Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

23 października 2016

CZY COŚ ZOSTANIE...

Biorę sobie do ręki pierwszą z brzegu, dowolną, przypadkowo wybraną, a oczy mam przymknięte… chociaż… w moim osobniczym przypadku te oczy na niewiele się zdają, gdy napotykają na grzbiecie okładki wymalowane słowa-wyrazy, a na uszach i nosie okularów wspomnienie zostało, tak, tak, pozostawione w mieszkaniu, gdzieś porzucone; zatem biorę tę pierwszą, com ją pochwycił w próżności swojej, otwieram i teraz jak przez mgłę dostrzegam, dajmy na to „Człowieka zbuntowanego” Camusa, choć równie dobrze mógł być to Proust poszukujący zaginionego czasu, albo „Pieśń Świętojańska o Sobótce” Kochanowskiego; zatem wziąłem tę księgę i po załatwieniu bibliotecznych formalności podążam najkrótszą z możliwych dróg do domu, krainy szczęśliwości i bez zbędnego opisywania dalszych czynności, które mnie w domu spotkały, zabieram się do czytania.
Mój Boże, a przecież mogła to być księga nigdy niewypożyczona, przez nikogo, nieczytana, ot zakupiona została do biblioteki na swą podłość zgubną i uraczona zapomnieniem, podobnie jak jej autor… mógłbym też na taką trafić.
I w tym miejscu zaczyna się prawdziwa opowieść.
Czy pan, panie Camus, panowie Proust i Kochanowski, i ty nieznany i nieczytany autorze, czy wy wszyscy wiecie o tym, że stała się rzecz niewiarygodna - ktoś zechciał się dorwać do waszych lektur, o nie, proszę mnie nie zdradzić, nie powiemy tym panom, że nastąpiło to na drodze przypadku połączonego z faktem nieobecności okularów na uszach i nosie.
Niech pan mi odpowie panie Camus, czy podejrzewał pan, iż to ja właśnie przedostanę się za chwilę przez meandry pańskiego filozoficznego eseju? 
Czy to do pomyślenia, panie Proust, że to ja będę kroczył drogami Swanna, w cieniu dziewcząt, co zakwitają?
Panie Kochanowski, co pan na to, że po tylu latach odczytuję słowa Panny IV:
„Komum ja kwiateczki rwała,
A ten wianek gotowała?
Tobie, miły, nie inszemu,
Ktoryś sam mił sercu memu (…)”
I wreszcie ty, nieznany a umarły dla świata autorze - co twoja lotna dusza powie na to, żem jako pierwszy pochwycił książeczkę, którąś spłodził.
Jest w tym tworzeniu słów, ale przecież także i dźwięków, i obrazów, i brył kamiennych i drewnianych, i budowli, i czego tam jeszcze nie dodać; jest w tej twórczości nieodgadnięta linia wiążąca artystę z „czytelnikiem”, jest więź łącząca nadawcę z odbiorcą, o którą podczas procesu twórczego, jego autor nie jest w stanie przewidzieć.
A… sobie myślę, że pewnie w każdym z żyjących tu i teraz rozsiadła się okrakiem na obu półkulach mózgowych taka myśl, iżby ci, co po nas nastąpią, mogli cokolwiek naszego i z nas pochodzącego zauważyć… nie żeby pozostał po nas diament, ale może i nie sam popiół… 

[22.10.2016, Nancois Le Grand we Francji]

W STRÓŻÓWCE

Kolejne opowiadanie mieści się w charakterze wielu poprzednich i dotyczy spraw tak błahych, że rozpisywanie się o nich świadczyłoby o rozrzutności słów, na co mojej zgody nie ma. Ponownie dojdzie do spotkania dwojga ludzi; tym razem doświadczonych długimi latami życia i świadomością, że pora by pomyśleć o ich godnym zakończeniu. Ale wątek śmierci nie będzie w nim obecny; przeciwnie - tam, gdzie możliwość spotkania, rozmowy i bliskości rozumianej jako tę odwieczną potrzebę uniknięcia samotności, myślenie o śmierci nie występuje. Radość spotkania drugiej osoby, bez względu na wiek, różnicę wieku, płeć, wykształcenie, stan materialny; radość dzielenia się sobą, swoimi marzeniami, najprostszymi czynnościami, wspomnieniami, to wszystko przydaje uroku człowiekowi, a jego życiu nadaje sens, lub przynajmniej o bezsensie ludzkiego żywota rozkazuje zapominać.
I
Powrócił po popołudniowym obchodzie do stróżówki i natychmiast dorzucił do piecyka kilka kawałków węgla, podejrzewając, że niskie, krwiste słońce wróży tęgi, grudniowy przymrozek tej nocy. Wlał wody do czajnika i ustawił go na niewielkim, okrągłym ruszcie paleniska, a potem podszedł do szafy, otworzył ją i z satysfakcją dotknął nowego waciaka, otrzymanego od firmy na zimę.
- W takim to parę ładnych zim pochodzę - pomyślał i jednocześnie zastanowił się nad swymi myślami. W końcu nie był w wieku, w którym można planować czas na wyrost. 
(...)

[19.10.2016, Botticino we Włoszech]


DRZEWO - KAWIARENKA (71)

- Pan leśniczy zajęty gdzieś w lesie. Chyba paśniki remontuje.
- Bo my tu, dobra pani, byliśmy umówieni wedle drzewa z lasu.
Stary mówiąc to rozłożył brezentową płachtę z obrokiem u przednich nóg konia. Drugi, niewiele młodszy zszedł z wozu i w onieśmieleniu pozostał przy nim.
- Znaczy się, pan Wrona, czy tak? - zapytała pani Teresa z zaciekawieniem.
- A jakże, Wrona - odparł dumnie. - Sąsiada zabrałem z sobą, bo to w moich latach nieskładnie samemu krócice taszczyć i na wóz wrzucać. Heniu, pokaż się pani, niech nie myśli, że coś skrywasz za pazuchą.
Tamten przeszedł parę kroków w stronę kobiety.
- Mikołajek… Henryk - przedstawił się.
Pani Teresa podała swoją bielutką dłoń obu panom.
- Tak po prawdzie to umówiliśmy się na piętnastą, a tu za pięć druga, więc zawczasu przyjechaliśmy… ale sobie poczekamy, aż pan leśniczy wróci.
- To ja panów zapraszam na herbatkę. Zimno takie… i wieje.
- Kłopot tylko sprawim, pani leśniczyno, a my przywykli nie do takich zimnic, prawda Henio.
- Prawda. My i w mrozy ciepłego pieca nie szukamy - pan Mikołajek nadzwyczaj zgadzał się z przyjacielem.
- Ależ co mąż powiedziałby na to, że każę panom czekać na dworze. Nie dajcie się prosić, panowie.
Zatem weszli, a na progu otrzepali porządnie buciska i jeszcze próbowali się z nich ozuć, lecz pani Gajowniczek stanowczo się temu przeciwstawiła. Kazała wejść do jadalnego pokoju i migiem przyniosła trzy herbaty wraz z pączkami, które dopiero co upiekła i z tej przyczyny cała leśniczówka pachniała słodkością drożdżowego ciasta i różaną konfiturą.
Zaraz też pani Teresa przysiadła się do gości i pierwsza napoczęła pączka, bo panowie wzbraniali się przed konsumpcją, a jedynie ich oczy wonne słodkości pożerały.
- Mąż mi mówił, że z dziesięć wozów będzie mało - zaczęła pani Teresa. - I to nie byle jakie patyki - uśmiechnęła się do siebie, zdając sobie sprawę z tego, że opowiada o drzewie językiem cokolwiek nazbyt potocznym, lecz ciągnęła dalej… - tylko całkiem grube, przycięte gałęzie… mąż mi mówił, że są też suche korzenie, a te podobno palą się najlepiej.
- Zwieziem wszystko, prawda, Heniu… adresy mamy… a na koniec po wozie dla nas…. niebo w gębie, pani leśniczyno - dodał przegryzając drugi kęs obsypanego pudrem pączka.
- A, dziękuję. Ciast wielu piec nie potrafię, ale pączki jakoś zawsze mi wychodzą.
- Wyśmienite - dorzucił pan Henio i popił swojego pączucha herbatą z cytryną.
- Pani to mnie nie zna, pani leśniczyno, a ja jestem ostatnim w mieście wozakiem. Z Heniem węgiel ludzki wozimy… ho, ho, ile to lat…
- A będzie ze trzydzieści parę - wtrącił pan Henio.
- A przedtem, droga pani, to dorożkę miałem. Iluż to nas było, co dorożki mieli?
- Pięciu z tobą - wyrzekł pan Henio.
- Ech, pani leśniczyno. Młody byłem, po ojcu fach przejąłem. Woziło się ludzi na dworzec, do cukrowni, a w niedziele na przejażdżki nad rzekę. Dwa gniade konie miałem… ech, pani, co to były za konie? Co to była za dorożka? Do ślubu mnie najmowali, prawda Heniu?
- Nie inaczej, do ślubu.
- A jeden taki poeta to tak pięknie pisywał o dorożkarzu. Nie o mnie wprawdzie, ale jakem sobie te jego wiersze poczytał, to tak jakby o mnie były.
- Gałczyński…
- Może tam i Gałczyński. Pani leśniczyna wie najlepiej, bo przecież w bibliotece pracuje, to i tego tam Gałczyńskiego lepiej zna ode mnie. Ale… powiem pani, że dobrego nosa miał nasz pan leśniczy.
- Tak pan mówi?
- A pewnie. Taką panią porwać z tej biblioteki, taką panią… dobrze mówię, Heniu?
- Bardzo dobrze. I to nie tylko my tak mówimy… całe miasto o tym huczy, żeście się państwo jak w korcu maku dobrali.
- Oj, panowie. Zwykła to rzecz odnaleźć się, jeśli kto ma się ku sobie.
- Zwykła? Niech będzie zwykła - potwierdził pan Wrona - ale muszę powiedzieć, że i pani trafiła jak najlepiej, bo takiego człowieka jak pan Gajowniczek, ze świecą trudno odnaleźć. Człowiek może i małomówny, ale o wielkim sercu. Ja to pani mówię, prawda Heniu?
- Tak… Felek zna się na ludziach, pani leśniczyno - potwierdził pan Henio.
- A znam. Kiedyż to było? Trzy tygodnie temu. Akurat zbierało się na niepogodę. Sadzonki rozwoziłem na tę przecinkę, gdzie już dzieciaki ze szkoły czekały, aby je posadzić. Słyszałem jak pan radca Krach rozmawia z panem leśniczym względem tego drzewa na rozpałkę dla tych biedaków ze wsi, co to pozwolić sobie nie mogą na węgiel… i o tych bezdomnych rozmawiali, co sobie gniazdko uwili w tej zapuszczonej zlewni mleka. Ledwie pan radca zdołał wypowiedzieć dwa słowa, pan leśniczy od razu powiedział, że i owszem, co mają się wiatrołomy niszczyć, a przecież co roku trzeba też młodniak uporządkować; nie tylko młodniak zresztą, bo przecież po ścince nie każda gałąź nadaje się do tartaku. I tak, od słowa do słowa, pan leśniczy powiedział, że przygotuje drzewa tyle, że zima potrzebującym straszna nie będzie, byle tylko zwieść było komu. A jak nie może być komu, skoro my jesteśmy, prawda Heniu? Za marny ale uczciwie zarobiony grosz uwiniemy się do pierwszego śniegu. Dobrze mówię, Heniu?
- Bardzo dobrze mówisz, Feluś.
I pewnie by długo jeszcze tak rozmawiali, gdyby w czasie tej rozmowy nie nadszedł pan leśniczy, który już gotowy był z panami Mikołajkiem i Wroną do lasu się zapuścić i wskazać miejsce, skąd drzewo jest do zabrania, lecz uległ pokusie zapachu usmażonych przez żonę pączków. Został więc na poczęstunek, a po konsumpcji, ucałowawszy żonę po rękach za oną słodycz, co krew w żyłach pomąciła, świeżego nabrał do pracy wigoru.
- Chodźmy zatem, panowie - zakomenderował.

[15.10.2016, Limoges we Francji]

NA KREDYT

Tak sobie pomyślałem i zestawiłem daty i liczby:
2016 - 1989 (transformacja ustrojowa) = 27 lat;
1945 + 27 = 1972 (drugi rok dekady Gierka).
O co chodzi? Otóż optymiści i entuzjaści czasów obecnych wypowiadają nierzadko słowa, jakoby nasz kraj nigdy w swojej przeszłości (może z wyjątkiem rządów Kazimierza Wielkiego) nie rozwijał się tak wspaniale jak dzisiaj.
Przyjrzyjmy się z bliska faktom.
Rzeczywiście trzeba być ślepym i głuchym, aby nie dostrzec zmian w infrastrukturze, jakie zaszły w Polsce od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (pomijam kwestię zmian politycznych). Wiele się zbudowało, buduje i będzie budować. Kraj nasz pięknieje i przybliża się do standardów zachodnich - trudno to kwestionować. Czy jednak to siermiężne PRL do 1972 roku nie było przypadkiem okresem w dziejach naszego państwa, kto wie, czy nie obfitszym w szeroko rozumiane progresywne zmiany w infrastrukturze? Jeszcze raz powtórzę - odkładam na bok kwestie polityczne.
Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy (co bardzo często jest przez obecnie i uprzednio rządzących pomijana) to fakt, że po zakończeniu drugiej wojny światowej kraj nasz był zrujnowany pod względem gospodarczym, a były przecież miasta wręcz zrównane z ziemią. Zatem nie zaczynano od uruchomienia fabryk, kładzenia asfaltu na drogi, czy odnawiania elewacji domów - rozpoczynano od eliminacji gruzowisk, od elektryfikacji, od likwidacji analfabetyzmu od rozminowywania pól, przejmowania Ziem Zachodnich przez przesiedleńców ze wschodu, słowem - zaczynano w bardzo wielu miejscach od zera. Rekwirowanie poniemieckiego sprzętu i majątku, pomoc UNR-y, Czerwonego Krzyża, naszego sąsiada ze wschodu, który przecież na wojnie raczej stracił, aniżeli się wzbogacił - to wszystko nie wystarczało. Byliśmy jako społeczeństwo zdani na własne siły i abstrahując od wewnętrznych i geopolitycznych uwarunkowań, należy się cześć i chwała tym wszystkim ludziom, którzy budowali wtedy Polskę, stawiali nowe domy, zakłady, budowali drogi i mosty, doprowadzali prąd i opał do domów naszych dziadków, szerzyli oświatę i kulturę i stopniowo zapełniali sklepowe półki.
Inne to były czasy i czasami przeraża mnie to, z jaką nonszalancją odnoszą się dzisiejsi administratorzy naszego wspólnego mienia do ludzi, którzy w tych odmiennych, trudniejszych czasach budowali nową Polskę.
A przecież w kontekście tych dawniejszych i obecnych zmian dziejących się w naszym kraju nie można nie zauważyć tego, że warunki techniczne do chociażby zbudowania kilometra porządnej drogi czy postawienia domu są obecnie bez porównania odmienne. Mało tego - dzisiaj, póki co, jesteśmy beneficjentami unijnych dopłat; dawniej o takich pieniądzach zasilających budżet państwa można było tylko pomarzyć.
Jeszcze jedna sprawa. W PRL-owskiej Polsce gros zakładów zarządzana była przez samych Polaków, albowiem należały one do Polski. Dzisiaj ta cała infrastruktura gospodarcza należy w znacznej części do obcego kapitału. 
Faktem jest, że ówczesna gospodarka Polski podporządkowana była w znacznej części naszemu sąsiadowi ze wschodu, ale i gospodarka ZSRR nastawiona była również na kraje, będące pod jego wpływem. Dzisiaj odbiorcą „naszych” towarów i usług jest głównie Unia, a zatem zmienił się „kierunek” handlu, nie zaś jego istota.
I wreszcie sprawa, która, jak sądzę, jest celowo i z pełną premedytacją obecnie przemilczana - kwestia zadłużenia.
Pamiętamy z jaką to zajadłością postsolidarnościowe elity wypowiadały się na temat zadłużenia Polski w epoce Gierka. Że inwestycje nie takie, jak być powinny, że zbyt duże koszty, że źle wykorzystane pieniądze, itp. A co mamy w zamian? Horrendalne zadłużenie każdego Polaka wobec obcego kapitału i banków. Aby je przynajmniej zahamować, by nie wzrastało, nasza gospodarka powinna się rozwijać w tempie 6-7 % wzrostu. A co jest? Połowa tego.
Tak, wobec tych faktów uprawnione jest twierdzenie, że te przepięknie odnowione polskie miasta i wioski, te ulice i drogi, te nowo powstałe zakłady to wynik zaciągnięcia kredytu… a ten kiedyś trzeba będzie spłacić. Ale to nie problem rządzących dzisiaj i wczoraj. To problem już nawet nie ich dzieci, ale wnuków. Jakoś to będzie. I prędzej czy później dojdziemy do Grecji, albo jeszcze dalej.
Ot, polityka.

[20.10.2016, Dinslaken w Niemczech]

WSZĘDZIE DALEKO

Nazbierało się niemal 6 tysięcy kilometrów tej drogi. Najpierw z Łodzi na lotnisko do Frankfurtu nad Menem, potem z Niemiec przez całą Francję do Tarazony pod Saragossą, później kurs do Botticino pod Brescią we Włoszech (znów przez południowa Francja, Gap, Turyn i Milan), i następnie z Endine Gaiano w rejonie Bergamo do Loom pod Venlo w Holandii przez Austrię i niemal całe Niemcy. Czasu na odpoczynek niewiele. Chora nawigacja „Automapa” z Hołowczycem to udręka. A teksty pana kierowcy wskazujące drogę zabawne, w rodzaju: „potem łagodnie w prawo”, a to „łagodnie” to zakręt 270 stopni (!).
Czytam bardzo niewiele. Muszę znaleźć czas na nadrobienie zaległości (w pisaniu również). Pozostaje słuchanie radia. W Hiszpanii znakomite RN Classica, w Niemczech BR Klassik (na południu, zwłaszcza w Bawarii i Szwabii) lub WDR (na północy Niemiec). We Włoszech nie mogę znaleźć - zdaje się, że któryś program RAI. We Francji - wiadomo - France Musique. Tak się złożyło, że wysłuchałem w dwóch stacjach znakomitej 8 sonaty Beethovena (jeszcze o niej napiszę).
We Włoszech porobiłem trochę zdjęć jadąc od Bergamo w stronę Trento (Trydent), Bolsano i Brennero na granicy z Austrią. Z Austrii też mam kilka alpejskich zdjęć. Niestety ogromna większość z nich to obrazki „z lotu renówki”, bo nie było czasu się zatrzymać.
Kolejny raz bardzo miłe doświadczenie z załadunkiem we Włoszech i przykre z Frankfurtu. W Austrii „złapała” mnie policja, a właściwie policjantka. Sympatyczna, komunikatywna. Obeszło się bez problemów. 
Im bardziej na północ Niemiec, tym więcej deszczu. najpierw przelotny, ale przy granicy holenderskiej intensywny. Zajechałem dziś dwadzieścia po drugiej w nocy pod sam zakład w Loom. Godzinka na kolację i takie tam… i spać.
Pobudka o ósmej rano i zaraz po rozładunku i śniadaniu 70-kilometrowy„dolot” do Dinslaken w Niemczech, gdzie mam 0 15 załadunek (nareszcie trochę wolnego czasu!) do Postbauer Heng we wschodnich Niemczech (tak w połowie drogi pomiędzy Erfurtem a Monachium. 
Cały czas pada.

[20.10.2016, Loom koło Venlo w Holandii]

OSZCZĘDNOŚCI

Już dawno stuknęło tysiąc postów. A gdyby doliczyć tę ponad setkę, jakie usunąłem przed paroma laty?
Muszę oszczędzać słowa, tak jak starcy oszczędzają każdy zbędny krok zabierający oddech.
Jedynie w myślach nie potrafię niczego zaoszczędzić. W nich wciąż nowe zastępy słów kojarzę… jedynie dla pamięci własnej - tak trzeba.

[17.10 2016, Tarazona w Hiszpanii]

NA PAMPLONĘ W STRONĘ SARAGOSSY

Właściwie to powinienem żałować, że podróż przez Pireneje, zwłaszcza te po hiszpańskiej stronie, nie odbyła się za dnia.
Nocą oczy widzą inaczej: krócej i mniej wyraźnie.
Natomiast serce cały czas się radowało z tego powodu, że tak wiele zakrętów na tej górzystej trasie. Kochane, zakręcone Pireneje.
A kto to znalazł w Saragossie pamiętnik?

[17.10 2016, Tarazona w Hiszpanii]

OBAWA

Powiedział, że mógłby utrącić ten wspornik, na którym zawieszone jest JEGO wahadło.
Na ekranie pojawiłaby się ciągła linia, której towarzyszyłby jednostajny, piszczący dźwięk.
Pompa ukryta pod torsem przestałaby pracować.
A jednak boi się podjąć właściwej decyzji. Obawia się bólu, a najbardziej tego, że mogłoby się mu nie udać i byłby skazany na to, aby JEGO zwiotczałe korzenie podlewane były codziennie, choć byłoby wiadomo, że i tak woda nie doprowadzi soli mineralnych do JEGO uschniętych korzeni.

[17.10.2016, Tarazona w Hiszpanii]

ZAMKNIĘTE

Zamknięte bo nieczynne.
- O co chodzi?
- Czytać nie umiesz?
- Przeczytałem. A co się stało?
- Wyszedł po rozum do głowy.
- Nareszcie!

[15.10.2016, Limoges we Francji]

12 października 2016

WÓZEK

- Popatrz jak ludzie mokną - powiedział.
Chmura deszczu odbiła się od trotuaru. Za oknem poczerniało, a w sali światło rozbłysnęło o ton wyżej.
- Zadziałały czujniki - wyjaśnił. - Są ustawione na określony poziom zacienienia i kiedy…
- A jeśli wyproszą mnie? - zapytała.
- Nie zrobią tego. Podejdę do niego i powiadomię go.
Kelner stoi przy sąsiednim stoliku. Wystarczyło wstać i wykonać parę kroków. Krótka rozmowa. Kelner jest w średnim wieku. Kiwa głową. Akceptuje. Wydaje się, że jego wąskie usta rozchylają się w delikatnym uśmiechu.
Powraca do stolika i siada przy niej.
- Widzisz? Mówiłem, że wszystko będzie w porządku.
Kobieta odwraca się na krześle w stronę ściany przy oknie i wydobywa dziecko z pluszowej miękkości wózka. Trzyma je stabilnie w prawej ręce; lewą odkrywa pierś.
- To dziwne, że nie płacze - mówi do niej, spoglądając na niemowlę, które instynktownie małym, perkatym noskiem szuka sutka, mając zamknięte oczy.
- Nauczyło się jeść przez sen - odzywa się matka. - Nie wiem, czy jest to normalne i zdrowe, ale przeważnie tak właśnie robi. Potem śpi dalej. A tyle się mówi, że niemowlęta w tym wieku płaczą z byle powodu.
Znalazło sutek i wczepiło się weń nabrzmiałymi wargami. Jedna dłoń maluszki dotykała nasady piersi matki.
Zerkał na nią, to znów obserwował, jak ogromne krople deszczu tłuką w zmatowiałą szybę najbliższego okna. Jakaś para wtoczyła się przez drzwi wejściowe do restauracji. Ociekają deszczem.
Matka skupiona na karmieniu z każdą chwilą czuła się swobodniej. Kelner w średnim wieku jeszcze nie podszedł do stolika, przy którym siedział on i kobieta. Dopiero kiedy matka zakryła pierś i ułożyła córeczkę na brzuszku, kelner wykonał kilka kroków w ich stronę.
- Mogę już podać pierwsze danie - stwierdził.
- Tak, bardzo proszę - odparł i zanim tamten przyniósł dwa talerze pomidorowej zupy, dziecko leżało już w wózku.
Jedli w milczeniu. Ona zdecydowanie bardziej łapczywie od niego, aż nawet się zastanowiła nad tym, dlaczego je tak szybko. Mimo to, on zjadł pierwszy i przyglądał się jej apetytowi z uśmiechem.
- No co? Byłam głodna - powiedziała ocierając usta białą chusteczką. - A to co takiego? - zapytała, kiedy kelner w średnim wieku powrócił z drugim daniem, a przyniósł też kawę dla niego i jakiś ciepły mleczny napój dla niej.
- Bawarka - powiedział bez zastanowienia. - Karmisz przecież.
- Fuj… nigdy tego nie piłam, choć słyszałam, że tą mdłą herbatą z mlekiem poi się kobiety w ciąży. Na samo połączenie tych dwu smaków niedobrze mi się robi.
- Porozmawiamy o tym, jak zjesz.
Jedli wątróbkę z ziemniakami, marchewką i surówką z białej kapusty.
Deszcz nie przestawał i spływał wartkim strumieniem z szyb.
- Wiesz, że chciałam ją usunąć? - przypomniała.
- Tak, rozmawialiśmy już o tym.
- A potem chciałam ją oddać. A wiesz, dlaczego nie usunęłam? Bałam się zabiegu. Nawet wtedy o niej nie pomyślałam.
- Mówiłaś już o tym.
- Wiesz, że byłam bliska oddania jej? Nawet wtedy, gdy z tobą rozmawiałam, myślałam o tym. I wtedy odpaliłeś z tym… no wiesz. Pamiętał każde słowo z tamtej rozmowy. Tania knajpa na Podzamczu. Wszedł właściwie tylko po to, aby napić się piwa. Wtedy nie padał deszcz i było przeraźliwie gorąco. Niemal zawadził nogą o wózek postawiony tuż przy wejściu. Zajrzał do środka. Mała spała tak jak dzisiaj. Kobieta kończyła właśnie jeść.
Przysiadł się do niej i pijąc piwo spoglądał w jej wilgotne od upału oczy. Zamienił z nią kilka słów. Skrzywiła się, kiedy napomknął o ojcu dziecka. Powiedziała wtedy, że musi chyba oddać dziecko… nie, nie wyraziła się w ten sposób. - Oddam dziecko - powiedziała.
- Sprowokowałaś mnie tym, co powiedziałaś.
- Nie chciałam tego. Miałam wszystkiego dość, a ty wtedy… nawet teraz uważam, że zachowałeś się idiotycznie.
- To było tydzień temu. Dałem ci siedem dni do namysłu. Dzisiaj jest ten ostatni - przypomniał.
- To bez sensu - wykrztusiła z siebie, a wtedy kelner w średnim wieku podszedł kolejny raz do jego stolika i postawił przed nimi pucharki wypełnione lodami.
- Co mianowicie jest bez sensu? - zapytał.
- Tak jakbyś o tym nie wiedział. Nie prosiłam cię o lody.
- Tutaj zawsze mieli dobre lody. Chciałem spróbować. Co jest bez sensu?
- Powiedziałeś, że z dwojga złego, to lepiej by było, abym za ciebie wyszła.
Patrzyła teraz w okno. Przejaśniło się.
- To logiczne. Nie musiałabyś jej oddawać nikomu.
- A ty to zawsze myślisz logicznie?
- Staram się.
- Przecież ty mnie kompletnie nie znasz.
- Ani ty mnie.
- I wziąłbyś mnie z litości?
Siedzieli już długo w tej restauracji na nowym mieście. Ludzie przychodzili i wychodzili. Kelner co jakiś czas spoglądał w ich stronę. Za każdym razem, gdy jego wzrok spotkał się ze wzrokiem mężczyzny, kiwał dobrodusznie głową, jakby w ten sposób chciał tych oboje powiadomić, że mogą tu siedzieć aż do późnego wieczora.
- Nie z litości. Wyobraziłem sobie, że mógłbym cię utrzymać z dzieckiem, a ty mogłabyś w końcu wymówić babie ten pokój, w którym się gnieździsz.
- Jesteś wielkoduszny.
- Mów co chcesz, ale to chyba lepsze rozwiązanie niż oddawać dziecko.
Przeniosła wzrok na śpiącą w wózku dziewczynkę.
- Przemyślałam to.
- Bardzo się cieszę.
- Przemyślałam to i nikomu jej nie oddam.
- To bardzo dobrze.
- Ale twój pomysł uważam za idiotyczny. Ile ty masz lat?
Odpowiedział
- Prawie piętnaście lat starszy jesteś ode mnie.
- Przeraża cię to?
- Mnie nie. Ale poszukałbyś sobie kogoś w twoim wieku. Jestem młodsza i mam pstro w głowie i na pewno bym cię zdradzała, proszę pana.
- Jesteś tego pewna?
- Oczywiście. Młode siksy często wybierają dużo starszych od siebie, aby móc zaszaleć z innymi.
- Nie jesteś siksą. Jedz lody. Rozpuszczają się.
Pierwszy promień popołudniowego słońca wtargnął do sali. Dziecko oddychało rytmicznie, bezgłośnie.
- Nie miej mi tego za złe… - zawahała się - ale ja cię w ogóle nie rozumiem. Co z wami jest? Jeden robi mi, to co zrobił i puszcza kantem, a drugi…
- … a drugi siedzi tutaj z tobą i pyta się, czy się zdecydowałaś. Miałaś tydzień.
- To chyba sen. Jak ty mnie w ogóle traktujesz? Widzę cię drugi raz w życiu i żądasz ode mnie natychmiastowej decyzji.
- Miałaś cały tydzień.
Przez chwilę objęła dłońmi twarz, chowając przed nim swoje oczy.
- Nie podobasz mi się, wiesz?
- Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.
Usłyszeli nagły płacz dziecka. Zaczęło się wiercić w wózeczku. Kobieta schyliła się i podniosła małą. Zapach mówił wszystko.
- Jest tam… z boku wózka. Możesz mi podać?
Wydobył z kieszeni zawiniętą w folię papierową pieluchę.
- Pomogę ci - powiedział.
- Zostań. To sprawa moja i Agnieszki.
Przeszła z dzieckiem w ramionach w stronę toalety, której lokalizację wskazał jej kelner w średnim wieku.
Dokończył jedzenie lodów, a jaskrawe promienie słońca padały mu prosto w oczy.
Wróciła po pięciu minutach. Dziecko gaworzyło pogodnie i pozwoliło się położyć do wózka, kiedy matka wcisnęła w jego pulchniutką dłoń grzechotkę w kształcie globusa. Mała kopała nóżkami, energicznie potrząsała grzechotką, aby w końcu przytknąć ją do swej buzi. Kobieta delikatnie poruszała koszem wózka. 
Nagle poczuł na sobie jej wzrok. Spojrzał na nią.
- To gdzie ty człowieku mieszkasz? - zapytała.
Mężczyzna uniósł dłoń, a kelner w średnim wieku tak jakby na to czekał i po chwili zjawił się z rachunkiem.
- Bardzo dobrze pani robi - zwrócił się do kobiety. - Bardzo dobrze.
Podziękowała mu spojrzeniem, a kiedy wyszli z lokalu, oddała wózek w ręce mężczyzny.
- No to teraz musisz się wczuwać w nową rolę - powiedziała.

[11/12.10.2016, Dobrzelin]