Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

03 kwietnia 2016

POD NUMEREM 117

Numer 117, mieszkania nie pamiętam, to trzecie piętro, pokoik niewielki, połączony z kuchnią, szafa z ubraniami i kuchenny regał plecami do siebie przytulone, w pokoju stacjonarne łóżko stojące w poprzek, przy węższej ścianie pod oknem, tam również nocna szafka wciśnięta w kąt, na niej serwetka, książeczka do nabożeństwa, a może książka Kossak-Szczuckiej, możliwe, że Dobraczyński albo gazeta - Słowo Powszechne, albo pismo „Za i przeciw”, na to wszystko jeden z dwóch tomów Kochanowskiego, wszystko w nieładzie, a z tego okna, co za łóżkiem widok nieciekawy, podwórze, komórki, a dalej oficyna numer 119, szara, ponura, przysłonięta koronami dwóch drzew, lipy lub osiki, nieważne, w pokoju bałagan, moje składane łóżko przy dłuższej ze ścian, tej szczytowej, niemal dotykało szafy, ścieliłem je, stolik, dwa krzesła, przy tym stole jadłem, uczyłem się, pisałem, już wtedy pisałem, a podłoga drewniana, jakie to było drewno, nie wiem, podłoga była bielusieńka, wypolerowana, ślizgać się można było po niej, a tam po drugiej stronie szafy i regału pomieszczenie kuchenne na jedną osobę, oczywiście z węglową kuchnią.
Jak ona to robiła, że potrafiła się w niej poruszać? nie wiem, a przecież gotowała, piekła drożdżowe ciasto albo rogaliki - pyszności, smażyła „brzuszek” - tak nazywała boczek, a może rzeczywiście jest i boczek i brzuszek, kiedy się go jadło, nie, nie potrafię nazwać tego uczucia drażniącego podniebienie, ona w tej kuchni także prała i wywieszała pranie w oknie, tak, tak, w kuchni było okno, to z ciekawszym widokiem, wychodziło na ulicę, nie tak bardzo główną, ale ruchliwą, po skosie przechodziło się w stronę alei przez skwer i rzeczywiście przechodziło tędy mnóstwo ludzi, nieopodal były katedry: polonistyczna i języka rosyjskiego, hala sportowa, przychodnia i przystanek tramwajowy na alejach, widziałem jak przejeżdżały tramwaje, w tamtych czasach często nimi jeździłem, przemierzając miasto wzdłuż i wszerz, aby dotrzeć do najodleglejszych kin, byłem kinomanem.
Kiedy wychodziła do kościoła, chodziła cztery razy w tygodniu, była dewotką, kiedy wychodziła do kościoła, siedziałem w oknie, tym kuchennym i patrzyłem na ulicę, na skwer, ludzi i miałem oczy chętne do poznawania świata, a kiedy nie siedziałem w oknie to czytałem podręczniki, robiłem notatki albo pisałem, ciężko mi to przychodziło, pisałem też listy.
Podobno nikt nie mógł z nią wytrzymać, taką była dewotką, podejrzliwa, zawsze miała coś do powiedzenia, sztorcowała mnie, a potem, jak gdyby nigdy nic, przytulała, ty się wrodziłeś w dziadka, mówiła, a dziadek, pamiętaj, był najinteligentniejszy w rodzinie, choć studiów nie skończył, i zaczynała wykład o rodzinie, o dawnych czasach, wojnie i powojniu, kościele, snach i pielgrzymkach, recytowała z pamięci ballady Mickiewicza lub czytała pieśni albo psalmy Kochanowskiego, nastawiałem jej Watykan, słuchała z zapartym tchem, a później dobrą godzinę modliła się na klęczkach.
Była bardzo szczęśliwa, kiedy wyszedłem po nią, gdy wracała z pielgrzymki, uśmiechnięta, nic mnie nie boli, mówiła, ja mam taki miękki, swobodny chód, tłumaczyła, wracaliśmy tramwajem, brałem jej plecak, a ona zatrzymała się jeszcze w sklepie, aby kupić mi „kreolki”.
Byłem jej dzieckiem, którego nigdy nie miała, bo przecież chciała zostać zakonnicą, ale musiała pracować na roli, później, w czasie wojny, u Niemca, i w końcu została szwaczką, była na swoim, dostała to mieszkanie na najwyższym piętrze kamienicy.
I w końcu, ale to było znacznie później, umarła w swoim mieszkaniu, złamała nogę, nie mogła się podnieść i nie przyszedł nikt na czas, a sąsiad przez ścianę, jeśli był, to zalany w sztok, choć pewnie nie było go w domu, bo by jej pomógł, ona ochrzaniała tego pijaka, ale lubiła go, ilekroć poprosiła o przyniesienie węgla z komórki, zrobił to i nie oczekiwał zapłaty, choć ona zawsze dawała mu te dziesięć, czy ile tam złotych, umarła w samotności, odwodniła się, sam nie wiem, dlaczego nie dała znaku życia, mogła choćby wybić szybę w kuchennym oknie, szkło posypałoby się może na skraj placu przed strażacką remizą, która przylegała do kamienicy i miała numer 115, a strażacy lubili porządek, więc mogliby się zainteresować tym, skąd się wzięło to szkło, tym bardziej, że byli z nią w dobrej komitywie, od czasu, kiedy zgubiła klucze do mieszkania i strażacy musieli rozwinąć drabinę, aby dostać się do kuchni przez okno, nie wybili nawet szyby, bo okno było uchylone i znaleźli zapasowy klucz, ale nie wybiła szyby w oknie i umarła w samotności, już lepiej by się stało, aby została zakonnicą i przebywała do śmierci w klasztorze o zaostrzonej klauzurze, może żyłaby jeszcze, bo zakonnice potrafią żyć długo, nie wiem, dlaczego tak jest.
Byłem na jej pogrzebie, pochowano ją na cmentarzu w rodzinnej parafii, zostały mi po niej dwa tomy poezji Kochanowskiego.

[03.04.2016, Rambouillet we Francji]

10 komentarzy:

  1. Zawsze jak czytam to co napiszesz to mi żal, że ja tak nie potrafię.
    Gratuluję jak zwykle
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tam.... a jeżeli to tylko potrafię :-(
      dziekuję, lecz nie podzielam twoich obaw co do tego jak TY piszesz.

      Usuń
  2. Zgadzam się ze Stokrotką, nawet o zwyczajnych rzeczach piszesz tak, że żal kończyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a bo jestem piewcą zwyczajności i prostoty :-)

      Usuń
  3. Mnie najbardziej podobają się realia nie tylko w opisie natury, ale człowieczych dotknięć, spojrzeń i ulotnych chwil. Faktycznie, soczysty język powoduje, że chciałoby się zjeść tę kreolkę, czy zobaczyć to pranie w oknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja tak sobie teraz pomyslałem, że stanowczo za mało napisałem o tych rogalikach, bo to były pyszności nad pysznościami... ale co sie odwlecze to...

      Usuń
  4. Proszę obiecać, że o rogalikach jeszcze przeczytam.
    Serdeczności zasyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie omieszkam kiedys zaprosić na rogaliki, aczkowiek muszę jeszcze przypomniec sobie o robieniu ciasta francuskiego, bo te rokaliki własnie na takim były... pozdrawiam również

      Usuń
    2. rogaliki nie rokaliki, rzecz jasna :-)

      Usuń
  5. Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń