Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypożyczalnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypożyczalnia. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2020

WIOSNA

Gadu gadu, tymczasem nastąpiła wiosna, jeszcze nieśmiało, trochę w garncowym marcu, ale słońca jakby więcej i wyżej, choć noce mroźne, lecz dni coraz piękniejsze.

Co kojarzy się kawiarennikowi z wiosną - otóż na ten przykład dawniejsze, historyczne wręcz zakochanie. A zatem jeśli już wstępuje w nas to niebezpieczne uczucie, to poproszę Kazia, aby i on się zakochał.


Nie może zabraknąć Marka Grechuty i jego "Wiosny", aczkolwiek słowa tej pieśni dotykają wszystkich pór roku, z których jednak wiosna wydaje się najpiękniejsza.


Piszący te słowa z radością obejrzałby wiosenną komedię Tadeusza Chmielewskiego "Wiosna, panie sierżancie". Ten sympatyczny i, jak zwykle bywa u reżysera filmu "Ewa chce spać", obdarzony ciepłym i nieagresywnym humorem obraz, moim zdaniem, jedynie potwierdza, że wiosna potrafi być najpiękniejszą porą roku.


W kontekście wiosny nie można nie wymienić dzieła Antonio Vivaldiego "Cztery pory roku" w części odnoszącej się właśnie do wiosny. 


I na koniec "Wiosna" - "Primavera" Sandro Botticelliego - sławny prześwietny obraz, który kojarzy mi się z wiosną.



[30.03.2020,T.]

29 października 2017

WYPOŻYCZALNIA (21) CIEMNO WSZĘDZIE, GŁUCHO WSZĘDZIE

Oby ciała nasze nie doczekały tych czasów, kiedy nasze kości bielić się będą bezużytecznie, a wspomnienie po nas pozostałe rodziło gniew i płacz naprzemienny, co równałoby się katuszom cierpienia na ogniu piekielnym.
Ta przestroga, jak żadna inna, zapadła głęboko w moją pamięć, w chwili, gdy po raz pierwszy sięgnąłem po „Dziadów” część drugą Mickiewicza.
Z tego oto pogańskiego święta, z wieści gminnej, autor „Pana Tadeusza” wydobył ponadczasowe przesłanie o tym, że śmierć wprawdzie jednaką jest i nieuchronną, natomiast kiedy już nadejdzie, wspomnienie o żywym, co między nami chodził, ma różne imiona: jedną śmierć opłakujemy z żalem i cierpieniem własnym; inna nie godna jest naszej litości; jedynie Pan Bóg w Niebie nad nią się ulituje, człowiek siły na współczucie nie ma.
Bo trzeba żyć tak, aby to pierwsze wspomnienie po sobie zostawić i nie dopuścić tym sposobem do tego, aby nasza dusza spokoju nie zaznały, gdy ostrze kosy oddzieli ją od ciała.
Jakże uniwersalny to tekst i poruszający do głębi wierzących i wątpiących, zmuszający do refleksji nad swoim życiem, póki jeszcze trwa i możemy je zmienić na lepsze, bo… będzie za późno, tak jak u Mickiewicza.
Odzywa się Sowa do Widma Pana:  

Nie lubisz umierać z głodu!
A pomnisz, jak raz w jesieni
Wszedłem do twego ogrodu?
Gruszka dojrzewa, jabłko się czerwieni;
Trzy dni nic nie miałem w ustach,
Otrząsnąłem jabłek kilka.
Lecz ogrodnik skryty w chrustach
Zaraz narobił hałasu
I poszczuł psami jak wilka.
Nie przeskoczyłem tarasu,
Dopędziła mię obława;
Przed panem toczy się sprawa,
O co? o owoce z lasu,
Które na wspólną wygodę
Bóg dał jak ogień i wodę.
Ale pan gniewny zawoła:
"Potrzeba dać przykład grozy".
Zbiegł się lud z całego sioła,
Przywiązano mnie do sochy,
Zbito dziesięć pęków łozy.
Każdą kość, jak z kłosa żyto,
Jak od suchych strąków grochy,
Od skóry mojej odbito!
Nie znałeś litości, panie! *

I nie znał Pan litości, a chór ptaków pamięta…

Hej, sowy, puchacze, kruki,
I my nie znajmy litości!
Szarpajmy jadło na sztuki;
A kiedy jadła nie stanie,
Szarpajmy ciało na sztuki,
Niechaj nagie świecą kości! *

A Sowa znów przypomina…

Nie lubisz umierać z głodu!
Pomnisz, jak w kucyją samą,
Pośród najtęższego chłodu,
Stałam z dziecięciem pod bramą.
Panie! wołałam ze łzami,
Zlituj się nad sierotami!
Mąż mój już na tamtym świecie,
Córkę zabrałeś do dwora,
Matka w chacie leży chora,
Przy piersiach maleńkie dziecię.
Panie, daj nam zapomogę,
Bo dalej wyżyć nie mogę!
Ale ty, panie, bez duszy!
Hulając w pjanej ochocie,
Przewalając się po złocie,
Hajdukowi rzekłeś z cicha:
"Kto tam gościom trąbi w uszy?
Wypędź żebraczkę, do licha".
Posłuchał hajduk niecnota,
Za włosy wywlekł za wrota!
Wepchnął mię z dzieckiem do śniegu!
Zbita i przeziębła srodze,
Nie mogłam znaleźć noclegu;
Zmarzłam z dziecięciem na drodze.
Nie znałeś litości, panie! *
Oto, dlaczego nasze życie jest tak ważne… bo kiedy zmarnotrawione to już tylko…

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie? *

Co będzie? Nicość.

* fragmenty "Dziadów" cz. II Adama Mickiewicza

[29.10.2017 Leubringhen, Pas-de-Calais we Francji]

09 października 2017

WYPOŻYCZALNIA (20) „ŻYĆ SIĘ CHCE”

„Na wzgórzu polana, na polanie chatka. Chatka taka sobie, raczej szopa, na trzynaście-czternaście bierwion, z jednym okienkiem, bez sieni, a czasem i bez dachu. Kto od niepamiętnych czasów buduje takie chatki w tajdze? Wiosną przychodzą jacyś ludzie, naścinają co równiejszych sosen, okorują…. A pod jesień w pogodne dnie, pracując na trzy-cztery topory, postawią w ciągu tygodnia. W pobliżu znajdzie się i glina, i kamień - zbudują piec i komin wyciągną aż po dach, i pryczę sklecą - żyć nie umierać.
Gdy zimą zajść do takiej chatki, wyda się zapuszczona. Na ścianach, w szparach, sadź gruba na palec, w powietrzu stęchły zapach zastarzałego dymu.
Ale oto zapłonęły na kominie drwa…. Powiało ciężkim, wilgotnym zapachem rozmarzającej gliny; ze ścian kapie. Zapachniało czadem. Najlepiej wtedy naładować do pieca i wyjść na dwór, zawczasu narąbać drew…. Po upływie pół godziny w chacie jest już cieplej, powietrze lżejsze. Można zrzucić kożuch i jeszcze raz dołożyć do pieca. Ściany z lekka parują, od pieca bucha żarem. I ogarnia cię taka cicha błogość, radość. - A-a! - ma się ochotę powiedzieć - to jest dopiero…” Teraz już prawie wszędzie sucho, ale deski pryczy jeszcze zimne. Nie szkodzi - już niedługo. Na razie można rzucić na nie kożuch, pod głowę - plecak z wiktuałami, nogi wyciągnąć do pieca. I taka senność cię opadnie, że sił brak, Nie chce się wstać i dorzucić drew do pieca. A trzeba. 
Na kominie cała ognistoruda góra głowni. Drwa zajmują się błyskawicznie jak wióry. Nie opodal leży kłoda. Można na niej usiąść, zapalić i porozmyślać. (…)” *
A jeśli kto nie ma problemów z cyrylicą, to powyższy fragment tekstu wygląda tak:
„Поляна на взгорке, на поляне избушка.
Избушка - так себе, амбар, рядов  в  тринадцать-четырнадцать,  в  одно оконце,  без  сеней,  а  то  и  без крыши. Кто их издревле рубит по тайге?..
Приходят по весне какие-то люди,  валят  сосняк  поровней,  ошкуривают...  А ближе  к  осени  погожими  днями  за какую-нибудь неделю в три-четыре топора срубят. Найдется и глина поблизости, и камни - собьют камелек, и  трубу  на крышу выведут, и нары сколотят живи не хочу! Зайдешь  в  такую  избушку зимой  жилым духом не пахнет. На стенах, в пазах, куржак, в ладонь толщиной, промозглый запах застоялого дыма.
Но вот затрещали в камельке поленья... Потянуло густым волглым  запахом оттаивающей  глины;  со  стен  каплет. Угарно. Лучше набить полный камелек и выйти пока на улицу, нарубить загодя дровишек...  Через  полчаса  в  избушке теплее  и  не  тяжко.  Можно  скинуть  полушубок  и  наторкать в камелек еще дополна. Стены слегка парят, тихое блаженство, радость. "А-а!..  - хочется сказать.  - Вот  так-то".  Теперь  уж  везде  почти сухо, но доски нар еще холодные. Ничего скоро. Можно пока кинуть на них  полушубок,  под  голову мешок  с  харчами,  ноги  к камельку. И дремота охватит сил нет. Лень  встать и подкинуть еще в камелек. А надо.
В камельке целая огненно-рыжая горка углей. Поленья  сразу  вспыхивают, как  береста.  Тут  же,  перед  камельком,  чурбачок.  Можно  сесть на него, закурить и думать. (…)”
Czujecie ten klimat? Syberia. Tajga. Stary Nikitycz w takiej właśnie chatce spędza marcową, mroźną noc. Nagle pojawia się młody człowiek. Miastowy. Geolog. Wkrótce okaże się, że ten pewny siebie, żądny wolności człowiek jest zbiegiem z syberyjskiego łagru. Przeskrobał coś. Kradzież? Morderstwo? Nikitycz przyjmuje go serdecznie. Częstuje wódką, choć w toku rozmowy zachowuje się z powściągliwością wobec niespodziewanego gościa, który nazbyt się przechwala. Ten, upojony alkoholem, kładzie się na pryczy.
Kolejna niespodzianka - do chatki wchodzą dwaj mężczyźni. Jednego z nich Nikitycz zna - to naczelnik powiatowej milicji. Uciekinier zaklina starego, aby go nie wydawał. Sam udaje sen.
Nie jest w syberyjskiej tajdze zwyczajem, aby przychodzącego w gościnę zbiega podawać na tacy władzom. Nikitycz chłopaka nie wyda. Wkrótce czterej mężczyźni zasypiają.
Bardzo wczesnym rankiem rozbudzony Nikitycz spostrzega, że wraz z uciekinierem z chatki zniknęła jego strzelba z nabojami oraz tytoń. Przeżywa zawód. Jak to możliwe, aby ten, którego ugościł pozbawił go strzelby, tak niezbędnej w tajdze? Podczas gdy naczelnik powiatowej milicji wraz z kompanem zażywają długiego snu, Nikitycz podejmuje, udaną, jak się okażę, próbę doścignięcia zbiega. Mając z sobą drugą strzelbę, zaskakuje katorżnika, rozbraja go, ale w końcu lituje się nad chłopakiem; zostawia mu strzelbę i sześć nabojów. Umawiają się, że po dojściu do wioski Nikitycza, uciekinier zostawi ją u kuma starego - Jefima i uda się na dworzec, a opuszczając pociągiem niegościnny dla niego kraj, zmyli „pogonie”.
Rozstają się. Nikitycz wraca przesieką do chatki. Nagle słyszy coś jakby ogłuszający trzask gałązki, czuje jakby kilka pięści uderzyło do w plecy i potylicę. Upada twarzą w śnieg, nie słysząc już słów chłopaka, który przed momentem wystrzelił w jego stronę; takich słów:
- Tak będzie lepiej, ojciec, bezpieczniej.
Tak mniej więcej w streszczeniu przestawia się jedno z najlepszych opowiadań Wasilija Szukszyna „Żyć się chce”.
Szukszyn, sybirak z krwi i kości, romantyk, chwalca syberyjskiej wsi, miłośnik przyrody, niestrudzony opowiadacz o niełatwych losach ludzi żyjących w zapadłych wioskach położonych z dala od zurbanizowanej cywilizacji to jeden z najciekawszych prozaików byłego Związku Radzieckiego. Był także aktorem i reżyserem. Najwspanialszym i niestety ostatnim już reżysersko-aktorskim osiągnięciem Szukszyna była „Kalina czerwona”, film wyprodukowany na podstawie jego własnej powieści. W tej historii pojawia się były więzień, recydywista (rola Szukszyna), który pod wpływem spóźnionej miłości do Luby zamierza raz na zawsze skończyć z przeszłym, obfitującym w sprzeczne z prawem zachowania życiem. Odmawiając udziału w tworzącej się grupie przestępczej, ginie od kuli.
W niespełna dwa lata po premierze pisarz, reżyser i aktor Wasilij Makarowicz Szukszyn umiera. Kultura rosyjska ponosi niepowetowaną stratę.

 * fragment opowiadania Wasilija Szukszyna „Żyć się chce” w tłumaczeniu Zofii Gadzinianki.

[08.10.2017, Dobrzelin]

25 września 2017

WYPOŻYCZALNIA (19) MIŁOSZ MNIEJ ZNANY?

Czesław Miłosz swój pisany podczas okupacji zbiorek wierszy „Świat” opatrzył dopiskiem „poema naiwne”. 
I są to wiersze proste, a w tej prostocie szczere, nieszczególnie skomplikowane w odbiorze, przedstawiające obrazki z dzieciństwa oparte zapewne na ciepłych wspomnieniach niedorosłego świata późniejszego poety; jakże różnego świata od tego, w którym żyje, kreśląc swe pogodne strofy.
Naiwność skupia na sobie uwagę jako cecha czy też przypadłość o negatywnych konotacjach. Kto widzi świat w naiwnych barwach, ten nie dostrzega jego skomplikowania. Natomiast wielką zaletą postrzegania rzeczywistości w taki właśnie uproszczony sposób jest to, że oczy prymitywisty widzą świat takim, jakim być powinien: harmonijny, przyjazny człowiekowi i naturze, właściwie poukładany.
Taki właśnie obraz towarzyszy całej artystycznej twórczości Nikifora i chociaż operuje on nader oszczędnymi środkami wyrazu, to emanuje z nich głębokie, duchowe wnętrze tego artysty - samouka, dzięki czemu w swoich pracach jest jedyny i niepowtarzalny.
W wierszach Miłosza występuje z kolei świadoma naiwność obrazowania wspominanej rzeczywistości, bo tylko w ten sposób najpełniej można oddać ogrom wartości przekazanych mu w czasach dzieciństwa; jest w nich pogodne wspomnienie o czasach, w których kształtowała się wyobraźnia autora „Doliny Issy”.
Poeta przedstawia więc drogę ze szkoły tak wiele razy przemierzaną w obie strony, że na zawsze już ten obraz pozostał w jego pamięci. Droga, a w tle obraz ojca pochylonego nad motyką, ojca, który oczekuje powrotu dzieci ze szkoły.
Droga
Tam, gdzie zielona ściele się dolina
I droga, trawą zarosła na poły,
Przez gaj dębowy, co kwitnąć zaczyna,
Dzieci wracają do domu ze szkoły.

W piórniku, który na wskos się otwiera,
Chrobocą kredki wśród okruchów bułki
I grosz miedziany, który każde zbiera
Na powitanie wiosennej kukułki.

Berecik siostry i czapeczka brata
Migają między puszystą krzewiną.
Sójka skrzekocząc po gałęziach lata
I długie chmury nad drzewami płyną.

Już dach czerwony widać za zakrętem.
Przed domem ojciec, wsparty na motyce,
Schyla się, trąca listki rozwinięte
I z grządki całą widzi okolicę.

I jeszcze jeden obrazek - przydomowy ganek, miejsce przyjazne, często odwiedzane, gdzie można się ogrzać ciepłem słońca, którego promienie przedostają się przez duże okna i można z siostrą wyrysować świat poznany na lekcjach historii.
Ganek
Ganek, na zachód drzwiami obrócony,
Ma duże okna. Słońce tutaj grzeje.
Widok szeroki stąd na wszystkie strony,
Na lasy, wody, pola i aleje.

Kiedy już dęby w zieleń się przybiorą,
A lipa cieniem zakryje pół grzędy,
Świat ginie w dali za niebieską korą,
Pocięty liśćmi w cętkowane zęby.

Tutaj brat z siostrą, nad małym stolikiem
Klęczą rysując wojny i pogonie.
I pomagają różowym językiem
Wielkim okrętom, z których jeden tonie.

Z kolejnego zaś wiersza być może dowiadujemy się, dlaczego Czesław Miłosz został poetą. Jakże ciepły i tajemniczy zarazem jest ten wizerunek ojca rozkładającego księgi, w których dziwy się dzieją.
Ojciec w bibliotece
Wysokie czoło, a nad nim zwichrzone
Włosy, na które słońce z okna pada.
I ojciec jasną ma z puchu koronę,
Gdy wielką księgę przed sobą rozkłada.

Szata wzorzysta jak na czarodzieju,
Zaklęcia głosem przyciszonym mruczy.
Jakie są dziwy, co w księdze się dzieją,
Dowie się, kogo Bóg czarów nauczy.

Nie wiem jak kogo, ale mnie przekonuje ta poezja, oszczędna w słowach, lecz bogata w treści, które mieszczą się również między wersami.

[25.09.2017, Mayenne, Mayenne we Francji]

19 września 2017

WYPOŻYCZALNIA (18) „JENO WYJMIJ…”

Jeden z najzdolniejszych, a niespełnionych do końca poeta schyłku pierwszej połowy XX wieku, któremu przypadło w udziale nie porzucając wprawdzie pióra zmagać się z okrucieństwami wojny, z tragedią stolicy, z bronią w ręku do chwil swoich ostatnich. A przecież przedstawiony poniżej wiersz bez tytułu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego ukazuje nader wyraźnie, że pragnieniem poety, Polaka, młodego człowieka nie jest „obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi”. Pojawia się w tym wierszu-prośbie pragnienie normalności i piękna ze „śpiewem jezior”, „zmierzchu graniem” i „ptasim świtem”. Jest w tej poezji niespełniona niestety nadzieja na zmianę twarde ziemi w „mleczów miękkich płynny lot” i niech zagrają brzóz wiolonczele, a zdrowe, drżące „strugi powietrza” zamienią się w „aleje długie”.
Oto, w poezji Baczyńskiego odzywają się echa całego straconego pokolenia walczącego o wolność ojczyzny, a jest to pokolenie młode, któremu tęskno za zwyczajnym życiem, za miłością, za natura mniej okrutną niż ten „czas kaleki”, w którym i poecie, i tysiącom podobnych mu młodym ludziom przyszło żyć i umierać.
„Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne…” - jakże tragiczna i poetycko doskonała ta fraza, przez którą poeta domaga się niemożliwego, bo obraz wojennego piekła pozostanie pod powiekami, które ktoś nasunie na martwe, marzące o złotym niebie oczy.

Niebo złote ci otworzę,
w którym ciszy biała nić
jak ogromny dźwięków orzech,
który pęknie, aby żyć 
zielonymi listeczkami,
śpiewem jezior, zmierzchu graniem,
aż ukaże jądro mleczne
ptasi świt

Ziemię twardą ci przemienię
w mleczów miękkich płynny lot,
wyprowadzę z rzeczy cienie,
które prężą się jak kot,
futrem iskrząc zwiną wszystko
w barwy burz, w serduszka listków,
w deszczów siwy splot.

I powietrza drżące strugi
jak z anielskiej strzechy dym
zmienię ci w aleje długie,
w brzóz przejrzystych śpiewny płyn,
aż zagrają jak wiolonczel
żal - różowe światła pnącze,
pszczelich skrzydeł hymn.

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni,
które czaszki białe toczy 
przez płonące łąki krwi.
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

[17.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

01 sierpnia 2017

WYPOŻYCZALNIA (17) PIEŚŃ XXIV Z KSIĄG PIERWSZYCH

Do Kochanowskiego zbliża mnie starożytny, ubrany w renesansowy strój Horacy z jego pogodą ducha, chwytaniem przyjemności z każdego dnia, odrzuceniem rzeczy mniej istotnych, z utratą których pogodzić się łatwiej, aniżeli z tym, co człowiek przez lata jest w stanie zgromadzić w swoim sercu.
I u Kochanowskiego obecna jest przewaga Frommowskiego „być” nad „mieć”, bo „mieć” w każdej chwili można stracić, a już na pewno odbierze nam to śmierć, jedyna sprawiedliwa na tym świecie, bo przychodząca do każdego, aczkolwiek nieproszona.
Natomiast „być” pozostaje w nas, niezwalczone przez kostuchy kosę, bo „być” istnieje po naszej śmierci, ot, choćby we wspomnieniach tych, którzy nas znali i biesiadowali z nami.
Stoicki, renesansowy rozsądek przemawia z Pieśni XXIV poety z Czarnolasu; jest w niej stateczność, sceptycyzm wobec doczesnych dóbr i stanowisk, o jakie biją się ci, którzy na swych potomków, „na drugiego zbierają”, nie wiedząc, że wprawdzie „syn tylko worki liczy” ale przecież tym samym „w rozumie nie dziedziczy”.
A przecież, tak czy owak, człowiek jest jeno igrzyskiem Boga, u niego „każdy błazen”, ba, tak świat został urządzony, że gdy „bo co jeden zgromadził, to drugi wnet rozciska”.
A zatem cieszmy się mijająca bezpowrotnie chwilą, w miłym towarzystwie, sącząc wino, z którego „dobra myśl roście”, ech „dzbanie mój pisany, dzbanie polewany”, w tobie pociecha, ale i w mądrości, życiu statecznym i godziwym.
I w taki sposób poeta będzie szarpał lutni struny, aż pokonany zostanie przez umiłowanej Orszulki śmierć niewygodną. Wysączy po utracie ukochanego dziecka nie wino z polewanego dzbana, lecz strumienie łez. Rozsądek i horacjańskie świata ukochanie ustąpi wtedy miejsca niewypowiedzianemu żalowi….
Tymczasem jednak popróbujmy uradować duszę Pieśnią XXIV z Ksiąg Pierwszych Jana Kochanowskiego. 
Pieśń XXIV
Zegar, słyszę, wybija,
Ustąp, melankolija!
Dosyć na dniu ma statek,
Dobrej myśli ostatek

U Boga każdy błazen,
Choć tu przymówki prazen,
A im sie barziej sili,
Tym jeszcze więcej myli.

A kto by chciał na świecie
Uważyć, co sie plecie,
Dziwnie to prawdy blisko,
Że człek - Boże igrzysko.

Dygnitarstwa, urzędy,
Wszystko to jawne błędy;
Bo nas równo śmierć sadza
Ani pomoże władza.

A nad chłopa chciwego
Nie masz nic nędzniejszego;
Bo na drugiego zbiera,
A sam głodem umiera.

Więc by tacy synowie
Byli jako ojcowie,
Dawno by z tej przyczyny
Świat się jął żebraniny.

Lecz temu Bóg poradził,
Bo co jeden zgromadził,
To drugi wnet rozciska;
Niech świata głód nie ściska.

Po śmierci trudno rządzić;
Tyś mógł, ojcze, nie błądzić,
Syn tylko worki zliczy,
W rozumie nie dziedziczy.

Przeto te troski płone
Szatanowi zlecone;
Niech, uprzątnąwszy głowę,
Mkną w skrzynię Fokarowę.

A nam wina przynoście,
Z wina dobra myśl roście;
A frasunek podlany
Taje by śnieg zagrzany.

[26.07.2017, Chester, Chestershire, w Anglii] 

12 czerwca 2017

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE
Wypożyczyłem sobie dzisiaj dwa teksty, które zakorzeniły się w pamięci jako słowa piosenek. Jeden z nich jest jednocześnie poetyckim przekładem jednej z najpiękniejszych pieśni Bułata Okudżawy.

Ale zacznijmy od kobiety. Od kobiety, bo autorką pierwszego tekstu jest Agnieszka Osiecka, legendarna już poetka epoki PRL-u, uwielbiana przez środowiska studenckie stolicy, poetka współpracująca z piosenkarską elitą estrady, przydająca barwy najpopularniejszym melodiom minionego czasu, skromna, lecz tętniąca życiem i pomysłami, przedstawicielka swoistej cyganerii, zapoczątkowanej gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w teatrach studenckich oraz na deskach zdobywającego z roku na rok coraz większą popularność Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Można śmiało powiedzieć, że poetyckie dokonania pani Agnieszki to swego rodzaju kronika kulturalna czasów odchodzącego w zapomnienie PRL-u, zaś tematyka jej utworów nasycona jest kobiecą wrażliwością, najprostszymi a jednocześnie najcenniejszymi uczuciami miłości, przyjaźni wplecionymi w odwieczne ludzkie tęsknoty i nostalgie.
Do pewnego stopnia tekst, który zamierzam poniżej przedstawić, jest nieco inny, gdyż odnosi się do czasów wojennej grozy i powojennych niepokojów. Tekst wiersza został napisany do muzyki Krzysztofa Komedy (może było na odwrót), a przeuroczo zaśpiewał go Edmund Fetting. Ścieżkę dźwiękową tej piosenki wykorzystano w filmie… nie powiem, a dodam tylko, że film ten uzyskał miano pierwszego polskiego westernu.

„Nim wstanie dzień”
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.

Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.

Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już

za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień
doczekasz się
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.

Drugi utwór z przykawiarenkowej wypożyczalni jest, jak wspomniałem, interpretacją - tłumaczeniem wiersza Bułata Okudżawy dokonanym przez znakomitego tłumacza literatury rosyjskiej (zwłaszcza poezji) Witolda Dąbrowskiego.
Nie mam wiadomości, czy ten niezwykle popularny w Polsce poeta i bard rosyjski znał i czy oceniał pod względem „duchowej zgodności” z oryginałem tłumaczenie dokonane przez pana Witolda, ale jeśli znał, powinien był być zadowolony z tego przekładu, który oddaje w pełni zarówno słowo jak i „duszę” tej przepięknej pieśni.
Chyląc zatem czoła przed Bułatem Okudżawą, należy też złożyć pokłon interpretacji pana Witolda.
Ciekawe, że znakomitym łącznikiem obu prezentowanych w „wypożyczalni” tekstów jest postać niezmiernie przeze mnie lubianego aktora Edmunda Fettinga, co tylko może być dowodem na to, że znakomitości się przyciągają.

 „A jednak żal”
Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno.
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład...
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.

Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie
i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal...
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza,
pojętny mój wiek, zdolny wiek mój chcę cenić i czcić...
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.

No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz szlak się uświetnił
i wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt...
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.

Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer
i nagle spojrzałem na Arbat i - ach, co za gość! -
rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś! 

[11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 2

29 maja 2017

WYPOŻYCZALNIA (15) EDWARD STACHURA - „OTO” (wyjątki)

Edward Stachura - poeta, pisarz, bard, myśliciel, człowiek cieszący się życiem, cierpiący, zaprzyjaźniony z rzeczami małymi, starymi, niepozornymi, brzydkimi, zwyczajnymi; przyjaciel człowieka i natury, która go inspiruje, wróg wojny, walki i głupoty; zakochany romantyk czerpiący z miłości i przyjaźni najwartościowsze pokarmy dla życia.
W „Oto” -  rozproszonym zbiorze myśli, poglądów, wierszy, wskazówek mieści się cała wrażliwa jaskrawość człowieka spełnionego i nieszczęśliwego zarazem, przedwcześnie zeszłego z tego świata z winy losu, który zgotował mu chorobę, której nie sprostał.
„Oto” jest swoistą biblią napisaną na użytek człowieka i współczesnego mu świata. Jest w niej zaprzeczenie koniunkturalizmu, odwaga, indywidualizm, subiektywność i pewność tego, że idąc w ślad za dobrym i rozumnym słowem, jeszcze nie jest za późno, aby człowiek potrafił oddzielić ziarno od plew.
„Oto” przywołują mi na myśl notatki poczynione przed snem, o poranku, przy posiłku; w nich zawarł całe swoje człowieczeństwo.
Wyboru tych myśli dokonałem przypadkowo, lecz jednocześnie świadomie. Oto co Sted ma do powiedzenia na temat świata:
*
Powiedział brat mój Stare Dziecko:
Jeżeli świat jest na właściwej drodze, rozkulbaczone wierzchowce pracują w polu.
Jeżeli świat jest na niewłaściwej drodze, rumaki bojowe
rosną w liczbę na przedmieściach.

…a dalej o umiarkowaniu, o żądzy zdobywania:

Nie ma cięższej pomyłki jak zadośćuczynić pragnieniom.
Nie ma gorszego nieszczęścia jak być nienasyconym.
Nie ma straszniejszej zarazy jak uczucie chciwości.
Kto się umie miarkować,
będzie mieć zawsze dość.

Oto, co Stachura nazywa obłędem, chorobą, która toczy człowieka, a w zakończeniu cenne i często obecne w jego twórczości poglądy pacyfistyczne.
**
Dowiedz się teraz od siebie, co jest obłędem, najmilszy człowieku.
Obłędem przede wszystkim jest zawsze to samo: być nieuważnym i niepoważnym. Obłędem jest udawać, że jest się kimś innym niż tym, którym jest się. Obłędem jest samooszukiwać się na własne pohańbienie. Obłędem jest pusta gadanina, że owszem jest źle, ale powinno być inaczej. Obłędem jest pocieszać się, że owszem jest źle, ale kiedyś będzie lepiej (lepiej źle!). Obłędem jest dowcipkować, że owszem jest źle, ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Obłędem jest parskać niewiedzącym śmiechem tam, gdzie — też niewiedzący, ale — płacz przystoi. Obłędem jest wznosić pomniki i gromko głosić zwycięstwo tam, gdzie poległ chociażby jeden człowiek (nieważne, z której strony barykady). Obłędem jest dawać się bezwładnie ponosić słówkom własnym czy cudzym, nic słysząc ich. Obłędem jest przymykać powieki na to, co skacze do oczu, żeby być zobaczone. Obłędem jest czcić wszelaką martwotę w samym środku pulsującego, kwitnącego życia. Obłędem jest być nieprawym, będąc prawym ciałem obdarzonym, albowiem ciało — każde jest prawe. Obłędem jest udawać odważnego tam, gdzie lękać się nie byłoby udawaniem. Obłędem jest hałaśliwie głosić, że coś wie się, tam gdzie zdać sobie sprawę ze swojej niewiedzy i uciszyć się jawi się pod słońcem zachowaniem jak najbardziej naturalnym. Obłędem jest poznawać świat przez mikroskop czy teleskop, będąc obdarzonym taką cudownością, jaką są żywe widzące oczy. Obłędem jest walczyć z własnym cieniem nieodmiennie i nieuchronnie daremnie, miast bez wysiłku i bez szelestu zlać się z nim w jedno i tym samym od niego raz po wszystkie czasy uwolnić się. Obłędem jest mówić, że się nie ma czasu, kiedy jest się niczym innym jak czasem właśnie, tylko czasem, całkowicie tylko czasem. Obłędem jest obrażać się na człowieka, który zwraca nam na coś uwagę, miast poszukać w sobie, o co tu idzie, w czym rzecz, dotyczy nas to, czy nie dotyczy; jeżeli dotyczy — nąjnormalniej pod słońcem podziękować temu człowiekowi; jeżeli nie dotyczy — no to nie dotyczy (gdzież tu miejsce na obrazę? Nie ma w normalności, w zdrowiu, miejsca na obrazę). Obłędem jest hodować w sobie myśl o zemście, tego węża-dusiciela, który zawsze kończy sam przez siebie zaduszony. Obłędem jest, mając słowa i mając słowa za wszystko, posługiwać się nimi nieuważnie, niepoprawnie, lekkodusznie, literacko, wprowadzając na przykład ludzką i tylko ludzką terminologię militarną o do zjawisk natury i mówić „natarcie fali mrozów", „kraj zbombardowany śniegiem", „powszechna mobilizacja dla _ odparcia ataku zimy". (…)
Obłędem jest nie liczyć się z drugim człowiekiem.

…i znów umiar w pożądaniu rzeczy, mamony, z widocznym nawiązaniu do Biblii, zwłaszcza do „Księgi Kaznodziei Salomona”
***
Powiedział brat mój Syn Człowieczy:
Był bogacz, który miał dużo pieniędzy. Rzekł: Użyję moich pieniędzy na to, aby siać i sadzić, i zbierać, i napełniać gumna bogactwem, i abym sobie żył w zbytku.
Tak myślał w sercu swoim. I tej nocy zmarł. Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha.
Królestwo Ojca podobne jest człowiekowi, który posiadał lik towarów i pokazano mu perłę. Ten człowiek był roztropny. Sprzedał wszystko, co miał, i nabył tę jedną jedyną perłę.
Wy także szukajcie skarbu, co nie zawodzi, co trwały jest; co nie ma do niego przystępu mól, by go pożreć, ani żaden robak.
A także:
Jeśli macie pieniądze, nie pożyczajcie na procent, lecz dajcie je temu, który wam ich nie zwróci.
A także:
Się dopowiada:
Nie zwróci wam ich, bo gdy mu dacie, już nigdy więcej nie będziecie ich potrzebować. Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha.

[24.05.2017, Markfield, Leicestershire w Anglii]


01 maja 2017

WYPOŻYCZALNIA (13) SIERGIEJ JESIENIN - „SPOWIEDŹ CHULIGANA.

Poszukiwałem tego wiersza w internecie, choć mam go w zbiorku poezji rosyjsko-radzieckiej, ale dla wygody wolałem go wkleić do kawiarenki elektronicznym, edytorskim sposobem. Nie będę ukrywał, że „Spowiedź chuligana” uznaję za jeden z najznakomitszych utworów poetyckich, z jakim kiedykolwiek się zetknąłem (także w oryginale… szkoda, ze z biegiem lat moja znajomość rosyjskiego podupadła). Ale mamy za to profesjonalne tłumaczenie Brunona Jasieńskiego, które, jak sądzę, oddaje w pełni zamysł twórczy Jesienina.
Cóż takiego urzeka w poezji najsławniejszego z rosyjskich imażynistów? Szczerość wypowiedzi, dynamizm, obrazowość, metafory, słowem „Spowiedź chuligana” jest poematem „duszy” artysty posługującym się obrazem słów, prostych, a jednocześnie wybitnie poetyckich, dosadnych i działających na wyobraźnię czytelnika. Poezję Jesienina po prostu się widzi, przymykając na chwilę oczy pomiędzy wersami. Zaskakujące obrazy wywołane metaforyką dialogu z czytelnikiem wręcz powalają, paraliżują pięknem porównań i skojarzeń; poszedłbym dalej w swym zachwycie, aby powiedzieć, że odkrywają przede mną język tyleż prosty i zrozumiały, co wydostający się z głębi serca i prasłowiańskiej duszy.
Pozwoliłem sobie podkreślić w tekście „Spowiedzi” te fragmenty myśli poety, które wydały mi się najoryginalniejsze i do cna prawdziwe.
Przeczytajmy zatem:
Sergiusz Jesienin - „Spowiedź chuligana”

Nie każdy mógł się wysłowić
Nie każdemu dane jest jabłkiem
Spadać na cudze kolana.

Oto jest największa na świecie spowiedź –
Spowiedź chuligana.

Ja umyślnie się nigdy nie czeszę
I głowę noszę w wietrze rozchwianą jak świeca.
Waszych dusz bezsilną jesień
Przyjemnie mi w ciemnościach wam oświecać.
Przyjemnie mi, kiedy przekleństwa kamień
Dosięga mnie jak grad i chce mnie zwalić z nóg.
Ja tylko mocniej ściskam znów rękami
Rozkołysanych włosów moich stóg.

Jak dobrze wtedy wspominać tak ukradkiem
Zarosły staw i olchy skrzyp pod deszczem,
Że gdzieś w dalekiej wsi są ojciec mój i matka,
Co gwiżdżą na najlepsze moje wiersze.
Dla których drogim był jak ciało i jak łan,
Jak wietrzyk, co od pól wiosennych rankiem mży,
Oni by przyszli zadźgać was widłami
Za każdy wasz rzucony we mnie krzyk.

Biedni, biedni wieśniacy!
Już was lata zgarbiły żałośniej,
Zawsze jeszcze ryjecie się w ziemi jak kret.
O, gdybyście zrozumieli,
Że syn wasz jest w Rosji
Największym poetą!
Małoście to o życie jego kiedyś nadrżeli,
Gdy bosymi nogami kałuże jesienne wycierał?
A dziś on chodzi w cylindrze
I w wydłużonych lakierach.

Ale mieszka w nim wiejski krzykacz,
Co przyczaił się tylko i czeka.
Każdej krowie z szyldu rzeźnika
On kłania się jeszcze z daleka.
I spotkawszy dorożkarza na placu,
Wspominając woń gnoju od pól i dren,
Gotów ogon nieść każdej klaczy,
Jak weselnej sukni tren.

Kocham ojczyznę.
Ja bardzo kocham ojczyznę!
Choć w niej tęsknoty jak wierzbowa rdza,
Miłe mi są zbrudzone mordy świńskie
I w ciszy nocnej dźwięczne chóry żab.
Jam czule chory wspomnieniem dzieciństwa,

Kwietniowych zmierzchów śni mi się woń i kurz.
Jakby się pragnął pogrzać w kucki z bliska,
Przycupnął klon nasz u ogniska zórz.
O, ilem jajek na nim w gniazdach wronich,
Wdrapując się po sękach, niegdyś kradł!
Czy po dawnemu mocna kora z jego pnia?

A ty, kochany,
Wierny, stary psie?!
Na starość ślepy stałeś się i chory
I włócząc zwisły ogon, chodzisz całe dnie,
Straciwszy węch, gdzie chlew, a gdzie obory.
O, jak mi drogie są dziś nasze psoty,
Gdy chleb, od matki wyżebrany, długo
Do spółki jedliśmy pod płotem,
Nie brzydząc się zupełnie jeden drugim.

Jam wciąż ten sam.
Sercem jam wciąż ten sam,
Jak chabry w życie kwitną oczy w twarzy hożej.
Ścieląc dziś słów złocące się rogoże,

Chciałbym powiedzieć coś tkliwego wam.

Dobranoc!
Wszystkim wam dobranoc, mili!
Zapomniane na murawach zmierzchu kosy mokną.
Chce mi się tak bardzo w tej chwili
Osiusiać księżyc przez okno.

Błękitny zmierzch, błękitny w rozpływie linii.
W taki błękit i umierać lekko.
Więc i cóż, że wyglądam jak cynik,
Co przyczepił do zadka reflektor!
Stary, dobry Pegazie mój, śpisz?
Mnież potrzebny twój miękki kłus?
Ja przyszedłem, surowy mistrz,
Śpiewać i sławić szczurzy ród.

Głowa moja jak sierpień flag
Sączy wina burzliwych włosów strumień niemy.
Ja chcę być żółtym żaglem
W tę krainę, dokąd płyniemy.

Ileż podkreśleń, prawda? Zapewniam, tak jak Jesienin, żaden inny poeta nie pisał - chylę przed nim czoło.

PS.
Test wiersza odnalazłem tutaj: https://liryka-liryka.blogspot.com/ 
Przypadkowo dotarłem do pięknie skomponowanego bloga, którego polecam wszystkim tym, którzy wstrętu do poezji nie czują, a, przy okazji, sprawia im przyjemność posłuchać wierszy w formie muzycznej i łagodnych piosenek z tekstami, które opowiadają o czymś ważnym dla wykonawcy, a mam nadzieję, że również dla słuchającego.
Do tego bloga można zapukać, klikając a „Liryka”.

[30.04.2017, Dobrzelin]