Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

22 lipca 2017

KARTKI Z KALENDARZA (7)

Którego to dzisiaj mamy? Nie zerwałam wczorajszej kartki. No cóż, właściwie to powinnam ją wyjątkowo zachować, choć z drugiej strony, ileż to było takich dni, które wydawały mi się ważne i warte tego, aby przynajmniej kartka z kalendarza po nich została, skoro przez tyle lat zbierałam się, zbierałam i nigdy nie byłam gotowa na pisanie pamiętnika. Te szkolne pamiętniczki z zabawnymi wierszykami i rysunkami, z załamywanymi rogami kartek, gdzie wpisywało się „tajemnice” - tego nie liczę. Może i powinnam prowadzić pamiętnik albo dziennik, ale do tego potrzebna jest systematyczność, a jej mi brak. Oprócz tego,  kiedy się coś takiego zaprowadzi, to trzeba by było odnotowywać również te przykre sytuacje, jakie człowieka w życiu spotkały, a znalazłoby się takich niemało. I po co zaprzątać sobie nimi głowę? Uwieczniać w pamięci, aby na starość móc potem przeczytać, jak to Natalia K. wzorowa i z doświadczeniem, pracownica biurowa firmy X została zredukowana w związku z restrukturyzacją, co przypłaciła strumieniem słonych łez, zwłaszcza że na jej miejsce nowe władze spółki postawiły kompletnie zieloną panienkę, wyróżniającą się młodocianym wiekiem i wyglądem oraz głębokim dekoltem. 
Ale, prawdę powiedziawszy, mój biust wcale nie odstawał od norm obowiązujących w tamtej firmie, tyle że ponieważ jest on moją własnością, nie uważałam za stosowne dzielić się nim z kimkolwiek. 
Miało być o czymś przyjemnym, prawda?
Aby było przyjemnie nie założyłam tej nowej sukienki, którą wypatrzyłam na wystawie tego sklepu „po schodkach” ze standardową odzieżą dla pań i panów. Skusiłam się może nie tyle na wykrój ale na kolor - czerwony, krwisto-czerwony z czarnymi dodatkami, w sam raz na wieczorne bankiety, na które przecież nie chodzę albo ich unikam jak mogę, bo kiedy kobieta pojawia się na takich imprezach sama, bez osoby towarzyszącej, to taka sukienka zdaje się być zbyt wyzywająca, że powrócę to wcześniejszych myśli, kobieta zakładając na siebie taki ciuch, może być postrzegana jako zdesperowana, a ja przecież, co ustaliliśmy, taka nie jestem. Dlatego też, kiedy odebrałeś mnie spod domu, wziąłeś do swego auta babkę w turkusie z cielistym deseniem w formie ledwie zaznaczonych geometrycznych kształtów. Lubię tę kieckę, choć noszę ją już chyba ze trzy lata i jeszcze mi się nie znudziła, po prostu czuję się w niej najlepiej, i możesz mi wierzyć lub nie, ale zakładam ją naprawdę na specjalne okazje. Oczywiście nie zwróciłeś na nią uwagi, a jeśli już, to intrygowało cię to, dlaczego nie widać spod niej moich kolan oraz dlaczego, skoro jest to typowo letnia sukienka, nie odsłania ona wystraczająco głęboko ramion, a pewnie też dostrzegłeś, że z przodu, nad piersiami, wcięcie dekoltu jest nazbyt skromne i z jakiej racji zapięłam wszystkie guziczki pod szyję. A czy przypadkiem doceniłeś, jak starannie dobrałam makijaż, starając się, aby stonowany róż na wargach nie świecił, jak za przeproszeniem…, że arabski naszyjnik z półszlachetnych kamieni niewiele kontrastował z kolorem sukienki, że kolczyki w uszach wcale nie były złote, lecz podobnie jak naszyjnik w ciemniejszym odcieniu turkusu, lekko matowe? Te dodatki - powiedziała mi to pewna wizażystka - współgrają z kolorem moich włosów, z którymi nie robiłam nic szczególnego, ot, po prostu umyłam je miodowo-owsianym szamponem (lubię ten zapach), wysuszyłam, uczesałam, nie podkręcając nawet końcówek, słowem, zadbałam o naturalność, zresztą do bólu chciałam być naturalna, nie tylko w wyglądzie, ale też w zachowaniu, gdy wymieniłam z tobą na powitanie kilka banalnych słów, a ty szarmancko - wiesz, że masz za to u mnie plus - chwyciłeś moją dłoń, ha, początkowo myślałam, że prosisz mnie przed domem do tańca, tak mnie chwyciłeś; to by dopiera była scena dla sąsiadów, ale nie, ty ująłeś moją dłoń i podałeś ją sobie do ust. Zaskoczyłeś mnie, wiesz, bądź co bądź nie jestem przyzwyczajona do całowania po rękach, znaczy się, zrozum to dobrze, nie do całowania, a do delikatnego muśnięcia wargami zewnętrznej strony dłoni, co sprawia, że kobieta czuje przez chwilę ciepłe drżenie naskórka i mrowienie przemieszczające od dłoni, po ramionach, poprzez szyję i znów w stronę dłoni tej drugiej, nie dotykanej ustami, no chyba, że sama czynność, takie szybciutkie „cmok” odbywa się na zasadzie automatycznego obowiązku, jaki niektórzy panowie nakładają na siebie chcąc sprostać tradycji witania się w ten sposób z kobietą.
No cóż, kiedy już weszliśmy do lokalu, okazało się, że stolik w rogu sali, niemal na samym jej końcu, był już dla nas zarezerwowany. Postarałeś się o to, a zauważyłam też, że na dyskretne skinienie ręką kelner przyniósł nam aperitif, jakiś schłodzony, lekko słodki, limonkowy drink, do którego dołączono kwadratową tabliczkę gorzkiej czekolady z miętowym nadzieniem. Wyborne, pomyślałam sobie, no, no, nieźle się zapowiada, dodałam, prowadząc z sobą konwersację, której nie spostrzegłeś, bo wolałeś patrzeć w moje śmiejące się oczy. Nieładnie, według mnie, zbyt obcesowo zatrzymywałeś na moich źrenicach swój wzrok i nawet wtedy, gdy wertowaliśmy kartę dań, spoglądałeś na mnie, szukając w nich potwierdzenia swojego gustu i smaku. A jak to się zakończyło? Kolejny plus, nie żartuję. Powiedziałeś prawie nieśmiało:
- Bo wiesz, ten kelner, który nas obsługuje, zaproponował nam potrawę, z której będziemy zadowoleni, to coś ekstra i spoza karty, tyle że nie wiem, co to ma być - pełna tajemnica, więc jeśli życzyłabyś sobie zjeść kolację zupełnie „w ciemno”, zdając się fantazję szefa kuchni, to…
Nie wiem, dlaczego, ale bardzo mi się to spodobało. A co, jak iść, to na całość, z odrobiną szaleństwa, zresztą, czy nasza randka nie jest przypadkiem szalona?
Aby wyhamować nasz wspólny zapał, miałam już na końcu języka powiedzieć, że pewnie za takie specjalne danie policzą sobie tyle, że ścierpnie nam skóra i zalejemy się potem, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam; nie mogłam natomiast nie zaproponować, abyśmy za naszą kulinarną przyjemność podzielili się kosztami po  równo. Ale wtedy tak na mnie spojrzałeś, jakby od tej, przyznasz, że sprawiedliwie pomyślanej przeze mnie umowy, ziemia przestała się kręcić wokół słońca, aby więc nie być później obwinianą za doprowadzenie do katastrofy w naszym układzie słonecznym, spasowałam, ulegając w tym wypadku męskiej przemocy.
Danie się przyrządzało, rozpromieniony kelner przyniósł nam herbatę z ciasteczkiem, soki, wodę i owoce, a my rozmawialiśmy, prześcigając się w opowiadaniu sobie banałów, z których, jak sobie teraz przypomnę, to aż mnie skręca ze śmiechu, albowiem… gdyż… wymieniliśmy się takimi oto słownymi podarunkami:
on - pani rodzice bardzo wiele dobrego o pani mówili.
ja - czyżby?
ja - słyszałam o panu  od swoich rodziców jak najlepsze opinie.
on - naprawdę? 
Czy słychać teraz w pełni upalnej nocy mój śmiech?
Naprawdę, to jestem senna i muszę odłożyć to nocna gadanie do jutra.
A moi rodzice? Słyszę przecież ich głosy przez ścianę. Dlaczego nie mogą spać?

[18.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja i 21.07.2017, Dover, Kent w Anglii] 

3 komentarze:

  1. Zapowiada się historia jak z bajki. On bez wad, ona również, ach, żeby te pobożne życzenia przenieść do realu. Mądre baśnie wiedzą, kiedy zakończyć cudowne relacje, czyli na ślubie. Potem proza przytłacza, znaczy walka o byt, racje i szacunek.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ultra ma rację, bardzo intrygująca opowieść. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja jestem pod wrażeniem opisów damskiej garderoby, zwykle mężczyźni nawet koloru nie pamiętają, nie mówiąc o innych szczegółach!
    No ale przecież Ty jesteś poetą :-)

    OdpowiedzUsuń