Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

18 czerwca 2017

KAWIARENKA (91) DOROTKA

- Ależ proszę się temu nie dziwić, Teresko - pani Janeczka Szydełko pocierała ramię siedzącej tuż obok niej żony pana leśniczego. - Chociaż jestem kobietą, nietrunkową zaznaczam, to może i bym postąpiła podobnie. To wielkie szczęście dla was obojga i bardzo rozumiem pana leśniczego.
- Ale jak my autem dostaniemy się do tego sądu? Ja jeszcze prawa jazdy nie mam, ha, czy ja w ogóle za kierowcę się nadaję, a on taką mi niespodziankę zrobił. Jeszcze przed czternastą zwołał zebranie wszystkich pracowników leśnych, w tej pakamerze, gdzie zwykle się stołowali… wchodzą, patrzą, a tu stół zastawiony pieczystym, warzywami, owocami… w bibliotece jeszcze siedziałam i nic o jego planach nie wiedziałam… musiał zamówić gotowe dania, czy jak… no i wytoczył chyba ze dwa litry miodowej nalewki, co to tylko na specjalne okazje była przeznaczona. Zasiedli zdumieni, a on wtedy rozpoczął preorę: -„Dziwicie się, panowie, że raczę was dzisiaj poczęstunkiem, który oby wszystkim nam wyszedł na zdrowie, ale chwila to niebagatelna przed nami. Jutro o tej porze w tym oto leśnym domu zobaczycie panowie córkę państwa Gajowniczków - Dorotkę, która odtąd będzie ozdobą nie tylko naszej leśniczówki, ale i całego lasu. Świętujemy dzisiaj jutrzejsze przybycie do nas istotki, która, jestem pewien, wniesie w nasze życie blask podobny brzaskowi letniego poranka, a blask ten tak okrutnie był przeze mnie oczekiwany, że… że postanowiłem podzielić się nim z wami…”. To jego słowa, pani Janeczko. Jeden z robotników o nieco mocniejszej głowie niż pozostali zrelacjonował mi słowo po słowie mojego męża.
- To bardzo miłe z jego strony - wtrąciła pani Jadzia Krach, małżonka pana radcy. - W takich chwilach człowiek rad jest, kiedy może podzielić się dobrą nowiną z tymi, których zna i ich szanuje.
- Też i ja byłam przyjemnie zaskoczona, ale ten alkohol… głowę daję, że mąż nie wytrzeźwieje na tyle, aby posadzić go za kierownicę. Przecież my jedziemy do sądu… i co tam pomyślą? Przecież nie oddadzą dziecka nietrzeźwemu ojcu?
- Do jutra, kochanie, wszystko wyparuje, bądź pewna, a sędzia czasami też człowiek, zrozumie - zapewniła pani Szydełko, lecz w głębi duszy przemyśliwała nad występkiem pana leśniczego, uznając go w istocie swojej za nazbyt nierozsądny.
Ale wtedy przybliżył się do pań siedzących w kawiarence przy jednym stoliku pan radca Krach, zajęty do tych pór jakąś intensywnie wyglądającą rozmową z kawiarennikiem, przybliżył się i czy to podświadomie wyczuł, o czym czcigodne panie rozmawiają, czy też wręcz wsłuchał się (niby przypadkiem) w treść ich rozmowy, z miejsca, jeszcze na krzesełku nie przysiadając, zabrał  swój cenny głos gromkim barytonem.
- Jeśli chodzi o dostanie się do powiatowego sądu, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo skorzystali z usług mojego auta i mnie samego jako kierowcy. Zmierzam właśnie do powiatu, aby wyprostować ścieżki, a właściwie torowisko naszej wąskotorówki, zgodnie z obietnicą, jaką poczyniłem wobec pana dyrektora cukrowni, tak że miło mi będzie towarzyszyć waszemu szczęściu.
Pani Tereska nawet nie była zdziwiona ofertą usłyszaną z ust pana radcy, gdyż było powszechnie wiadomo, że nie tylko przemawia za panem Krachem rozum i rozsądek, ale i serce swoje nosi pod klatką piersiową nie od parady, jednakowoż pospieszyła przedmówcy serdecznie podziękować, gdyż w swym zrozumiałym podnieceniu sądową sprawą nie mogła znaleźć lepszego rozwiązania nad to, które zgotował jej zasłużony bywalec kawiarenki.
- To trzeba na to aż sprawy sądowej? - dopytywała się pani Jadzia, niby nie rozumiejąc procedury adopcji, lecz w gruncie rzeczy chodziło jej o to, aby pani Tereska jak najwięcej o Dorotce powiedziała.
- Tak, pani Jadziu i Dorotka wie już o tym, że aby zostać z nami na stałe, czeka nas wszystkich ten miły obowiązek, chociaż, jak państwo wiecie doskonale, że w sądzie, mając nawet wygraną sprawę, jest miejsce na zdenerwowanie.
- Ale chyba powodów do niepokoju nie ma? - zapytała jeszcze pani Krach.
- Pani dyrektor domu dziecka powiedziała, że to formalność, aczkolwiek i ona, i pani psycholog, która prowadziła sprawę Dorotki, będą jeszcze zabierać głos przed sądem.
- Toż przecież żadnego złego słowa na temat państwa nie powiedzą - wyrzekł pan radca - a swoją drogą, szybkoście się państwo z tą adopcją uwinęli - dodał z podziwem w głosie radca Krach.
- To prawda. Poszło jak po maśle, choć najbardziej baliśmy się tego, że nasz wiek będzie przeszkodą prawie nie do zwalczenia…
-… gdy tymczasem nie odegrał on tak wielkiej roli, jakiej się spodziewaliście - uzupełnił pan Krach.
- W rzeczy samej. Dominowały warunki bytowe, jakie możemy małej zapewnić oraz ta więź, która pomiędzy Dorotką a nami się zawiązała. I powiem otwarcie, że jest w tym wszystkim największa zasługa samej Dorotki, bo, jak uczyła nas pani psycholog, w dobrze przygotowanej adopcji to nie przyszli rodzice wybierają dziecko, lecz dziecko ich wybiera i gdyby nie zachowanie Dorotki, pewnie czekalibyśmy na swoje szczęście nie cztery miesiące, a rok cały, albo i dłużej.
- Nie znam, nie widziałem, ale słusznie podejrzewam, że będziecie mieli państwo nie tylko ukochaną, ale i mądrą córeczkę - stwierdził z całą powagą pan radca, wsparty pozytywnym skinieniem głowy obu siedzących po jego lewicy i prawicy pań.
I w tejże samej chwili, kiedy pan radca wygłaszał zasłużone pochwały nad bystrością umysłu Dorotki, przy stoliku, gdzie rozmawiano, pojawiła się kawiarennika żona, Marysia, prowadząc za rękę drepczącą wesoło Różę (Kubuś, po mlecznym posiłku i wymianie pieluchy spał w najlepsze).
- Różyczka będzie rada, pani Teresko, prawda - zwróciła się toż samo i do pani leśniczyny, i do córki - kiedy Dorotka zajdzie niedługo do kawiarenki. Może zostaną przyjaciółkami, choć pani córeczka to pięciolatek, prawda?
- Owszem, przed miesiącem skończyła pięć lat. Radzi bylibyśmy nie puszczać jej z domu, chowając ją z mężem jak pod kloszem, ale przecież musi iść pomiędzy dzieci w jej wieku do przedszkola. A do kawiarenki oczywiście zajrzy. Jestem pewna, że zaprzyjaźni się z Różą.
- I takim to sposobem kolejna ważna osoba stanie się gościem kawiarenki, do tego bardzo młodym - powiedział radca Krach i zaraz dodał: - No powiedz, Jadziu, jak to przyjemnie mieć tę świadomość, że kiedy nas, starych zabraknie, kolejne generacje zajmą nasze miejsce w tym łańcuchu pokoleń.
- Normalnie, filozofujesz, mój mężu - odparła pani Jadzia.
Rześkie powietrze wpłynęło szerokim strumieniem do kawiarnianej przestrzeni, a najbardziej się nim zachłysnęła pani Tereska.

[16/17.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (19) OPOWIEŚCI ROMANA

*
Mnie to się wydaje, że dziecko i osoba starsza, bardzo stara, są do siebie podobni. Na starość człowiek staje się dzieckiem, dziecinnieje. Zauważyłem, że małe dziecko często opowiada o tym, kim było, tak jakby rzeczywiście przed swoim narodzeniem było kimś innym. Myślę, że kiedy człowiek umiera, umiera jego ciało, a dusza… ona przechodzi w momencie narodzin na kogoś innego, na narodzone dziecko. Nie wiem, czy potrafię to inaczej wyrazić.
**
Wiesz, ja jestem chłopak ze wsi, a charakter mam taki, że zawsze z każdym rozmawiałem, czy to z chłopakami, czy z dziewczynami. A tak w ogóle to miałem wiele dziewczyn, najdłużej chodziłem z nimi dwa miesiące. W naszej wiosce była taka sala, do której przychodziliśmy po robocie w polu porozmawiać, potańczyć, wypić sobie. Nigdy nie odmawiałem. Aż pewnego razu coś takiego mnie tknęło, żeby nie pić. Chodziłem od jednej grupy chłopaków do drugiej, namawiali mnie, wypij i wypij. A ja nic. Coś mi mówiło, nie pij, choć byłem zdrowy i nigdy nie odmawiałem. Koledzy patrzyli na mnie dziwnie, dziewczyny też. Dochodziła północ, kiedy wracałem do domu. Na progu przywitała mnie mama. Powiedziała, że na babcię nadszedł czas. Umarła. Nic nie wskazywało na to, że umrze tej nocy. Nie wiedząc o tym, że umrze, czułem podświadomie, że nie mogę tego wieczora pić. Rozumiesz coś z tego?
***
Jak ją zapoznałem? Zacznę od tego, że miałem pierwszy we wsi samochód. Umiałem jeździć. Orałem pola traktorem, obsiewałem, a samochód był trochę na pokaz. Zabierałem nim na przejażdżkę kolegów. Nie powiem, czasami się wypiło, ale kto tam wtedy o to dbał. Niedługi czas po mnie niektórzy kumple też mieli swoje auta. Jeździliśmy z wioski do wioski popisać się przed dziewczynami. Czasem zabieraliśmy je z sobą, ale najczęściej odmawiały, bo jeździliśmy na gazie.
Ona mieszkała na drugim krańcu wsi i miała parę kilometrów do szkoły, w której uczyła. Pewnego razu mieli w szkole zebranie, które przeciągnęło się dłużej niż zwykle, a ja beztrosko uganiałem się za dziewczynami swoim autkiem i traf chciał, że przejeżdżałem obok szkoły, kiedy z niej wychodziła. Zaproponowałem jej podwózkę do domu. Pamiętam, że wtedy nie piłem, chociaż ona sądziła, że nie jestem trzeźwy, bo wiele razy widziała mnie podchmielonego. Wahała się: wsiąść do samochodu czy nie. W końcu wsiadła, a kiedy dojechaliśmy do jej domu, zaprosiła mnie do środka. Byłem nieco speszony, bo to nie ubrałem się należycie, a ona… ona nauczycielka, więc co sobie pomyślą jej rodzice, kiedy mnie zobaczą. A ona, kiedy zaparzyła nam herbatę i podała jakieś ciasto, wtedy powiedziała, że jest zaskoczona, bo myślała, że jestem takim lumpem - łazikiem, a tymczasem okazałem się grzecznym chłopakiem. Nigdy już więcej nie piłem prowadząc samochód. Odwoziłem ją czasami ze szkoły do domu i przyszedł czas, kiedy wybieraliśmy się samochodem do okolicznych wiosek na tańce. Tak to się zaczęło.
****
Ja też nie wierzyłem, ale stało się tak, że sąsiad, który kolegował się z moim ojcem, starszy od niego, przeszedł parę operacji w miejskim szpitalu. Było z nim coraz gorzej i odwieźli go do domu, aby sobie spokojnie zmarł w swojej chałupie. Działo to się akurat w czasie, gdy przyjechałem do wioski na urlop, a byłem wtedy w wojsku. Widziałem, jak sanitariusze wynosili go z karetki na noszach. Nikt mu nie dawał szans, że przeżyje miesiąc.
Po roku skończyłem służbę i wróciłem do wioski. Patrzę, a ten sąsiad porusza się na silnych nogach, dogląda krów, chodzi z nimi na popas, ba, wódkę pije jak młody. A uleczyła go jedna starucha ziołami. Cały czas go leczyła. i, popatrz, mojemu ojcu, młodszemu od niego zmarło się, a jego sąsiad przeżył go o dwanaście lat.
*****
Mnie się przez te cztery lata pracy w Anglii naprawdę podobało. Człowiek potrafi przywyknąć do wszystkiego. Pracę też wspominam jak najlepiej. Było ciężko, ale na budowie można było dobrze zarobić. W takim Woking przynajmniej dwa razy w tygodniu chodziliśmy do aquaparku. Były tam trzy różnej wielkości baseny, cztery zjeżdżalnie, jacuzzi, prysznice, kafejka, bar. Za trzy funty można było balować tam cały dzień, a co to było trzy funty, kiedy zarabiałem wtedy sto funtów dziennie.
Za te zarobione w Anglii pieniądze kupiliśmy mieszkanie w mieście i wyprowadziliśmy się z wioski. To takie ciche miasteczko, chyba jedno z najspokojniejszych w całej Ukrainie. Podoba mi się. Ale kiedy w pierwszych latach mojej pracy w Anglii wracałem na urlop z zagranicy, jeździłem do swojej wioski. Pozostała w niej mama i brat. Byłem w szoku, bo zdążyłem się już przyzwyczaić do wygód na Wyspach, a we wsi, nie ma przeproś, budzisz się o piątej rano, a to żniwa, to znów sianokosy, zbieranie kartofli. Ani się spostrzeżesz, jak dopada cię noc. Boli cię w krzyżu, ale jesteś tak zmęczony, że szybko zasypiasz. I całe szczęście, bo o piątej znów pobudka.
Po takiej robocie wracałem do nowego mieszkania w mieście. Tam spokój i cisza, ale tak sobie pomyślałem, że najbardziej to lubię wieś, moją wioskę. Nieważne, że się narobię, ale czuję się w niej najlepiej. Teraz też, kiedy przyjeżdżam, rozumiesz, cześć i cześć, przyjaciele, ludzie, których dobrze znam. Uwielbiam swoją wieś.
******
Żona i córka uważają, że nie ma sensu resztę życia spędzić na Ukrainie. Żona chciałaby osiedlić się w Niemczech, a córka w Anglii. Ale na dziś podjęliśmy już z żoną decyzję odnośnie edukacji córki. Znalazłem dla niej szkołę w Warszawie. Jak tylko skończy te dziewięć klas, pójdzie na studia. Wiem, że ta uczelnia wysyła na praktyki do Stanów. Córka już teraz mówi perfekcyjnie po angielsku (uczy się cały czas polskiego), więc jak się będzie dobrze uczyła, ma szansę dostać się na te praktyki. Ona rozumie, że chcemy dla niej jak najlepiej. Przekonała ją o tym także historia dwóch kuzynów, którzy skończyli studia na Ukrainie i teraz nie mogą znaleźć pracy w swoim fachu. Oczywiście, że i na Ukrainie można znaleźć dobrą pracę, ale żeby ją dostać, trzeba mieć plecy i większe pieniądze od tych, jakie mamy. Zanim jednak córka zrealizuje nasze wspólne plany, osiedlimy się w Polsce. Mam Kartę Polaka, więc będzie nam łatwiej. Chciałbym jeszcze dostać kartę stałego pobytu, a potem uzyskać polskie obywatelstwo. Nie, podwójne obywatelstwo mnie nie interesuje. Tak mi się wydaje, że obecnie w Ukrainie władzom jest na rękę, że ludzie wyjeżdżają za granicę. Zostajesz w kraju - przysparzasz państwu niepotrzebnych kłopotów, bo to trzeba cię rejestrować w biurze bezrobotnych, trzeba ci jakieś pieniądze dawać, abyś mógł przeżyć, jak zachorujesz to kolejny problem… a tak, wyjedziesz sobie, to ci pięknie pomachają ręką na pożegnanie i w duchu pomyślą: „obyś już nie powrócił”.
A ja i tak wciąż będę tęsknił za rodzinną wioską. 

[17.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 


PRZYDROŻNE MONOLOGI (18) ZJAZDY, ROCZNICOWO


*
Wczoraj wyjechali do kraju Jurek i „mały” Jacek, spóźnieni o dwa dni, ale jednak im się udało. Zabrali się z Olegiem z Połtawy (ten z komicznym śmiechem podczas oglądania filmów), który poprosił o wcześniejszy zjazd, bo żona mu zachorowała (musi opłacić lekarzy) i jego studiujący informatykę syn dostał kartę powołania do wojska. Oleg obawia się, że wyślą syna na wschód na wojnę, więc musi wracać, aby i tę sprawę załatwić (pieniędzmi, rzecz jasna), a do Połtawy z Polski trzeba jechać prawie dwie doby.
Teraz, po wyjeździe „dużego” Jacka do Irlandii w domu pozostało nas dwóch: ja i Sebastian. Obaj czekamy na zjazd. Sebastian musi do Polski zdążyć na swój ślub (z Ukrainką) i najpóźniej we wtorek powinien wyruszyć spod Calais. Mnie z kolei termin zjazdu wypada na poniedziałek lub wtorek; raz, że 21 czerwca, czyli w środę muszę zwrócić do biblioteki książki (w tym nieszczęsnego Vargę), a dwa, że mamy zaplanowane króciutkie wczasy w górach od 23-go (taki niby „prezent” na niedawną „osiemnastkę” córki). A tu tymczasem dostaję kurs do Birmingham z rozładunkiem na wtorek rano i przy bardzo dobrym układzie wystartuję z „domu” pod Calais w nocy z wtorku na środę, albo w środę rano. Warunkiem jest kurs z ładunkiem do kraju, a to nie jest takie pewne.
Istnieje nadzieja, że zabiorę się z Ukraińcem Romanem, z którym w marcu wyruszyliśmy wspólnie w trasę w naszej obecnej firmie, ale pierwszeństwo zjazdu, co zrozumiałe, będzie miał Sebastian.
Inna możliwość to zjazd Citroenem Berlingo, w którym należy wymienić filtr paliwa, a może i przeczyścić zbiornik, bo strasznie nam to autko „przerywa”, i, odpukać, może w pewnej chwili odmówić posłuszeństwa.
A zatem, „na los szczęścia Baltazarze”, należy czekać i liczyć na pomyślny splot okoliczności. O ile na „wczasy” jest szansa zdążyć, to książek z biblioteki nie zwrócę na czas.
Zadzwoniłem więc do znajomego Andrzeja - bibliotekarza, z którym pracowaliśmy jeszcze w szkole, aby wstawił się, za tą moją niezależną ode mnie zwłoką - nienawidzę wprost spóźniania się w sprawach objętych wyznaczonym terminem.

**
Z garści informacji z kraju, o jakie się upominam dominują te najbanalniejsze: o pogodzie, o zdrowiu członkiń i członków rodziny, o perypetiach szkolno- (córka) -zawodowych, jak i też o tym, co w kraju nad Wisłą się najnowszego dzieje i czy jest szansa, że nasza piękna ojczyzna istnieje.
Spośród tychże wieści wybrałem do opowiedzenia taką, która dotyczy „mojej” szkoły, w której „przenauczycielowałem” i przedyrektorowałem parę ładnych lat.
Szkółka ta w bieżącym roku obchodzi 105-tą rocznicę istnienia, z której to okazji zorganizowano uroczysty zjazd. Za „moich” niesłusznych czasów rozsyłano zaproszenia dla nauczycieli - emerytów, także tych, którzy pracowali w szkole przez jakiś czas, dla dawnych dyrektorów, kierowników, których zawodowa kariera otarła się w sposób znaczący o mury naszej sędziwej uczelni. Przypominam sobie ileż to razy dokonywaliśmy operacji polegającej na ustalaniu aktualnych adresów, pod którymi żyły niektóre owoce pedagogicznego grona, boć przecież toć nie honor pamiętać o Iksie, zapominając Igreka. Fakt faktem, że nie każdy z tych „namierzonych” decydował się na odwiedzenie szkoły, w której przepędził szmat swojego żywota, a swój podpis pozostawił czy to w dzienniku lekcyjnym, czy też w protokolarnej księdze zebrań pedagogicznej rady, ale w końcu chodziło nam wszystkim o to, aby dać świadectwo temu, że chociaż żyjemy w jak najbardziej bieżącym zespole powołanym do realizacji szczytnego celu powszechnej edukacji, to jednak pamiętamy o tych, co przed nami trudzili się niemało.
Przypominam sobie, że na okrągłą, setną rocznicę narodzin naszej szkoły, kiedym już nie był pedagogicznym członkiem jej społeczności, napotkałem z żoną (też pedagog) zaproszenia dla nas na rocznicową celebrację na wycieraczce przed naszym mieszkaniem, a przecież na klatce schodowej; otworzysz blokowe wrota i masz zaraz po lewej zestaw skrzyneczek na listy z takim poprzecznym otworkiem na koperty, więc nic trudnego wsunąć weń zgięty na pół kartonik o powierzchni jednej drugiej typowej listownej koperty.
Tym razem władczyni szkoły uznała, że na sto piątą rocznicę nie uchodzi zarzucać wycieraczkę zaproszeniami, skoro znacznie lepiej w ogóle ich nie wypisywać.

[16.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) CO TEŻ O POLSCE NAPOTKANI NA ZACHODZIE RODACY PRAWIĄ

*
Do „domu” przyjechał na parę dni jego rzeczywisty właściciel. Przyjechał z kierowcą busem - blaszakiem - volkswagenem. Obaj od ponad dwudziestu lat mieszkają we Francji. Właściciel prowadzi jakieś biznesy w Maroku i Tunezji, a obecnie mieszka w Paryżu. Dom w cichym Campigneulles Les Grandes wynajmuje firmie, w której pracuję. Być może wreszcie podłączą nam internet; pan Andrzej interweniował. Problem zasadza się w tym, że kable należą do francuskiej telekomunikacji a firma SFR dostarcza po nich sygnał internetowy i dopóki telekomunikacja nie zrestartuje łącza, SFR nie zrobi nic. Normalka. W Polsce jest podobnie, także z kolejami (szyny należą do X, dworzec do Y, parowozy z wagonikami do Z).
Rozmawiamy o pracy, a właściwie egzotycznych podróżach właściciela, bo do Maroka i Tunezji dochodzi jeszcze Senegal. Dwa podstawowe tematy to brak tamże wody i afrykańska kuchnia. Pan Andrzej ma dosyć skonkretyzowane poglądy na temat UE, roli w niej Niemiec oraz polskiej polityki, która przez lata, jego zdaniem, polegała na systematycznej wyprzedaży majątku państwowego. Nie jest w swych opiniach odosobniony. Podróżując po Europie, a ostatnio na trasie Francja - Wielka Brytania kwestia wyprzedaży tego, co budowały zeszłe pokolenia bardzo często pojawia się w rozmowach i bez względu na domniemane orientacje polityczne każdy polski kierowca, jak i też Polacy, których w takiej choćby Anglii spotyka się co krok, mają niemal identyczne zdanie: kraj nasz jako niezależny podmiot gospodarczy nie istnieje. Więcej, opinie są takie, że to, czego Hitler nie zrobił przy pomocy podbojów, obecne Niemcy czynią to samo drogą pokojową. Przesada? Nie sądzę. Naprawdę wystarczy trochę pojeździć po Europie z towarami, przypatrzeć się, w jaki sposób funkcjonuje ten europejski organizm gospodarczy i wyciągnąć wnioski, nie opierając się na mediach, które przecież w zdecydowanej większości nie są w polskich rękach. Ludzie bardzo psioczą na PO, Tusk to karierowicz; mniej na PIS, choć ten przegina w kwestii religii i absolutnym nieporozumieniem jest Macierewicz, ale PIS przynajmniej próbuje się Zachodowi postawić. Myślę jednak, że pracując na Zachodzie Europy, Polacy skłonni są bardziej zawierzyć PIS-owi, bo Platformiana elita to… tu padają mocne słowa… lepiej nie przytaczać, a tak w ogóle to „uwierzę, że w Polsce zmieni się na lepsze, jeśli wypuszczą z więzień niepłacących alimenty (powinni na nie zapracować), a znajdą się w nich ci wszyscy „przekręciarze”, którzy jak Polska długa i szeroka pozostają bezkarni”.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYZNANIE

Brakuje mi ciebie
ty która śmiało wkraczasz
w materię oblekającą moje ciało
a jeżeli potrafisz ukłuć boleśnie
to obwiniam o to siebie
że nie potrafię
jestem nieostrożny
moje oczy nie dostrzegają
dotyk moich palców jest niestaranny
i obejmując cię
zagłębiam się tobą bez wyczucia
wyszarpuję niezręcznie
zapętlam się za tobą
albo zrywam więzi
a przecież 
kiedy podążamy z sobą wspólnie
potrafimy uczynić tak wiele
połączyć nierozerwalnie
tak bardzo mi ciebie brakuje 
jak teraz bez twojej pomocy
zszyję swoje znoszone portki
o Igło moja najdroższa.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

CO MAM CI DO POWIEDZENIA (2)

Kiedy tak z gosposią naprzeciwko siebie siedzieli przy stole, wciąż jeszcze oświetlonym przez jęzor słonecznej jasności, a siedzieli już przy ziołowej herbatce, która dla obojga Romanowa w trymiga przyrządziła, nie zdążył nawet z pytaniem do niej o proboszcza; sama napoczęła śliski temat.
- Ja przecie widzę, proszę księdza, że jego myśli lgną do naszego księdza Mariusza, któremu chyba jeden Pan Bóg ścieżki wyprostować może, nie żaden człowiek, bo to charakter taki, że naprawianie go przez ludzkie gadanie nie pomoże.
- Trzeba ufać, Romanowa, że w końcu się opamięta, a może mnie, starszego wreszcie posłucha, bo przecież tak dalej być nie może.
- Nie może być, a jest, proszę księdza. On już z tego wszystkiego, albo śpi, albo ledwie zakończywszy posługę, w samochód wsiada i Bóg jeden wie, gdzie jedzie. Domyślam się, że do miasta, gdzie jako osoba mniej znana, kupuje sobie wytrawne wina, że niby do mszy, lecz ja wiem, że wypija je w samotności. Jedyna pociecha, że nie pokazuje się ludziom pijany; na to go jeszcze stać, ale jak długo w tym wytrzyma? 
- Nie wytrzyma, Romanowo, nie wytrzyma, bo zabrnął za daleko i w końcu ludzie dowiedzą się, jaką niespodziankę im sprawił.
- A czy to już dzisiaj nie wiedzą? Cała wieś bierze go na języki, choć są takie parafianki, co to we wszystkim, co robi usprawiedliwiają go i mówią, że ksiądz też człowiek, a i mężczyzna przy okazji, więc przymykają oczy.
- Ale większość parafian…?
- Przecież ksiądz się domyśla, jak jest, a są tacy, co gotowi by i do samego biskupa pojechać i poskarżyć się na to, jak się ksiądz Mariusz prowadzi, a ludzkie gadanie ma za nic, no i wstydu, że za grosz nie ma.
Rozdwojony pomiędzy szacunkiem dla osoby, która i jemu szacunek oddała, a gosposią, która samą prawdę mówiła, ksiądz Kazimierz miał nie lada twardy orzech do zgryzienia, ale trwał mocno w swoim zamyśle, że rozwiązać problem musi; nie on to kto? Jego młody proboszcz posłucha, ugnie się przed głosem starszego wiekiem kapłana, tyle że nie wiedział jeszcze, jak tu się do tej sprawy zabrać, aby przy okazji dziecka z kąpielą nie wylać.
- To bardzo prawdopodobne, Romanowo, że biskup się za tę sprawę weźmie, bo też i rozgłos więcej szkody przyniesie, gdy go w porę nie pohamować. Aleć jeszcze do biskupa nie napisali? wizyty mu nie złożyli?
- Jeszcze nie. Przebąkują coś o ostatecznej z księdzem Mariuszem rozmowie: niechże się określi, bo inaczej, choć za porządnych katolików się mają, to gotowi są pójść na całość.
- A że się tak naiwnie zapytam, czy aby to prawda, co ludzie mówią? Może to potwarz?
Romanowa tylko pokiwała głową, a wzrok w księdzu emerycie utkwiła taki, że zdradziła się nim jak Judasz, gdy wydał Chrystusa.
- Toć to pewne. Nie dalej jak przed tygodniem ona przed konfesjonałem u proboszcza klęczała, że to na spowiedź przyszła, a już po niej widać było, że pod sercem nosi to brzemię, które ciąży teraz obojgu. Ale mnie, proszę księdza, najbardziej boli to, że ksiądz Mariusz do czasu jak nie spomknął się z tą kobietą, uchodził za nieprzejednanego w katolickiej moralności kapłana. Jakież on kazania układał? Jak przemożnie zatwardziałym był przeciwnikiem cielesnych uciech i rozpusty, pozamałżeńskich stosunków? Słuchało się go z przejęciem, a całe ciało drżało od tych rzucanych na bezbożników gromów. A na niektóre jego słowa młodzież to nawet głowy odwracała, bo to czasy teraz inne, liberalne, powiadają, a księża, co to uciech życia znać nie powinni, jakież mają prawo do sądzenia, toż od tego jest sam Pan Bóg, który i tak widzi najlepiej, i do osądzenia najpierwszy.
Kiedy gosposia rozprawiała tak o proboszczu, dodając jeszcze pewne wypowiedzi na jego temat posłyszane w sklepie, na głównym placu wioski przed domem weselnym i remizą, ale też przed kościołem, gdy wiernym zaraz po mszy rozsupływały się język, ksiądz Kazimierz pomyślał sobie, że w gruncie rzeczy to on sam, choćby z racji sędziwego wieku powinien był karmić parafian konserwatywnymi poglądami, nie dopuszczając do głosu nowego myślenia bliskiego współczesnemu, zateizowanemu światu, tymczasem nie zauważał u siebie tego wstecznego rygoryzmu, co mogło wynikać z jego charakteru, ale też z tego powodu, że Pismo Święte miał w jednym palcu, czytywał mądre myśli nie tylko świętych i teologów, lecz również pisarzy i filozofów, którzy wypowiadali się na temat wiary. Przypomniał sobie te zażarte dysputy, jakie prowadził chodząc z kolędą. Może nawet bardziej pamiętał te domy, gdzie przyjmowano go, jeśli nie niechętnie bądź z rezerwą, to pośród domowników występowała duszyczka krnąbrna, która widząc katolickiego księdza albo zaszywała się w niedostępną gościom głębię swojej mieszkalnej komory, albo też wchodziła z nim na samym początku w przekorny spór, aby wykazać swą zuchwałą niechęć do wszystkiego, z czym klecha przychodził. Jednakowoż ksiądz Kazimierz będąc osobą bezgranicznie cierpliwą i potrafiącą słuchać argumentów rozmówcy, z którymi nawet jeśli się nie zgadzał, to umiał po ich wysłuchaniu tak pokierować rozmową, aby i jego usłyszano i zrozumiano. Nierzadko taki zaprzysięgły antyklerykał, nienawrócony przecież przez księdza, oczekiwał z niecierpliwością na kolejną rozmowę z osobą duchowną, na kontynuację zaczętej dyskusji, czasami sporu, aby uzbroiwszy się w nowe argumenty stawić czoło temu, kto słuchać potrafił i w pewnym momencie, po wysłuchaniu wywodu zaczynał swoją przemowę z odwiecznym, sakramentalnym „a teraz posłuchaj, co ja mam ci do powiedzenia”. Ale były to czasy, kiedy „po kolędzie” chodziło się nie tylko z wyszeptaną pospiesznie modlitwą dla domowników, z obrazkiem dla dziecka, z oczekiwaniem na kopertę z zawartością, ale także, a może przede wszystkim po to, aby porozmawiać, a w tej rozmowie być i słuchaczem, i opowiadaczem wyjątków z własnego życia. Przynajmniej ksiądz Kazimierz miał taką potrzebę i wcale nie uważał za nieroztropne dzielenie się z domownikami własnymi radościami, ale i smutkami, których nie szczędziło mu życie, choć wydawać by się mogło, że w służbie Bogu nie ma miejsce osobiste problemy. Nic tez dziwnego, że taka wizyta potrafiła się skończyć poczęstunkiem domową nalewką albo przepalanką, której wspólna konsumpcja niedawny spór odkładała do lamusa i dziwnym sposobem łagodziła treści, jakie zawierał. 
Ale było to dawno temu w latach trudniejszych dla religii, lecz z drugiej strony łatwiejszych, bo wiara nie nabrała jeszcze śmiałości do polityki, a ci, którzy ją nosili, przekonywali do niej z apostolską pokorą.
- Tak, zanim parafianie odbędą z księdzem Mariuszem tę ostateczną rozmowę, ja muszę z nim porozmawiać - oświadczył ksiądz emeryt, gdy w jego szklance pozostało jeszcze trochę ziołowej herbatki, akurat tyle, aby popić nią przepisaną przez lekarza tabletkę na rozrzedzenie krwi.
Gosposia z kolei, będąc przekonana, że ksiądz Kazimierz dopnie swego i dołoży starań, aby wyprostować wyboistą drogę, jaką podążał proboszcz, gosposia rozmyślała też o obiedzie, który nie może być ani nazbyt syty, ale też powinien wspomóc rekonwalescencję przywróconemu do życia księdzu.
(…) cdn

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

NA „NAGROBEK Z LASTRYKO” KRZYSZTOFA VARGI

Zabrałem się za „Nagrobek z lastryko” Krzysztofa Vargi, powieść jak najbardziej współczesnego autora. Zaryzykuję wypowiedzieć się na jej temat, chociaż jestem jeszcze w fazie czytania, i to na początku.
Wiem, że nie należy tak czynić, tak jak dnia nie chwali się przed zachodem, ale czasami wystarczy przekartkowanie tekstu, aby domyśleć się, w jaki rodzaj literackiego klimatu wprowadza nas autor.
Po przeczytaniu kilkunastu stron rozpoznaję i doceniam sprawność językową Vargi, jednakowoż odkrywam to, co podane jest na tacy: społeczno-obyczajowo-polityczna publicystyka, nasączona refleksją, szczerą, lecz jednostajną, wrażliwą i krytyczną wobec rzeczywistości, ale pozbawioną idei, opisującą świat jakim jest, ale jest to opis gazet, jałowych dyskusji, w których z jednej strony rozmówca, słuchacz i obserwator odrzuca to, co go razi i odpycha, a mimo wszystko poddaje się temu współczesnemu światu konsumpcji, globalizacji i wolnorynkowej konkurencji…
… Minęło kilka dni i „Nagrobek” w dalszym ciągu nie zachwyca, nadal narracja jałowa, przegadana; monologi Hanki Bielickiej przy tym, co ma do powiedzenia Varga to drobniutka pestka cytryny, z tym że tamte estradowe wystąpienia pani Hanki o czymś jednak były, a ta powieść tak naprawdę jest o niczym, o wszystkim i o niczym, beznamiętna, w rzeczy samej o „pierdołach”, naturalistycznie pikantna, bez wyobraźni, a przede wszystkim razi w niej nadmiar słów, tak jakby autor dogadał się z wydawcą, że wysokość jego tantiem zależeć będzie od obfitości wyrazów zamieszczonych na kartach książki. 
Powiedzmy, że nawet zaakceptowałem pomysł pisarza na umieszczenie narratora w przyszłości (urodził się w roku 2038), który snuje dziwaczną opowieść o swoim dziadku i babce, także o matce w sposób tyleż bezwzględnie naturalistyczno-erotyczny, cyniczny, co i sarkastyczny. Żadnej koncepcji, żadnej idei nie dostrzegam w tym „ble, ble” pisaniu, ot Varga postanowił wygadać się do woli, pośmiać z konsumpcjonistycznego świata przełomu wieków, wydrwić przyzwyczajenia bohaterów, opisać baśń, w której nie ma miejsca już nawet nie na szlachetne uczucia, ale nawet na zwykłą ludzką przyzwoitość. Nadto autor kreśli przed czytelnikiem jakowąś wojnę, która niszczy cały kraj, a znaczne obszary stolicy zrównuje z ziemią; opowiada o wybuchłym w Warszawie powstaniu (skojarzenia i z ostatnią światową wojną i Powstaniem Warszawskim jak najbardziej na miejscu), które trwało 63 godzin (sic!), bo „z powodu głębokiej konspiracji nie wiadomo było, kto dowodzi. Prowadzony od dłuższego czasu otwarty konkurs na dowódcę powstania nie przyniósł wyników ze względu na skomplikowaną procedurę biurokratyczną i masowe odwołania od nieogłoszonego jeszcze wyniku składane przez potencjalnych przegranych. Nie przyniósł też rozstrzygnięcia nieograniczony przetarg na walki w poszczególnych dzielnicach, bo wszyscy chcieli walczyć na Starówce i w Śródmieściu…” i tak dalej i dalej… prawda, że wybitnym poczuciem humoru dysponuje autor książki?
W „Nagrobku z lastryko” pojawiają się też inaczej pachnące słowne kwiatki, jak choćby ten:
„Nikt z przyjaciół Kretyna [Kretyn to postać trzecioplanowa, brat pierwszoplanowej babki] nie przyszedł na pogrzeb [tegoż], nie było nawet jego domniemanej narzeczonej Angeliki, bo domniemana narzeczona i tak komu innemu obciągała, co Kretynowi nigdy do głowy nie przyszło…”
Albo taki kwiatek:
„Kiedy wreszcie umarł [pierwszoplanowy dziadek, mąż babki], po prostu zadzwoniła po firmę pogrzebową, żeby go zabrali jak najprędzej, jakby chciała zamówić pizzę… nie modliła się, bo nie umiała, nie zamknęła mu oczu, niech z obaczy, co narobił… bo dość miała tego zajmowania się nim, tego pielęgniarstwa, kucharstwa, samarytaństwa…”. Śmieszne, prawda?
Albo taki żart:
„Idź w cholerę do lekarza i nie wracaj bez wyroku śmierci, mówiła babcia przewracając się na brzuch i przykrywając głowę poduszką…”.
Tego rodzaju poetyka aż w nadmiarze obecna jest w powieści i pewnie autor w chwili twórczego aktu pomyślał sobie, że czytelnika, w tym mnie, zaciekawi, by nie rzec - zachwyci swoją prozodią. Mnie nie zachwycił, a rozwijając myśl dalej, powiedziałbym, że świat czytelniczy doskonale poradziłby sobie bez „Nagrobka z lastryko”, który tyle wnosi wiedzy i wyobraźni do szarych komórek mózgu czytelnika, ile złodziej złotego kruszcu do sklepu jubilera.
Nie dobrnąłem jeszcze do końca ostatniego rozdziału i zapewne postawiwszy czujnym wzrokiem ostatnią kropkę po zakończeniu finałowego akapitu, nie doczekam się rzucającej na kolana rewelacji. 
Prawdopodobnie zaczytuję się w „dziele” Vargi w myśl zasady, że aby ostatecznie złamać wroga, należy dobrze poznać, kto zacz jest tym pisarzem, którego piśmideł nie warto czytać.

[14.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji


13 czerwca 2017

CO MAM CI DO POWIEDZENIA... (1)

Przywykły do porannego wstawania nie usłyszał tym razem, jak dzwon zadźwięczał pięciokrotnie; nie otworzył też oczu, gdy kolejne, w równych odstępach czasu wymierzane uderzenia, każde o jedno więcej od poprzedniego, budziło wiejską czeredę śpiących twardym snem mieszkańców, wszystkich prócz niego, jak się wydaje; dopiero za dziesiątym wezwaniem usłyszał znajome dźwięki, kiedy to promyk słońca, dostawszy się pomiędzy niedociągnięte okienne story liznął jego przymuszone do snu powieki. Odemknął je i przekonawszy się, że utracił bezpowrotnie przynajmniej cztery godziny życia, z pełną już świadomością wydobył spod kołdry nogi, unosząc jednocześnie tułów od pasa w górę, przysiadł na skraju łóżka, prędko przeżegnał się i wymruczał jakąś powitalną prymę na powitanie dnia, który wkraczał w czas przedpołudniowy. 
Usłyszał jakiś rejwach dochodzący z kuchni i pomyślał, że może to być tylko gospodyni, nie zaś proboszcz, który właśnie o tej porze (przeliczył wcześniej uderzenia dzwonu, doliczając do dziesięciu) zażywał przedpołudniowej drzemki.
- Jak można tak gardzić nowo urodzonym dniem - powiedział do siebie, myśląc o przyzwyczajeniach proboszcza - przesypiając godziny, które można by spożytkować godniej? Małoż to do zrobienia w parafii? Choćby w kancelarii, nie mówiąc już o modlitwach albo o przygotowaniach do niedzielnej homilii? Owszem, z kartki czytać jej nie należy, ale główne tezy, cytaty z Pisma, odwołania - te trzeba chociażby w punktach przedstawić w piśmie, aby pobudzić myśli do działania.
Zaraz jednak spokorniał w ocenianiu zachowania gospodarza parafii, świadom tego, że dzisiaj i on sam nie sprawił się najlepiej, grzesząc zbyt późnym powitaniem dnia. Ale cóż, droga jaką przebył ze szpitala, który mu polecono, zmęczyła go na tyle, aby nie czując się jeszcze najlepiej po operacji, pozwolił sobie zanurzyć się w nadspodziewanie długi sen, zbawienny jak widać, bo po przebudzeniu poczuł w sobie silną energię, jaką właśnie teraz pożytkował, wstając i przechodząc dynamicznie w stronę napełniającego pokój światła, rozsuwając zasłony i otwierając okno.
- O, tak, powietrza, jak najwięcej powietrza - powiedział na głos i w tej chwili usłyszał dochodzące z kuchni człapanie. Zapukano i niemal równocześnie naciśnięto z tamtej strony klamkę; drzwi zostały otwarte.
- Pochwalony… a księdzu to tam nie powiedzieli, że ma leżeć i odpoczywać?
- Powiedziano, Romanowa, wiele cennych rad mi przekazano, ale nie mówiono, że należy leżeć jak najdłużej. Doktor mówił, że potrzeba mi powietrza i stopniowo dojdę do sił po zrobieniu tego obejścia żył… jakoś tak mówił, coś z angielska dodał, ale już zapomniałem.
- Jak by nie było, stanowczo za wcześnie powstał ksiądz na nogi. Jeszcze pewnie blizny się nie zagoiły.
- I tu się Romanowa myli, bo w dzisiejszych czasach lekarze mają takie sposoby na chorego, że zajrzą mu do serca poprzez żyły wziernikiem i pozostawią po tej operacji ranę nie większą, niżby Romanową bąk użądlił.
- Nie chciałabym doświadczyć tego użądlenia, a co dopiero przejść to, co księdza spotkało. Taki to był słabiusieńki, a jak mu oddech zabierało.
- A to, Romanowa, przez te pozatykane żyły, którymi krew nie chciała krążyć, lecz tam mi lekarstwa dali i na krwi rozgęszczenie, a gdzie robił się zator, tedy w te miejsca wstawili mi sztuczną żyłę i krew popłynęła jak dawniej.
- Niechże ksiądz dalej mi nie opowiada, bom raz, że na widok krwi wrażliwa, a dwa, że zaraz u siebie znajdę jakieś zatory, a do szpitala to za nic w świecie bym nie poszła.
- Tak Romanowa mówi? Szpital jej straszny? A przecie dwoje dzieci wydała na świat.
- A ksiądz w tych materiach to widać, że mało obeznany.. Mnie oba dziecka Kowalowa, świeć Panie nad jej duszą, odebrała. Najpierwsza akuszerka była we wsi. Już tam baby ją wolały od lekarza, choć potem pojawił się taki jeden doktor, co wszystkie młodsze napominał, że w szpitalu urodzić lepiej, bo to jak wynikną jakoweś komplikacje, to brzuch rozetną, a do tego baba głupiego jasia dostanie i bez bólu wyda na świat poczętego.
- Różnie tam o tym znieczuleniu gadają, Romanowa…
- A boć to ksiądz lepiej się zna na tym?
Pomyślał, że może i słusznie go obrugała, bo też co może więcej wiedzieć o porodach nad to, co sam usłyszy od kobiet, co rodziły. A słyszał o tych sprawach także siedząc w konfesjonale i dziwił się tym spowiedziom, bo nijak narodzenia z grzesznym postępkiem skojarzyć nie potrafił. Ale, przyznawał w duchu, sam zaczął te medyczne tematy, choć tyle się wyznawał na medycynie jak i znał się na porodach. Owszem, szpitalny doktor zanim kazał mu się kłaść na zabieg, rozmawiał z nim długo i otwarcie, co tam z jego sercem nie tak i jaka na tę przypadłość jest rada, więc mógłby teraz niejednego pouczyć o swojej chorobie, ale wcześniej… wcześniej z medycyną nic wspólnego nie miał, a jeśli z jakiejś przyczyny zaniemógł, zachodził do benedyktynów; już oni ziółka na każdą bolączkę znajdowali i zawsze pomagały.
- Niechże mi teraz ksiądz powie, co księdzu do jedzenia podawać. Mówili chyba przecie?
Przysiedli oboje przy wąskim stoliku pod oknem, a słońce zaznaczyło na jego blacie równiusieńki, jaskrawy szlaczek.
- Tłustego nic, mącznego niewiele, podobnie słodyczy, a jak najwięcej owoców i warzyw - odparł krótko i treściwie.
- A bo to ja inaczej księdzu gotowałam? Jużem myślała, że to przez to jedzenie, którem księdzu warzyła ta boleść się stała.
- Że też Romanowa w ogóle mogła tak pomyśleć. Ze starości to, nie zaś z przejedzenia.
- No, z przejedzenia to na pewno nie, bo ksiądz jako ten gołąbek dzióbie i zawszem do siebie pretensje miała, że może mu nie smakuje moje gotowanie.
- Mnie nie smakuje? Te barszcze i zalewajki to przecież twój rarytas, Romanowo. Ale kiedy na mnie spojrzysz, to widzisz, że ja choćbym nie wiadomo ile zjadł, nie przytyję. Mnie Pan Bóg kazał rosnąć w górę, nie w poprzek.
- To prawda. I przez to nie znać u księdza wieku, tak prosto się trzyma, ale widać i u takich przystojnych duchownych osób serce kruszeje, a gadają, że sercowe kłopoty imają się ino tłuściochów.
Mógłby ciągnąć dalej opowieść o przyczynach swojego nieszczęścia, ale znów powracać do medycznych tematów to igranie z wiatrem, którego nie dosiężesz rozumem. Prawda jest taka, że powinien był na samym początku zapytać o proboszcza, który siedział mu w głowie jeszcze wtedy, gdy w piersiach słabość go dopadła i jadąc do szpitala wcale nie był pewien, że powróci o własnych siłach na plebanię, gdzie wcześniej gospodyni larum podniosła na widok słaniającego się na nogach księdza rezydenta. Zaraz też przywołała syna z synową i kazała im księdza Kazimierza wywieźć do szpitala poleconego przez wiejskiego doktora, który tyle razy napominał duchownego, że im prędzej na operację się uda, tym dłużej pożyje, a jeśli zaniecha, sam Pan Bóg mu nie pomoże.
Nareszcie się zdecydował, nazbyt był słaby, aby się upierać, ale i zapragnął leczenia także po to, aby, jak Bóg da, powróci w zdrowiu, to zajmie się proboszczem, który, jak mu się zdawało, coraz to krętszymi ścieżkami chadzał, zaniedbując tego, do czego był powołany i oczywistym się stało, że się staczał. Żal księdzu rezydentowi było Mariusza, żal jako księdza i jako człowieka. Wszak pamiętał, jak przed rokiem, kiedy mu przyszło wybierać pomiędzy parafiami, gdzie mógłby dożyć w spokoju do śmierci, co każdemu sprawiedliwie pisana, nie wahał się ani chwili i pomyślał o tej, w której przesłużył lat dwadzieścia jeden, a kiedy pojawił się na umiłowanej sercu parafii, kiedy przywitał się z Romanową (wcale się nie postarzała), to proboszcz Mariusz z otwartymi rękami go przyjął i nie pytając o nic, oddał mu na pomieszkanie pokój, w którym miał swoje łóżko. Tak, ksiądz Kazimierz wdzięczny był proboszczowi za tak miłe przyjęcie, bo to z rezydentowaniem po parafiach bardzo różnie bywa i tacy jak on emeryci nie zawsze witani są z szacunkiem, na jaki zasługują, nawet jeśli sama kuria nakazuje przyjąć i otoczyć opieką. Dlatego też pomny tego radosnego przyjęcia z jakim się spotkał w swej starej parafii, ze smutkiem obserwował, jak ksiądz Mariusz podupada na duchu, do kieliszka zagląda, i to wcale nie mszalnego, a i zachowuje się nieobyczajnie, czego ukryć nie sposób, a nawet i nie należy.
(…) cdn,

[10-11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji

12 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) - WYTAPIANIE TŁUSZCZU. WĄTEK UKRAIŃSKI.

*
Sobota 9 czerwca okazała się być jednym z najcieplejszych dni roku. Po częstych w mijającym tygodniu rozjazdach obecny weekend stworzył okazję do pozostania w „domu”, ba, pierwszy raz chyba od lat piętnastu, udało mi się znaleźć w horyzontalnej pozycji na leżaku, wystawiając na słońce przednią część swego tułowia, nóg oraz czaszki. Nadto wytapiałem tłuszcz swego ciała, trzymając w ręku a’25 cl Perlembourga, czyli pięcioprocentowego piwa, wystarczająco schłodzonego, aby nie popaść w depresję spowodowaną trzydziestostopniowym upałem.
Tak i przypiekłem raka, ratując się wsmarowywaniem kremu Nivea w najbardziej zagrożone spaleniem zakątki ciała (nawet pomogło).
W niedzielę tropikalna aura potrwała gdzieś do czternastej, tak jak przewidziałem, bo dnia poprzedniego, w rzeczoną sobotę, na bajecznie błękitnym niebie pojawiły się stratocumulusy wróżące zmianę pogody. Ochłodziło się o stopni minimum dziesięć i trzeba było zwinąć koc i leżak oraz udać się do pomieszczenia, w którym cieplej, choć nie tak parząco jak pod niedawnym słońcem. W każdym bądź razie odcień mojej skóry zmienił się na lekko brązowy i pierwszy raz podczas obecnego kursu zacząłem przypominać istotę, która powróciła właśnie z wywczasów na Majorce.

**
W niedzielę pojawiło się w „domu” dwóch Ukraińców. Najpierw, jeszcze przed południem, przyjechał Oleg z Połtawy, radosny i pogodny mężczyzna w średnim wieku, z wydatnym brzuszkiem, a cechą szczególną tego jegomościa stal się perlisty „sitcomowy” uśmiech, którym komentował komiczne dialogi jakowegoś uciesznego filmu, który oglądał na wyświetlaczu swego urządzenia do dzwonienia.
Później pojawił się Sasza, czyli Aleksander, czyli, jak go nazwałem: Aleksander Siergiejewicz Puszkin, który tryskał humorem kto wie, czy nie większym od Olega.
Sasza ma lat dwadzieścia osiem (kawaler - to informacja dla pań), choć z wyglądu nie posiada tylu lat, ile mu zapisano w paszporcie. Powiem więcej: zdarzało mu się na Ukrainie i zdarzyło się również w Polsce, że zakupując piwo, poproszono go przy kasie o paszport, aby udowodnił nim, że ukończył lat osiemnaście.
Z Saszą przegadaliśmy chyba ze cztery godziny: o jego pracy, o powodach szukania zajęcia w Polsce, o tym, że jakoś żony znaleźć sobie nie może, bo na Ukrainie tak jakoś się ostatnimi laty porobiło, że kandydatki na żony, poszukują mężczyzn na tyle majętnych, aby wydatnie podnieść swój standard życia, zaś miłość wraz z fizycznymi uprzyjemniającymi pożycie małżeńskie dodatkami to sprawy, które nie odkładane są na plan dalszy. Jako osoba cokolwiek bardziej doświadczona życiowo, udzieliłem Aleksandrowi stosownych rad, jakich forteli użyć, aby zaryzykować pozyskanie do partnerskiego związku niewiastę z polskim obywatelstwem. Wprawdzie moje pojęcie o tak zwanym „podrywie” opiera się raczej na teorii, nie zaś na praktyce, Sasza stwierdził, że spróbuje skorzystać z moich rad, a przysięgam, że wybiegają one w moich teoretycznych rozważaniach ponad utarte schematy.

***
Nikt w polskich a i europejskich mediach o tym nie napisze i nie powie. Ten zdeterminowany tłum w Kijowie podczas majdanowej rewolucji dostawał zapłatę za to, aby protestować przeciwko rządowi Janukowicza. Pieniądze za udział w demonstracji dostawali i studenci, i nisko opłacani robotnicy, i bezrobotni. Uczestnikom „majdanu” dostarczano też pożywienie, a wraz z nim narkotyki, które wzmagały determinację. Kiedy już emocje opadły, a światowe media znudziły się obrazkami z wojującego Kijowa, część wspomaganej narkotycznie młodzieży zaczęła mieć problemy, jakie zazwyczaj zaczynają się w chwili, gdy uzależniony od „wspomagaczy” organizm zaczyna się buntować przeciwko nagłemu brakowi we krwi substancji, która wcześniej dodawała mu odwagi. Okazuje się, że w starciach z milicją znacznie mniej było rannych w porównaniu z rzeszą majdanowskich narkomanów. Ci zaludnili kijowskie szpitale.
Na moje pytanie, od jakiego czasu na Ukrainie jest zdecydowanie gorzej, pada odpowiedź: - „Majdan jest tą granicą. Przed majdanem żyło się niepięknie, ale normalnie”.
- To po cholerę wam była ta rewolucja? - pytam Saszę.
- Po cholerę nam była ta rewolucja? - odpowiada zapytany.
Ktoś na tym zyskał. Kto? Obecnie rządzący, wspierani przez Amerykanów.
Sasza nie jest odosobniony w swych poglądach. Nie spotkałem Ukraińca, który popierałby „majdan”, choć nie oznacza to, że popiera politykę Putina.
Wyjścia z sytuacji nie widać.
Sasza nie chce żyć w Ukrainie.
- W sercu, w duszy, kocham swój kraj, ale dzisiaj nie można w nim żyć - mówi.
- A twoja rodzina? Matka?
- Będę przesyłał jej pieniądze, choćby na mieszkanie. To mój obowiązek - odpowiada. 

[10/11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE
Wypożyczyłem sobie dzisiaj dwa teksty, które zakorzeniły się w pamięci jako słowa piosenek. Jeden z nich jest jednocześnie poetyckim przekładem jednej z najpiękniejszych pieśni Bułata Okudżawy.

Ale zacznijmy od kobiety. Od kobiety, bo autorką pierwszego tekstu jest Agnieszka Osiecka, legendarna już poetka epoki PRL-u, uwielbiana przez środowiska studenckie stolicy, poetka współpracująca z piosenkarską elitą estrady, przydająca barwy najpopularniejszym melodiom minionego czasu, skromna, lecz tętniąca życiem i pomysłami, przedstawicielka swoistej cyganerii, zapoczątkowanej gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w teatrach studenckich oraz na deskach zdobywającego z roku na rok coraz większą popularność Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Można śmiało powiedzieć, że poetyckie dokonania pani Agnieszki to swego rodzaju kronika kulturalna czasów odchodzącego w zapomnienie PRL-u, zaś tematyka jej utworów nasycona jest kobiecą wrażliwością, najprostszymi a jednocześnie najcenniejszymi uczuciami miłości, przyjaźni wplecionymi w odwieczne ludzkie tęsknoty i nostalgie.
Do pewnego stopnia tekst, który zamierzam poniżej przedstawić, jest nieco inny, gdyż odnosi się do czasów wojennej grozy i powojennych niepokojów. Tekst wiersza został napisany do muzyki Krzysztofa Komedy (może było na odwrót), a przeuroczo zaśpiewał go Edmund Fetting. Ścieżkę dźwiękową tej piosenki wykorzystano w filmie… nie powiem, a dodam tylko, że film ten uzyskał miano pierwszego polskiego westernu.

„Nim wstanie dzień”
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.

Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.

Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już

za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień
doczekasz się
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.

Drugi utwór z przykawiarenkowej wypożyczalni jest, jak wspomniałem, interpretacją - tłumaczeniem wiersza Bułata Okudżawy dokonanym przez znakomitego tłumacza literatury rosyjskiej (zwłaszcza poezji) Witolda Dąbrowskiego.
Nie mam wiadomości, czy ten niezwykle popularny w Polsce poeta i bard rosyjski znał i czy oceniał pod względem „duchowej zgodności” z oryginałem tłumaczenie dokonane przez pana Witolda, ale jeśli znał, powinien był być zadowolony z tego przekładu, który oddaje w pełni zarówno słowo jak i „duszę” tej przepięknej pieśni.
Chyląc zatem czoła przed Bułatem Okudżawą, należy też złożyć pokłon interpretacji pana Witolda.
Ciekawe, że znakomitym łącznikiem obu prezentowanych w „wypożyczalni” tekstów jest postać niezmiernie przeze mnie lubianego aktora Edmunda Fettinga, co tylko może być dowodem na to, że znakomitości się przyciągają.

 „A jednak żal”
Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno.
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład...
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.

Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie
i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal...
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza,
pojętny mój wiek, zdolny wiek mój chcę cenić i czcić...
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.

No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz szlak się uświetnił
i wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt...
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.

Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer
i nagle spojrzałem na Arbat i - ach, co za gość! -
rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś! 

[11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 2