiądz, lecz zaraz dodał: - Martwić się o małżonkę nie należy, wybacz mi ten żartobliwy ton. Ona tam z przyjaciółkami flirtuje, do czego ma święte prawo, jako że po ślubie mniej będzie miała sposobności rozmawiać z nimi. Przeprowadza się przecież w leśną głuszę, prawda?
- Owszem, proszę księdza. W zasadzie już jest wprowadzona do leśniczówki, o czym ksiądz wie doskonale.
- Faktycznie, wiem coś o tym. W lesie powietrze doskonale pachnie, czy to lato czy zima - zachwycił się ksiądz Kącki.
- Póki co na poprawiny ponawiam zaproszenie - wyrzekł pan leśniczy.
- Jeżeli tylko miodową nalewką zostanę nakarmiony, to przyjdę, znaczy się przyjadę rowerem. Odwiedzę przy okazji młodych Kosmowskich, którzy podwieźli pana pod sam kościół, dodając ceremonii jakże pięknej atmosfery.
Radca Krach przysłuchując się rozmowie, miał coś na końcu języka, lecz jeszcze wahał się z wypowiedzeniem tych paru słów i zdecydował się jedynie na coś, co można nazwać pochlebstwem.
- Bardzo miło by było widzieć księdza na stanowisku szefa w naszej parafii… właściwa osoba na właściwym miejscu.
- Zdaje się, że rozumiemy się bez słowa, panie radco. Podejrzewam, że wiem, do czego pan zmierza.
- To prawda. W takim miasteczku jak nasze plotki rozchodzą się z szybkością dźwięku. Czy ksiądz może potwierdzi dobrą nowinę, że ksiądz proboszcz opuszcza naszą parafię?
- Plotka, a szczególnie ciekawość, mają wiele wspólnego z piekłem, natomiast w szczegółach nie zawsze pokrywają się z prawdą. A prawda jest taka, że owszem, ksiądz proboszcz opuszcza parafię wyjeżdżając do Kanady, gdzie polonijny kościół otworzył dla niego swe podwoje - wyjaśnił ksiądz Kącki.
- A czy prawdą jest, że ksiądz, pomimo tego, że na emeryturze, obejmie teraz nasza parafię?
- Tu pana radcę zaskoczę. Nic podobnego. Parafię obejmie nowy ksiądz, Andrzej, który, jak mniemam, przypadnie do gustu parafianom.
- Jest ksiądz tego pewien? Zna ksiądz tego księdza Andrzeja? - dopytywał się pan radca.
- Owszem, służyliśmy wspólnie w innej parafii i mogę zapewnić, że w naszym kościele mniej będzie polityki, bo chyba to właśnie mieliście państwo do zarzucenia obecnemu proboszczowi.
- Nie będę ukrywał, że wielu parafian miało mu to za złe. Ale jak widać - pan radca Krach uśmiechnął się szczerze - ksiądz ma w kurii swoje wpływy.
- Przecenia pan moje możliwości, panie radco, ale rzeczywiście podsunąłem kurii kandydaturę księdza Andrzeja, wydając mu jak najlepsze świadectwo naszej niedawnej współpracy. Powiedzmy sobie, panie radco, w ten sposób: widocznie duch święty ma wpływ nie tylko na wybór papieża, ale i na decyzje o powołaniu na stanowisko proboszcza księdza Andrzeja.
Radca Krach uśmiechnął się dobrotliwie, wiedząc doskonale, że ksiądz Kącki pomniejsza swoje znaczenie przy wyborze nowego proboszcza, ale cóż, także we władzach kościelnych zręczna polityka jest potrzebna, a w tym przypadku była z pewnością konieczna.
Pewnie panowie okupujący ławeczkę pod gruszą prowadziliby z chęcią dalszą rozmowę, gdyby nie to, że któraś z przyjaciółek pani Teresy wpadła do sadu z pretensją, ze chciałaby białe tango zatańczyć z panem leśniczym. Ten zaś, nie mając o tangu, zwłaszcza o białym, zielonego pojęcia, poddał się jednak terrorowi kobiety i pokornie powrócił do tanecznej sali, pozostawiając księdza Kąckiego i radcę Kracha serdecznie uśmiechniętymi.

[03. 09.2016, Daganza w Hiszpanii]

06 września 2016

AMERYKAŃSCY NAUKOWCY

Od czasu do czasu fachowe periodyki naukowe, mass media oraz ambitne portale internetowe bezustannie donoszą o osiągnięciach uczonych, zwłaszcza amerykańskich, albowiem naukowcy tego kraju cieszą się wielką i zasłużoną sławą od Antarktydy po półwysep Kolski. A zatem i ja poczytałem sobie….
Amerykańscy naukowcy z uniwersytetu w Pensylwanii w oparciu o obserwacje satelitarne udowodnili ponad wszelką wątpliwość, że na terenie Polski nie można już spotkać żyjących na wolności białych niedźwiedzi polarnych i informują moich rodaków o tym, że foki Zalewu Zegrzyńskiego mogą się czuć bezpiecznie.
Amerykańscy profesorowie z uniwersytetu stanowego w Utah przeprowadzili ciekawe badania na szczurach (1000 osobników). Do szczurzego pokarmu zawierającego cyjanek potasu dołożyli każdemu stworzeniu zaledwie 1,5 grama cukru. Wszystkie osobniki poddane temu eksperymentowi padły, co, zdaniem naukowców, świadczy dobitnie o tym, jak wielką trucizną jest cukier.
Podobnie ciekawe badania przeprowadzili amerykańscy naukowcy z uniwersytetu w Południowej Karolinie. Udowodnili oni, że spryskanie kromki chleba z masłem preparatem owadobójczym o silnym stężeniu trującego środka może powodować u konsumenta bóle żołądka, nudności a nawet wymioty.
Amerykańscy naukowcy z Nebraski stwierdzili z kolei, że u ludzi nie posiadających pracy, bezdomnych i obłożnie chorych występuje zjawisko stresu i pragnienie zmiany dotychczasowego sposobu i trybu życia, bez porównania większe, aniżeli ma to miejsce u osób dobrze sytuowanych i zdrowych,. Ta druga grupa ponadto nie wykazuje chęci zamiany własnego trybu i sposobu życia na ten, który występuje w pierwszej grupie badanych, tj. biednych i chorych.
Amerykańscy uczeni z Harvardu zbadali z kolei zależność jaka występuje pomiędzy częstotliwością mycia zębów a zużyciem pasty do zębów (dowolnej marki). Naukowcy poprosili badanych, aby spożywali 6 posiłków dziennie zamiast trzech (wybrano 1000 osobników deklarujących, że jedzą codziennie 3 posiłki) i po każdym z nich dokonywali mycia zębów. Rezultat tych dwumiesięcznych badań był zaskakująco rewelacyjny. Otóż okazało się, że zużycie pasty do zębów przez osoby poddane eksperymentowi wzrosło niemal dwukrotnie.
Amerykańscy naukowcy z uniwersytetu ze stanu Wirginia obalili tezę, głoszącą, że należy jeść więcej warzyw i owoców, bo są to naturalne, zdrowe produkty zawierające mnóstwo witamin i mikroelementów. Do eksperymentu zaproszono setkę osób obojga płci, podając im do jedzenia właśnie owoce i warzywa. Okazało się, że zdrowotne samopoczucie nijak się ma do powiedzenia: „jedz więcej warzyw i owoców”. Dość powiedzieć, że w najgorszym stanie zdrowia był człowiek, który zjadł owoców i warzyw najwięcej. Spożył on dziennie 2 kg szpinaku, 1,5 kg marchwi, po 1 kg ogórków, pomidorów, sałaty, kapusty białej, kapusty włoskiej, brukselki, porów, po 0,5 kg naci pietruszki, soi, selera, mieszanki ziół, a ponadto zjadł 4 jabłka, 3 banany, 4 cytryny, 3 pomarańcze; po jednym arbuzie, gruszce i ananasie oraz skonsumował po kilogramie wiśni, jagód, oliwek, śliwek węgierek, brzoskwiń i czarnych porzeczek. I co na to miłośnicy diety wegetariańskiej? 
Amerykańscy ekonomiści z uniwersytetu stanowego Iowa opublikowali natomiast niezwykle interesujące badania, w których dowodzą oni, że najskuteczniejszym sposobem na „załatanie dziur” w finansach związanych z systemem emerytalnym w niemal wszystkich krajach prowadzących gospodarkę rynkową, jest rozpoczęcie wydawania tychże świadczeń w dniu śmierci osoby, która przepracowała minimum 50 lat i na dowód tego posiada stosowne dokumenty. Wyniki tych badań już spotkały się ze zrozumiałym zadowoleniem w państwach Europy środkowo-wschodniej i należy spodziewać się w tych krajach rychłego wdrożenia pomysłu amerykańskich specjalistów wraz z ich osobistą, doradczą pomocą przy wprowadzaniu niezbędnych zmian w systemie. 
Zadziwiające wnioski wysnuli ze swoich badań naukowcy amerykańscy z Bostonu. Otóż opisują oni, że ludzie dobrze sytuowani, zdrowi, nie mający większych problemów w rodzinie i miejscu pracy, określają siebie jako szczęśliwi częściej niż pozostali ludzie. Inne wyniki badań ankietowych przeprowadzonych przez tych uczonych są również niezwykłe. Okazuje się bowiem, że ludzie zarabiający więcej niż pozostali, zakupują większą ilość towarów, nierzadko ekskluzywnych, więcej podróżują, jedzą w drogich restauracjach i korzystają z droższych wczasów.
Skoro jesteśmy przy podróżowaniu, to amerykańscy naukowcy z jednego uniwersytetów mieszczącego się w New Yorku z własnym niedowierzaniem odkryli niezwykłą zależność pomiędzy znajomością miasta a okresem w nim przebywania. Wzięto pod uwagę metropolię londyńską. Przebadano blisko 600 osób, z których jedna trzecia mieszkała w Londynie przez okres minimum trzech lat, jedna trzecia przebywała w stolicy Wielkiej Brytanii do jednego miesiąca, a pozostali badani nigdy w Londynie nie byli. Amerykańscy uczeni odkryli rzecz niewiarygodną, a mianowicie: największą znajomością Londynu wykazali się ci, którzy mieszkali w nim najdłużej; ci, którzy bawili w nim przez miesiąc znali jedynie największe atrakcje turystyczne miasta, natomiast osoby, które nigdy w Londynie nie były, miały trudności w dotarciu do, o zgrozo, Pałacu Buckingham.
I gdzieś na ostatniej stronie periodyku, z którego czerpię swoją wiedzę, przeczytałem, że amerykańscy uczeni przeprowadzili badania, z których jasno wynika, że najlepszymi na świecie naukowcami są naukowcy amerykańscy, a to z tego powodu, że przeprowadzają najwięcej badań, najwięcej ich wyników publikują, najwięcej się o nich mówi i pisze, o czym niech zaświadczy powyższy tekst.

[03. 09.2016, Daganza w Hiszpanii]

BEZSENNE WOJAŻE

Siedzę sobie porządnie zmęczony na strefie ekonomicznej w Daganza pod Madrytem w nocnym (dwudziesta druga) upale sięgającym 27 stopni. Przez ostatnie dni tyle się wydarzyło, że musiałem zerknąć do kalendarza w telefonie, aby zobaczyć którego dzisiaj mamy.
Dla porządku i własnej pamięci wymienię kursy, jakie odbyłem (dzięki temu niejednokrotnie w ogóle pamiętam, gdzie byłem).
Zacznijmy więc: Po rozładunku w Sanremo załadowałem się:
1) w Castelnuovo na południe od Turynu do Echinrolles we Francji [niedaleko Grenoble];
2) w Robassomero nie opodal Turynu - również do Echinrolles;
3) w Rivoli pod Turynem do Mions
Następnie załadowałem się:
4) w Allinges niedaleko granicy szwajcarskiej do Torcy na północny wschód od Paryża i
5) w Lugrin niedaleko granicy szwajcarskiej nad Jeziorem Genewskim do Chateau Landon [69 km od Torcy].
I w końcu…
6) z Dammarie blisko Chateau Landon zabrałem towar do Valladolid w Hiszpanii.
Wszystkie te kursy utkwią mi w pamięci z racji niedoczasu jaki miałem już opuszczając Włochy. W dodatku zjeżdżając dobrze znana trasą przez Gap w stronę Grenoble czekała na mnie niemiła niespodzianka. Otóż poniżej La Mure (tam jest świetnie działający internet) francuscy drogowcy (specjaliści od robienia kierowcom psikusów) postawili mylący znak zakazujący wjazdu samochodów powyżej 7,5 tony oraz autobusów. Ponieważ renówka numer dwa należy do aut 3,5 - tonowych, zignorowałem to ostrzeżenie i przejechałem ponad 12 kilometrów w stronę Grenoble, aż tu nagle pojawia się bariera ograniczająca dalszą jazdę dla pojazdów przekraczających wysokość 2,6 metra. Moja renówka mająca wysokość około 3,25 nie mogła skorzystać z dalszej drogi. Zmuszony byłem zawrócić i wybrać inną drogą, przez co straciłem około 40 minut i w związku z tym spóźniłem się z rozładunkiem o pięć minut. Gdyby to była Polska, Włochy lub Hiszpania, problemu by nie było. Ale to Francja i zamiast w nocy podjechać do Mions w okolicach Lyonu, musiałem spędzić noc w Echinrolles. Dwie w miare pozytywne okoliczności tego zdarzenia to: kapiel w zakładowej łaźni i możliwość skorzystania z internetu, przy czym nie zdołałem zajrzeć we wszystkie miejsca, które chciałem, bo łącze było tak kiepskie, że w końcu dałem sobie spokój.
Wspomnieć też należy jeszcze jedną pozytywna okoliczność. Wreszcie udało mi się sfotografować pomnik alpinisty znajdujący się w Argentires na trasie Briancon - Gap. Wcześniej zawsze to chciałem zrobić, lecz nigdy nie miałem okazji, ba albo pośpiech, albo też przejazd nocą.
Następnego dnia po rozładunku w Echinrolles jadę w stronę Lyonu,  do Mions, a później spedytor kieruje mnie nad granicę szwajcarską, bardzo blisko Jeziora Genewskiego. Cóż można powiedzieć o jeziorze? Jest wielkie (takie małe morze, choć oczywiście dużo mniejsze od przepięknego jeziora Garda we Włoszech), wybrzeże świetnie wykorzystane turystycznie. Załadunki mam niedaleko siebie, a jadę w stronę regionu Ille of France, czyli terenów wokół Paryża.
Przebywając nad Jeziorem Genewskim największą niedogodnością jest to, że aby dotrzeć do celu, nawigacja kieruje mnie przez Szwajcarię, a ja nie mogę tamtędy jechać (konieczność opłacenia cła), a w dodatku moja nawigacja nie wykazuje przez jaki kraj się jedzie. I stało się. Nieopatrznie przekroczyłem granicę francusko szwajcarską, choć mówienie o granicy w tym przypadku mija się z prawdą. Nie ma absolutnie żadnego znaku informującego o przekroczeniu granicy. Zjechałem przez wioskę i lasek, a o tym, ze jestem w Szwajcarii poinformowały mnie tablice rejestracyjne zaparkowanymi przed domami samochodów. Zawróciłem i mozolnie, punkt po punkcie wytyczyłem trasę, aby ominąć krainę Wilhelma Tella. Udało mi się, choć poruszałem się teraz bardzo wąskimi, górzystymi i przeraźliwie krętymi trasami, a chociaż  uwielbiam jeździć meandrycznymi szlakami, to odbywa to się kosztem czasu, a dokładniej kosztem snu.
Spałem zatem tej nocy zaledwie dwie godziny i po rozładunkach przypadła mi w udziale trasa licząca 1250 kilometrów do Valladolid w Hiszpanii. Jestem wkurzony, bo liczyłem, że rozładunek w Hiszpanii będzie na sobotę, tymczasem ma być w piątek o ósmej rano. Ścinam się z prowadzącymi mnie spedytorami, podając dwa argumenty: pierwszy, że po prostu jest fizycznie niemożliwe dojechać na ósmą rano, skoro nawigacja w trybie jazdy non-stop wskazuje 10-tą. Po drugie, jestem bardzo senny i wiem, że nie jest możliwe dotarcie do celu nawet na godzinę dziesiątą, bo muszę dwukrotnie zatankować renówkę i nie wytrzymam bez krótkich drzemek…
… i przystaję, i śpię po 15-20 minut trzykrotnie, a kiedy przychodzi drzemka, to podczas tego prędkiego snu widzi się na przykład poruszające się góry, jakby ich wnętrze był wypełnione był lawą, która wprawia w drgania masyw skalny i w końcu góra płynie jak masa błota spływającego po spadzistych stokach, albo… albo widzi się domy, miejskie domy, kołyszące się jak statek na falującej wodzie, domy trzęsące się bezszelestnie. Ale i tak te obrazy milsze się od tych, które pojawiają się w czasie jazdy, kiedy na sekundę - dwie przymykają się oczy. Wtedy, tuż po otwarciu oczu, wielka tablica informacyjna nad drogą nagle wydaje się być tylną burtą naczepy wielkiej ciężarówki i człowiek bez dania racji hamuje gwałtownie, aby nie uderzyć własnym autem w to wyimaginowane, jadące przed nim. A jeszcze gorzej jest wtedy, gdy po otwarciu oczu spostrzega się, że auto zmierza wprost na lewy pas lub też zjeżdża bezsensownie na pobocze.
Znam swój organizm i wiem, że dopiero po trzeciej takiej krótkiej drzemce jego kondycja wróci do w miarę normalnego stanu i wtedy można jechać i jechać.
Dojechałem do Valladolid i tuż po rozładunku kolejne 250 kilometrów pod Madryt. Aby zdążyć, mam jechać autostradą (zalecenie spedytora), choć według nawigacji nadrobię zaledwie dwie minuty.
Zdecydowana większość dróg, jakimi się poruszam, jest bezpłatna. Jadę momentami sto czterdzieści, choć po Hiszpanii maksymalna prędkość na autostradach to 120 kilometrów na godzinę. Dopiero przed Madrytem jest większe wzgórze, które pokonuje się płatnym tunelem. Płacę więc kartą nieco ponad 12 euro i jadę dalej. W okolicy madryckiego lotniska czekają mnie dwie identyczne niespodzianki. Otóż w następujących po sobie wjazdach na autostradę cena za wjazd przez bramkę wynosi dwukrotnie 1 euro i 5 eurocentów. Obie karty jakie posiadam, służbowa i własna, odrzucają tak niską transakcję, a mam przy sobie 13 eurocentów gotówki. Stoję więc i tracę bezcenny czas. Na pierwszym punkcie pracownicy obsługi bramki zakładają za mnie te 1,05 euro; na drugim proponuje Hiszpance z obsługi transakcję - konserwa mięsna za 1,05 euro. Zaskoczona odrzuca tę intratna propozycje i użycza mi 1 euro. Przejeżdżam ale straciłem około 40 minut. Okazuje się, że gdybym pojechał tak jak chciałem, niepłatnymi drogami, byłbym na czas i to z pewną rezerwą (ale kto słucha kierowców?), a tak spóźniłem się na załadunek i od piątku muszę czekać aż do poniedziałku.
Zajeżdżam zatem do strefy ekonomicznej (wcześniej tankuję auto ze służbowej karty - niewiele - za 25 euro i robię pierwsze podczas trasy zakupy: chleb, woda gazowana, napój owocowy i dwa małe piwa) i spędzam swoją pierwszą noc w miejscu, które przypomina małe miasteczko, ciche, wyludnione i rozgrzane do czerwoności niemiłosiernym upałem. O dwudziestej drugiej temperatura powietrza dochodzi do 28 stopni i chyba jedynie dlatego, że jestem przerażająco senny, zasypiam natychmiast.

[02. - 03. 09.2016, Daganza w Hiszpanii]