Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

17 lipca 2017

ZJAWA (2/5)

- Było to bardzo dawno temu, w czasach, których nie pamiętają już moje sędziwe lata - zaczęła swoją opowieść kuzynka Bernadetta - kiedy pobliskiego miasteczka, Gozdowa, nie było jeszcze na świecie, a jedynie kilkanaście drewnianych domków rozsiadło się po obu stronach szlacheckiego traktu prowadzącego stąd wprost do Warszawy. Był natomiast las, który istniał w tym miejscu od zawsze; tu gdzie mieszkacie - sosnowy, a dalej, zmierzając na północ, głęboki i cichy, a rosły tam dęby, graby, olchy i buki. W nich pierwszorzędnej zwierzyny nie brakowało: to sarny, to jelenie, borsuki i dziki, nie mówiąc już o stadach zajęcy i ptactwie wszelakim, z którego to głuszec najdumniejszą był tego lasu ozdobą.
Tam, gdzie jeszcze do dzisiejszego dnia, na szerokiej polanie stoi leśniczówka pan części tego lasu, o którym opowiem za chwilę, nakazał zbudować smolarnię, potem zaś postawił tartak, jako że dobrego a starego drzewa było w tym miejscu w bród; te zaś szlachcic z dziada pradziada Zawisłocki sprzedawał z niemałym zyskiem, czym ubogacał swój majątek oparty na uprawie żyta, później pszenicy, hodowli świń i krów. Wiodło się Zawisłockim na swym bogatym majątku niezgorzej: podmurowany dwór jeszcze za króla Stanisława pobudowano, folwarczna wieś na czystej, acz piaszczystej i nieurodzajnej podleśnej ziemi powstała, a pracy dla parobków było niemało, ciężkiej i żmudnej, ale że pan Maksymilian Zawisłocki gospodarzem był surowym, lecz sprawiedliwym, krzywdy swym poddanym nie robiąc, pozostawał w pamięci chłopstwa jako ten, przy którym wyżyć dało się lepiej, aniżeli w sąsiadujących z Zawisłockim majątkach panów Lwowicza i Stanisławskiego. Trzech synów miał pan Maksymilian - pierworodna córka zmarła, pełnego dnia na bożym świecie nie doczekawszy - Maksymilina młodszego, Antoniego i Włodzimierza; tego ostatniego pani Marianna Zawisłocka wydała na świat będąc już w słusznym wieku, w lat dwanaście po narodzeniu średniego syna, Antoniego.
Czasy zrobiły się ciężkie dla polskiej szlachty i pospólstwa, moi drodzy, o czym - kuzynka Bernadetta skierowała poważne spojrzenie w stronę naszych smyków - w szkole dowiecie się najlepiej. Przyszło do powstania, na które zmagający się z podagrą pan Maksymilian sam nie poszedł, lecz posłał na nie starszego, imiennika. Jako że w tych czasach panowie z chłopami poczynali się bratać, Maksymilian młodszy wziął z sobą na wojenną tułaczkę trzech kmiotków, z którymi, gdy przejmował powoli obowiązki gospodarcze ojca, w największej był zażyłości. Tak oto pozostał na majątku do opieki nad nim średni syn, Antoni, który wprawdzie niczego nie uchybił w postawionych przed nim przez ojca zadaniach, lecz nie był to pan, który widział się jako gospodarz włości. Pokończywszy szkoły w Królestwie, ciągnęło go ku światu. Nie do zabawy i zbytku wiodły go zamysłów drogi. Pociągały go szlachetne idee, filozofia, sztuka, a że talentu do muzyki i malowania Pan Bóg mu nie poskąpił, to widać było, że zastępując na gospodarstwie starszego brata, marnuje się na Zawisłociu i oczekuje z niecierpliwością powrotu brata, aby ten zajął się sprawami, do których zdawał się być stworzony.
Stary pan Maksymilian, podupadał coraz bardziej na zdrowiu i srodze się o najstarszego syna i majątek z tak wielkim wysiłkiem pomnożony martwił, choć średni Antoni, bez pasji, lecz, mimo wszystko, należycie pełnił obowiązki pierwszego gospodarza, sumiennie wypełniając wolę ojca. 
Najmłodszy z kolei, Włodzimierz, nie dostąpił jeszcze wieku, w którym można było polegać na nim jako zarządcy włości. Jednakowoż najmłodszy syn Zawisłockich miał ciągotki do zarządzania pracami na roli. Interesował się wszystkim, co się w gospodarstwie działo: i na polach, i w oborach, i w stajni, i w gorzelni, którą pan Zawisłocki postawił w czasach, gdy najmłodszego na świecie jeszcze nie było. Włodzimierz ganiał więc po polach, bratał z fornalami, pracował wraz z nimi (co mu pani Zawisłocka często wypominała), chodził na zabawy i wesela, a wreszcie nauczył się ciągnąć gorzałkę z jednej flaszki z kompanami z czworaków.
Tak i minęły dwa lata wojennej zawieruchy i wczesnym latem zawitał do majątku jeden z tych trzech najstarszego z braci - Maksymiliana - kompanów. Wieści przyniósł z sobą najstraszliwsze z możliwych. W jednej z potyczek, powiadał, młody pan Maksymiliam oddał swoje szlachetne życie, podobnież usieczono tych dwóch z wioski, z którymi poszli na wyprawę.
Smutek zapanował w Zawisłociu wielki. Zaraz po tej tragicznej wieści pani Zawisłocka pomarła; mąż jej, choć przesiąknięty do cna chorobą, trzymał się, jak na szlachcica, dzielnie i nawet jakby zapominając o swojej chorobie, powrócił do sił, a przynajmniej, nie dawał się podagrze przykuć do łoża.
Czasy następowały coraz przykrzejsze. Wszędzie mówiono, że nastał koniec na szlacheckie gniazda, które powszechnie dobrze urodzonym panom, co to wspierali pospolitą ruchawkę odbierano. 
Maksymilianowe Zawisłocie znalazły się  w potrzasku i chyba tylko boskiemu zrządzeniu, sile argumentacji i pieniędzy, jakie posiadał pan Maksymilian w pończosze, należy zawdzięczać to, że Zawisłockim odebrano jedynie tartak i gorzelnię, pozostawiając majątek ziemski prawie nietknięty. Zdaje się też, że stało się tak również wskutek jakiejś niepisanej umowy pomiędzy schorowanym panem Maksymilianem a obcym dygnitarzem, który posłał był do Francji swoją córkę dla przypatrzenia się światu i nabrania ogłady właściwej wykształconym niewiastom, a takie nauki są zazwyczaj kosztowne i nawet jak na kieszeń oficera wymagające solidnego wysiłku.
Okrojona z bogactw posiadłość Zawisłockich jednak przetrwała i toczyła swój nielekki byt przez następne lata. Widać było, że Antoniemu pali się grunt po nogami i oczekuje na ten dzień, kiedy ojciec wskaże na swojego następcę Włodzimierza, który podrósł już w latach i doświadczeniu do tego, aby ostać się prawdziwym panem.
W końcu nastąpiła ta niełatwa chwila. Pan Maksymilian, schorowany, choć wciąż na umyśle sprawny, zebrał obu synów na rozmowę, której skutek był taki, że i Antoni, i Włodzimierz, ucałowawszy po rękach ojca, każdy podążył za swoim marzeniem - Antoni wyjechał do Prus, potem zaś do Francji; Włodzimierz pozostał na ojcowiźnie.
Majątek Zawisłockich wyszczuplał zatem o kwotę przekazywaną na kształcenie dla Antoniego, choć ten zarzekał się, że jeśli tylko umocuje się za rubieżą na tyle, aby móc zarobić na własne utrzymanie, nie będzie się domagał grosza z rodzinnego gniazda. 
I już po roku tak się stało, aczkolwiek sędziwy pan Maksymilian nie był zachwycony faktem, iż jego średni syn obrócił się ku towarzystwu jakichś wolnomularzy, utopistów, czy wręcz rewolucyjnej braci. Owszem, malował coś tam, a nawet komponował pieśni, jakimi raczono się przy fortepianie, ale najwięcej pisał, pisał i przemawiał na rozmaitych tajnych zebraniach, potem zgoła na wiecach. Do domu zaś pisał, że pośród przyjaciół, jakich we Francji zapoznał - a byli wśród nich emigranci z kraju - jest mu tak wspaniale, że dzieląc się tym, co mają, wielkich pieniędzy im nie trzeba, a jeśli nawet ich potrzebują, to nie dla własnych potrzeb, a na sprawę, która prędzej czy później odmieni świat.
W majątku niepodzielnie rządził teraz Włodzimierz, a rządził sprawnie, mniej może surowo niż poprzednik, lecz pewnie niebagatelny wpływ na to miały jego znajomości, jakie zaciągnął uprzednio u fornali. Zdawało się więc, że pomimo ciężkich dni dla ziemiaństwa i opłakującego powstańczą klęskę rodaków, przynajmniej na Maksymilianowej ojcowiźnie czas płynął będzie rzeką spokojną i cichą, której wody szemrają o dostatku, a jednak nie wszystko zmierzało wraz z prądem rzeki w obranym przez nią kierunku.
Włodzimierz miał już lat dwadzieścia cztery, a jest to wiek, w którym nie same gospodarskie materie uderzają do głowy. Żyjąc na odludziu (pobliskie miasteczko z tych kilkunastu drewnianych domów dopiero się powiększało), nie zaznał młodzieniec przygód i uciech właściwych jego ledwie dorastającym latom. Z rzadka do Zawisłocia zaglądali goście. Sąsiadom, bliższym i dalszym, nie w smak była ta niepisana umowa pomiędzy panem Maksymilianem a obcym dygnitarzem, jakiej się domyślano, dalsi odwiedzali Zawisłocie jeżeli, to przejazdem, a krewniacy prawie nigdy. Gdyby żyła pani Zawisłocka, pewnie by otoczyła swego syna taką pieczą, z której wynikałby fakt oczywisty, że Włodzimierzowi potrzebna jest żona. Coraz bardziej starzejący się pan Maksymilian również opowiadał się w myślach za tym, aby móc doczekać się za swego życia potomka zrodzonego ze związku najmłodszego syna. Ale przecież stary pan Maksymilian nigdzie nie bywał, życia innego poza swoim pokojem i obejściem nie doświadczał, wspominał z roztkliwieniem nieboszczkę żonę i niezmiennie zamartwiał się o Antoniego, nawet pomimo optymistycznych, coraz dłuższych epistoł, jakie od niego z Francji dostawał.
A Włodzimierz, zbratany z wieśniakami, coraz częściej zaglądający do szklanki z ognistą wodą z gorzelni, którą teraz przybyły skądś żyd zawiadował, obracał się wśród służby, dojarek, panien pracujących w polu i w chlewie. Początkowo niewinnie z nimi romansował, na co otrzymywał nieme pozwolenie całej wioski; w końcu panu, którego gospodarstwo żywi fornali, na więcej pozwolić można, lecz kiedy napotkał w oborze z krowami podczas udoju skrywaną dotychczas przez matkę piękną Rozalię, obrócił się ku niej całą swą męską żądzą posiadania na własność dla siebie tego, co przed innymi jak najdrogocenniejszy skarb chronić potrzeba. Zaraz też najął ją jako służbę do dworu, jemu tylko poddaną, aby wdzięczną swą postacią rozjaśniła pomroczne ściany dawno nie odnawianych komnat. A wymagając od niej codziennych posług, mówił do niej takimi słowami, jakby miał przed sobą nie służebnicę, lecz kochającą go siostrę rodzoną. Z nią, Rozalią, nie przepędzał już czasu na swobodnych rozkoszach, jak to miało miejsce z innymi dziewkami z czworaków. Szepcąc do niej czułe słówka, drobiąc jej imię, zagłaskując jej długie, pszeniczne włosy nie jeden raz dawał jej do zrozumienia, że ją jedyną wybrał dla siebie, pokochał ją i już z nią na wieki wieków z nią zostanie, choćby nie wiem jakie siły odwodziły go od tego zamiaru.
Rozalia, nie więcej niż osiemnaście lat wtedy miała, owszem, doceniła pana Włodzimierza zakochanie, a po tak wielu miłosnych wyznaniach, jakich się od mężczyzny nie spodziewała usłyszeć, również zapałała do niego miłością czystą a niewinną. Godzi się w tym miejscu podkreślić, że Włodzimierz, choć pewnie męskość w nim nabrzmiewała, panował nad swą chucią, którą zagłuszał potem w gospodzie, jaką  nieopodal gorzelni żyd postawił.
Panu Maksymilianowi nie mogło to zauroczenie jego syna ujść uwadze i będąc człowiekiem starej daty, zamartwiał się nad tym związkiem, z którego, jego zdaniem, być mogą jedynie kłopoty. Owszem, i w przeszłości zdarzały się mezalianse, i szczęśliwe małżeństwa z nich powstały, lecz pan Maksymilian jakoś nie wierzył w powodzenie związku poczętego pod dachem jego własnego domu. Raz nawet, w tajemnicy przed Włodzimierzem, napisał o tej dziejącej się właśnie historii Antoniemu. Ten, widocznie przekabacony na nowsze, bardziej demokratyczne czasy, odpisał, że niczego złego nie widzi w zachowaniu brata. Mało tego, jego zdaniem, nastaną wkrótce takie czasy, w których nie odróżni się panów od fornali, a równość, jaka zapanuje między ludźmi, sprawi, że miłość nieznająca tego, kto panem jest a kto chamem, będzie tą, która życie ludzkie odmieni na lepsze.
Odpowiedź, jaką dostał od syna, nie uspokoiła pana Maksymiliana. Trwonił on czas na przemyśleniach, na zgryzotach, które posunęły naprzód jego wiek, zdarły włosy z głowy, a te, co pozostały, zaprószyły niemal białą siwizną. Owszem, Rozalię, która posługiwała mu przy posiłkach, poprawiała łoże i opierała go, cenił zarówno za wdzięczną, niezwykle zgrabną sylwetkę, jak i za sumienność i zapał do pracy, nie czuł do niej żadnej niechęci, ba, nawet słodko było jego starym oczom przyglądać się wybrance najmłodszego syna, ale czy miało z tego zakochania być małżeństwo? Czy Włodzimierz zdoła za jego życia wyprostować wszystkie ułomności w zachowaniu dziewki z nizin? Czy będzie w stanie wygładzić jej język, aby nie sarkano na posługującą się nim na salonach?

[15.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii] 

2 komentarze:

  1. Każdy ma dylematy i biedny, i bogaty.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż łzy w oczach mi stanęły, bo opowieść "Nad Niemnem" mi przypomniała.

    OdpowiedzUsuń