Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

17 lipca 2017

ZJAWA (2/5)

- Było to bardzo dawno temu, w czasach, których nie pamiętają już moje sędziwe lata - zaczęła swoją opowieść kuzynka Bernadetta - kiedy pobliskiego miasteczka, Gozdowa, nie było jeszcze na świecie, a jedynie kilkanaście drewnianych domków rozsiadło się po obu stronach szlacheckiego traktu prowadzącego stąd wprost do Warszawy. Był natomiast las, który istniał w tym miejscu od zawsze; tu gdzie mieszkacie - sosnowy, a dalej, zmierzając na północ, głęboki i cichy, a rosły tam dęby, graby, olchy i buki. W nich pierwszorzędnej zwierzyny nie brakowało: to sarny, to jelenie, borsuki i dziki, nie mówiąc już o stadach zajęcy i ptactwie wszelakim, z którego to głuszec najdumniejszą był tego lasu ozdobą.
Tam, gdzie jeszcze do dzisiejszego dnia, na szerokiej polanie stoi leśniczówka pan części tego lasu, o którym opowiem za chwilę, nakazał zbudować smolarnię, potem zaś postawił tartak, jako że dobrego a starego drzewa było w tym miejscu w bród; te zaś szlachcic z dziada pradziada Zawisłocki sprzedawał z niemałym zyskiem, czym ubogacał swój majątek oparty na uprawie żyta, później pszenicy, hodowli świń i krów. Wiodło się Zawisłockim na swym bogatym majątku niezgorzej: podmurowany dwór jeszcze za króla Stanisława pobudowano, folwarczna wieś na czystej, acz piaszczystej i nieurodzajnej podleśnej ziemi powstała, a pracy dla parobków było niemało, ciężkiej i żmudnej, ale że pan Maksymilian Zawisłocki gospodarzem był surowym, lecz sprawiedliwym, krzywdy swym poddanym nie robiąc, pozostawał w pamięci chłopstwa jako ten, przy którym wyżyć dało się lepiej, aniżeli w sąsiadujących z Zawisłockim majątkach panów Lwowicza i Stanisławskiego. Trzech synów miał pan Maksymilian - pierworodna córka zmarła, pełnego dnia na bożym świecie nie doczekawszy - Maksymilina młodszego, Antoniego i Włodzimierza; tego ostatniego pani Marianna Zawisłocka wydała na świat będąc już w słusznym wieku, w lat dwanaście po narodzeniu średniego syna, Antoniego.
Czasy zrobiły się ciężkie dla polskiej szlachty i pospólstwa, moi drodzy, o czym - kuzynka Bernadetta skierowała poważne spojrzenie w stronę naszych smyków - w szkole dowiecie się najlepiej. Przyszło do powstania, na które zmagający się z podagrą pan Maksymilian sam nie poszedł, lecz posłał na nie starszego, imiennika. Jako że w tych czasach panowie z chłopami poczynali się bratać, Maksymilian młodszy wziął z sobą na wojenną tułaczkę trzech kmiotków, z którymi, gdy przejmował powoli obowiązki gospodarcze ojca, w największej był zażyłości. Tak oto pozostał na majątku do opieki nad nim średni syn, Antoni, który wprawdzie niczego nie uchybił w postawionych przed nim przez ojca zadaniach, lecz nie był to pan, który widział się jako gospodarz włości. Pokończywszy szkoły w Królestwie, ciągnęło go ku światu. Nie do zabawy i zbytku wiodły go zamysłów drogi. Pociągały go szlachetne idee, filozofia, sztuka, a że talentu do muzyki i malowania Pan Bóg mu nie poskąpił, to widać było, że zastępując na gospodarstwie starszego brata, marnuje się na Zawisłociu i oczekuje z niecierpliwością powrotu brata, aby ten zajął się sprawami, do których zdawał się być stworzony.
Stary pan Maksymilian, podupadał coraz bardziej na zdrowiu i srodze się o najstarszego syna i majątek z tak wielkim wysiłkiem pomnożony martwił, choć średni Antoni, bez pasji, lecz, mimo wszystko, należycie pełnił obowiązki pierwszego gospodarza, sumiennie wypełniając wolę ojca. 
Najmłodszy z kolei, Włodzimierz, nie dostąpił jeszcze wieku, w którym można było polegać na nim jako zarządcy włości. Jednakowoż najmłodszy syn Zawisłockich miał ciągotki do zarządzania pracami na roli. Interesował się wszystkim, co się w gospodarstwie działo: i na polach, i w oborach, i w stajni, i w gorzelni, którą pan Zawisłocki postawił w czasach, gdy najmłodszego na świecie jeszcze nie było. Włodzimierz ganiał więc po polach, bratał z fornalami, pracował wraz z nimi (co mu pani Zawisłocka często wypominała), chodził na zabawy i wesela, a wreszcie nauczył się ciągnąć gorzałkę z jednej flaszki z kompanami z czworaków.
Tak i minęły dwa lata wojennej zawieruchy i wczesnym latem zawitał do majątku jeden z tych trzech najstarszego z braci - Maksymiliana - kompanów. Wieści przyniósł z sobą najstraszliwsze z możliwych. W jednej z potyczek, powiadał, młody pan Maksymiliam oddał swoje szlachetne życie, podobnież usieczono tych dwóch z wioski, z którymi poszli na wyprawę.
Smutek zapanował w Zawisłociu wielki. Zaraz po tej tragicznej wieści pani Zawisłocka pomarła; mąż jej, choć przesiąknięty do cna chorobą, trzymał się, jak na szlachcica, dzielnie i nawet jakby zapominając o swojej chorobie, powrócił do sił, a przynajmniej, nie dawał się podagrze przykuć do łoża.
Czasy następowały coraz przykrzejsze. Wszędzie mówiono, że nastał koniec na szlacheckie gniazda, które powszechnie dobrze urodzonym panom, co to wspierali pospolitą ruchawkę odbierano. 
Maksymilianowe Zawisłocie znalazły się  w potrzasku i chyba tylko boskiemu zrządzeniu, sile argumentacji i pieniędzy, jakie posiadał pan Maksymilian w pończosze, należy zawdzięczać to, że Zawisłockim odebrano jedynie tartak i gorzelnię, pozostawiając majątek ziemski prawie nietknięty. Zdaje się też, że stało się tak również wskutek jakiejś niepisanej umowy pomiędzy schorowanym panem Maksymilianem a obcym dygnitarzem, który posłał był do Francji swoją córkę dla przypatrzenia się światu i nabrania ogłady właściwej wykształconym niewiastom, a takie nauki są zazwyczaj kosztowne i nawet jak na kieszeń oficera wymagające solidnego wysiłku.
Okrojona z bogactw posiadłość Zawisłockich jednak przetrwała i toczyła swój nielekki byt przez następne lata. Widać było, że Antoniemu pali się grunt po nogami i oczekuje na ten dzień, kiedy ojciec wskaże na swojego następcę Włodzimierza, który podrósł już w latach i doświadczeniu do tego, aby ostać się prawdziwym panem.
W końcu nastąpiła ta niełatwa chwila. Pan Maksymilian, schorowany, choć wciąż na umyśle sprawny, zebrał obu synów na rozmowę, której skutek był taki, że i Antoni, i Włodzimierz, ucałowawszy po rękach ojca, każdy podążył za swoim marzeniem - Antoni wyjechał do Prus, potem zaś do Francji; Włodzimierz pozostał na ojcowiźnie.
Majątek Zawisłockich wyszczuplał zatem o kwotę przekazywaną na kształcenie dla Antoniego, choć ten zarzekał się, że jeśli tylko umocuje się za rubieżą na tyle, aby móc zarobić na własne utrzymanie, nie będzie się domagał grosza z rodzinnego gniazda. 
I już po roku tak się stało, aczkolwiek sędziwy pan Maksymilian nie był zachwycony faktem, iż jego średni syn obrócił się ku towarzystwu jakichś wolnomularzy, utopistów, czy wręcz rewolucyjnej braci. Owszem, malował coś tam, a nawet komponował pieśni, jakimi raczono się przy fortepianie, ale najwięcej pisał, pisał i przemawiał na rozmaitych tajnych zebraniach, potem zgoła na wiecach. Do domu zaś pisał, że pośród przyjaciół, jakich we Francji zapoznał - a byli wśród nich emigranci z kraju - jest mu tak wspaniale, że dzieląc się tym, co mają, wielkich pieniędzy im nie trzeba, a jeśli nawet ich potrzebują, to nie dla własnych potrzeb, a na sprawę, która prędzej czy później odmieni świat.
W majątku niepodzielnie rządził teraz Włodzimierz, a rządził sprawnie, mniej może surowo niż poprzednik, lecz pewnie niebagatelny wpływ na to miały jego znajomości, jakie zaciągnął uprzednio u fornali. Zdawało się więc, że pomimo ciężkich dni dla ziemiaństwa i opłakującego powstańczą klęskę rodaków, przynajmniej na Maksymilianowej ojcowiźnie czas płynął będzie rzeką spokojną i cichą, której wody szemrają o dostatku, a jednak nie wszystko zmierzało wraz z prądem rzeki w obranym przez nią kierunku.
Włodzimierz miał już lat dwadzieścia cztery, a jest to wiek, w którym nie same gospodarskie materie uderzają do głowy. Żyjąc na odludziu (pobliskie miasteczko z tych kilkunastu drewnianych domów dopiero się powiększało), nie zaznał młodzieniec przygód i uciech właściwych jego ledwie dorastającym latom. Z rzadka do Zawisłocia zaglądali goście. Sąsiadom, bliższym i dalszym, nie w smak była ta niepisana umowa pomiędzy panem Maksymilianem a obcym dygnitarzem, jakiej się domyślano, dalsi odwiedzali Zawisłocie jeżeli, to przejazdem, a krewniacy prawie nigdy. Gdyby żyła pani Zawisłocka, pewnie by otoczyła swego syna taką pieczą, z której wynikałby fakt oczywisty, że Włodzimierzowi potrzebna jest żona. Coraz bardziej starzejący się pan Maksymilian również opowiadał się w myślach za tym, aby móc doczekać się za swego życia potomka zrodzonego ze związku najmłodszego syna. Ale przecież stary pan Maksymilian nigdzie nie bywał, życia innego poza swoim pokojem i obejściem nie doświadczał, wspominał z roztkliwieniem nieboszczkę żonę i niezmiennie zamartwiał się o Antoniego, nawet pomimo optymistycznych, coraz dłuższych epistoł, jakie od niego z Francji dostawał.
A Włodzimierz, zbratany z wieśniakami, coraz częściej zaglądający do szklanki z ognistą wodą z gorzelni, którą teraz przybyły skądś żyd zawiadował, obracał się wśród służby, dojarek, panien pracujących w polu i w chlewie. Początkowo niewinnie z nimi romansował, na co otrzymywał nieme pozwolenie całej wioski; w końcu panu, którego gospodarstwo żywi fornali, na więcej pozwolić można, lecz kiedy napotkał w oborze z krowami podczas udoju skrywaną dotychczas przez matkę piękną Rozalię, obrócił się ku niej całą swą męską żądzą posiadania na własność dla siebie tego, co przed innymi jak najdrogocenniejszy skarb chronić potrzeba. Zaraz też najął ją jako służbę do dworu, jemu tylko poddaną, aby wdzięczną swą postacią rozjaśniła pomroczne ściany dawno nie odnawianych komnat. A wymagając od niej codziennych posług, mówił do niej takimi słowami, jakby miał przed sobą nie służebnicę, lecz kochającą go siostrę rodzoną. Z nią, Rozalią, nie przepędzał już czasu na swobodnych rozkoszach, jak to miało miejsce z innymi dziewkami z czworaków. Szepcąc do niej czułe słówka, drobiąc jej imię, zagłaskując jej długie, pszeniczne włosy nie jeden raz dawał jej do zrozumienia, że ją jedyną wybrał dla siebie, pokochał ją i już z nią na wieki wieków z nią zostanie, choćby nie wiem jakie siły odwodziły go od tego zamiaru.
Rozalia, nie więcej niż osiemnaście lat wtedy miała, owszem, doceniła pana Włodzimierza zakochanie, a po tak wielu miłosnych wyznaniach, jakich się od mężczyzny nie spodziewała usłyszeć, również zapałała do niego miłością czystą a niewinną. Godzi się w tym miejscu podkreślić, że Włodzimierz, choć pewnie męskość w nim nabrzmiewała, panował nad swą chucią, którą zagłuszał potem w gospodzie, jaką  nieopodal gorzelni żyd postawił.
Panu Maksymilianowi nie mogło to zauroczenie jego syna ujść uwadze i będąc człowiekiem starej daty, zamartwiał się nad tym związkiem, z którego, jego zdaniem, być mogą jedynie kłopoty. Owszem, i w przeszłości zdarzały się mezalianse, i szczęśliwe małżeństwa z nich powstały, lecz pan Maksymilian jakoś nie wierzył w powodzenie związku poczętego pod dachem jego własnego domu. Raz nawet, w tajemnicy przed Włodzimierzem, napisał o tej dziejącej się właśnie historii Antoniemu. Ten, widocznie przekabacony na nowsze, bardziej demokratyczne czasy, odpisał, że niczego złego nie widzi w zachowaniu brata. Mało tego, jego zdaniem, nastaną wkrótce takie czasy, w których nie odróżni się panów od fornali, a równość, jaka zapanuje między ludźmi, sprawi, że miłość nieznająca tego, kto panem jest a kto chamem, będzie tą, która życie ludzkie odmieni na lepsze.
Odpowiedź, jaką dostał od syna, nie uspokoiła pana Maksymiliana. Trwonił on czas na przemyśleniach, na zgryzotach, które posunęły naprzód jego wiek, zdarły włosy z głowy, a te, co pozostały, zaprószyły niemal białą siwizną. Owszem, Rozalię, która posługiwała mu przy posiłkach, poprawiała łoże i opierała go, cenił zarówno za wdzięczną, niezwykle zgrabną sylwetkę, jak i za sumienność i zapał do pracy, nie czuł do niej żadnej niechęci, ba, nawet słodko było jego starym oczom przyglądać się wybrance najmłodszego syna, ale czy miało z tego zakochania być małżeństwo? Czy Włodzimierz zdoła za jego życia wyprostować wszystkie ułomności w zachowaniu dziewki z nizin? Czy będzie w stanie wygładzić jej język, aby nie sarkano na posługującą się nim na salonach?

[15.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii] 

ZJAWA (1/5)

Z kuzynką Bernadettą należało się obchodzić ostrożnie i szacunkiem dla jej majestatycznego wieku, którym chwaliła się bezustannie, zagadując wszystkich członków swojej licznej rodziny, włączywszy w to dzieci, pytaniami:
- A ile, kochasiu dałbyś mi lat? Na ile wyglądam lat, skarbuniu?
I rozpoczynały się wyliczanki. Dzieci, w tym dwa moje brzdące, co to jeszcze trzeciej klasy podstawówki nie dostąpiły, nie miały zielonego pojęcia, ile lat życzy sobie mieć ciotunia, stryjenka czy prababunia (kuzynka Bernadetta zawsze na wstępie rozmowy oznajmiała niedorostkom, z kim mają do czynienia), lecz taka zgaduj-zgadula, której towarzyszył podarunek w postaci czekoladowego cukierka z likworem, stanowiła dla nich nie lada uciechę.
Moje starsze, znaczy się ośmioletni Pawełek, który grzeszył śmiałością i za nic sobie miał moje i żony uwagi, aby odpowiadać prababuni taktownie, albowiem powinno się, przypominaliśmy, z szacunkiem odnosić się do jej podeszłego bardzo wieku, zamiast błądzić w labiryncie liczb, lubił przekomarzać się z sędziwą damą.
- Nie wiem, babuniu, ile masz lat, ale jesteś stara, starsza nawet od naszej pani woźnej w szkole, która ledwie łazi, a krzyczy tak, że słychać ją na drugim piętrze.
Niestosowność porównania, jakie uczynił mój smyk polegała również na tym, że pomimo dziewięćdziesięciu lat, wieku, w który właśnie wkraczała kuzynka Bernadetta, swoją sylwetką, jak i też rezolutnością przypominała raczej osobę w średnim wieku kochającą życie i chłonną wiedzy o świecie. Jej umysł działał sprawnie, pamięć funkcjonowała nadzwyczaj poprawnie, a posiadała też tę szczególnie przeze mnie cenioną swobodę wypowiedzi i łatwość krzesania zdań podczas wydobywania z siebie zawsze interesujących i zwykle okrytych mgłą tajemniczości opowieści.
Kuzynka Bernadetta pojawiła się na cały tydzień w naszym sielskim domu usytuowanym w miejscu, do którego dopiero przed rokiem dobiegło infrastrukturą indywidualnych zabudowań miasto, wkraczając brutalnie w pejzaż leśnego uroczyska, które przed laty było oazą dla kanikuł i wczasów spędzanych tutaj przez mieszczuchów, którym najwyraźniej dobrze służył klimat stworzony bliskością jeziora i sosnowo-świerkowego lasu. 
Stąd, z prastarej, rodzinnej posiadłości moich dziadów ze strony ojca, wychodziło się od frontu wilii piaszczystą, wciąż i na szczęście, ścieżyną w stronę lasu, dochodząc wprost do leśniczówki. Przemierzało się zatem zdziczałe dotychczas leśne ostępy prostym, jak pod linijkę wytyczonym traktem, mijało gniazdo leśniczego, a następnie na skraju starego i ciemnego lasu docierało się do rozwidlenia w kształcie litery Y. Podczas gdy rozwidlenie prawe, północno-wschodnie, prowadziło ku ruinie osiemnastowiecznego, szlacheckiego dworu, szlak lewy, północno- zachodni kierował się skrajem owej zacienionej i makabrycznie ponurej puszczy, z rzadka zachodząc w jej głębię. Było tam siedlisko wysokich, choć pochylonych niebezpiecznie dębów, krzaczastych olch, głowiastych i tęgich w biodrach wierzb, młodszych czeremch i jarzębin, torujących sobie drogę ku światłu na grzbietach powalonych drzew, których zmurszałe, pokryte mchem i agresywną krzewiną cielska stały się siedliskiem lisów, borsuków, sów i grasujących przedwieczorną porą nietoperzy. Pośród tej kniei wiła się meandryczna, wyboista, pełna wykrotów i jam, porośnięta wysoką trawą, pokrzywą i łopianem kamienisto-gliniana droga.
Ilekroć kuzynka Bernadetta przyjeżdżała do nas, a wcześniej do moich ojców i dziadków, jednym z tematów jej opowieści były te puszczańskie ostępy, ta droga właśnie oraz dwór, który przeistoczył się w ruinę jeszcze za wczesnej młodości kuzynki.
O dworze, kniei i podleśnej drodze posłyszałem po raz pierwszy w wieku mojego pędraka, ale kuzynka Bernadetta przypominała mi tę historię za każdym pojawieniem się w naszym domu, co zdarzało się z regularną częstotliwością pięcioletniego przeciągu czasu. Pawełek i Dorotka, moje ukochane pociechy miały wsłuchać się w opowiadanie starszej pani dopiero teraz, podczas obecnej jej wizyty, a miało to miejsce w przeddzień jej wyjazdu.
Zebraliśmy się tedy w największym z pokojów naszego domostwa, dumnie przezwanym salonem, a chociaż noc była czerwcowa, pogodna i ciepła, kuzynka Bernadetta poprosiła, aby skrzesano w kominku ogień i, z braku świec, przyciemniono światła.
- Jeśli, moi mili, mam opowiedzieć wam, a zwłaszcza najmłodszym - tu skierowała wzrok ku naszej parce rozczochrańców - o tej niezwykłej historii, to nastrój ku temu powinien być należyty. A opowieść, jaką wam przekażę, znać winni wszyscy, co wedle tego lasu pomieszkują, albowiem raz, że poznanie prastarych dziejów najbliższej okolicy jest to obowiązek dla młodych, a dwa, że z jej poznania wynikają cenne przestrogi na temat życia, które oby nie miało zakończenia takiego, jakie stało się udziałem bohaterów tej opowieści.
Oboje z żoną słyszeliśmy po raz trzeci czy czwarty to kuzynki Bernadetty bajanie, lecz za każdym razem zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy pierwszy raz zetknęli się z tą anegdotą. Dorotka i Pawełek - przeciwnie; dla nich ta opowieść miała być doświadczeniem nowym, przekazanym porą łatwą dla pobudzenia ich wyobraźni i, niestety, jak przewidywaliśmy, niebezpiecznie zagarniającym na długie godziny potrzebny naszym dziecinom sen.

[11.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 

10 lipca 2017

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (3)

Szumią mi jeszcze o tym, com oglądał i słyszał w telewizorze przed odjazdem. Wprawdzie było to w partyjnej telewizji (na samo słowo „partia” dostaję wysypki), to mimo wszystko oglądało mi się także z odmiennego powodu niesympatycznie, choć patrząc na to z innej strony (na co, za chwilę), odniosłem wrażenie, że doskonale znam te scenariusze, które opisują, w jaki sposób dochodzi do rozkładu państwa i jak się ma przedstawiana przez polityków deklarowana rzeczywistość z tą codzienną, utytłaną w błocie, przekupną i kumoterską.
Nie wiem, jak w chwili obecnej przedstawiają się kolejne wątki seriali, w których rolę sprawiedliwych pełnią członkowie komisji sejmowych, ale z tych odcinków, które już obejrzałem jasno wynika, że teoretyczne państwo za rządów (tfu) PO i PSL-u działało sprawnie, troszcząc się o kieszenie politycznych kamratów.
W pierwszym serialu mamy do czynienia z sytuacją polegającą na tym, w jaki sposób można zarobić na reprywatyzacji, działając bezprawnie i nie licząc się z konsekwencjami, albowiem ma się w ręku glejt nietykalności wydany przez urzędników, w tym przypadku miasta stołecznego Warszawy. Dla przeciętnego wyjadacza ciężko zapracowanego chleba widać jak na dłoni, że coś tam za bardzo stołeczne władze przymykały oczy na gangsterską działalność spryciarzy i oszustów. Przymykały, albo dzielnie wspierały proceder oddawania za bezcen mienia, nie sprawdzając tego, czy przypadkiem należy się ono właściwym spadkobiercom, a że na reprywatyzacji można nieźle zarobić, tedy takie przymykanie oczu dziwnym sposobem ubogaca portfele i konta przymykających.
W całej tej historii najzabawniejsze jest to, że pani prezydent Warszawy, która, bądź co bądź, odpowiada za sprawy dziejące się w mieście, nic a nic o przekrętach nie wie, a jeśli nawet wie, to nie powie, bo przed szanowną komisją się nie stawi, bo jej nie uznaje, a ponadto to co to za pomysł, aby wypytywać o reprywatyzację urzędującą panią prezydent. Dla mnie żenada.
Drugi serial komisyjny ma zadanie rozwikłać przyczyny powstania tzw. afery „Amber Gold” i przynajmniej spróbować dociec, gdzie się podziały pieniądze, które wpłacili ludzie ułapieni w pułapkę piramidy finansowej.
Jeden z głównych podejrzanych w tej sprawie, pan P. ośmielił się zauważyć, co przyjąłem z niejakim rozbawieniem, że afery żadnej nie było i spółka Amber Gold jak najbardziej wywiązała się z zobowiązań wobec jej klientów.
Z kolei jego życiowa partnerka, ponoć jeszcze żona, podobnie jak pani Gronkiewicz-Walc nic do powiedzenia szanownej komisji nie ma. 
Natomiast kiedy posłyszałem wypowiedzi pani prokurator, która, jak się wydaje, robiła wszystko, aby nie dopuścić do zaprzestania intratnego interesu państwa P., otworzyły mi się scyzoryki w obu kieszeniach krótkich spodenek, paznokcie urosły nagle, przemieniając się w szpony jastrzębia, krew w żyłach uniosła wysoko swą temperaturę i zawrzała.
Pierwsze wrażenia po wysłuchaniu szeptu pani prokurator: idiotka czy chora na umyśle? Niekompetentna do cna, czy odgrywająca życiową rolę w absurdalnym teatrze Ionesco? Skorumpowana, czy wodzona za nos wykonawczyni poleceń tajemnej grupy sprawującej władzę?
Słuchałem przerażony i taka oto myśl zaczęła drążyć ścieżki w moim mózgu: a jeśli całe nasze państwo opiera się na takich jak pani prokurator funkcjonariuszach publicznych? Na funkcjonariuszach, którzy nic a nic nie pamiętają, jakimi sprawami się zajmowali, na podstawie jakich przesłanek i dowodów podejmowali swoje decyzje i czy w ogóle rozumieją, co robili.
No cóż, teoretyczne państwo, o którym prawił jeden z ministrów poprzedniego rządu z praktyką nie ma, albo nie chce mieć nic wspólnego.
Politycy w ogóle śmierdzą, a ten smród czuć nawet z odległości dzielącej Warszawę od Brukseli, gdzie usadowił się ten śmieszny człowieczek, któremu z ust zawsze wypływała bez przeszkód piana „pijaru” i zdołał nią zarazić zakaźną, ogłupiającą chorobą, groźniejszą od AIDS, gruźlicy i sepsy sporą część narodu, która zdaje się do dziś dnia nie wiedzieć, że posiada w swoim organizmie bakcyla niszczącego zdrowy rozsądek… by tylko to….
Jak ja nie lubię PIS-u, nie lubię z osobistych i społecznych powodów, i już, ale skarz mnie Bóg za to, abym przyczynił się w jakikolwiek mikroskopijny sposób do popierania tablicy Mendelejewa fałszu i cynizmu, jakimi karmiła mnie Platforma.
Lipy szumią, że jestem w sytuacji patowej, bez wyjścia… a więc - lipa.  

 [09/10.07.2017, Chertsey, Surrey w Anglii]

KAWIARENKA (92) OŚRODEK REKREACYJNY

Trzeciego lipca pan burmistrz z zasłużoną pompą przeciął biało-czerwoną wstęgę, czym otworzył uroczyście kompleks terenów rekreacyjnych, a więc parking dla kamperowiczów i innych turystów odwiedzających miasteczko, budyneczki, w których mieści się jadalnia, toalety i łaźnie, dwa boiska do siatkówki i koszykówki, dwa tenisowe korty o nawierzchni ziemnej, tudzież urządzony naprędce park dzięki niestrudzonym rękom firm pani Różańskiej i pana Iłowieckiego.
Pozostawiono też całkiem spory teren na pole namiotowe: miejsc na jakieś czterdzieści namiotów, choć jeszcze nie podciągnięto na to tam elektryczności, więc na brezentowych podróżnych jeszcze tego lata nie liczono.
Natomiast i w „Naszym Głosie”, i w radiu poczyniono tyle cennego zamieszania wokół oddanego do użytku obiektu, że już w dzień otwarcia pojawili się pierwsi przyjezdni, którzy przynajmniej parę dni przeznaczyli na to, aby pozostać w mieście, przebyć niedaleką drogę do Ciżemek, skosztować zapachów lasu, czy też przejechać się wąskotorową kolejką, która kursując trzy razy w tygodniu, miała niezwykłe powodzenie, zarówno wśród gości, jak i tez obywateli miasteczka i okolic.
Dobry czas nastał też na panów Kołodziejczyka i jego wspólnika Frankowskiego. Otóż ci zawiadujący rowerami panowie, jedną ze swoich baz - wypożyczalni umieścili właśnie na terenie ośrodka. Był to strzał w dziesiątkę, albowiem turyści, którzy nie dysponowali dwukółkami mogli skorzystać z rowerowych wojaży po mieście i okolicy, a jeśli nawet zażyczyli sobie spędzić mile czas odbywając przejażdżkę wąskotorówką, to zarządzający koleją pan Gaworzewski i jego kompani przystawili do pasażerskiego składu wagonik, na którym, dla wygody podróżnych, znalazło się miejsce i na rowery i na wszelkie pozostałe bagaże, dzięki czemu podróż kolejką odnalazła swój niezaprzeczalny komfort.
Niewątpliwie napływający całkiem szerokim, jak dotąd, strumieniem turyści ucieszyli też kawiarennika Adama, który dwoił się i troił (rzecz jasna nie sam, lecz z wszystkimi pracownikami), aby zapewnić nowym klientom wyszynk pierwszej klasy, bo co do atmosfery panującej w kawiarence, to ta panowała niezmiennie sympatyczna.
Któregoś późnego popołudnia pojawiła się w kawiarni nieznajoma, bo pochodząca z odległych rubieży kraju rodzina (małżeństwo po trzydziestce z dwojgiem dzieci), która skusiła się na lody, ciasteczka, kawę, kakao, a może i na coś ostrzejszego.
W tym samym czasie, kiedy rodzinka zajmowała jeden ze stolików, przy dwóch innych, zsuniętych do pary odbywała się akurat zawzięta dyskusja, w której uczestniczyli: pan burmistrz, mecenas Szydełko, radca Krach, inżynier Bek, panowie Laskowski i Gnacik, do których co chwila dołączał kawiarennik Adam. Ten ostatni nie mógł być obecny przy każdym słowie, jakie przy połączonych stolikach serwowano, albowiem musiał się też zajmować gośćmi, ot chociażby miał zadanie obsłużyć przybyłą do kawiarenki rodzinkę. Dopiero pojawienie się w kawiarni kelnerki Edyty (Karolina miała urlop) uwolniło pana Adama z niektórych pochłaniających go obowiązków i mógł on częściej wypowiadać swoje zdanie w trwającej dyskusji.
Ponieważ dyskusja prowadzona była w trybie swobodnej, otwartej i niezbyt cichej rozmowy, przeto nic dziwnego, że jej niemałe fragmenty dochodziły do uszu nowych gości - ma się rozumieć małżeństwa, bo dzieci mając oblepione usta kremem, wykłócały się na temat wyższości lodów czekoladowych nad truskawkowymi, czy odwrotnie.
Kiedy zatem doszło do płacenia rachunku (nie było to na rękę dzieciaków, które z ogromną chęcią pochłonęłyby kolejną porcję lodów, na co nie zezwalała ich matka), nieznajomy mężczyzna poprosił kawiarennika o podliczenie kosztów słodkiego posiłku. Zanim jednak dokonano transakcji nieznajomy mężczyzna zagadnął pana Adama w kwestii, która nie uszła jego uwadze.
- Przepraszam pana, ja wiem, że to niegrzecznie podsłuchiwać, nawet bezwolnie i przypadkowo, ale usłyszałem z ust państwa - tu zwrócił twarz w stronę dyskutantów - że państwo należą do jakiegoś stowarzyszenia, które zbiera fundusze na pomoc dla właścicieli nowopowstających firm oraz dla ludzi, którzy z racji swych obecnych dochodów, nie są w stanie związać końca z końcem.
- To prawda, dobrze pan odczytał najistotniejsze treści naszej rozmowy. Nasz stowarzyszenie opiera swą działalność na wspomaganiu finansowym tym, którym, jak uznajemy, taka pomoc jest niezbędna. Gromadzimy fundusze z dobrowolnych składek członków stowarzyszenia, jak i też od wpłat ludności, bądź też korzystamy z przekazywanych nam darowizn osób lub instytucji, do których zwracamy się z prośbą o finansowe wsparcie.
- O ile dobrze usłyszałem, nie narzekacie państwo na stan finansowy konta stowarzyszenia.
- Owszem, nasze aktywa przedstawiają się jak najlepiej - odparł Adam - a jeśli chodzi o mnie, to powiedziałbym nawet, że wysokość zgromadzonych na koncie kwot przerosła moje osobiste oczekiwania.
- I czym pan to tłumaczy, skoro, jak powszechnie wiadomo, ze zbiórkami pieniędzy na cele społecznej nie jest najlepiej. Ludzie owszem, dają, ale zwykle w wyjątkowych sytuacjach, związanych z czyjąś chorobą, bądź też jakąś tragedią życiową.
- Niewykluczone, drogi panie, że i nasze stowarzyszenie udzieli pomocy takim właśnie ludziom.
- A jednak wymienione przez państwa przyjaciół sumy wzbudzają mój szacunek i niemałe zaskoczenie. Jak tego dokonaliście?
- Widzi pan, cała skuteczność naszego przedsięwzięcia polega na wzajemnym zaufaniu i na ścisłym określeniu na co będziemy, jako stowarzyszenie przeznaczać zgromadzone środki. Pan oczywiście nie może znać tych panów, z którymi rozmawiałem, ale zapewniam pana, że są to osoby godne zaufania i cieszące się zasłużonym autorytetem, a zatem ludzie, którzy powierzają nam swoje pieniądze, którzy płacą statutowe składki, mogą mieć pewność, że ich pieniądze nie zostaną wyrzucone w błoto, że nasza instytucja nie przeznaczy je na lokale, na pensje dla zarządu, czy tym podobne historie. Działamy jawnie i co pewien czas ogłaszamy w mediach stan naszego konta; odnotujemy też wpłaty, a na formalnych zebraniach przedstawiamy nasze propozycje odnoszące się do relokalizacji środków. Dlaczego jeszcze ludzie wpłacają? Pewnie także z tego powodu, że każdy obywatel może liczyć na to, że kiedy znajdzie się w gorszej, nieprzewidzianej sytuacji, albo też zapragnie rozwinąć własny biznes, nie dysponując wystarczającymi środkami, może liczyć na realną pomoc stowarzyszenia.
- Jeśli dobrze rozumiem, stowarzyszenie w pewnym sensie funkcjonuje na zasadzie kasy zapomogowo-pożyczkowej.
- Nie myli się pan. Działamy na podobnej zasadzie, nie udzielając kredytów, oczekując jedynie tego, że osoba, której przyznano środki finansowe, w dalszym ciągu będzie wspomagać stowarzyszenie dobrowolnymi wpłatami. Chciałbym tez panu powiedzieć, że… to ważne… nie inwestujemy w obligacje, nasze pieniądze nie grają na giełdzie, nie podejmujemy ryzyka, zadowalając się, nikłym wprawdzie, procentem, jaki jesteśmy w stanie uzyskać w banku, ale tak naprawdę to nie wysokość środków finansowych na koncie stowarzyszenia jest naszym sukcesem, lecz skuteczna i rozumna polityka dystrybucji tych środków, albowiem znaczy to, że pieniądze znalazły się w rękach tych, którzy ich rzeczywiście najbardziej potrzebują.
Mężczyzna z zadowoleniem przyjął wywód kawiarennika, aczkolwiek nie ukrywał przemiłego zdziwienia, że można tak po prostu kierować się w życiu zasadą ogólnego zaufania i nie być ukierunkowany na zysk, a na potrzeby obywateli.
- Dziwne to, ale, jak widać, możliwe do wykonania - podzielił się swoja opinią z żoną po opuszczeniu kawiarenki. - To co, zostaniemy w tym mieście jeszcze na dwie noce? - zapytał.
Stary pisarz, który cały czas śledził rozmowę kawiarennika z nieznajomym mężczyzną, był zbyt daleko od nowych gości kawiarenki, aby posłyszeć odpowiedź na pytanie „głowy” rodziny. 

[09.07.2017, Chertsey, Surrey w Anglii] 

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (2)

Zaszumiały o kolejnej mojej trasie, która zaczęła się dosyć szybko już we wtorek, 4 lipca, ale załadunek zapowiedziany był na środę, w miejscowości Bor w Czechach.
Po nocy spędzonej w aucie na targowisku w Kłodawie (stamtąd wzięliśmy z Ukraińcem trzeciego kierowcę) ruszyliśmy do Czech. W trójkę niełatwo jechać, trudno o odpoczynek, więc zdecydowałem się prowadzić przez większą część trasy (w sumie przejechałem az pod Koeln ponad 1200 kilometrów).
Trasa poprowadziła nas przez polskie i czeskie Karkonosze, a konkretnie przez Szklarską Porębę (wieki tam nie byłem i niewiele rozpoznałem), Jakuszyce a dalej przez Harachow w Czechach. Sudeckie krajobrazy piękne, każdy to przyzna, a u naszych południowych sąsiadów trafiło nam się przejeżdżać także podrzędnymi drogami pełnymi zakrętów, prowadzącymi wzdłuż wiosek i niewielkich miasteczek, to coś dla mnie. Później autostrada w pobliżu Pragi, sporej wagi załadunek, znów autostrada, ta czeska i niemiecka, na Norymbergę, aż po Koeln.
Od Koeln przysypiam obok prowadzącego renówkę Ukraińca, przesypiam Belgię (powiedzmy, że jest to sen) i budzę się przed Dunkierką.
W miejscu, gdzie zmieniają się kierowcy, w Marck pod Calais, przesiadam się do innego auta (wraz z całym „inwentarzem”, jaki zabrałem z sobą w trasę) bo przeznaczono dla mnie dosyć długą trasę z dwoma rozładunkami: w Bromyard pod Manchesterem i w Bentleyu w Crewe pod Birmingham. Jeszcze tego samego dnia, 6. lipca, wieczorem podjeżdżam do Bournemonth, w południowo-wschodniej Anglii, niemal nad samym Kanałem la Manche za Southampton. Dało to w sumie około 900 kilometrów po Anglii, ale znów miałem możliwość zjechania w paru miejscach z autostrady, gdzie drogi wąziutkie, zjazdy i podjazdy, mnóstwo zakrętów, a jedzie się często wzdłuż żywopłotów, niemal dotykając ich lewym bokiem ciężarówki.
Po dobrze przespanej nocy mam załadunek (jakaś maszyna z Japonii - towar do Włoch, pod Mediolan). Maszyna jest na tyle wysoka, że muszę podnieść plandekę, co w przypadku mojego auta jest dosyć, jeśli nie skomplikowane, to pracochłonne.
I w końcu powrót na kontynent, 350 kilometrów do Dover, prom, podjazd do „domu”, kąpiel, pranie, zrobienie porządku z bagażami, książka, komputer i przed szóstą kładę się spać.
O ósmej pobudka. Mam w Marcku zmienić Polaka, który pokpił sprawę i nie daje sobie rady z jazdą. Nie powiem, żebym był szczęśliwy z nowej trasy po dwóch godzinach snu, ale nie ma innej rady. Wyruszam z Ukraińcem, stojącym w nocy w pobliżu „domu”, podjeżdżam do Marcka, polski kierowca, którego zmieniam śpi, budzę go, zabiera swój bagaż, ładuję swój. Okazuje się, że mam niezatankowane auto, a kurs jest specjalny, szybki. Z dokumentacji dowiaduję się, że nieszczęsny kierowca powinien być na rozładunku w „Fordzie” w Dagenham pod Londynem o godzinie szóstej rano, a wyjeżdżam z Marcka, po zatankowaniu renówki o przed jedenastą. Do Londynu nie jest wprawdzie daleko, a do tego skierowano mnie na tunel, a nawet zważywszy na godzinną różnicę czasu, niezwykle trudno będzie mi zdążyć na 13-tą - ostateczny czas rozładunku. Jadę na maksa, mozolnie odrabiając minuta po minucie, ale kiedy wjeżdżam do Londynu, moje dziesięciominutowe opóźnienie zaczyna wzrastać. Tuż przed wjazdem na tunel pod Tamizą otrzymuję komunikat, że na rozładunku w Dogenham nie będą na mnie czekać, a że towar z jakim jadę jest szczególnie ważny i kosztowny, otrzymuje polecenie powrotu do Dover, na płatny parking, czyli mam wrócić 130 kilometrów. Tu w Dover, w Priority Freight odsypiam nie do końca przespaną wczorajszą noc i o trzeciej rano wyruszam ponownie do Dogenham.
Z uwagi na cenną przesyłkę, w „Fordzie” wyjątkowo rozładowują mnie w niedzielę, skąd podjeżdżam pod Woking, gdzie będę oczekiwał do poniedziałku na powrotny kurs na kontynent.
Swoją drogą podejrzewam, że dla tego polskiego kierowcy, którego musiałem zmienić w dosyć wyjątkowych okolicznościach, będzie to jeden z ostatnich kursów po Europie i firma ściągnie go do kraju. Szkoda mi tego faceta, ale z drugiej strony nie powinno się dawać „ekspresa” i to do Anglii komuś nowemu, bez doświadczenia, kto na dodatek, nie jeździł w ogóle po Anglii. Spedytor podobno tego nie wiedział.
Dla mnie ten przypadek jest o tyle przykry, że chociaż nie jestem winny siedmiogodzinnego opóźnienia, to na rozładunku musiałem „świecić oczami”.

[09.07.2017, Chertsey, Surrey w Anglii]

KARTKI Z KALENDARZA (4)

Zdarłam kartkę ze ściennego kalendarza, pozbawiając letni miesiąc kolejnego dnia. Nie wiem dlaczego, ale pocierałam dwucyfrowy, czarny numer wskazującym palcem, jakby to była zdrapka - przesuwasz po numerku paznokciem i liczysz na łut szczęścia, na nieoczekiwaną wygraną, sukces, który ci się przydarzy. Gdyby kalendarz był w istocie taką zdrapką, starłabym numery aż do ostatniego grudnia, aby poznać swoją przyszłość. A co dopiero by to było, gdybym zdrapywała pamiątki po swoich zaprzeszłych dniach. Gdybym ja wtedy znała to, co wiem teraz, swoje przyszłe dni, mogłabym jeszcze je odmienić, przeinaczyć, wycofać z pamięci, jak cierpienie, którego nie chce się doświadczyć ponownie.
Nie byłam od innych gorsza, miałam powodzenie, zgrabna, z obfitym, starannie ułożonym biustem pod przyciasnym stanikiem, ale nawet pod nocną koszulką, gdy piersi spoczywały łagodnie, zachowywały tę młodzieńczą jędrność, niezmąconą gładkość, a falowały jak morska woda smagana wieczorną bryzą. Wszystko miałam na swoim miejscu: wprawdzie niezbyt wysoka, lecz nietęga, z krągłymi kobiecymi biodrami wspartymi na silnych nogach, a kiedy stałam wyprostowana z ramionami opuszczonymi swobodnie wzdłuż ciała, z rękoma na szczycie podudzia, moje kolana nie wystawały poza pion sylwetki. Widziałam siebie w lustrze, widziałam siebie w pełnym nieskrępowaniu swej nagości i może gdybyś wtedy mnie zobaczył, jak wznoszę do góry ręce, zakładam je za głowę, podtrzymując pukle kasztanowych włosów spływających po szyi i głaszczących ramiona, jak unoszą się piersi, a brodawki pęcznieją, napinają się i twardnieją, wtedy może nie zlekceważyłbyś moich spojrzeń, nie odszedł bez słów pożegnania.
Niepotrzebnie wspominam swoją pierwszą i tak naprawdę jedyną miłość.
- Natalko, Natalko, przyjdź tu na chwilę!
Może to i lepiej, że mnie zawołała. Nie muszę oglądać siebie w lustrze teraz. Szybko założyłam nocną koszulę i przeszłam do pokoju rodziców. Tato spał, a mama już po paciorku, siedziała na łóżku z miną zdradzającą jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę.
- Chciałam jutro upiec drożdżowe ciasto, ale zapomniałam, że nie mamy drożdży. Mogłabyś je kupić przed pójściem do pracy?
- A twoja dieta, mamo?
- Ciasto jest przede wszystkim dla ciebie i dla ojca. Ja zostawię sobie jeden kawałeczek. Mam taką zachciankę na ciasto. Nie miałaś czegoś takiego?
Miałam. Ileż to razy i nie tylko na ciasto.

[09.07.2017, Chertsey, Surrey w Anglii] 

KARTKI Z KALENDARZA (3)

Mamusia nie uprzedziła mnie telefonicznie o jego wizycie. Podlewała swoje lubione, szkarłatne peonie, które zakwitły wprawdzie późno, lecz pieczołowicie pielęgnowane przez mamę rozkrzewiły się jak nigdy tego roku i jeśli sąsiedzi przechodzili obok naszego ogrodu, a mama akurat doglądała kwiatów (nie tylko peonii) zaczepiali ją słowami, w których banalna kurtuazja mieszała się nieodłącznie z podziwem.
- Ależ sąsiadka ma rękę do kwiatów. Albo:
- Nie mogę uwierzyć, że po tak długiej suszy, udało się pani wyhodować takie arcydzieło. Albo:
- Muszę koniecznie zaprosić panią do swego ogrodu, aby fachowym okiem zerknąć na moje rabaty. 
Otwierałam właśnie furtkę, kiedy usłyszałam:
- Kochanie, masz gościa. Nie zgadniesz kto!
Skąd mogłam wiedzieć, skoro nieczęsto przyjmuję gości. Nie mógł to być nikt z pracy; byłabym wiedziała, a i pora nie najlepsza na składanie wizyt, zbyt wcześnie, biuro dopiero co opustoszało. 
Mama spogląda na mnie tajemniczo, jakby sama przygotowała tę niespodziankę dla swej ukochanej córeczki.
- Siedzi z ojcem w kuchni. Rozmawiają.
Oczywiście, że go poznałam, choć upłynęło parę ładnych lat. A zatem powrócił syn marnotrawny, powrócił do gniazda, skąd wyfrunął, aby rozpocząć nowe życie. Uderzyło mnie to, że nie siedział z tatusiem przy kieliszku. Zmizerniał. Przybyło mu więcej lat, niż wynika to z kalendarza. Po pełnym niedomówień i uprzejmościach z jego strony powitaniu, tato wycofał się dyskretnie do ogrodu.
Przed dziesięciu laty Marek starał się o moją rękę. Starał się nieudolnie, zresztą, czy się starał? Wtedy postawiłam sprawę jasno: przestaniesz pić, porozmawiamy, ale nie usłuchał. Faktem jest, że nie przychodził do mnie pijany, co to, to nie, ale w naszym mieście nic nie uchodziło uwadze. Marek dzielił przyjemności na: zakochanie się we mnie i zaglądanie do kieliszka.
- Uwierz mi, że przez te siedem lat, jakie spędziłem z Beatą, niemal nie piłem - przekonywał mnie, a ja cynicznie odpowiadałam w duchu, że mało to mnie obchodzi, bo w końcu z jakichś przyczyn ich małżeństwo się rozpadło i trudno mi było w to uwierzyć, że alkohol nie miał z tym nic wspólnego.
Uprzedził mnie:
- Beata znalazła sobie kogoś. Zdradzała mnie, a jeszcze teraz, po rozwodzie zabrania mi spotkań z córką. Widuję dziecko coraz rzadziej.
Przyzwoitość uzupełniona historią naszej znajomości nakazywała mi okazać mu współczucie, ale zdobyłam się na coś innego:
- Całe twoje życie, Marku, obfituje w niemiłe niespodzianki.
- Gdybyś wtedy zgodziła się wyjść za mnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Pamiętasz moje obietnice, że nie wezmę alkoholu do ust?
- Wolałabym nie pamiętać, a zresztą, nie miałbyś wtedy córki.
- Miałbym ją z tobą.
- Sofistyka.
- A może nie jest jeszcze za późno?
Szedł w zaparte. Te ostatnie słowa wypowiedział równie stanowczo, jak wtedy, gdy mówił: „to już ostatni raz”, aby nazajutrz spotkać się z kumplami w ohydnej knajpie na przedmieściu, a ja łudziłam się, że tak się stanie, bo wydawało mi się, że go kocham.

[08.07.2017, Dover, Kent w Anglii] 

KARTKI Z KALENDARZA (2)

Karolina wyciągnęła mnie do kawiarni. To miło z jej strony, że chce, abym spędziła z nią i jej mężem dziesięć dni nad morzem, ale z drugiej strony trudno mi było w to uwierzyć, że preferuje wspólny wyjazd (oczywiście pokoje oddzielne), zamiast nacieszyć się Marcinem. Są młodzi, grubo przed trzydziestką, więc taki wyjazd wyszedłby im na dobre, zwłaszcza że ledwo uprosiła szefa o tych kilka dni w sierpniu, kiedy temperatura wody w morzu jest zwykle najwyższa.
- Ja jeszcze nie chcę mieć dziecka - powiedziała sącząc malinowego radlera - a wiem, że Marcin bardzo by nalegał i sama nie wiem, jak by to skończyło.
Zarumieniła się i to nie ze względu na przekazaną mi tajemnicę alkowy, lecz z tego powodu, że chcąc nie chcąc, określiła moją rolę, w jakiej chciała mnie widzieć. Pomyślałam sobie, a nawet uśmiechnęłam się do tej myśli, że przecież nie jestem w stanie przeszkodzić Marcinowi w jego „niecnych” zamiarach.
- Marcin jest nietypowym facetem. Po alkoholu przechodzi go ochota na seks - wytłumaczyła mi.
A więc tak: będę przyzwoitką, której dodatkowe zadanie ma polegać na tym, aby skłonić jej męża do wypicia dwóch - trzech głębszych, którymi ugasi swój zapał do skonsumowania małżeńskiej miłości.
- A nie możesz z nim o tym poważnie porozmawiać? - zapytałam.
Rozumiem i nie rozumiem Karoliny. Młoda, ładna, zgrabna. Chciałaby użyć życia. Myślę, że właśnie z powodu swojej urody została przed rokiem asystentką szefa. Prezes lubi się otaczać dobrze wyglądającymi kobietami, a Marcin musi o tym wiedzieć, więc ewentualna ciąża… no właśnie, ciąża zniszczyłaby dobrze zapowiadającą się karierę Karoliny.
Wytłumaczyłam jej, że mam chorą mamę i powinnam się nią zająć. Karolina była niepocieszona.

[08.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 

KARTKI Z KALENDARZA (1)

1.
Uchyliłam drzwi do pokoju rodziców. Tatuś pochrapywał jak zwykle, leżąc na wznak na swoim tapczanie. Nikt by nie uwierzył, ale tatuś budzi się w takiej samej pozycji, w jakiej układa się do snu i jeżeli kładzie się na plecach, wtedy chrapie, ale niezbyt głośno, nie przeszkadza mamusi, która z kolei przewraca się z boku na bok, nie mogąc się ułożyć na tyle wygodnie, aby zmógł ją sen.
Bardziej martwiłam się o mamusię. W końcu udało mi się ją zaprowadzić za rękę do lekarza, zupełnie jak dziecko. Kłopoty z sercem i skaczące ciśnienie to w jej wieku cichy, podstępny i zakamuflowany wróg. Powiada, że prawie nigdy nie chodziła do lekarza, bo od najmłodszych lat była zdrowa jak ryba. Zahartowało ją życie i praca, lecz w końcu nadeszła chwila, kiedy trzeba przeprosić się z doktorami. 
Najpierw mierzyłam jej ciśnienie domowym, elektronicznym aparatem.
- Pewno jestem zdenerwowana - mówiła, gdy na wyświetlaczu pokazało się sto osiemdziesiąt na sto dziesięć.
- A czym się mama zdenerwowała, no czym? - pytałam, nie oczekując odpowiedzi.
- Zawsze jak boli mnie głowa, denerwuję się.
- A mnie się wydaje, że boli mamę głowa właśnie z powodu wysokiego ciśnienia.
Przekomarzała się. Z nutką ironii w głosie ubolewała nad tym, że „nie poszłam w doktory”, bo gdybym zdecydowała się kiedyś iść na medycynę, jak mi radziła, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale poprzestawała na tym stwierdzeniu, nie chcąc mi dokuczyć drążeniem tematu mojego życia i w końcu zdecydowała się pójść do lekarza. Skierował ją na badania. Przekonywałam ją, że tak się teraz robi. Lekarze dzisiaj nie zaryzykują własnej diagnozy bez badań.
- A kiedy ciebie, jak byłaś mała, bolał brzuszek, albo gdy na twarzy wysypały ci się krosty, to pan doktor Podemski od razu rozpoznał chorobę, nie męczył cię badaniami.
- Pan Podemski był istotnie świetnym fachowcem, ale najwidoczniej w tamtych przypadkach wystarczyły objawy, jakie stwierdził i rozmowa z tobą, mamo. Jestem przekonana, że gdyby choroba była poważniejsza, skierowałby mnie na badania.
Wyniki nie były najlepsze i lekarz przepisał mamusi tabletki na nadciśnienie, na rozrzedzenie krwi i zalecił dietę. Dał jej też pigułki uspokajające, aby lepiej spała.
Podeszłam do mamusi, słuchałam jak oddycha, dotknęłam dłonią jej czoła - nie było zroszone. Uspokoiłam się i na paluszkach przeszłam do swojego pokoju, aby przeczytać kilka kartek książki przed zaśnięciem. 

[08.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 


04 lipca 2017

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (1)

„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.”
[J. Kochanowski, „Na lipę”, „Fraszki, Księgi wtóre”]

Po zażenowaniu… idźmy dalej… po obciachowej lekturze Gretkowskiej postanowiłem staranniej dobierać książki do przeczytania podczas kolejnej trasy. Myślę, że z tych dziewięciu książek jakie wybrałem, żadna nie okaże się idiotycznym żartem, którego doświadczyłem na samym sobie.
Ale jeszcze nie wyjechałem i czekam. Teoretycznie dzisiaj powinienem wyruszyć.
W kraju czuję się źle. Czułem się źle, kiedy przejeżdżałem przez rodzinną miejscowość, poddając ją wnikliwej obserwacji, konfrontując przeszłość z teraźniejszością, z marnym wynikiem dla tej drugiej. Pewnie o tym napiszę, ale z powodu spowolnienia, nie chcę na ten moment szargać sobie nerwów.
Czuję się źle oglądając telewizję informacyjną, tę publiczno-pisowską, i jej przeciwwagę, choć prawdę powiedziawszy niczego nowego się z nich nie dowiaduję; przekazywane wiadomości jedynie potwierdzają moje przypuszczenia, ba, pewność, że źle się czuję w „teoretycznym” państwie.

[04.07.2017, Dobrzelin]