Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

16 grudnia 2017

TRANSPODRÓŻ (38) W PODRÓŻY CZAS SIĘ DŁUŻY

Po długim, mokrym i wietrznym weekendzie otrzymałem polecenie przejazdu do Eindhout, niedaleko Antwerpii w Belgii, skąd miałem wziąć towar do Coventry w Anglii.
Kiedyś pisałem, że nie darzę Belgii sympatią, a chyby jedynym atutem tego kraju są ładne dziewczyny, no i czyste miasteczka i wioski. Belgia jest dziwnym krajem, a przymiotnik „dziwny” nie oddaje w żadnym stopniu idiotyzmów, na jakie można tu natrafić. Weźmy ten poniedziałek. We Francji rankiem znów zaczęło lać jak z cebra - wyjechałem w deszczu. Tuż na granicą belgijsko-francuską deszcz zamienił się w śnieżycę. Należy przyjąć, że opady w obu krajach zaczęły się około siódmej rano. Gdy jechałem, było już sporo po dziesiątej. Nieodgarnięty w porę śnieg zamienił się na belgijskich autostradach w lód, samochody z trudem podjeżdżały pod nawet niewysokie wzniesienia. Nic też dziwnego, że po drodze doszło do kilku kolizji i poważnego wypadku (w przeciwnym kierunku jazdy). Tir wyładowany po brzegi ziemniakami (mój Boże, dziesięć lat jedzenia, tak jak dla mnie) zmiażdżył pół osobówki, przewrócił się na bok, kabina kierowcy wgryzła się w skarpę przy autostradzie. Ziemniaki oczywiście rozsypały się po wszystkich trzech pasach drogi. W moim kierunku jazdy jechało się dosłownie po grudzie, wolno i z duszą na ramieniu. Opóźnienie w połowie trasy do Antwerpii przekraczało półtorej godziny. Oby ominąć to spowolnienie posłuchałem nawigacji, która poprowadziła mnie po mniej uczęszczanych drogach. Na nich tylko i wyłącznie lód. Żadnej piaskarki, żadnego pługu. Jakoś dojechałem. W całkiem sporej, międzynarodowej firmie „Kuehn and Nagel” przed magazynami ośnieżone lodowisko. Jak się okazało firma posiada całkiem sympatyczny, mały, traktorowy pług, ma też piaskarkę, a w magazynie widziałem przynajmniej 50 worków z solą drogową. Cóż z tego, gdy odśnieżanie powierzchni drogowych zakładu zaczęło się o godzinie piętnastej, a i to pewnie z tego powodu, że bułgarski tirowiec zablokował drogę wjazdową do firmy.
Po załadunku obieram kurs na Calais. Niespodzianki nie było. Aż do Brugii potężne korki. Wyliczyłem, że sto kilometrów jechałem w korku, tracą niemal trzy godziny czasu, a wszystko przez to, że po niedzieli, przychodząc do pracy, belgijscy drogowcy zbyt długo pili kawę. Rzecz ciekawa, że temperatura w Belgii oscylowała przez cały dzień w pobliżu zera, a więc sypnięcie w porę garstki soli na drogi diametralnie poprawiłoby sytuację. Pomyślałem sobie, że gdyby Belgów spotkała ta polska zima stulecia z przełomu 1978 i 1979 roku ten naród wciśnięty pomiędzy Francję, Holandię i Luksemburg wyginąłby momentalnie jak dinozaury.
O belgijskich (zawodowych) kierowcach powiem tyle, że jest wielce prawdopodobne, iż rekrutacja do tego odbywa się na zasadzie negatywnej selekcji. Wprawdzie każda nacja posiada kierowców oszołomów, ale w takim nadmiarze, jak to ma miejsce w przypadku Belgów, trudno szukać gdzie indziej.
Jako się rzekło zimowa pogoda plus opieszałość belgijskich  drogowców miały istotny wpływ na moją trasę, a jak się miało okazać później, nie tylko na tę, lecz również kolejne.
W normalnych warunkach powinienem był przywieźć do Coventry belgijski towar pomiędzy pierwszą a drugą w nocy. Miałbym wówczas trochę czasu na dojazd pod kolejny załadunek w Northants (byłem tam wcześniej, ładując się do Vigo w Hiszpanii), gdy tymczasem przybyłem do Coventry po siódmej, rozładowałam się, a do Northants podjechałem na dziewiątą i poza śniadaniem jakie zjadłem, została mi cała jedna godzina snu.
No i ruszyłem w kolejną trasę, tym razem w okolice Jeziora Bodeńskiego do niemieckiego Markdorffu. Jak można było oczekiwać, im dłużej jechałem, tym narastało zmęczenie. Osłodą były zimowe angielskie krajobrazy. Na północny zachód od Londynu śnieg, niedużo go, ale pięknie przymrożony, marzyłoby się o takim w święta. Wyżowa pogoda okrasiła niebo słoneczkiem. Pewnie gdzieś nad północnym Atlantykiem rozsiał się wyż, ściągający masy mroźnego powietrza, acz nie na tyle, aby zaskoczyć Polaka przyzwyczajonego czasami nawet do syberyjskich mrozów. Ale w nocy w paru miejscach temperatura sięgnęła minus dziesięciu stopni, co jak na Anglię, może wstrzymać dech z powodu zimna.
Wróćmy jednak do trasy, która szła mi jak po grudzie. Już w Niemczech przystawałem parę razy, aby zaliczyć piętnasto-dwudziestominutowe drzemki, które prawdziwego odpoczynku nie zastąpią.
Tymczasem dostałem już wiadomość o kolejnym kursie: Iggingen (w górzystym rejonie Stuttgartu) do McLarena pod Oxfordem. Z Iggingen wyjechałem opóźniony, a jeszcze do tego w tych całkiem niewysokich (do 800 m.) górach rozszalała się śnieżyca i znów przyszło mi jechać i wolniej, i dłużej. Kolejne króciutkie mikroprzystanki z Niemczech, czy dłuższy, prawie trzykwadransowy w Belgii, nie wpłynęły znacząco na złagodzenie zmęczenia jazdą.
Podjechałem w końcu pod Calais, a właściwie pod „kolejkę” do przeprawy tunelem.
W tym miejscu pewna uwaga. Firma McLaren wymaga przekraczania Kanału La Manche tunelem (sama podróż 54-kilometrowej podmorskiej podróży zajmuje około 35 minut), ale jest droższa nie przeprawa promowa. W ostatnich dniach były pewne problemy z promami P&O, którymi zwykle podróżuję jadąc na Wyspy i z powrotem na Kontynent. Powód jest taki, że jeden z promów przy cumowaniu do portu, uczynił to niezbyt starannie i z lekka się uszkodził; drugi zaś odbywa przegląd techniczny, stąd właśnie opóźnienia. Doszło do tego, że w czasie mojej ostatniej trasy Anglia - Niemcy płynąłem konkurencyjnym (z darmowym posiłkiem) promem DFDS. Ponieważ wieść o kłopotach promów P&O rozniosła się błyskawicznie, przewoźnicy rzucili swoje auta na przeprawę tunelem i w związku z tym i na tunelu powstały ogromne korki. Dość powiedzieć, że cała przeprawa pod Kanałem do Anglii zajęła mi osiem i pół godziny, co jest, jak się wdaje, rekordem trudnym do pobicia. W takich warunkach oczywiście o wypoczynek trudno, a sen jest wykluczony, bo trzeba cały czas poruszać się w żółwim tempie, dostosowując się do rytmu pokonywania trasy przez auta „przyłapane” w korku.
Opuszczając Folkestown miałem, na szczęście jedynie 220 kilometrów do celu i ten odcinek przejechałem już szybko, choć oczywiście w McLarenie byłem i tak spóźniony - usprawiedliwiony.
Na domiar złego, po rozładunku i przejeździe na pierwszy lepszy parking przy szosie, zorientowałem się, że złapałem „kapcia” w prawej tylnej oponie.
Nic z tego, nie wymieniam koła nocą, zaczekam z tym do rana.
I w ten oto sposób, jak obliczyłem, ostatnie trzy podróże, zajęły mi 84 godziny, z czego 4 przeznaczyłem na sen. Jest się czym pochwalić!

[12.12. i 16. 12. 2017, Dover, Kent w Anglii]

KAWIARENKA (105) - SPACER PO LESIE

- A to są nasze oparzeliska - leśniczy Gajowniczek wskazał na olszynowe krzewiny porastające rozległą kotlinę rozciągająca się pomiędzy dwoma wysokimi partiami lasu - brzozowym, po lewej stronie i bukowym, po prawej. - Z tej strony dostęp do serca tego miejsca nie jest możliwy; teren to wybitnie bagnisty. Co innego od strony wschodniej - tam bije ciepłe źródło, które nawet w srogie mrozy ledwie pokrywa się cieniutką warstwą lodu, a i tak w wielu miejscach woda wydostaje się na powierzchnię, rozlewa się szeroko i przymarza dopiero w miejscu, gdzie zaczyna się bagno.
- Rozumiem, że jest to jedna z odnóg tych ciepłych źródeł, które będą wykorzystane w sanatoryjnym obiekcie pana córki - ksiądz Kącki zwrócił się tymi słowy do idącego obok niego radcy Kracha.
- Owszem. Z geologicznych badań jakie w okolicach tego miejsca przeprowadzono wynika, że po tej i po drugiej stronie Mętnicy takowe ciepłe źródła mineralnej wody występują. I chyba bardzo dobrze się stało, że Fiodor oraz Anna z Wołodią zechcieli je wykorzystać - odparł pan radca.
- A wody te bardzo potrzebne są mieszkańcom lasu - wtrącił pan leśniczy. - Po drugiej stronie bagien, właśnie u tego źródła, którego wody tak szeroko się rozlewają, znajduje się najrozleglejszy wodopój.
- Czyli, że zwierzęta poją się wodą nie tylko bezpośrednio z rzeczki, ale również z tego rozlewiska? - zainteresował się ksiądz Kącki.
- Myślę, że głównie z tego rozlewiska. Wspaniale się składa, że tuż przed tym zakolem rzeki zbudowano most kolejowo-drogowy ponad rzeczką. W ten sposób cywilizacja ominęła te ostępy - kontynuował pan leśniczy.
 - Ludzie jak chcą, to potrafią myśleć, z bożym wstawiennictwem, rzecz jasna - stwierdził ksiądz.
- Nie ubliżając boskim prawom, wydaje mi się, że powody powstania mostu właśnie w tamtym miejscu wynikają z czysto technicznych materii; przez bagno trudno poprowadzić drogę, a co dopiero wznieść nad nim most - zauważył pan radca Krach, spoglądając z przekorą w oczy księdzu.
- Jak by tam nie było, boskie prawa nie zostały przez ludzi pogwałcone. I człowiek, i zwierzę może korzystać z dobrodziejstw natury.
Przechadzali się w piątkę leśnymi duktami i ścieżynami, korzystając z okruchów pięknego, późnojesiennego przedpołudnia, świadomi tego, że wkrótce nadciągną nad las poszarzałe chmury i niewysokie, krwiste słońce wnet przykryte zostanie szarością mgieł, a jasny dzień, tak nagle jak powstał z kolan, tak i straci swój blask pod płaszczem prędkiego wieczoru.
Dorotka, państwa Gajowniczków córka przybrana, a przez to tym bardziej ukochana, podążała przodem, wytyczając swoją obecnością szlak wędrowny, do którego zdążyła się już przyzwyczaić, jako że z ojcem, rzadziej z matką, odbywała leśne eskapady nawet w czasie, gdy pogoda na takie odległe spacery, w odróżnieniu od obecnej, nie pozwalała. Dziewczynka zdążyła się już przyzwyczaić do chodzenia po lesie, wytłumiając swoją naturalną, dziecięcą energię, albowiem pan leśniczy nauczył ją, że im głębiej wchodzi się w las, tym bardziej jest się gościem jego mieszkańców, którzy przywykli do ciszy leśnej głuszy, choć i w niej obecne są odgłosy żyjących tu mieszkańców. 
Dalej przemieszczali się leśnymi drożynami ksiądz Kącki i radca Krach; za nimi państwo leśniczostwo. Pan Gajowniczek co i rusz przystawał i pogrążał się w krótkich, związanych z miejscem odpoczynku opowieściach. Tu ujrzał onegdaj leżącą na poboczu, ranioną kłusowniczym pociskiem sarnę, gdzie indziej przepuścił przed sobą rodzinę dzików, a ten oto krzyż pośród sosen na wzgórku jest pamiątką po wisielcu, który tu, w głębi lasu odebrał sobie życie, w tej oto kotlinie najsmaczniejsze jagody rosną, a na brzozowej górce prawdziwki, gdzie indziej w dawnymi czasy tokowały głuszce, a tam, po prawo, w wysokim acz przerzedzonym, świerkowym lesie, zwykły bywać jelenie, których wprawdzie niewiele jest w tych lasach, ale są, a kiedy je zobaczyć z oddali, mniej płochliwe od saren, obserwują cię uważnie, analizując, czy obserwowany im nie zagraża.
Nareszcie doszli do miejsca, które prócz lisów, zajęcy i z rzadka saren, nie były przez zwierzynę leśną często odwiedzane. Była to rozległa kotlina, położona jak wielki plac w mieście, z dostępem do czterech stron świata. To tutaj zaczynał się stary bukowy las; w innym miejscu bieliły się brzozy, a po drugiej stronie miał swój początek las sosnowy, wysoki, na zrudziałym piasku położony; obok młodziutki, rękoma pana Gajowniczka wzniesiony świerkowy zagajnik, ciągnący się hen, hen, aż ku miasteczku, wciąż uzupełniany coraz to młodszymi krzewinkami. Ta właśnie najmłodsza część lasu była miejscem najintensywniejszych zadrzewień. W tym to rejonie robotnicy leśni wykonywali według planów pana leśniczego trudną, lecz jakże pożyteczną pracę, której efektem było powiększenie powierzchni lasu jak i też dokonanie nasadzeń po przemysłowym wyrębie setek i tysięcy drzew. Leśniczy Gajowniczek, choć przecież rozumiał, że gospodarka leśna to również pozyskiwanie drzewnego surowca dla przemysłu, z niecierpliwością doglądał prac przy nasadzeniach; rad byłby już widzieć ten młody las wielkim i wysokim, przysłaniającym słońce, lecz drzewa rosną powoli i życia nie starczy, aby ujrzeć je w ich okazałej dorosłości.
Oczywiście sadzono nie tylko świerki. Pan Gajowniczek unikał, zgodnie zresztą z wytycznymi nadleśnictwa, monokultury. Obsadzano te leśne i podleśne połacie niezbyt urodzajnej ziemi oprócz świerków, brzozami, dębami, bukami, także wiązem, klonem, olchą, sosną, modrzewiem i jaworem. Już tam leśniczy Gajowniczek wiedział najlepiej gdzie dany gatunek drzewa posadzić, na jakiej glebie, z wystawieniem na słońce, na częsty wiatr zachodni, na opadających ku rzece zboczach, czy na śródleśnych wzgórzach albo w kotlinach.
Zatrzymali się nasi wędrowcy na tym leśnym placu na dłużej, albowiem pan Gajowniczek zechciał współwędrowców poinformować o tym, że właśnie tutaj wyznaczył miejsce będące ukoronowaniem edukacyjnych spacerów po lesie. Tutaj pobuduje coś w rodzaju przystani - schroniska, w którym mieścić się będzie sala z atrakcyjnymi gablotami tłumaczącymi zwiedzającym znaczenie lasu, portrety zwierząt, roślin, słowem, całego leśnego bogactwa tej okolicy. Jako że kotlina jest niezwykle obszerna, z pewnością najrozleglejsza w różanowskich lasach, tedy znajdzie się tu miejsce na ognisko… jedynie elektryczności doprowadzić tu  sposób.
Pora była wracać do leśniczówki, tym razem duktem wzdłuż młodniaka, do talerza gęstej, gorącej grochówki i bigosu przygotowanego przez panią Tereskę, do jarzębinowej nalewki na miodzie pana Gajowniczka… zatem powracali.
- I jak tam, pani Teresko, przywykła pani do życia na tym leśnym pustkowiu - z takim oto pytaniem zwróciła się do leśniczyny ksiądz Kącki, kiedy na chwilę spacerowali obok siebie.
- A jakże, nie tylko przywykłam, ale i pokochałam to życie. Ale niech ksiądz nie mówi o pustkowiu, bo z leśnymi ludźmi, z pracownikami lasu cały czas się spotykamy. Ja oczywiście rzadziej, bo w bibliotece w Różanowie zwykle do czwartej pracuję, Dorotka już odebrana ze szkoły, przy mnie. Wracamy przed piątą po południu, ale i wtedy nie omieszkam się spotykać z ludźmi, którzy do leśniczówki przyjeżdżają, czasami zostają na noc, bo mąż jeden z pokojów przeznaczył na noclegi dla gości. A będziemy tutaj mieć wigilię z pracownikami, w wigilię Wigilii - prawdziwe tłumy gości i przyjaciół… a księdza zapraszamy… no tak.. - pani Tereska zmieszała się - miało być bardziej dostojnie i oficjalnie… serdecznie zapraszamy księdza na naszą wigilijną wieczerzę.
Ksiądz Kącki zmarszczył brwi, ale jego twarz jednocześnie pojaśniała.
- Będzie to trochę kolidowało z naszą miejską wigilią dla mieszkańców miasteczka, ale niezawodnie się stawię, choćby na godzinkę - odparł po krótkim namyśle. - A cóż to pan radca taki dzisiaj nie do przyłożenia na ranę? - ksiądz Kącki zwrócił się teraz do pana radcy Kracha.
- Ksiądz nie wie jeszcze tego, co ja wiem i to mnie boli i przeraża.
- A cóż to takiego? - niemal równocześnie odezwali się pan leśniczy i duchowny.
- Moja prawa ręka, znaczy się Sławek Brożyna ostatecznie został przez Karolinę z kawiarenki przechwycony. Zdaje się, że na dniach zwrócą się do księdza z prośbą o zapowiedzi.
- To już pewnie do księdza Andrzeja, który jako proboszcz zarządza księgami parafii - roześmiał się ksiądz Kącki. - Pan radca ma jakieś obiekcje co do tego związku? Oprotestuje zapowiedzi?
- Gdzieżbym śmiał! Ale ta Karolina… to dziewczę zapanuje wręcz nad całym dostojeństwem umysłowym Sławka, ba, już zapanowała.
Ksiądz Kącki pokiwał głową i byłby to pewnie znak świadczący o chęci zakończenia z panem radcą rozmowy, gdyby nagle się nie odezwał tymi słowy:
- Ja, o czym państwo wiedzą doskonale, na plotkach nic a nic się nie rozeznaję, ale swego czasu dobrzy ludzie mi donieśli, że pan, panie radco, został we własnym domu przez pana małżonkę, Jadzię na trwałe i to przed wielu laty usidlony, prawdaż to?
Oczywiście na okoliczność tego zapytania pan radca Krach pozwolił sobie na odpowiedź, w której najtrafniejszą ripostą było zagadkowe milczenie.

[09.12.2017, La Sentinelle, Nord we Francji]

TRANSPODRÓŻ (37) WICHER I POLITRUCY

A jednak zaszły pewne zmiany. W pogodzie. Najpierw delikatnie się ociepliło i po śniegu zostało wspomnienie, a około szesnastej przyszła wichrowa nawałnica. Zaczęło wiać tak silnie, że przezornie zdecydowałem się przestawić auto przodem na nawietrzną. Niech chłoszcze przód, kabinę, byle nie zabrał się za plandekę od tyłu, bo daję słowo, że w porywach wieje ponad setkę na godzinę. Nie dość, że przestawiłem renówkę pod wiatr, to ustawiłem ją w taki sposób, aby skręcone przednie koła zahaczały o krawężnik. Hamulec ręczny jest wprawdzie w porządku, ale techniczne licho nie śpi. Nie chciałbym się obudzić w nocy przesunięty o kilka, kilkanaście metrów, jak to miało miejsce niemal rok temu podczas wichury w Hiszpanii. Wieje straszliwie, zwłaszcza wtedy, gdy wiatr przegania jakąś parszywą chmurę siąpiącą deszczem, przelotnie pada, ale zrobiło się o jakieś pięć - sześć stopni cieplej. Pewnie powieje tak przez całą noc, aż w końcu przycichnie. Zawsze tak jest, że pierwsze uderzenie wiatru jest najgroźniejsze (pierwszy wstrząs trzęsienia ziemi również). Ponieważ zawiało od Atlantyku, prawdopodobnie jeszcze jutro wicher dotrze do Polski, a tam, albo polegnie w walce ze wschodnim chłodem, albo się wzmocni i znów nad krajem przejdzie jakiś męskoosobowy orkan. Miejmy nadzieję, że jednak osłabnie.
Nie mam wiadomości o pogodzie w Polsce poza bieżącymi, otrzymanymi drogą telefoniczną. Przez telefon dostałem też wiadomość, że Kaczyński zmienił Szydło na Morawieckiego, prawda to? Nic więcej nie wiem. Gdyby żyła teściowa, dowiedziałbym się znacznie więcej. Była skarbnicą nowinek politycznych. Po przyjeździe do kraju nie miałem wielu zaległości, a teraz, teraz muszę polegać na internecie, którego w tej chwili nie mam, a moje damy polityką się nie interesują wcale. Może to i lepiej.
Czytam „Wybór opowiadań” Czeszki. Literatura to niezła ale nie powalająca na kolana, natomiast przebiegając wzrokiem po „Trenie”, zwróciłem uwagę na pewną nazwę, sformułowanie użyte przez autora, a mianowicie: „politruk”, skrót od „politiczeskij rukowaditiel” - dosłownie kierownik polityczny, oficer polityczny, czy jakoś tak. Termin związany z poprzednią epoką… ale czy aby na pewno?
Tak mi się wydaje, że politrucy pojawili się gromadnie za rządu Buzka, znaczy się sterowanego przez Solidarność AWS-u. Prawdopodobnie, ba, pewne jest to, że mieli się dobrze i mają przy każdym rządzie, aczkolwiek nastąpiła pewna leksykalna zmiana i miast kierownika czy oficera, mamy dzisiaj doradcę politycznego.
Doradca polityczny funkcjonuje od szczebla wojewódzkiego (przy wojewodzie i sejmiku) wzwyż (rząd, prezydent, także nieformalnie sejm i senat). Występuje bezpośrednio pod takim mianem (mój ulubiony poseł był właśnie doradcą politycznym wojewody), albo też w randze wiceministra ewentualnie dyrektora, bądź wicedyrektora (zastępcy) departamentu w ministerstwach.
Na nieszczęście dla rządzących ministerstw nie można w nieskończoność podwajać; także liczba wojewodów, sejmików wojewódzkich jest określona, a zatem ograniczona jest możliwość władzy co do obsadzania swoimi najintratniejszych stołków. Są wprawdzie spółki Skarbu Państwa i te pomniejsze związane z powiatem czy województwem, są do wylania poprzedników i obsadzenia swoimi atrakcyjne stanowiska w administracji, edukacji, kulturze, policji, wojsku a nawet w służbie zdrowia, ale to wciąż za mało. Dlatego wymyślono stanowisko doradcy. Czym taki politruk-doradca się zajmuje? Najogólniej mówiąc „ma baczenie”, inaczej mówiąc, sprawdza, czy na pośledniejszych stołkach spoczywają pośladki ludzi odpowiednich, sprzyjających władzy. Jeśli trafia się jakiś eksponat poprzedniej ekipy, doradca polityczny przygotowuje grunt do tego, aby takiemu gościowi podpiłować nogi stolca, na którym siedzi. Miękka polityka politruka polega na tym, aby nie przeoczyć kończącej się kadencji poprzednika - delikwenta i przygotować konkursy w taki sposób, aby wygrały je jednostki najsłuszniejsze; twarda polega na wyszukiwaniu haków. Haki mogą być prawne, obyczajowe i polityczne. Z tymi pierwszymi najłatwiej. Usłużny wymiar sprawiedliwości, na który też przecież można znaleźć haki, odwali za doradcę kawał dobrej roboty. Od obyczajowych haków są media, z których przynajmniej część zawsze sprzyja aktualnie rządzącym. Polityczne haki to domena politruka, który potrafi do trzeciego pokolenia wstecz prześwietlić nieszczęśnika, aby w ostateczności wykazać, że z takich to a takich względów poddany wnikliwemu, politycznemu badaniu nic a nic do bieżącej władzy i uprawianej przez nią polityki się nie nadaje.
Doradca-politruk ma również zadanie pozyskać do współpracy „gumowe uszy”, czyli jednostki, które za cenę pozostawienia ich na stanowisku, choć pochodzą z innego „rozdania” politycznego, gotowe są zaprzedać duszę aniołowi, czytaj - obecnie rządzącym.
Wnikliwi obserwatorzy sceny politycznej czasami popadają w ekstazę zdumienia, dokonując arytmetycznych przeliczeń liczby politruków. Otóż okazuje się, że zmniejszenie liczby ministerstw (województw się nie da, choć Buzkowi to się „udało odwrotnie” dzięki reformie samorządowej) wcale nie powoduje zmniejszenia się liczby politruków. Od czego są bowiem wiceministrowie, od czego zastępcy i tychże zastępców zastępcy.
Pocieszające jest to, że po zmianie ekipy następuje cykliczna wymiana politruków.
Jeszcze politrucy nie zginęli i długo nie zginą.

[10.12.2017, La Sentinelle, Nord we Francji]



TRANSPODRÓŻ (36) ZIMOWO Z BIAŁYMI KWIATAMI

Niedziela na parkingu w La Sentinelle, niedaleko Valenceinnes. Siódma rano. Zadymka śnieżna, która potrwa do dziesiątej. Obserwuję jak śnieg tworzy coraz grubszą warstwę mokrej, przylegającej do asfaltowego podłoża waty. Temperatura około zera, a więc gdyby nie ten intensywny opad, śnieg topiłby się natychmiast, tworząc burą breję. Ta z kolei powstaje na pobliskiej autostradzie A2. Samochody jadące teraz wolniej rozbryzgują opadające płachty śnieżnej zamieci, pozostawiając po unurzanych w wilgoci oponach skrzące się srebrzyście granatowe koleiny. Przejeżdżające pługi ostatecznie oczyszczają szosę z pośniegowego błota. Ruch na autostradzie staje się coraz szybszy, a na parkingu po dziesiątej, spod mizernej, acz równomiernie rozpostartej przybrudzonej bieli, prześwituje asfalt. Śnieg już nie pada. Silny wiatr, który po przejściu śnieżycy zmienił swój kierunek, niezdarnie przywiewa sporadyczne krople deszczu. Przede mną, przy drodze wyprowadzającej auta z parkingu na autostradę szpaler brzóz uchyla swoje nagie ogłowia koron przed podmuchami wiatrzyska, które zdaje się tracić wcześniejszy impet. Starsze i wyższe brzozy ogołocone są z listowia i drapią wiotkimi gałązkami nasycone wilgocią powietrze. Kilka młodszych brzóz ubranych jest jeszcze w intensywnie żółtą sukienkę liści. Wiatr na chwilę ustaje, drzewa pokornieją w oczekiwaniu na kolejną szarżę podmuchu i nagle z nadciągającej z nienagła sinobrunatnej chmury wylewa się jak z dziurawego kubła deszcz. Ciężkie krople systematycznie roztapiają niknące w oczach prześcieradło śniegu na parkingu, znów wzmaga się wiatr, zacina z ukosa, przegania nabrzmiałą wodą jak balon ciepłym powietrzem chmurę, brzozy znów się kłaniają, a po przedniej szybie auta ślizgają się oderwane od krawędzi dachu bezkształtne płachty tego, co przed godziną, dwiema, było jeszcze śniegiem. I tak już zostanie. Do południa? Do wieczora? Aż powróci słoneczny wyż. Czy zdoła powrócić?
Pomiędzy siódmą a dziesiątą posilam się prędkim śniadaniem, kilkoma łykami ciepłej kawy z termosu, kawy zrobionej poprzedniego dnia wieczorem, jeszcze papieros i znów zapadam w szybki, nietrwały sen. A w nim wieczór, jadę samochodem osobowym do punktu A, do jakiegoś miasta, lecz nie wiedzieć czemu, mylę trasę i oddalam się od miejsca, do którego miałem dojechać. Zatrzymuję się na takim zwyczajnym, wiejskim przystanku autobusowym. Wysiadam z auta, aby odczytać nazwę miejscowości. Nagle słyszę za sobą kobiecy głos:
- Czy może mi pan powiedzieć, co tam jest napisane? O której godzinie jest pogrzeb?
Odwracam głowę ku temu głosowi. Postać kobiety jest tak zamazana, że nie potrafię odczytać rysów jej twarzy.
- Pan też na pogrzeb? - kobieta pyta dalej.
- Proszę pani, ja nie wiem nic o żadnym pogrzebie. Nie jestem stąd, zgubiłem się i właśnie próbuję znaleźć właściwą drogę.
- Aha, to w takim razie przepraszam.
Wsiadam do samochodu, zapuszczam silnik i jadę. W gęstniejącym mroku mijam ludzi idących w stronę przeciwną do kierunku mojej podróży. Ludzie trzymają w dłoniach naręcza białych kwiatów… i wiązanki, i wieńce także ozdobione są białym kwieciem….
Minęła jedenasta. W pogodzie bez zmian.

[10.12.2017, La Sentinelle, Nord we Francji]

TRANSPODRÓŻ (35) O SEKSIE W DWÓCH ODSŁONACH

1)
Czy wielkie miasto musi mieć w sobie coś z wulgarnej rozwiązłości? Wielkie miasto zachwyca swym ogromem, historią, sztuką, wielością możliwości, łatwością dostępu do czegokolwiek. To tutaj, w tej kolonii anonimowości tworzy się nowe. Wielkie miasto pochłania i tęgie umysły i biedotę z prowincji. Każdy znajdzie tu skrawek niezależności lub imitację tejże, odnajdzie to, za czym bezskutecznie uganiał się po świecie odartym ze złudzeń.
Przejeżdżając przez Paryż zdarzyło mi się przymusowo (wykluczone z ruchu jedno pasmo autostrady) przejechać skrajem lasku bulońskiego. Dla niewtajemniczonych informuję, że lasek buloński jest miejscem schadzek pań i panów poszukujących płatnych, pozamałżeńskich i wolnych od skrupułów przygód. Jedna tylko ulica o długości ponad dwóch kilometrów, a co sto metrów, dosłownie co sto metrów, ofiarująca swe usługi pani. Wieczór pogrążył się w zmierzchu, a jest to pora najodpowiedniejsza na pofolgowanie prostym namiętnościom. A ja byłem mimo wszystko zdegustowany ogromem propozycji, na które odpowiadał twierdząco popyt mężczyzn w zróżnicowanym wieku. Niesmak powlokłem z sobą, ja, który popełniłem nieskończoną jeszcze czytankę „Święta Magdalena od szosy”, w której zamierzałem niejako rozgrzeszyć tę skomplikowaną, przynajmniej dla mnie, namiętność dzielenia się własnym ciałem z kimś zupełnie obcym, sprzedaży pozornych uczuć; bez uciekania się do oceny sprzedawczyni złudzeń, czy też, Broń Boże, ciskania w nią kamieniem.
2)
Było to w Mysłowicach podczas długiego oczekiwania na załadunek. Chyba raczej przypadek sprawił, że na radiowym wyświetlaczu pojawił się napis „radio TOK FM”, czy jakoś tak. Słuchałem. Audycja dotyczyła społeczności LGTB. Prowadzący nią promowali najnowsze wydanie czasopisma poświęconego ludziom kochającym inaczej, a właściwie, jak się później okazało, ludziom uprawiającym seks inaczej. Cieszono się z tego, że wiceprezydent bodajże Świdnicy odważył się na tzw. „coming out”, to znaczy publicznie ujawnił, że jest homoseksualistą. Lepiej powiedzieć prawdę o sobie, nie narażając się tym samym na to, że sprawa odmienności płciowej wyjdzie na jaw od osób trzecich, często jawnych wrogów społeczności LGTB posługujących się językiem kpiny, szyderstwa, czy wręcz nienawiści. Faktycznie, z tego punktu widzenia decyzja o „coming oucie” ma sens.
Było to jednak preludium do tego, co nastąpiło potem. Przed radiowe mikrofony posadzono: mężczyznę w nieokreślonym wieku, prawdopodobnie o orientacji homoseksualnej oraz panią uczoną, która, jak się wyraziła, w celach zawodowych ogląda filmy pornograficzne. Pomyślałem sobie, że trafiła się tej pani niezła fucha. 
Rozpoczęła się wielce ciekawa a pouczająca rozmowa tych dwojga, podczas której pani uczona zdawała się być orędowniczką seksu analnego, który, kto wie, czy nie daje większej przyjemności kopulującym niż ten w tradycyjnym, damsko-męskim wydaniu. Pani, która w celach zawodowych ogląda pornusy posunęła się w objaśnieniu swoich naukowych obsesji dalej, udzielając słuchaczom stosownych instrukcji, bez znajomości których seks, o jakim mowa, może nie dostarczyć parze takich przyjemności, na jakie zasługuje. Nadto pani naukowiec wyraziła pogląd, że tak do końca nie wiemy, jakie są nasze erotyczne upodobania, innymi słowy wcale nie jest powiedziane, że mężczyzna uważający się za mężczyznę nie jest przypadkiem kobietą i na odwrót. Jednym z argumentów przytoczonych przez panią naukowiec było to, iż ponoć w starożytnej Grecji możni obywatele Aten mieli na podorędziu kochanków, co poczytywali sobie za zaszczyt. Nie posunąłem się aż tak daleko w znajomości historii i obyczajów starożytnych Greków, aby przyjąć za dobra monetę słowa pani zajmującej się zawodowo pornolami; zawsze wydawało mi się, że obywatele Aten tudzież Rzymu znaleźli chlubne miejsce w historii świata z powodu wyznawanej i uprawianej przez nich filozofii, literatury, sztuki, architektury, sportu, także umiejętności prowadzenia słusznych i niesłusznych wojen.
Pani obeznana w filmach pornograficznych postąpiła krok dalej, wysuwając tezę, iż owa nieświadomość własnej płciowości, innymi słowy to, że stosunki pomiędzy osobnikami tej samej płci nie są, na nieszczęście, akceptowane przez obywateli, wynika z uwarunkowań kulturowych i religijnych. Gdyby zatem zburzyć te bariery, ukrócić kulturowe i religijne zahamowania, mogłoby się okazać, że w gruncie rzeczy człowiekowi byłoby obojętne kto, z kim i jak popuszcza cugle swoich namiętności, swoich erotycznych upodobań.
Pani naukowiec z ubolewaniem przyjmuje do wiadomości fakt, iż miłość wyrażająca się koniecznie w stosunku płciowym osobników tej samej płci nie znajduje zrozumienia u osób heteroseksualnych. A można to zmienić. Jak? A chociażby w ten sposób, że zaakceptujemy stosunki analne. Jeżeli zaakceptujemy doodbytnicze stosunki pomiędzy heteroseksualnymi parami, kiedy doświadczymy tej przyjemności, łatwiej nam będzie pozytywnie odnieść się do „miłości” homoseksualnej, zwłaszcza mężczyzn. No tak, ale jak sprawić, aby zachęcić pary uprawiające tradycyjną miłość do polubienia analnej? W tym miejscu wywiązała się polemika pomiędzy mężczyzną w nieokreślonym wieku, prawdopodobnie homoseksualistą, a panią, która w celach zawodowych ogląda filmy pornograficzne. Mężczyzna (prawdopodobnie był to jednak mężczyzna, choć pewności mieć nie można) zasugerował, aby taka zachęta rozpoczęła się od tego, że zachęcający się podmiot będzie sobie wsuwał w odbytnicę paluszki celem jej penetracji, tudzież przekonania się, że ta niewinna czynność okaże się przyjemnością, jakiej nigdy dotąd nie zaznał.
Pani specjalistka od filmów pornograficznych była z kolei zdania, że wybrałaby perswazję oraz „zabaweczki”, którymi w ciekawszy sposób dochodzi się spenetrowania własnej pupy. Niestety nie sprecyzowała wyżej wymieniona, w jaki to sposób dochodzić by mogło do przekonywania partnera/partnerki, aby w celach drastycznego wzrostu własnej przyjemności z seksu, odrzucił (-ła) tradycyjne baraszkowanie na rzecz analnej penetracji.
Posiadając całkiem spore pokłady wyobraźni, spróbowałem przedstawić sobie to pani lubującej się zawodowo w filmach pornograficznych przekonywanie mojej nieskromnej osoby.
Zatem leżymy sobie, jak Adam z Ewą w Raju, a gorąc taki, że bez spodenek oboje i nagle ta naukowa pani powiada do mnie, czy przypadkiem nie chcę jakiejś odmiany… aż brwi uniosłem z wrażenia. No proszę, zrób to, będzie lepiej niż fajnie i podaje mi jakąś patyczkową zabaweczkę, abym sobie ów przedmiocik głęboko wsadził. Czynię to niemal bez oporów, bo nie znam jeszcze swojej religii, ani też nie jestem obciążony balastem kultury.
- I jak, kochanie?
- I s…. - odpowiedziałbym tej pani rymowanym słowem, którego z racji swych intelektualnych zahamowań nie wypowiem.
Otóż i nadeszła pora na dokonanie nieśmiałego podsumowania, które uważny czytelnik uzna, i słusznie, za polemikę względem poglądów tej pani oglądającej w celach zawodowych pornosy (czy aby na pewno w celach zawodowych?).
Otóż może i piszący te słowa osobnik jest na tyle zacofany, że nie potrafił sobie wybrać odpowiedniej płci, pozostając po dni jego ostatnie mężczyzną; może cierpi on z powodu przytłaczającego jego barki balastu kultury; może z religijnych względów uważa, że małżeństwo, co się zowie, to związek dwóch osobników o płci cokolwiek odmiennej, może….
Jednakowoż temu, któremu było dane wysłuchać audycji radiowej (nie wytrwał do końca - cierpliwość w oczekiwaniu na mądre słowa utracił) zawsze się wydawało i wydaje, że w kwestiach tak intymnych jak seksu ku obopólnej radości uprawianie, to sprawa na tyle osobista, aby pozostała w tym najmniejszym, dwuosobowym gronie kochających się ludzi. I choćby pani naukowiec, od pornosów specjalistka, wykonała plan obejrzeń tych ambitnych obrazów w procentach dwustu, ani płci mojej nie zmieni, ani orientacji, ani też nie wpłynie rozwój moich skłonności do erotycznego eksperymentowania. Jest to ta sfera ludzkiej uczuciowości i fizjologii, która była, jest i będzie dla pani naukowiec niedostępna. Na nic zatem pornograficznych filmów oglądanie, na nic mizdrzenie się do osobników, którzy przyjemność egzystencji na świecie widzą jedynie w akcie erotycznego spełnienia… bo przyjemności z życia jest tak wiele i czerpać je trzeba pełnymi łyżkami, aczkolwiek niekoniecznie z kotłów filmów, jakie pani zawodowo ogląda.
A te zabaweczki może sobie pani wsadzać, gdzie tylko popadnie. Mnie nic do tego.

[09.12.2017, La Sentinelle, Nord we Francji]

TRANSPODRÓŻ 34 PLOTECZKI

Podsumujmy:
1) Malanów (Sungarden) - Landau (Danisches Bettenlager) w Niemczech;
2) Dreieich (DHL Hitachi) w Niemczech - Leszno (Miro);
3) Mysłowice (Valeo Autosystemy) - Chartres de Bretagne (Peugeot/Citroen) we Francji;
4) Vitre (Breger) - we Francji - Souchaux (PSA) we Francji;
5) przeładunek Vesouil we Francji - Freiburg w Niemczech;
6) Audincourt (Peugeot Japy) we Francji - Trith St. Leger (PSA) we Francji.
A teraz kluczowe pytanie: w jakim celu wypisuję te poszczególne kursy podczas obecnej trasy? Otóż zdarza mi się zapomnieć, gdzie byłem dnia poprzedniego, to raz, a dwa, że warto jest pamiętać, gdzie się było choćby z tego powodu, że bywa się w tych samych miejscach (Malanów, Leszno, Souchaux, Dreieich), co ułatwia analizowanie trasy, ilości przejechanych kilometrów, czasu, w jakim dany kurs należało odbyć.
Kilka wrażeń i spostrzeżeń.
Najpiękniejsza grudniowa pogoda w Bretanii (3 i 4); tam też chyba w ogóle najpiękniej - w Bretanii i przejeżdżając przez Normandię.
Jazda „na maxa” - ta ostatnia (6), w dwóch miejscach płatną autostradą. Ale bez przesady, maksymalnie jechałem 105 km/h, a to z tej przyczyny, że mam założony „kaganiec” na maksymalną szybkość - właśnie tyle kilometrów na godzinę.
Największy wysiłek - trasa nr 5. W tym miejscu pewne wyjaśnienie. Francuska żandarmeria ułapiła kolegę z firmy - Ukraińca, wcześniej go nie znałem - za przeładowane auto. Firma zapłaciła 90 euro kary, a na dodatek miała dostarczyć auto, aby podzielić ładunek. Byłem chyba najbliżej i już po rozładunku w Souchaux, więc podjechałem do nieszczęśnika, który podróżował z Hiszpanii do Czech. Przeładowaliśmy połowę ładunku na moje auto, a kiedy żandarmi oddali ukraińskiemu kierowcy dokumenty, wyruszyliśmy jakieś 160 kilometrów do Freiburga w Niemczech (trzeba było wydostać się z Francji). Tam na parkingu przy Shellu przerzuciliśmy z powrotem tę część ładunku, który zabrałem na swoje auto. Ukrainiec pojechał dalej, a ja pozostałem na tym parkingu na noc. W tym miejscu pora na kolejne „naj”. Najdłużej spałem właśnie w Niemczech pod Freiburgiem. Tutaj też przeżyłem rozkosz poranka dnia następnego - piękne,  boleśnie rażące oczy słońce. Później sprintem pod załadunek i na maksymalnej prędkości co celu pod Valenciennes.
Apetyt, o dziwo, mi dopisuje. Gdyby ktoś pytał, czy lubię „chińskie zupki”, odpowiadam, lubię, ale w domu ich nie jadam, no, może raz na rok. Ale „chińska zupka” w podróży, gdy nie ma czasu na dania Gesslerowej, smakuje wyśmienicie, tyle że ubogacam taką zupkę porcją szybko gotującego się makaronu oraz bulionową kostką. O ile w domu jem zazwyczaj wtedy, gdy jestem głodny, lecz również o określonych porach dnia (czasami także nocy), to w podróży liczy się to, aby posiłek, jaki spożywam rozgrzewał żołądek i resztę wnętrzności aż po jelita. „Chińska zupka”, tudzież kawa lub herbata czynią swoją powinność - rozgrzewają. Rzecz jasna nie jadam tych zupek „wkoło Macieju”. Ostatnia moja wieczerza to puree ziemniaczane połączone z jednojajeczną jajecznicą na oleju ze sporą wkładką drobno posiekanej cebuli plus sałatka w occie z papryki, ogórków, oliwek i cebulki oraz trochę surówki z kiszonej kapusty. Jak widać obywam się bez mięsa, nie że w ogóle nie jadam, ale niewiele, natomiast cebula musi być. Zauważyłem, że spożywając cebulę (nie w straszliwie wielkich ilościach) nie cierpię na przeziębienia i tym podobne głupoty. Doszło nawet do tego, że podejrzewając, przeczuwając, że jestem o krok od przeziębienia, staram się natychmiast zaserwować sobie troszkę cebuli w rozmaicie sporządzanych daniach.
No i poplotkowało się ciut o sobie, swoich przyzwyczajeniach, wrażeniach. Już piątek, dla niektórych ukochany piąteczek; dla mnie marzeniem byłby kurs z piątku na poniedziałek, ale jak będzie, się okaże.

[08.12.2017, Freiburg w Niemczech]


07 grudnia 2017

TRANSPODRÓŻ (33) DLACZEGO?

Dlaczego piszę? 
Przyzwyczajenie? Uzależnienie? Potrzeba? Lubię składać literki w wyrazy, a te w zdania?
Podobają mi się zdania zakończone kropką lub wielokropkiem. Lubię posługiwać się średnikiem o wiele częściej niż myślnikiem. Zdarza mi się używać cudzysłowu, zwłaszcza przy cytowaniu interesujących myśli ciekawych ludzi. Staram się nie robić błędów, choć nad wyraz często urywam ogonki od „ę”, „ą”, pomijam kropeczkę nad „z”, albo też ukośną kreseczkę nad „n”, „s” czy „c”. Jeśli chodzi o interpunkcję, to czasami wprowadzam własne rozwiązania, głównie w odniesieniu do przecinków. Uważam, że przecinek wymyślono nie dlatego, aby jedynie wtłoczyć go w reguły pisowni i ortografii; istnieje on również po to, aby tak jak znak ostrzegawczy przy drodze mówił: - uwaga na kolejną myśl; poprzednia została zakończona!
Dlaczego piszę tutaj, w internetowej przestrzeni?
Nie posiadam majątku, który mógłbym komukolwiek przekazać. Jedyne co mam to słowa, a i te niewiele znaczą. Skoro jednak powstały, niechże sobie pobędą i użyźnią glebę. Cała nadzieja w tym, że w czasie prac polowych przygotowujących ziemię pod zasiew natura dostarczy wystarczających ilości wilgoci; w przeciwnym razie moje słowa nie sprawdzą się nawet jako obornik. 

[06.12.2017, Freiburg w Niemczech]

06 grudnia 2017

TRANSPODRÓŻ (32) WYŚCIG

Ilekroć przejeżdżam przez Saksonię w pobliżu miasteczka Meerane, doznaję szczególnego uczucia - nawrotu pamięci. Dla wielu Meerane to miasteczko jakich w Niemczech wiele, ba, kto tak naprawdę wie, z czego słynna jest ta miejscowość. Ja pamiętam.
Meerane (właściwie jedna z głównych ulic tego miasta, niezwykle stroma, swego czasu (nie wiem czy również i obecnie) pokryta typową niemiecka kostką brukową) słynne jest z tego, że śledziło zmagania kolarzy w kultowym „Wyścigu pokoju”. To na tej „ścianie płaczu” rozgrywały się dawnymi czasy losy etapu (wyścigu). Według relacji komentatorów, między innymi wspaniałego Bogdana Tuszyńskiego, dochodziło do tego, że aby pokonać tę „ścianę, wielu kolarzy zsiadało z rowerów, zarzucało je na swoje barki i wbiegało z nimi na górę, aby ukończyć etap.
Mówcie co chcecie, wieszajcie psy na PRL-u, ale Wyścig Pokoju to było niesamowite przeżycie nie tylko dla sympatyków kolarstwa w Polsce. Wyścig Pokoju żył własnym życiem, przyciągając tłumy na trasy, na stadiony, przed odbiorniki radiowe i telewizyjne. Przerywano prace w zakładach, lekcje w szkole, aby na bieżąco usłyszeć w radioodbiorniku relacje z wydarzeń  na poszczególnych  etapach emitowane w radiowej jedynce co trzydzieści minut: kto się zabrał w ucieczce, kto wygrał lotną czy górską premię, jak tam nasi. Doniesienia te przygotowywały miłośników „dwukółek” (należałoby raczej napisać - społeczeństwo) do obejrzenia ostatnich kilometrów walki na szosie z widoku helikoptera, z motocykla, a w końcu, gdy napięcie sięgało zenitu oczekiwało się na ten moment, który z kolarzy pojawi się pierwszy na stadionie, kto pierwszy dojedzie do mety i dlaczego będzie to Szurkowski lub Szozda.
A kolarzy mieliśmy świetnych. Zaczęło się od Staszka Królaka, ale byli także Zieliński, Gawliczek, Gazda, Kudra, Magiera, Czechowski, Stec, Hanusik, Bławdzin, Mytnik, Nowicki, Szurkowski, Szozda, Brzeźny, Sujka, Kowalski, Lis, Jankiewicz, Piasecki, Lang, Szczepkowski, Wadecki, Halupczok, Mierzejewski (tyle z pamięci) i wielu, wielu innych.
Mieli też Rosjanie Nielubina, Sajdchużyna, Lichaczewa i Suchoruczenkowa; mieli Niemcy Amplera i Ludwiga; mieli Czechosłowacy Moravca, Svoradę a wcześniej Veselego; i mieli Rumuni takiego, co wiecznie uciekał - Romascanu.
A my, chłopcy od kwietnia do czerwca, mieliśmy swoje zawody …w guziki.
Robiło się przepiękne trasy: proste, kręte, czeskie kopce, piaszczyste bezdroża i kamieniste Meerany, a zawodnikami były guziki lub kapsle.
Kapsle to taki trochę niższy poziom - taka „urawniłowka”, bo kapsle były takie same i jakby bez duszy, natomiast guziki, oho, to dopiero była elita. Nadawały się do tego naszego „kolarstwa” zapasowe guziki od nowych marynarek ojców i tych starszych, przechodzonych, rzadko używanych. Były guziki z palt, jesionek, kurtek, spodni, matczynych lub babcinych wdzianek i te zakupione w pasmanterii, a podkradzione z szuflad i metalowych pojemników po „krakusowej” szynce. A trzeba było wybierać takie, które potrafiły z odpowiednia precyzją wchodzić w zakręt, umiały się wspinać na wzniesienia, pokonywać wyboje i zachować siłę na skuteczny finisz.
Pstrykało się nimi na raz albo na trzy razy; wypadnięcie z narysowanej trasy powodowało, tak jak w przypadku gry w „chińczyka”, cofnięcie się na z „góry upatrzoną pozycję”… a peleton uciekał, a nikt nie chciał być maruderem.
I tylko wieńców nie było; nie było triumfalnego przejazdu wokół stadionu.

[06.12.2017, Botans, Teritoire de Belfort we Francji]

GAWĘDA WIGILIJNA (OBRAZKI RODZINNE) -3-

3.
Kiedy podjechał pod dom, zdążyła zejść na dół i czekała na niego przed wejściem na klatce schodowej. Jakimś sposobem obliczyła, że dojazd taksówki na miejsce potrwa akurat tyle czasu, ile potrzeba, aby zdołała się przygotować do wyjazdu i oczekiwać na niego nie więcej niż trzy minuty. Zadzwoniła nie na ogólny numer taxi, ale bezpośrednio do niego na komórkę. Przywiązała się do tego taksówkarza. Zdarzało się, że dzwoniąc na taxi, domagała się, aby podjechał po nią właśnie ten pan przed trzydziestką, który podwoził ją często w różne miejsca, a to na cmentarz, a to na zakupy lub do teatru albo do znajomej mieszkającej w innej dzielnicy. Kiedy był akurat zajęty, odczekiwała aż skończy kurs i zjawi się pod jej blokiem po pewnym czasie; zawsze bowiem dzwoniła z wyprzedzeniem, aby mieć pewność, że pan Włodek będzie wolny. Tym razem powiadomiła go wstukując bezpośrednio jego osobisty numer.
Wysiadł z auta i spokojnym krokiem podążył w stronę wejścia do bloku. Otworzyła mu drzwi.
- Dzień dobry, pani Domańska - powitał ją z uśmiechem na twarzy. - Gdzie tym razem jedziemy?
- Kochanieńki, na dworzec. Tyle, że byłbyś łaskaw wytaszczyć z mojego mieszkania dwie torby?
- Oczywiście, pani Weroniko. Mam rozumieć, że udaje się pani na święta do rodziny?
- Owszem, panie Włodeczku. Pomyślałam sobie, że zrobię młodym niespodziankę. Wczoraj byłam na opłatku w domu seniora i coś mnie tak tknęło, aby pojechać do nich bez zapowiedzi.
- Bez powiadomienia, no proszę, pani Weronika jak zwykle nieprzewidywalna, z fantazją.
Wchodzili po schodach na pierwsze piętro, powoli, lecz mimo wszystko nie dało się odczuć, że pan Włodek - taksówkarz idzie ramię w ramię z kobietą mającą lat osiemdziesiąt dziewięć. Dożyć takiego wieku i mieć taką kontrolę nad własnym ciałem i umysłem - tylko pozazdrościć.
- Pomyślałam sobie, że może to już moje ostatnie święta, więc niechże znajdę się w miejscu, w którym spędziłam najpiękniejsze lata swojej młodości - wyszeptała.
- Ale co też pani mówi? W takiej kondycji dożyje pani setki, albo i dłużej.
- Nie przeczę, kochanieńki. Czuje się wyśmienicie, jak na swój wiek, ale kto wie kiedy Pan Bóg powoła mnie do siebie. Lepiej się przygotować na ostateczność.
- Lepiej nie wiedzieć i nie myśleć o tym.
- Tak sądzisz? Dożyjesz tylu lat, co ja, to przekonasz się, że ze śmiercią trzeba się oswoić. I pomyśl sam, na co Panu Bogu na tym świecie taka stara baba jak ja?
- Widocznie jest mu potrzebna.
- Ta… możliwe…
Przekręcała klucz w drzwiach, otwarła je, zapaliła światło w przedpokoju.
- To właśnie te torby - wyrzekła. - Ta większa z prezentami - pochwaliła się.
- Wykosztowała się pani, oj wykosztowała.
- Ale tam, jakie koszty. Wydziargałam wszystko na drutach, wyhaftowałam - takie to moje prezenty. Już w lutym zaczęłam, aby zdążyć na święta.
- Pozazdrościć wzroku.
- Panie Włodeczku, wzrok już nie ten. Bez okularów się nie obejdzie przy nawlekaniu igły.
- Mimo wszystko…
- Kochanieńki, a teraz kolejna prośba do pana. Niech pan będzie łaskaw sprawdzić czy zakręciłam gaz i wodę, a potem niech pan prztyknie te korki i prąd odłączy. Co miałam w lodówce, poprosiłam sąsiadkę, aby przechowała; ma wielką zamrażarkę.
Pan Włodek zrobił co trzeba i sprawdził jeszcze czy kobieta zamknęła drzwi na oba zamki. Stali przez chwilę na klatce przed drzwiami. Taksówkarz co i rusz naciskał klawisz włącznika światła na korytarzu.
- Kochanieńki, a teraz rozsuń tę większą torbę. Tam, na samym wierzchu znajdziesz zawiniątko. Wyhaftowałam dla ciebie sześć podkładek pod szklanki lub filiżanki. 
Trzymał już w dłoni ten lekki pakunek.
- Ależ pani Weroniko, tak nie można. Ma pani przecież rodzinę. Skąd pomysł, aby mnie darować taki prezent?
- Ty mi tu nie filozofuj, tylko bierz, jak ci dają, a jeśli masz jakieś obiekcje, to będę miała do ciebie jeszcze jedną prośbę, kochanieńki.
- Słucham uprzejmie.
- Pomożesz mi wtaszczyć te torby na peron? Tam już dam sobie z nimi radę.
- Oczywiście, że pomogę. Ponadto ma pani u mnie kurs gratis.
Schodzili powoli na dół.
- Ty mi tu o żadnych gratisach nie mów. Zapłacę tyle, ile pokaże licznik. Masz przecież dom. Żona, mówiłeś, licho zarabia, a ty, czy to dzień, czy noc, włóczysz się po mieście, aby zdobyć jakiś grosz, a żona, choć przecież rozumie, że tak musisz, to mimo wszystko wolałaby, abyś z nią spędzał przynajmniej te noce, prawdę mówię?
Wyszli już przed blok. Pan Włodek czy to się zamyślił, czy to zabrakło mu nagle słów, nie odpowiadał. Dopiero kiedy uruchomił silnik, odwrócił głowę i przez ramię wyszeptał w stronę kobiety:
- Żona jest w ciąży… dziecko w drodze.
- No… powiedziałbyś mi o tym wcześniej, tobym ci utkała coś dla maluszka… ale tam… czas nie zając… zdążę jeszcze.
Jechali powoli zatłoczoną osiedlową ulicą.
- Pani Weroniko, a czy z dworca, dokąd pani jedzie, ktoś panią odbierze? Niezapowiedziana wizyta….
- O to się, kochanieńki, nie martw. Przecież jadę tak jakby do siebie, prawda?

[03.12.2017, Mysłowice]

04 grudnia 2017

GAWĘDA WIGILIJNA (OBRAZKI RODZINNE) -2-

2.
- Siostra, wyglądasz jakbyś połknęła żabę. Nie cieszysz się?
Krystian jest w szerokiej sieni, po omacku szuka wieszaka na palto, które dopiero co zdjął z siebie, podobnie zresztą jak Justyna, powielająca ruchy męża. Wreszcie dopadł wieszaka - przymocowany do ściany w innym miejscu, bardziej pośrodku holu. Wieszają oboje.
- No co ty, brat, cieszę się, choć myślałam, że przyjedziecie jutro. Nawet nie wiem, jak się z wami przywitać.
Krystian dostrzega teraz, że dłonie siostry utytłane są w mące.
- Wypieki, tak? - pyta całując Krystynę w policzek.
- Robię sernik.
- Twoje ciasto nigdy nie miało sobie równych. Odziedziczyłaś tę umiejętność po matce - stwierdza Krystian. - Gdybyś potrzebowała pomocy, przywiozłem z sobą Justynę - rzuca kąśliwe spojrzenie w stronę żony, która teraz wymienia pocałunki z Krystyną.
- Mój Boże, jak mnie ta droga zmęczyła. Te przedświąteczne korki są przerażające.
Justyna musi chyba udawać zmęczenie, bo wygląda olśniewająco. Po zdjęciu wierzchniego okrycia prezentuje na swojej szczupłej sylwetce świetnie skrojony, dopasowany do ciała, leżący jak ulał kostium w kolorze ciepłego, jasnego beżu.
- A gdzie podzieliście Magdę?
- Tegoroczne święta i sylwester nasza córeczka spędza ze swoim przyjacielem w ekskluzywnym pensjonacie w Krynicy - tłumaczy nie bez satysfakcji Krystian.
- No tak, jest już dorosła. Justysiu, jeśli jesteś zmęczona, wasz pokój jest gotowy.
Szwagierka docenia troskę Krystyny szerokim uśmiechem i odruchowo zdejmuje z wieszaka oba palta, jej i męża.
- Ale gdybyś sobie życzyła pomocy z mojej strony, zawsze możesz mnie zawołać.
- Został mi jeszcze sernik i makowiec, ale makowiec zrobię wieczorem, jak Tomasz wróci z zakładu. Może pomogłabyś mi jutro przy pierogach?
Justyna potwierdza skinieniem głowy, choć u niej domowych pierogów się nie lepi - szkoda czasu, skoro w każdym sklepie można kupić mrożone. 
Justyna kieruje się na górę, a Krystian wraca do pozostawionego przed domem auta po bagaż - dwie pękate walizki. Później zaczyna się wspinać po schodach do swego pokoju, przed którym napotyka ośmioletniego Janka. Upuszcza walizki, przybija z chłopcem piątkę i jeszcze przed nawiązaniem rozmowy z dzieckiem, wydostaje z walizki starannie zapakowane w pozłotko pudełko z grą komputerową i bombonierkę.
- To prezent dla ciebie - informuje siostrzeńca. - Gdybyś miał jakieś problemy z zainstalowaniem gry, wpadnij do mnie, pomogę.
- Dziękuję. Dam sobie radę, wujku.
Janek, którego Krystian jest chrzestnym to pupil starszego z Gawłowskich. Chłopiec zbiega na dół, do kuchni, gdzie oczywiście chwali się przed matką z otrzymanych prezentów.
Krystyna nie jest zadowolona, choć nie okazuje tego przed synem.
- A umówiliśmy się, że prezenty kładziemy pod choinkę, i zabieramy się za nie po wieczerzy… on tak zawsze… - myśli i zdegustowana nastawia piecyk na najodpowiedniejszą dla sernika temperaturę.
(...)
[03.12.2017, Mysłowice]