Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

21 maja 2018

SPOTKANIE TRZYNASTE - GRABOWSKI



- Czy coś się stało?
- Ech, sąsiedzie, szkoda gadać.
Grabowski od progu do kuchni szedł takim krokiem, jakby wracał z wojskowej defilady, a jego nogi kontynuowały jeszcze marsz. Trochę to wyglądało tak, jakby wkroczył nie do domu Staniszewskich, a do własnego. Przysiadł przy kuchennym stole, zanim gospodarz mu na to zezwolił. Zza pazuchy wyjął butelkę żytniej i postawił ją przed sobą na stole.
- Panie Grabowski, w takim tempie to obaj popadniemy w alkoholizm - wyrzekł Staniszewski. - Przedwczoraj był pan u mnie. Wczoraj przeorałem panu te trzy hektary. Niezadowolony pan z roboty?
- Gdzież tam bym śmiał narzekać. Robota pięknie wykonana. A dzień mi się zaczął świetnie. Marek Sochackich przez Badylaka dał mi znać, że traktor naprawiony i pojechali my z Wojtkiem na skup, na państwowe, bo podobno mieli szybko płacić. No i my zajechali, a te majstry dalejże próbkę wzięli na wilgotność ziarna - ta wypadła w normie. Jużem se pomyślał, dobra nasza, będziem, Wojtuś, pieniążki liczyli, będzie na poplon i nawozy, a i matce do chałupy coś kupim, a te popaprańce godają, że pszenica, owszem, niemała, ale ziarno zanieczyszczone i nie mieści się w ich kategorii. Trzy procenty od metra mi odjeni - rozbój w biały dzień, panie Stanisławie.
- I te trzy procenty chce pan opić czterdziesto-pięcioma?
- Na to mi przyszło, sąsiedzie. Myślał ja, że skoro mi latoś pszeniczka obrodziła, to się odkuję, po tym jarym żytku, co go jakaś choroba skarliła, a tu masz - obcieni.
- Taka to nasza rolnicza dola. Raz na wozie, raz pod wozem. Aniu, kochanie!
Staniszewski tak jak przedwczoraj, zawołał córkę, która ostatnio zarywała noce. Spać nie może, czy jak, myślał sobie, ale nawet gdyby spała, na jego zawołanie zeszłaby na dół, bo córka z niej dobra. Pomyślał sobie, że w przyszły czwartek weźmie ją na targ, da pieniądze - niech się Ania obkupi. Nie tylko do szkoły, bo to nowy rok za pasem, ale też niech kupi coś dla siebie - sukienkę na tańce, jakieś buty, da nawet na nowe dżinsy, choć nie ma to jak dziewczyna w sukience, a Ania mu się udała, zgrabna, wysoka, nóg swoich niech się nie wstydzi. Ale ona lubi chodzić w dżinsach - takie czasy.
Ania zeszła do kuchni i chociaż było już po jedenastej nie wyglądała na senną i znużoną, wręcz przeciwnie - soczysty uśmiech zdobił jej twarz, a oczy, błękitne jak bezchmurne niebo w słońca zenicie, błyszczały zalotnym blaskiem.
- Zrób nam coś do przekąszenia, a dużo, bo, jak widzisz, sąsiad nasz zafrasowany i zły, a jak zły, to pewnie głodny.
- Nie tyle głodny, co zjadłby coś porządnego pod wódkę, oj tato, żeby to przypadkiem źle się nie skończyło. Dawno nie byłeś tak skory do alkoholu - zauważyła córka, lecz zajrzała niemal równocześnie i do lodówki i do szafki, gdzie chleb trzymają.
- Jakże tu z sąsiadem nie wypić, skoro szczerze strapiony, bo go dzisiaj na skupie ubodli na trzy procent.
- No już dobrze, tylko rozmawiajcie cicho, bo mama się będzie złościła.
- Będziem siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, pani Aniu - odezwał się Grabowski.
A kiedy Ania kroiła chleb i pieczyste do chleba, dodał:
- Pani Ania, to każdego dnia piękniejszą się wydaje, a mój Wojtuś to ściga sąsiadkę oczami.
- Jeszcze sobie oczy z tego patrzenia popsuje, a tego bym mu nie życzyła.
Staniszewski odkorkował butelkę i polał w kieliszki, po które sam do kredensu poszedł.
- Nie dość, Stasiu, że ładna… no, to najlepszego… to jeszcze jak śmiało odpowiada. Udała ci się córa.
- Grabowski, toż to jeszcze dziecko, prawda Aniu? Ty przecież jeszcze o żeniaczce nie myślisz.
- Prawda, tatuśku, jestem twoja ukochana córeczka, najukochańsza... bo drugiej nie masz - roześmiała się, a postawiwszy przed mężczyznami talerz z kanapkami, zagarnęła obiema dłońmi głowę ojca i pocałowała tatusia w czoło.
- A wesoła dzisiaj, a roześmiana! - Grabowski nie mógł się nachwalić Ani. Ech, pasowałaby mu na synową, pasowała.
Może i nawet z powodu Ani Grabowski zatracił w rozmowie ze Staniszewskim tę pasję i skłonność do narzekania, z jaką przyszedł, ale że w butelce pozostawało jeszcze sporo płynnego, procentowego żyta, to rozmowa musiała trwać i trwała. Stanisław skazany był w niej na słuchanie bardziej, aniżeli bycie równoprawnym interlokutorem, lecz wynikało to zapewne z charakteru Grabowskiego, który mowę miał płynną i niestrudzoną, zwłaszcza przy wódce.
Wódkę pili w małych dawkach, po niepełnym kieliszku, pewnie dlatego, aby sprawiedliwie pogryzać ją kawałkami pieczonej karkówki, którą dźgali widelcami, uzupełniali kwaszonym ogórkiem i kęsami domowego chleba (u Staniszewskich od czasu do czasu piekło się własny chleb).
A Grabowski opowiadał…
- Nie dalej jak w zeszłą niedzielę przyjechał kuzyn z miasta z żoną i chłopakiem. No, mówię sobie, przyjechał po żniwach, co by dać mu jajek i mąki, i zabić jaką kaczkę na czarninę, a ja się go pytam, dlaczegoś nie wpadł, kiedy my żniwowali, co? Czasu nie miałeś? Robota cię goniła? A… wypoczywałeś sobie akurat wtedy nad morzem. Żona was na zakładowe wczasy zapisała. Stracić taką okazję? Dobra, mówię sobie, przecie wiem, że wy wszystkie miastowe do roboty w polu nieprzywykli, choć twój ojczulek - do kuzyna piję - onymi czasy zajeżdżał na wieś na żniwa, a że kawaler był niczego sobie, to panny ze wsi aż piszczały, gdy go widziały. Najprędzej gdy cała wieś skończyła żniwowanie, wtedy on zajeżdżał na zabawy, na tańce, ale prawo do tego miał, bo na robocie w gospodarstwie się znał, a były to czasy, kiedy siła mięśni się liczyła. A ty, mówię do kuzyna, przyjeżdżasz na gotowe, co? Się nie obrażaj, bo tak właśnie jest, a teraz w rolnictwie ciężkie czasy nastały. Dawniej były kontyngenty, kołchozy, a teraz oddawaj zboże za małe pieniądze, a nawet jeśli za spore, to chcesz do gospodarstwa czego dokupić - nie ma. Za chłodziarką do mleka stoisz w kolejce, za byle skrzynką, czy bańką, za sznurkiem do snopowiązałki, nie mówiąc już o częściach do maszyn czy nawozach. Ten mi mówi, że to wszystko dlatego tak się dzieje, że rolnictwo ruszyło z kopyta i przez to przemysł nie nadąża z dostawami, ale to się zmieni, trza poczekać. Każ poczekać stworzeniom, ziemi, co czeka na nawóz, roślinom, co to jeśli w odpowiedni czas nie opryskasz, zmarnieją. Tak źle to chyba nie jest, mówi, skoro z roku na rok, sam mówiłeś, zboża plonują ci lepiej, mleka coraz więcej do zlewni oddajesz, chałupę żeś wyremontował, malucha w stodole trzymasz, traktora dwuletniego żeś się dochował. A… tu go zabolało! Remontować trzeba było, bo by się chałupsko rozwaliło, a także ze wzgląd na Wojtka, który niedługo sobie jaką dziewuszkę do swojego mieszkania na górze przygrucha (aż zbladł, wypowiadając te słowa); maluch to nie mercedes, a traktor, sąsiad zaświadczy, niby nowy, a się psuje. Bo oni tam w mieście te lepsze, pewnie z nowszych części złożone to ślą na eksport, nie dla chłopa, a ty się bracie martw, lataj za częściami, kombinuj. Ten mi powiada, że sprzedają je za dewizy, a z tych dewiz będzie później i na lepsze części, na nawozy i opryski. Gadaj sobie. Już tam oni z tymi dewizami sobie poradzą wśród swoich, a mnie zwykłemu chłopu chleb z omastą z tego wszystkiego zostanie. To on mi powiada, co bym nie narzekał, bo ludzie w miastach, robotniki, nawet tego nie mają. Czego? - się pytam. Pracują od siódmej do trzeciej, sklepy pod domem, do kina, do teatru chodzą, a w telewizor codziennie się gapią, wczasy, wycieczki, teraz jeszcze wolne soboty, a ty mówisz, że nie mają tego co ja. On zaś, że ja mam własną chałupę i kawał ziemi, głodu nie zaznam, bo do garnka włożę to, co sam wyhoduję, a ubiorę się z mleka, świń i zboża, ale że narobię się przy tym jak dziki osioł, to tego nie liczy. Dobrze tylko, sąsiedzie, że chłopaka mam zdolnego, do technikum rolniczego chodzi, a bystry w robocie, pracowity, po mnie gospodarstwo przejmie, bo mam tylko jego, więc jak jaką dziewuchę sprowadzi, to wszystko zostawię im obojgu. Dobrze im będzie, Stasiu.
Zerknął w stronę Ani, która kręciła się jeszcze po kuchni, robiła kawę dla siebie, zapytała czy dla nich zrobić - będzie jak raz pod ciasteczka.
Przekąsili pod kolejny kieliszek.
- Stasiu, córka to tak sama zrobiła? - zapytał oblizując palce po pieczystym.
- Karkówkę zrobiła z matką, chleb moja kobieta, ogórki sama, a ciasto też sama upiekła - odparł Staniszewski.
- Zdolną masz córkę, pracowitą. Kto wie, czy nie podpasowałaby mojemu Wojtusiowi. Dwa lata starszy od niej, też robotny. Gospodarstwa nasze przez drogę…
- Ja tam jej kawalera wybierać nie będę. Jedno ci powiem, Grabowski, że pewnie w świat pójdzie, bo chociaż do pracy w gospodarstwie przyzwyczajona, nie wiem, czy ona na wsi pisana.
- Szkoda by było… Ale to prawda, nie każda dzisiaj chętna do pozostania na wsi. A nie zmarnuje ci się w mieście?
- Ona? Grabowski, toż ona swój rozum ma. Rodziców szanuje, ale pójdzie swoją droga tam, gdzie ją rozum zaprowadzi.
Ania postawiła na stole kawę i talerz z ciastem. Swoją kawę i ciasto umieściła na talerzyku.
- Tato, zjem na górze. Gdybym była potrzebna, zawołaj, zejdę.
- Damy radę, posprzątamy po sobie - odrzekł Staniszewski. - A ty złap chociaż parę godzin snu. Z rana chciałbym z tobą porozmawiać, czego ci potrzeba do szkoły.
Kiedy wyszła z kuchni, Staniszewski rzucił w stronę Grabowskiego:
- Przejęta nowym rokiem szkolnym. Spać nie może.
Grabowski wrócił do opowieści.
- Że swoją ziemię mam, Stanisławie, to i prawda. Ty zresztą też, więc wiesz jak ona smakuje, ale jak parcelowali dziedzica pole, tom ile się nawalczył, aby tych piasków pod lasem nie dostać. Czy mi się udało? Nie bardzo. Sąsiad, masz lepiej, bo twoje pole po drugiej stronie drogi, też prawie pod sam las się ciągnie, ale ku strumieniowi, ku olchom i wierzbom, dopiero dalej jest kawałek łączki, za którą las. Tam, sąsiedzie, piasków nie ma, tyle że na wiosnę woda osiada i traktorem orać trudno, więc sobie Stasiu z tego hektara zrezygnowałeś i łąkę dla krów trzymasz, a ja? Powiadam kuzynowi, że mego ojca to podczas tej parcelacji oszukali i wyszło na to, że przyszło mu gospodarzyć na piaskach razem z tymi dworusami, bo państwo kazało dzielić ziemie sprawiedliwie, aby każdy gospodarz miał swój piasek. Ale jak tu może być sprawiedliwie, skoro te dworusy to żadni gospodarze - dawać takim ziemię to lepiej do kołchozu ją przyłączyć. A z tym kołchozem, mówię mu, to jakie były przeboje? Jak się ojciec przeciwstawił, to ziarna na siew nie dostawał, tylko to, co sam wyhodował i ukrył przed kontraktorami, że już o nawozach nie wspomnę, bo nie było, choć do kołchozu, Bóg raczy wiedzieć skąd, z roku na rok przybywało. Cierpieliśmy obaj, Stasiu, bo twoich też to spotkało. A kiedy poluzowali, mówię kuzynowi, to nastawał czas mechanizacji, a my konie trzymali, pamiętasz? Gdzież nam tam było porządny siewnik kupić? Za co? A jak my maszynę do żniwowania z kółka zamawiali, to owszem, obrobili całe żyto i pszenicę, ale zawsze po kołchozowym polu, po deszczu, nie tak było? Ten mi powiada, że to było dawno i nieprawda, że zmieniło się na lepsze i teraz Gierek docenił nareszcie chłopa, który, choć nie pisują o tym w gazetach, jest wydajniejszy, bo tyra na swoim. Tłumaczę mu, że wiem o tym, bo widać na polach nowe traktory i kombajny, poprawia się, to fakt, ale żeby tak dać równe prawo dla chłopów i dla kołchozu - do tego daleka jeszcze droga. A tego Gierka, swoją drogą, to oszukują tak jak nas na skupie żywca, bo ten, jak to kuzynie mówisz, rozwój co się dokonuje, to woda młyn dla tych psubratów, co to nie mogą przez życie iść inaczej niż poprzez cwaniactwo. Mało to dwa roki temu prosiąt im pozdychało, przecie, że z zaniedbania, a jak z województwa sekretarz zapowiedział się z wizytą, to po chłopach nocą pożyczali - ten zajechał, pokazali mu jako własne, tamten pochwalił, ci prosiaczka przyrządzili po chłopsku, w cebulce i przyprawach, w śmietankowym sosie, poczęstowali gościa prymuchą, a na odchodne uraczyli go torbami tak wypełnionymi żarciem, że i przez miesiąc tego nie zjadł z całą rodziną. Było tak, Stanisławie? Kuzyn na to, że oczywiście nie popiera takiego załatwiania spraw. Zamiast tego prawi coś o słusznym kierunku w rolnictwie. Pewnie w gazetach się tego naczytał. Potwierdził i dodał, że nie tylko w gazetach, ale i w telewizji i w radio nadają o tych zmianach, że niby należy teraz postawić na specjalizację. To nie te czasy, mówi, że rolnik musi hodować i krowy i świnie, uprawiać zboże, ziemniaki, buraki, trzymać kury i gęsi. Tak mówisz? - zadałem mu klina - a ty nie przyjechałeś do mnie, zacofanego chłopa po to, abym sprezentował ci jajka, mleko, kaczkę na czarninę, jakąś kurkę na niedzielny obiad, kartofelki i warzywa z naszego ogrodu?
A gdybym był ubił akurat świnię, to przecież byś świeżyzną nie pogardził?
Zmarkotniał, zmizerniał na twarzy, bo prawda w oczy kole, więc ja do niego, żeby się nie gniewał, bo jeśli dam mu wałówkę, a dam, to z serca i przez wzgląd na moją starą to zrobię, by gdyby miało być inaczej, to w chlewie przyszłoby mi spać z prosiakami.
Odzyskał humor, ale czułem, że bliski był ujęcia się honorem, że nie dla własnego interesu do nas przyjechał, lecz aby rodzinę odwiedzić, bo rodzinę, jaka by ona nie była, szanować należy, a jeśli mam takie życzenie, żeby mu co dać na drogę, to weźmie, ale nie, żeby się upominał.
Kuzyn honorny bardzo, ale partyjny. Moja mówi, że mnie nic do tego, czy partyjny czy nie. Syn jego chrzczony? Chrzczony. Żona klęka przed ołtarzem? Klęka. A i on nie z tych, co to kościoła boją się jak święconej wody. Z proboszczem porozmawia, a nawet jak się posprzeczają, to i co? Ważne, że jeden na drugiego przy ludziach złego słowa nie powie. Dobrze wiesz, Stasiu, że moja jest bardzo wierząca, ja może i mniej, ale przecie na wsi to trzeba być w zgodzie z różnymi, a czasem wypić po kielichu z niektórymi, to więcej niż wypada.
- No to po jednym, za to, żeby nam się nie pogorszało.
Wypili i przekąsili - tym razem Ani ciastem.
Staniszewski, który dotąd w tej niby rozmowie do głosu nie był dopuszczany, pomyślał sobie, że z tego Grabowskiego to dziwny jest człowiek, bo z jednej strony narzeka na cały świat za dziesięciu, a przy tym jak osioł uparty, z drugiej - zawsze każdemu pomoże, choćby nawet miał z nim przedtem jakiś zatarg. Dlatego gdy prosił o traktor, Staniszewski nie wahając się przez chwilę, kazał synowi podorywkę sąsiadowi zrobić, bo jak na nich jakaś spadnie bieda, to Grabowski pomoże, choćby się waliło i paliło - taki był, ale wdawać się z nim w rozmowę, w politykę - to znaleźć się z miejsca na przegranej pozycji. Tak wyklaruje, tak będzie dowodził, że racja zawsze stanie po jego stronie. On zaś, poza tym, że raz był sołtysem, w politykę się nie miesza, cieszy go to, że będzie komu gospodarstwo przekazać, pogodził się z tym, że młodszy syn pójdzie w świat za własnym chlebem, a Ania, wierzył w to głęboko, zrobi w swoim życiu to, co najsłuszniejsze.
Staniszewski martwił się jedynie tym, że, jak mniemał, wizyta Grabowskiego ma coś wspólnego z jego córką. Czemu bowiem swojego Wojtka tak sławił? Dlaczego tak chwalił Anię? Jedno i drugie to jeszcze dzieci, ale za rok, dwa, kto wie, czy nie zechcą poważnie pomyśleć o życiu. Znają się od dziecka, bawili się razem, szanują się, znają się jak dwa łyse konie. Rozważając o nich, Staniszewski dopuszczał do siebie taką myśl, że gdyby przyszło mu podszepnąć córce jakieś milsze niż zazwyczaj słowo o Wojtku Grabowskim, że to chłopak dobrze wychowany, uczynny, a do tego silny i przystojny i takiego mieć zięcia to skarb, to Ania mogłaby na dobrą sprawę spełnić życzenie ojca i zaakceptować Wojtka jako chłopca i przyszłego męża, wszak darzą się sympatią, ale nigdy nie ośmieliłby się jej tego powiedzieć. To już nie te czasy, gdy rodzice decydowali o przyszłości dzieci. Owszem, podpowiedzieć to czy owo może, ale żeby tak prosto z mostu przywalić w najczulsze córki miejsce, co to, to nie.
Grabowski, po którym było widać, że marzy mu się wspólna przyszłość jego syna i córki gospodarza z drugiej strony drogi, też chyba miał skrupuły, bo mówiąc wiele o tej sprawie, niczego konkretnego nie powiedział.
Wypili po jeszcze jednym kieliszku, a Grabowski, czego Staniszewski się nie spodziewał, powiedział nagle, że z tą wódką to przyszedł właściwie na polecenie swojej starej. Weź flaszkę, powiedziała i idź podziękuj sąsiadowi, bo tak pięknie zrobił nasze pole, że chyba nigdy takie po zbożach nie było. Ten zaś rzekł, że powinien był raczej opić te pracę ze starszym synem Staniszewskiego, bo to on zrobił podorywkę, na co jego żona, że na młodego Staniszewskiego to przyjdzie czas na opijanie.
- Tak więc, Stasiu, choć to trudne do uwierzenia, ale to moja stara przywiodła mnie do wypicia z tobą.
Staniszewski roześmiał się.
- Dobrą masz, chłopie, żonę.
- A jaka z niej katoliczka! I żeby tak bez ogródek zachęcała do wypicia? Czy można w to uwierzyć?
- Widocznie trzeba, skoro taka jest prawda - skwitował Staniszewski. - Moja wstrzemięźliwa, na alkohol cięta, ale z umiarem, sama dla towarzystwa wypije.
- A to dlatego, Stasiu, że my obaj to żadne tam alkoholiki, a jeśli się zdarzy wypić, to po robocie, w ciszy i spokoju, po czym grzecznie pójdziem spać, aby rankiem znów zaprząc się w kierat roboty, ale, ci powiem, nie ma chyba szczęśliwszych od nas ludzi - ukochali my naszą ziemie i pracę. Ile to razy przejdę się miedzą, spoglądam na pole i z tego patrzenia to aż się do siebie śmieję, że tak i nas pięknie… no to jeszcze po jednym, żeby się ciepła nie zrobiła… a do tego, jak się ma tak dobrego sąsiada jak ty, Stasiu, to żyć, nie umierać, to ci powiem.
Zapewne to wypita żytniówka uspokoiła zadziorność Grabowskiego, zmiękczyła jego narzekania; rozkleił się jeden z najpierwszych rolników na ich wsi.
Wtem usłyszeli donośne pukanie do drzwi.
- Wejść, otwarte! - zagrzmiał silny głos Staniszewskiego.
W kuchennych drzwiach pojawił się starzec, z wyglądu osiemdziesięcioletni, choć z metryki młodszy.
- Kulas? A z czym to przychodzisz o tej porze? - zapytał Grabowski.
Kulas pracował u niego w gospodarstwie, głównie przy krowach, ale miał w nim wyrękę także w innych gospodarczych pracach.
- Panie Grabowski, nam się wydaje, że Wścielkica będzie się cielić.
- Toż to chyba nie jej pora - zadziwił się Grabowski.
- A ja panu mówię, że się cielić będzie.
- Gdzie Wojtek?
- Wojtek już pojechał po weterynarza. Pamięta pan, jakie miała poprzednim razem kłopoty. Mnie kazał Wojtek zaraz biec po pana, żona zaciążonej pilnuje, ale gdyby miało coś się stać, zanim Wojtek ściągnie weterynarza, kobieta sama nie da rady.
Grabowski tak jak siedział spokojnie, przyjaźnie zamyślony, tak po powzięciu od Kulasa wiadomości, powstał od stołu energicznie; nie widać po nim było, że spożył był parę kieliszków żytniówki.
- Stasiu, na mnie pora - rzucił w stronę Staniszewskiego, a ten także powstał od stołu i powiedział:
- A pójdę z tobą. Może do czego się przydam. 


[13.05.2018, Moulins-les-Metz, Moselle, Lotaryngia we Francji i 19/20.05.2018, Nanterre, Hauts-de-Seine, we Francji]

KOLEJNOŚĆ LOSÓW. SPOTKANIE DWUNASTE - ANIA



Cześć. Na początek powinnam Ci się przedstawić, bo chociaż włożyłam do koperty swoje zdjęcie (przepraszam za nie, wiem, że źle wychodzę na zdjęciach), to powie Ci ono o mnie niewiele… czy powinno? Nie wiem, bo znamy się przelotnie i pewnie Ty wcale nie zwróciłeś na mnie uwagi. W końcu skończyłeś już szkołę, a kiedy byłeś w maturalnej klasie, ja dopiero chodziłam do pierwszej, a więc Cię rozumiem, że mogłeś mnie nie zauważyć, nawet jeśli spotykaliśmy się na korytarzu, to znaczy - przechodziliśmy obok siebie. Myślałam sobie wtedy, że na pewno masz swoje sprawy, swoich przyjaciół, no i te egzaminy przed sobą, więc nie dziwiłam się temu, że widując się nawet często, nie zamieniliśmy dotąd z sobą ani jednego słowa.
Za chwilę napiszę coś, po czym będziesz miał prawo myśleć o mnie, że jestem wstrętna i wścibska, ale zaryzykuję - możesz przecież w ogóle nie odpowiadać na mój list, choć mam nadzieję, że jednak napiszesz. Obserwowałam Ciebie od dawna, jak i też dowiadywałam się czegoś tam o Tobie od koleżanek, że nie masz dziewczyny, to znaczy, że jeszcze nie miałeś, gdy chodziłeś do ogólniaka. Teraz może się to zmieniło i jeśli się zmieniło, to przepraszam Cię, że odzywam się do Ciebie w tym liście, ale, myślę sobie, że taki list to nic złego. Z kolei z drugiej strony mam świadomość tego, że to chłopak powinien jako pierwszy zacząć pisywać do dziewczyny, a nie odwrotnie. Ale co się stało, to się nie odstanie i musimy się z tym pogodzić, że ja zaczęłam pierwsza, choć nie masz pojęcia, jak się czułam na samym początku, kiedy podjęłam decyzję o skreśleniu do Ciebie tych paru słów. Parę słów, dobre, co? Wypiszę sobie chyba cały wkład, jeśli tak dalej pójdzie.
No więc, mam na imię Ania, za niedługo będę w drugiej c naszego liceum, a mieszkam w Brudzewie i do szkoły mam ponad osiem kilometrów. Wiesz gdzie jest Brudzew? To taka mała wioska na trasie do Gnina. Jest tam mały kościółek, PGR, kółko rolnicze i taki dworek po dawnym dziedzicu, w którym dzisiaj zakonnice prowadzą dom starców. Ja mieszkam akurat niedaleko tego pensjonatu, a ziemia moich rodziców, a przedtem dziadków, podchodzi wprost pod kamienne ogrodzenie tej posiadłości. Przystanek autobusowy mam tuż obok, przy drodze pomiędzy dworkiem a naszym domem. To bardzo dobrze, że przystanek jest tak blisko, bo jestem strasznym śpiochem i kiedy miałabym iść przez pół wsi, aby zdążyć na autobus do miasteczka, do szkoły, to pewnie bym się spóźniała. Dowiedziałam się, że i Ty nie mieszkałeś blisko szkoły - miałeś prawie trzy kilometry, które pokonywałeś pieszo (widzisz, jaka jestem wścibska), ale teraz to mieszkasz jeszcze dalej….
A śpiochem jestem pewnie dlatego, że bywam zmęczona. Po szkole oczywiście rodzice zaganiają mnie do roboty, a właściwie to ja wiem, jakie mam obowiązki w gospodarstwie i jakoś muszę i w przeszłości musiałam godzić odrabianie lekcji z pracą w polu i przy krowach. Wiesz, mamy sporo krów mlecznych, trochę świnek, kur i kaczek - jak to w gospodarstwie, a do tego pielonka, pokosy siana, żniwa a potem kopanie ziemniaków… Boże, o czym to ja do Ciebie piszę? Jak tak dalej pójdzie rzucisz ten list w kąt.
Ale dom mamy piękny, murowany, piętrowy. Ten po dziadkach, w którym się urodziłam jeszcze stoi, ale bracia z ojcem zamierzają go rozebrać, bo ten, który postawili jest naprawdę wielki. Wyobraź sobie, że ma w sumie sześć sypialni, jest więc gdzie przyjmować gości, a ja oczywiście mam swój własny pokój, którego okna wychodzą na nieodległy las. Gdybyś kiedykolwiek zdecydował się nas odwiedzić, poszlibyśmy do tego lasu na jagody, raczej na jagody, niż na grzyby, bo z grzybami bywa różnie….
Mam dwóch starszych braci i oni z ojcem postawili ten dom, ale młodszy to nie myśli pozostać na gospodarstwie. Pasjonuje się motoryzacją i po skończeniu technikum samochodowego chciałby albo otworzyć swój zakład, albo też iść na studia, zostać inżynierem i pracować na Żeraniu. Starszy natomiast będzie w przyszłości gospodarzył, to już pewne. Tato cieszy się z tego powodu, bo dla rolnika, jak pewnie się domyślasz, nie ma milszej wiadomości nad tę, że przekaże kiedyś swoje gospodarstwo następcy. A jeśli chciałbyś wiedzieć, jakie wobec mnie rodzice mają plany, albo też o jakiej przyszłości dla siebie sama marzę, to muszę Cię rozczarować - nie mam jeszcze określonych planów. Ojciec powiada, że dziewczyna nie zawsze musi mieć takie plany, bo jeśli wyda się ją za dobrego gospodarza, to przede wszystkim zostanie żoną i gospodynią, co ma te zalety, że nie trzeba o tej samej godzinie rano wsiadać do autobusu i wracać późnym popołudniem, i być zmęczoną tą swoją monotonną pracą w biurze, urzędzie czy gdzie indziej. Tato ma trochę zbyt tradycyjne podejście do tego, czym powinna się zajmować w życiu kobieta, ale kiedy się z nim przysiądzie i od serca porozmawia, to mój tatuś zaraz mięknie i kończy rozmowę zwykle takimi słowami:
- Ja tam ci, córko, życia twojego nie będę urządzał. Będziesz miała ochotę wyjechać do wielkiego miasta, chcesz studiować, podjąć pracę z dala od rodzinnego domu - zrobisz jak zechcesz, a nie spodoba ci się w dalekich stronach - masz gdzie wrócić, a będziesz miała problemy - pomogę ci. Ja wiem, że z niewolnika nie ma pracownika, a więc masz jeszcze przynajmniej trzy lata na przemyślenie tego, jakiej przyszłości chcesz dla siebie.
W każdym bądź razie na chwilę obecną nie widzę siebie w roli gospodyni domowej i wydaniu mnie za mąż za syna jakiegoś gospodarza. Po prostu o tym nie myślę i już.
A wiesz jakie miałam problemy z zaadresowaniem koperty, do której wsunęłam ten list? Zdecydowanie za późno zdecydowałam się go napisać. Przebywałeś już w akademiku, oczekując na egzaminy, a w zasadzie byłeś już po nich. Mogłam napisać wcześniej i wtedy list trafiłby na Twój domowy adres, ale było, minęło, nie zdecydowałam się. Powód? Nie chciałam Ci przeszkadzać przed egzaminami na uczelnię, bo domyślałam się, że na pewno się uczysz i powtarzasz materiał. A potem, kiedy już zdałeś egzaminy, nie mogłam przecież nadać listu na Twój domowy adres. Nie żebym myślała, że Twoi rodzice otworzą go podczas Twojej nieobecności i przeczytają, ale nie miałam pewności, kiedy wrócisz do domu, a jeśli stanie się to późno, to będę się zamartwiała, czekając na Twoją odpowiedź.
Zastanawiasz się pewnie, skąd ja w ogóle wiedziałam, co zamierzasz studiować, gdzie i kiedy masz egzaminy, i w jakim miejscu kwaterujesz. Widzisz, jestem wścibska baba i tego wszystkiego też się dowiedziałam. Od kogo? Domyślasz się? Od pani profesor od polskiego. Wprawdzie wcześniej któraś ze starszych koleżanek doniosła mi, że na pewno wybierasz się na polonistykę, nie mogło być inaczej, więc jeśli tak, to może nasza pani profesor od polskiego będzie wiedziała więcej. I... nie pomyliłam się.
Wiesz, ona jest niesamowita - nauczycielka starej daty, bardzo obowiązkowa, trochę surowa i niedostępna, ale przy bliższym poznaniu bardzo zyskuje, tyle że w rozmowie z nią trzeba dbać o poprawność słownictwa. Otóż nasza pani od polskiego wymyśliła sobie jakieś wakacyjne zajęcia z literatury dla chętnych oraz tych, którzy z polskiego kuleją. Ja miałam na koniec pierwszej klasy czwórkę, więc chyba nie kulałam, ale zdecydowałam się zapisać na te zajęcia i to niekoniecznie z powodu podniesienia jakości pisania wypracowań, ale… pewnie się uśmiejesz z mojej naiwności… z Twojego powodu. A tak! Jako wścibska baba, uplanowałam sobie dowiedzieć się czegoś o Tobie właśnie od naszej pani profesor. Rozumowałam w taki sposób: jeśli, o czym już wiedziałam, poszedłeś na polonistykę, to byłoby rzeczą niemożliwą, abyś nie kontaktował się przedtem z naszą panią. A więc do dzieła! O nie, nie było to takie łatwe. Przecież na pierwszych zajęciach nie onieśmieliłabym się tak obcesowo zapytać o Ciebie. Drążyłam temat stopniowo, a dopomógł mi w tym przypadek. Zanim opowiem ci o tym przypadku, poinformuje Cię, że nie wszystkie te dodatkowe zajęcia miały miejsce w szkole. Kiedy w jakiś dzień miała mniej uczniów, spotkania odbywały się u niej w domu. I zdarzyło się raz, że przyszłam sama - to uwertura do przypadku. Siedzimy sobie i omawiamy „Beniowskiego”, gdy naraz pani Zofia zwraca się do mnie z prośbą:
- Czy mogłabyś, moja droga, sprawdzić, czy w skrzynce na listy nie ma czegoś do mnie? Przez roztargnienie i te upały nie sprawdziłam wczoraj.
Znasz naszą panią od polskiego i doskonale wiesz, że formułując jakieś polecenie lub prośbę, bardzo chętnie tłumaczy się z tego powodu, dlaczego akurat wyraziła te polecenia czy prośby.
Wręczyła mi kluczyk do skrzynki na listy, zbiegłam na dół i po jej otwarciu przekonałam się, że rzeczywiście w skrzynce były trzy listy: dwa najpewniej służbowe, i ten trzeci - domyślasz się od kogo - od Ciebie. Broń Boże, nie otwarłam go, ledwie zerknęłam na rewers koperty, na którym widniało Twoje imię i nazwisko, ale adresu nadawcy nie zapamiętałam, taka byłam zmieszana i, oczywiście, szczęśliwa. Zaniosłam ten list pani Zofii, a ta przy mnie, rozcięła kopertę, a jakże, drewnianym nożykiem, jakim zwykle w przeszłości otwierało się listy. Czytała go z uwagą, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, taki bezpretensjonalnie słoneczny. Po przeczytaniu listu od Ciebie, pani Zofia nie omieszkała go skomentować.
- Widzisz, moja droga, spotkała mnie wielka przyjemność. Grzegorz z czwartej b, nie wiem, moja droga, czy go znasz, przesłał mi informacje, że dostał się na studia i… - w tym miejscu przyciszyła swój matowy głos - wyraził w nim podziękowania dla mnie, choć wcale nie musiał tego robić, bo, moja droga, to zdolny chłopak i byłam pewna, że dostałby się na studia bez mojej pomocy. Ale to takie przyjemne, prawda? W tym moim zawodzie to chyba najbardziej liczy się pamięć tych, których się uczyło. A zatem wróćmy do „Beniowskiego” - zakończyła, sprowadzając moje myśli o Tobie na ziemię.
Ale nie ustępowałam. Teraz, albo nigdy, pomyślałam sobie… i wiesz, co wtedy powiedziałam? Że chciałabym Ci pogratulować sukcesu, bo Cię znam, lubię… i tak dalej.
Myślisz, że zaszłam za daleko? Troszeczkę tylko skłamałam, że Cię znam, ale na pewno nie skłamałam, że Cię lubię. Wiem, co sobie teraz pomyślisz: jak można kogoś lubić, znając go tak niewiele? Widocznie można.
Ale wtedy, przebywając u pani Zofii, byłam na tyle zdeterminowana, aby kontynuować Twój wątek.
- Prawdę powiedziawszy - wykrztusiłam z siebie nie byle jakie kłamstwo (mam nadzieję, że mi je wybaczysz) - Grzegorz jest moim chłopakiem i tak się złożyło, że nie znam jego obecnego adresu zamieszkania.
Tak powiedziałam, a przez całe moje ciało przeszedł dreszcz i czułam, że się czerwienieję.
A co na to pani Zofia? Nie byłam aż tak naiwna, aby sądzić, że uwierzyła moim słowom. Bo jakże to, jesteś moim chłopakiem, a nie znam Twego adresu? Nie podzieliłeś się ze mną swoim szczęściem, wysyłając mi choćby kartkę z informacją o zdanych egzaminach? Wiem, że pani profesor miała te wątpliwości, ale, czego się po niej nie spodziewałam, podeszła do całej sprawy z rozsądkiem, ale i wyrozumiałą życzliwością.
- Mówisz, że jest twoim chłopakiem - zaczęła dosyć zasadniczo - a zatem powinnaś zrozumieć, że w życiu człowieka bywają takie chwile, kiedy osiągane nowe szczęście potrafi na pewien czas przyćmić te poprzednie. Rozumiem, że dopiero teraz dowiedziałaś się, że Grzegorzowi powiodło się na egzaminach, lecz mniemam, że i do ciebie napisze, a może nawet list napisany do ciebie jest już w drodze, tym nie mniej, podejrzewając, że naprawdę nie znasz jego adresu, użyczę ci go, bylebyś tylko wykorzystała tę informację we właściwy sposób, dobrze, moja droga?
Byłam uszczęśliwiona i, może wydaje Ci się to niezwykłe, po zapisaniu Twojego adresu (akademik taki a taki, ulica, a przede wszystkim Twoje nazwisko i adnotacja, że jesteś studentem polonistyki pierwszego roku), chciałam panią Zofię serdecznie ucałować, choć zaskoczyłabym ją tą reakcją, bo jak sam wiesz, nasza pani profesor jest daleka od wylewnego okazywania uczuć.
I w ten oto sposób zaczęłam pisanie tego listu. Jak zacząć? Uwierz, że nie wiedziałam. Kreśliłam zdanie po zdaniu, nic mi nie wychodziło, choć miałam późnym wieczorem sporo wolnego czasu. Już, już skupiałam myśli, kiedy o tej niezwykle późnej jak na wiejskie warunki, porze (dochodziła jedenasta w nocy), do naszego domu zaszedł sąsiad mający gospodarstwo po drugiej strony drogi. Przyszedł z wódką i ogromną prośbą, aby ojciec zechciał swoim traktorem dokonać podorywki jego pola, na którym rosła pszenica. Jego traktor się zepsuł, a do kółka rolniczego nie chciał chodzić po prośbie, bo ile to mu za usługę policzą, a z moim tatą to się rozliczy przy kopaniu ziemniaków. Mój tato, żebyś sobie czego nie pomyślał, nie jest pazerny na wódkę, ale w towarzystwie wypić lubi, no i, powiada, że z sąsiadami to nawet i wypada. A że mama już spała, podobnie dziadkowie i bracia, tato co i rusz odrywał mnie od tego pisania do Ciebie. Rozumiesz: Aniu przynieś to, zrób tamto, i tak dalej. A ja wciąż nie mogłam się skupić, choć i tak pół tego listu napisałam jeszcze tamtej nocy, nawet przepisałam na czysto, aby dokończyć go właśnie teraz.
I co Ty sobie o mnie myślisz, jeśli w ogóle dobrnąłeś do tych słów, które upuszczam teraz na papier? Że jest ze mną coś nie w porządku? Pewnie tak.
Cały czas myślę o tym, że nie tak powinien wyglądać pierwszy list do Ciebie. Może wystarczyłaby jedynie kartka z pozdrowieniami i gratulacjami, i moim adresem, abyś to jednak Ty rozpoczął korespondencję ze mną, oczywiście jeślibyś miał takie życzenie?
Tymczasem zarzuciłam Cię swoimi myślami… czy potrzebnie?
Czasami myślę sobie, że nie powinnam Ci zawracać sobą głowy. Ty - student, a ja - narzucająca Ci się małolata, w dodatku ze wsi, z samego końca świata… ja wiem, jak potrafią być traktowane przez mieszczuchów dziewczyny ze wsi.
Żebyś choć odpisał mi (miło by mi było, jeśli w ogóle odpiszesz), że masz już dziewczynę… to wtedy ja… rozumiesz… powiem pas… choć byłoby to trudne dla mnie, a może nawet niemożliwe.
Śmiej się, śmiej, ale… no popatrz, nie potrafię znaleźć właściwego zakończenia. Podobno, kiedy ktoś czuje coś do kogoś - pisząc, jest mu łatwiej wyrazić to, czego chce, czego pragnie….
Ale wiesz… bardzo pragnę tego, abyśmy się kiedyś spotkali, pomimo tego, że podczas rozmowy z Tobą, byłabym straszliwie nieśmiała… A wtedy co? Na jagody? Nie o tej porze. Ale jesień na wsi też bywa piękna, wiesz?
Odpisz, proszę,
Ania.
PS.
I dzisiaj znów przyszedł ten sąsiad z przeciwka, Grabowski. Ale ja już zakończyłam to wszystko, co miałam do Ciebie napisać. Górą ja.

Grzegorz przeczytał list od Ani wiele razy, lecz dopiero za siódmym czy ósmym razem przysiadł do stoliczka w małym pokoiku ciotki Hanki, przysiadł i zaczął pisać…
- A może zrobić jej niespodziankę i bez pisania, bez zapowiedzi… jeszcze zanim skończy się lato…? - pomyślał.


[12.05.2018, Moulins-les-Metz, Moselle, Lotaryngia we Francji]