Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

17 lutego 2017

SENS PODRÓŻY

A pani, cóż, że w tych podróżach świat poznaję,
że wciąż nowego coś odkrywam,
podziwiam zachód słońca i przed urwiskiem staję,
że dusza moja odpoczywa…

To nie jest tak, jak widzieć chcą dalekie oczy,
nie syren śpiew, a wiatr co syczy,
to deszcz, który chłoszcze i z mrozem się jednoczy 
a ja - lord Byron w szlafmycy.

Nie dla mnie weneckie łodzie i wersale
bom mazowieckim wierzbom wierny
a jeśli nawet przyjdzie jechać dalej i dalej,
zostanie po mnie znak czytelny -

- słowo, co w polskim krajobrazie zakochane,
ci, którym miłe me powroty,
tubylcze słońce, co razi oczy nad ranem
i księżyc w pełni szczerozłoty.

A tam, gdzie na pokusy losu jestem zdany
człowiek najlepszym przyjacielem
moim, a tam gdzie ja ciepło bywam witany 
człowiekiem się staję - to wiele.

Piękniejszego miejsca na świecie nie masz, pani
nad to, gdzie nie patrzy się wilkiem 
w oczy, lecz służy przyjaznym spojrzeniem dla niej
Gdzież ta kraina, nie zamilknę,

gdyż ja świata obywatel znam takie strony
gdzie z pamięci rozkazu staję
i widzę ponad wszystko dom swój opuszczony
serce łomoce, kwitnie majem.

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

09 lutego 2017

KAWIARENKA (80) Z WIZYTĄ W „ZWIERZĘCYCH” CIŻEMKACH.

Przeszli przez kładkę na rzeczce. Pod brzegami tafle lodu spiętrzały leniwie płynące wody. Zima odwracała się plecami w dzień, powracała lekkim mrozem nocą. Tego dnia, popołudniem, zima przezornie się wycofała, choć oboje pamiętali o założeniu zimowych kurtek. Panu leśniczemu wprawdzie byle chłód nie szkodził - zaprawiony był w spacerach po lesie w najtęższe mrozy, natomiast pani Teresa do chłodnego klimatu w lesie dopiero się przyzwyczajała, więc może ten gruby, dłuższy szal wokół szyi znaczył tyle, iż nie całkiem jeszcze przywykła do niebezpiecznych dni lutowych. Ale w końcu wybrali się do przyjaciół zza rzeki, którym chcieli złożyć uszanowanie z wiadomego przecież powodu.
Jakież było zdziwienie, kiedy zachodząc do gospodarstwa Kosmowskich napotkali nie tylko Piotra, Joannę i jej brata Michała, ale też zobaczyli najpierw samochód, a później, witając się z gospodarzami, zauważyli siedzących przy stole w stołowym pokoju pana radcę Kracha z jego małżonką Jadwigą.
- A cóż to za miłe spotkanie, przyjaciele - odezwał się pan radca Krach, kiedy nastąpiło już serdeczne powitanie. - Mniemam, że państwo leśniczostwo przybyli do Ciżemek z podobnego jak i my powodu.
- Nie inaczej, panie radco - odparła z uśmiechem pani Teresa. - Chcieliśmy nacieszyć swój wzrok widokiem przyszłej mamy. Mam nadzieję, że nie przysporzymy wielkich kłopotów.
- O tak, mamy taką nadzieję… my, drodzy państwo, wiemy, że dobry gość to ten, który nie zabiera czasu swoją obecnością ponad miarę.
- Ależ nic podobnego - zaoponowała Joanna. - Bardzo miło nam, że państwo o nas pamiętają.
- Kiedyż to rozwiązanie?
- Dokładnie czternastego, o ile mała się nie pośpieszy.
- Dziewczynka?
- Według wszelkich znaków na niebie i ziemi… to dziewczynka. Piotrusiu, zrób państwu herbatę, a może kawę… nakrój ciasta.
- To może ja to zrobię - zaoferowała swą pomoc pani Jadwiga, żona pana radcy. - Niemęska to rzecz ciasto kroić.
- A ja państwu leśniczostwu wszystko teraz objaśnię - powiedział z tym nieodłącznym humorem w każdym słowie pan radca. - Pani Joanna, jak widzicie, tryska zdrowiem, a do tego przy całej swej obecnej krągłości, nic a nic na swojej urodzie nie straciła, a wręcz przeciwnie, wzbogaciła ją kobiecością… tak, tak, dobrze mówię, bo uprzednio zdawała się być urozmaicenie piękną, ale jednak dziewczyną.
- Pan to jak coś powie… - rumieniec nie opuszczał policzków Joanny.
- Bo, proszę państwa, ja się na kobietach wyznaję i może lepiej, że Jadzia teraz  w kuchni i nie słyszy jak rozpowiadam o swoich zaletach zmysłowych. Nic nie przesadzam. A oto Piotr, o którym mówi się w okolicy, że jako weterynarz bywa postacią nieprzejednaną jeśli chodzi o swą pracę, nieprzejednaną i upartą, choć zawsze trafiającą z diagnozami wobec chorych stworzeń, to w tym oto domu, kto wie, czy nie pod pantoflem swojej żony siedzi, od czasu, kiedy został ojcem. Ale, ale, nie gniewaj się panie Piotrze na te słowa, bo wypowiadający je człowiek w wieku cokolwiek bardziej skomplikowanym od pana, w onym czasie, kiedy poślubiona mi Jadwiga w ciąży z córką Anną była, również bywszy narowistym koniem, potulnie dał na swój grzbiet siodło zarzucić i wypełniał wszystkie rozkazy swojej małżonki. Nie pan pierwszy i nie ostatni.
- Wiele prawdy jest w tym, co pan mówi - wtrącił z westchnieniem mąż Joanny.
- Albowiem, panie Piotrze, winna jest temu duma, która pana rozpiera. Słuszne i sprawiedliwe to uczucie. Będziesz pan szczęśliwym ojcem, więc pana postępowanie i czcigodnym jest i zrozumiałym.
- A ja jestem dumna, że mam takiego kochającego męża.
(rzecz jasna, iż tym słowom koniecznie towarzyszył krótki pocałunek - odwzajemniony zresztą - złożony na policzku Piotra)
- A ten oto młodzian, jeden z dwóch braci pani Joasi, przez długi czas zastępuje siostrę w jej „końskich” i w ogóle „zwierzęcych” zajęciach, ba, nawet pod jej okiem hipoterapię uprawia, bo pomimo zimowej pogody, krócej bo krócej, ale te jazdy i zajęcia z końmi w tym gospodarstwie nie przepadają, za co powinniśmy pana Michała podziwiać, bo przecież na swoich włościach roboty mu nie brakuje…
- Zimą, chwała Bogu, jest jej mniej, więc i moje rodzinne gospodarstwo nie traci - odezwał się Michał.
- Na koniec powiem państwu, że niebawem panny Beata i Zuzanna przyjeżdżają, więc końskie sprawy potoczą się zgodnie z planem. Panny kończą właśnie ostatnie egzaminy przed inżynierską pracą.
- Bogu dzięki, bo gdyby chodziło o jakąś pomoc przy maleństwu to ja… - pani Teresa nieśmiało włączyła się do rozmowy - … to ja oczywiście pomogę, i nawet wdzięczna bym była za to, abym mogła pomóc.
- Serdecznie dziękuję, pani Teresko. Chociaż opiekę, jak mi się wydaje, będę miała zapewnioną, to z pomocy pani skorzystam w potrzebie. Proszę zachodzić do mnie.
- Tak że widzą państwo, iż u państwa Kosmowskich sprawy przedstawiają się jak najlepiej, a nadto pani Joanna zachwyca jakością swoich wypieków, o czym państwo za chwilę się przekonają.
- A pan gada, gada, gada - wyrzekła pani Jadwiga wnosząc na tacy pierwszorzędnego „skubańca”, któremu towarzyszyły dwie chińskie herbatki z cytryną. - Pan gada jak w tym naszym teatrze - dodała z uśmiechem, patrząc w oczy swego męża.
- O, tak… przedstawienie się udało - wtrąciła pani Tereska. - Mój mąż był wprost zachwycony.
- To prawda, ja, drodzy państwo - zaczął niepewnie pan leśniczy - ja tak niewiele razy byłem w teatrze… dawno temu… Tereska nagliła, ja z kolei myślałem sobie, cóż tam po mnie, ale jednak poszedłem i wyszedłem z teatru zachwycony. Pomyśleć, że są w naszym miasteczku tacy zdolni, młodzi aktorzy.
- Których, przyjacielu wydobyła dla świata pani Majewska z wielką pomocą pani Zofii - zauważył pan radca. - I obyż tak zostało. O ile mi wiadomo, jeszcze trzy czy cztery razy spektakl będzie powtórzony, a już szykuje się nowe przedstawienie. A cóż tam u pana słychać, przyjacielu. 
- U mnie, w tej leśnej głuszy? No cóż, jako że zima jeszcze nie odeszła, wycinki robię, las porządkuję od drzew, które słabują i… i wytyczam trasę… znaczy się jestem na pierwszym etapie jej wytyczania.
- A mógłby pan jaśniej, panie leśniczy? - dopytywała się pani Jadwiga.
- A mógłbym. Otóż pomyślałem sobie, że las mamy piękny, jak rzadko który, mieszany, stary i młody, z rzeczką na skraju, ze strumykami, z rozległymi polanami, które chwytają słońce o każdej porze roku… a ten las, drodzy państwo, choć po części dziewiczy, to jednak i dla ludzi. Pomyślałem sobie, że warto by było przybliżyć go amatorom końskich przejażdżek, spacerowiczom, rowerzystom. Ale nie tak, że można będzie wjechać wszędzie, bo tu zwierzyny dzikiej kraina, więc nie wolno nam zaburzyć tego porządku natury, natomiast można tak trasę poprowadzić, aby i wilk był syty, i owca cała. Odnajduję więc miejsca, do których zwierz nie zachodzi lub odwiedza je rzadko i rysuję na mapie, i sprawdzam, sam siebie do słuszności swoich przemyśleń przekonuję…
- Jakże ogromną przyjemność pan mi robi - wyrzekła nie bez powodu uszczęśliwiona Joanna. - Tylko czy nadleśnictwo kłód pod nogi nie rzuci?
- Ja, pani Joanno, także w tej sprawie przyszedłem z wizytą, domyślając się, że ucieszy pani moje postanowienie. Nie, nie rzuci mi kłód pod nogi, już moja w tym sprawa, aby doprowadzić te ją do skutecznego rozwiązania. Widzi pani, jeśli nie zniszczę ekosystemu, to przybliżenie lasu człowiekowi spełni też edukacyjną rolę. Pani wie… ja umyśliłem sobie postawienie przy trasie tablic opowiadających o naszym lesie, o zwierzętach, o gatunkach drzew i roślin, o pracy leśników, o ekosystemie. Tereska mnie natchnęła… ona, wiecie państwo, odbiera las nieco inaczej niż ja… ja przywykłem do niego i wszystko w nim wydaje mi się proste i oczywiste, a Tereska jak wytrawny pedagog powiada: chcesz aby szanowano las, aby szanowano twoją pracę, nauczaj o tym; dajesz możliwość spędzania w nim czasu na spacerze, rowerowych przejażdżkach, konno - skorzystaj z tej sposobności i naucz, oswój z lasem, niech ten i ów przystanie, niech się dowie, niech zobaczy; nie wiem, czy znalazłyby się takie nadrzędne władze, które nie zgodziłyby się na takie właśnie argumentowanie.
- Słyszę w pańskich słowach słowa mojego męża - odezwała się pani Jadwiga. I na boku do pani Tereski: - i my w takich szalonych marzycielach, my kobiety się kochamy, nieprawdaż?
I pani Teresa, i Joanna skinęły głową.
- A ciasto doprawdy znakomite - pochwalił pan Gajowniczek.
- A nie mówiłem? - powiedział z dumą pan radca.

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

STAROŚĆ 4

4.
Tak i my dojechali do domu po mszy niedzielnej, co na dziesiątą była. Dojechali my, bo Węglarek w tę i tamtą stronę nas dowiózł furmanką. Ileż to wozów we wsi pozostało? Cztery? Oprócz niego jeszcze Widacki, Kozioł i Andrzejczak końmi do kościoła jadą, tyle że Andrzejczak, chłop najbogatszy powozem dojeżdża. Pozostali pieszo czy to na rowerze, bo wieś ubożuchna, ledwie dwadzieścia dymów zostało. Mówią, że na wymarciu, bo to i ziemia licha, i co młodszy do miasta ucieka. Najlepsze ziemie po pegeerze wykupił jakiś obcy, ale ten to do kościoła nie podjeżdża. A bo to swój ma, a może niechrzczony, Bóg jeden wie, kto to zaś on. 
Ze stu hektarów albo i więcej to teraz z ziemi pożytek, więc ten popegeerowiec to się rządzi dobrze i nawet pracowników ma do świń i do obróbki ziemi. Młodych sobie nabrał. Dwóch z wioski. Koziołów syn na ten przykład, choć młody, trzymać się będzie ojcowizny, bo najął się do obory u tamtego, a że u siebie nie ma więcej niż sześć hektarów, to i swoje pole obrobi.
Ksiądz będzie ci na naszej parafii z lat trzydzieści. Stary, wysuszony, choć jeszcze przy siłach, dla ludzi dobry, wyrozumiały, ze świecą drugiego takiego szukać. Ale też nie ma powodu, aby na ludzi miał narzekać, bo tu u nas wszystkie stare. Jeszcze dwie inne wioski do jego parafii przynależą, ale i tam podobnie, stare baby i chłopy, więc komu tam grzeszyć. Kto podpadł Panu Bogu, to przecie nie teraz, a w młodości, tak że wielkiej pracy z ludźmi w konfesjonale nie ma. A pewnie, że chodzą, chodzą do niego, przyklękają i żalą się na siebie. Choćby i moja Marysia. Ja jej się pytam, z czego ty się tak spowiadasz, bo ja tam u ciebie żadnych grzechów nie widzę. Nawet kiedyśmy byli młodzi, to przecie żyliśmy po bożemu. Już bardziej ja, o tak, do mnie to Pan Bóg miałby prawo z kijem przyjść i przemówić do rozumu, bo to do gospody człowiek zachodził trzeźwy, a wracał nieswoimi drogami. Ona mi mówi, że zawsze człowiek jakieś grzechy w sobie dusi, a jeśli nawet niepotrzebnie zawraca nimi księdzu głowę, to w końcu porozmawiać z nim lubi, bo wysłucha. To ja czy nie wystarcza jej kazanie, albo czy to nasz proboszcz do pogadania nieskory? Pójdziesz do jego pasieki, to przyjmie cię i miodem, i nalewką, co sam robi, i pogadasz z nim choćby do wieczora. Ale jednak, odpowiada, kiedy z nim porozmawiam tak w cztery oczy, nie przy ludziach, w ciszy i samotności, to całkiem inna rozmowa. Może i tak jest, nie będę się upierał.
Proboszcz to chyba do samej śmierci u nas zostanie. Gdzieżby przysłali drugiego na jego miejsce. Teraz to ksiądz czy to młody czy stary za pieniądzem goni, to kogo przyślą, jak sami biedniacy w okolicy. Ciesz się z tego, co masz, pewnie mu mówią, przywykłeś, ludzi znasz, pszczółki hodujesz, stary jesteś, czego ci więcej do szczęścia potrzeba. Prawda jest taka, że teraz ludzie, choć biedne, to naszemu proboszczowi jak mogą tak pomagają. Grosza nie mają, ale w każdej chałupie znajdzie się jakaś mąka, mleko, kura czy świeżyzna, to i niosą, żeby sobie księżula umilił stare lata. A lubią go za to, że kiedy pegeer rozkradali to przed ołtarzem pomstował. Nie trzeba sprzedawać, krzyczał, jeżeli już, to podzielić między chłopy. Dla każdego starczy. A oni nie, za grosze sprzedali jednemu, co tam w wyższych władzach miał poważanie. Wyszło na to, że nasz proboszcz ludzi buntuje, no i rozniosło się, sam biskup przyjechał i nasz księżulo zamilkł potem, czy to mu kazali milczeć, czy jak, dość powiedzieć, że przez rok cały był jakiś nieswój, dopóki nie zaczął tych pszczół hodować.
- Tak i zostańcie u nas na tego drożdżowca - powiadam do Węglarka i jego żony - obiecałeś.
Konia w cieniu zostawił, obroku podsypał, niech je.
Weglarkowa chyżo zeskoczyła z wozu. O, tej kobity żadna choroba się nie ima, żwawa i bystra, jakby pięćdziesiąt lat miała.
- A dasz siwkowi wody - odzywa się Węglarek - bo to nasze konisko popić sobie musi za dwie kobyły.
- Przyniosę wiadro - mówię do niego, a do Maryśki: - podłóż na ogień, przecie nie zagasło, herbatę rychtuj i krój drożdżowca.
Napompowałem wody, do bydlęcego wiadra przelałem, przyniosłem siwkowi. Wandzia Węglarkowa przeszła już do domu z moją kobietą, a wtedy Węglarek wydobył z kieszeni flaszkę z wiśniową okowitą.
- Co się obiecało, to stać się musi.
Rozsiedli my się wokół stołu, ciasto pachniało, podobnież herbata i aby uprzyjemnić te niedzielne chwile puściłem płytę z patefonu, bo w tym radiu same popaprańce śpiewają.
I tak przegadali my pół dnia, pojedli, popili, a nawet potańczyli, kiedy nam Weglarkowa nalewka we łbie zaszumiała. A dziwne to było, że Weglarek ani słowem o tej ziemi, com ją Popławskiemu w dzierżawę puścił, nie wspomniał.

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

MACHINA CZASU (4) - (fragment "Prowincji")

A zatem opuszczamy na jakiś czas miasteczko, kierując się na zachód, do wód cieknących i stałych, tej naszej przyrodniczej niezwykłości, miejsca, w które podpuszczała nas nasza młodość, gdzie w porę letnich upałów chłodziliśmy nasze gorące ciała niezmąconą, gdzieniegdzie głęboką wodą, a w czas wiosenny i jesienią odbywaliśmy niezapomniane spacery, ciesząc wzrok kwiecistą roślinnością pól, łąk, rowów, nadrzecznych bagnisk i drożyn wiodących cienką linią wokół stawów, to znów podziwialiśmy dostojną czerwień i żółć zmierzających na odpoczynek drzew, głównie kasztanowców, klonów, wierzb, osik i grabów.
Ten parkan po lewej stronie? Za nim żywiciel miasteczka, zakład sławny, jeszcze przed wojną założony; wytrwał dzielnie zmienne koleje losu, aż do teraz, a właściwie do tego czasu, skąd przywędrowaliśmy w ten czas miniony.
Chwytamy się za ręce jak młokosy, jak narzeczeni z dawnych lat, beztroscy, śmiało spoglądający w przyszłość, nieświadomi przyszłości, która nas dotknie, sponiewiera, oddali od siebie, przyszłości, która w imię pięknych sloganowych haseł każe nam zapomnieć o tych młodzieńczych latach, najpiękniejszych i nie do powtórzenia. Widzisz teraz, jak wielką zdobyczą, jak niezastąpionym urządzeniem jest ta moja machina czasu. Jestem pewien, że ci, co urągają dzisiaj dniom minionym, którzy zaprzeczają naszym prawom do cieszenia się z pełni życia w czasach, gdy byliśmy młodzi, chętnie odebraliby tę jedyną moją… naszą broń. Tak sobie myślę, że ci wszyscy ludzie nie mieli pogodnego dzieciństwa i młodości, że doszli do dojrzałości jako zgorzkniali starcy, albo zdarzyło się w ich życiu coś, co oszpeciło bezpowrotnie ich umysły… dlatego kierują się nienawiścią, nie mogąc zrozumieć tego, że są tacy, dla których wspomnienia, nie zawsze przecież najpiękniejsze, są jednak świętością, której nikomu nie uda się zszargać. Jaka jest przyszłość tych ludzi, powiedz mi?
- Wiesz, coraz więcej sobie przypominam… ten nasyp, ten wał nad rzeczką - wypowiadasz nagle.
- Dzięki mnie przypomnisz sobie wszystko. Na jeden dzień… jaki tam dzień, na te parę godzin, to i tak wiele - odpowiadam.
- A co się stanie, kiedy przypomnę sobie wszystko… kiedy cię pokocham?
Przeszły mnie dreszcze. To pewnie z powodu silniejszego wiatru, zacinającego od strony szerokich, wysokotrawych łąk. A może jednak nie z tego powodu.
- Przecież gdybym cię pokochała, nie wyszłabym za niego za mąż. Nie miałabym dwóch córek i niewiele by mnie obchodziło to, że gubi swoje życie w strugach alkoholu, aż w końcu ulega mu ostatecznie. Żal by mi było córek, tych dwu najwartościowszych dla mnie skarbów na ziemi.
- One żyją, istnieją i machina czasu tego nie zmieni. A czy pomyślałaś nad tym, że mogłyby być one moimi córkami?
Nie pomyślała. Idzie obok mnie krok za krokiem w milczeniu, nie patrzy na mnie, spogląda gdzieś wyżej, ponad wysokie słońce. Nagle silny wiatr ustaje. Dobrze, że nie wzuła na nogi szpileczek, bo zaczynamy brodzić piaszczystą, to znów obfitą w gliniane podłoże ścieżką. Przed nami skarpa, wzgórze, nie wiem jak nazwać ten najwyższy punkt w okolicy. Z tego miejsca doskonale widać i miasto, i osadę do której się zbliżamy.
- Zaczekaj, wniosę cię na ten nasyp.
- Daj spokój, zlecimy oboje.
A jednak próbuję, chwytam ją za uda, lewą ręką pod ramiona, unoszę, nogi mi grzęzną w piaszczystym podłożu, tamuję jakimś sposobem przyspieszony swój oddech; ona jakby wypuszczała z płuc powietrze, chcąc być dla mnie mniejszym ciężarem, wspinam się coraz wyżej, czuję ból w kręgosłupie, nie poddaję się; ona - nie dasz rady, jestem zbyt ciężka; ja - uwierz, dam radę, chcę tego; jeszcze kilka kroków, skąd u mnie ta słabość, skąd siła się bierze, zapieram się mocno przeciwstawną nogą, odpoczywam, przystaję, pochylam się i ostatkiem sił niemal wczołguję na szczyt wzniesienia.
- O, mój Boże, przypomniałam sobie… niosłeś mnie tak, niosłeś, ale nie na to wzgórze - mówi nagle - to było gdzieś w wodzie, tak, pamiętam. Przeprowadzałeś mnie przez wodę, mój Mojżeszu.
Oddycham głęboko. Łzawe kropelki słonego potu spływają z moich skroni. Za chwilę odpowiem, za chwilę. Muszę przeczekać to zmęczenie i tak jak bokser wyliczany do ośmiu nie wstaje nagle i nie garnie się do dalszej walki, tak i ja zwlekam chwilę, odliczam każdą sekundę i w końcu…
- To było w miejscu, gdzie łączą się dwa stawy, gdzie woda rozdziela wąski nasyp półwyspu. Ponad tą wodą nie ma kładki. Głębokość metr pięćdziesiąt. Zbyt głęboko dla ciebie. Wtedy nie umiałaś jeszcze pływać. Chcieliśmy przejść na drugą stronę - tam w  ustronne miejsce, nieodwiedzane, w dzikość wysokopiennych traw. Powiedziałaś, że nie chcesz, aby widziano nasze pocałunki, nasze gorące pocałunki. Wziąłem cię na ramiona, uniosłem wysoko, byłem silnym młodzieńcem, wysportowanym…
- A jak całowałeś wtedy….
Spojrzała mi w oczy… właśnie tak… spojrzała.
- Popatrz, ta czajka krąży nad nami tak wytrwale. Chce abyśmy kierowali się w jej stronę. Wabi nas, obłudnica. Wiesz, dlaczego tak czyni?
- Nie wiem - odpowiadasz.
- Ona odprowadza nas w drugą stronę, to znaczy odprowadza nas od gniazda. A gdybyśmy nie podążyli za jej lotem i przeszli w miejsce, gdzie uwiła gniazdo, zaatakowałaby nas. Wszystkie matki-czajki tak robię. To bardzo inteligentne ptaki.
(cdn)

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

Z PŁATONOWEM

Rozprawiłem się z „Płatonowem” Czechowa. Później przyjdzie kolej na „Mewę”, „Wujaszka Wanię”, „Trzy siostry” i „Wiśniowy sad”. Natenczas obrałem sobie najobszerniejsze dramatyczne dzieło. „Płatonowa” warto przeczytać choćby z tego powodu, że w wersji teatralnej, czemu nie ma się co dziwić, grany jest w skróconej formie, choć oczywiście uważam, że utwór sceniczny nade wszystko należy obejrzeć, boć do oglądania właśnie został przeznaczony.
Ale Czechowa czyta się doskonale. Zdaje się, że poza nim i Szekspirem nie masz artysty, który w tak genialny sposób operował scenicznym dialogiem. A autora „Wujaszka Wani” oprócz rozmów istotnych dla dramaturgicznego rozwoju akcji liczą się też te poboczne, sprawiające wrażenie chaotycznych, w których jednak zawiera się ta niezwykła wiedza pisarza o psychologii człowieka, który u Czechowa nigdy nie jest postacią jednoznaczną, pozytywną czy też wręcz przeciwnie. Takim skomplikowanym, niejednoznacznym człowiekiem jest Platonow: z jednej strony obdarzony niezaprzeczalnie najpełniejszym intelektem, który stawia go ponad inne postaci, a z drugiej strony człowiek ten, jako ten, kto chadza pomiędzy wrony, przymuszony jest czuć się, zachowywać i wyrażać jako one, a robi też przy okazji rozmaite niepotrzebne przykrości tym, nad którymi odczuwa swą zmysłową przewagę. Pomimo swojego niebezpiecznie okrutnego (nasyconego egoizmem lub egoistyczną grą jaką prowadzi) charakteru, staje się obiektem westchnień kobiet, próżnych lub tak jak jego żona Sasza, potulnie oddanych. Wobec tych oblegających go kobiet prowadzi okrutną grę, pragnąc w ten sposób sprzeciwić się losowi, który skutecznie pozbawił jego życie z ideałów. Ale najokrutniejszy jest wobec samego siebie, a krzywdząc kobiety nie wskrzesza siebie i wydaje się, że kula z rewolweru jaką otrzymuje od Soni, dawnej miłości, a dzisiejszej kochanki dla zabawy, jest tylko zwieńczeniem jego życia, które i tak się rozsypało.
Wielkość dramaturgii Czechowa wynika również z faktu ponadczasowej percepcji jego scenicznych opowieści. Dramat Płatonowa mógłby się wydarzyć i dzisiaj w tej naszej ojczystej, pozbawionej moralnej podstawy istnienia rzeczywistości, rzeczywistości, w której człowiek zdany jest na pozorne szczęście, na kamuflaż, jeżeli wyrastasz ponad innych, na wegetację, gdy na tym świecie czujesz się niepotrzebny i zależny od orkiestry, która przygrywa ci do obłędnego tańca niespełnionego życia.
Nie wiem czemu, ale obejrzałbym na scenie w roli Płatonowa Nikitę Michałkowa (a może grał tę postać, tego nie pomnę). Ja wiem, Michałkow jest już ponad siedemdziesięcioletnim panem (Płatonow miał lat mniej niż trzydzieści), ale tak jakoś obie te postaci do siebie pasują, jak rzadko które.

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

WIETRZNA TRASA

Wielkie nieba, Balbino, i mnie trafił się kurs, długi, sporo ponad 1400 kilometrów liczący, do Hiszpanii, a już, już rozmyślałem sobie, o czym sobie pośnię najbliższej nocy na parkingu przy Intermarche, gdzieś pod Montebeliard.
Tymczasem jazda. Wyruszam z ośmioma samochodowymi fotelami z Montebeliard właśnie trasą na Bezancon, Moulin, Limoges i Bordeaux, a potem przez Kraj Basków do Kastylii i Leon, prowincja Valladolid.
Trasa do Limoges znośna. Wenus - najjaśniejszy po księżycu nocny obiekt na firmamencie, prześlicznie wskazuje drogę, bo na początku niebo rozwidnia się, przeciera i nawet księżyc po ciemnym nowiu wstaje. Nie masz już zimy ani we wschodniej, ani w centralnej Francji, bo na południu zim nie bywa, owszem, z niewielkim mrozem, lecz bez śniegu - ten w Masywie Centralnym, w dzikiej Owernii, w Alpach i Pirenejach. Ale że zimy nie ma, nie znaczy, że wiosna zakwitła. O, nie, nie w początkach lutego.
Im bardziej na południowy zachód, tym z większą ochotą groźny Atlantyk karty rozdaje. Tym razem umyślił sobie potężnym niżem uderzyć w zachodnią Europę i proszę, za Limoges aż po granicę z Hiszpanią i dalej ogromny wicher miota wszystkim, co napotka na swej drodze. Wszędzie na trasie (na tych główniejszych drogach) na wielkich tablicach informacyjnych pokazuje się pomarańczowy alert z informacją o wichurze. Na dwupasmowych krajówkach i autostradach ledwie udaje mi się utrzymać renówkę na właściwym pasie; na pomniejszych drogach nie lepiej. Tu trzeba wykonywać niezliczone manewry, aby nie uderzyć w opadłe i spadające gałęzie, a w kilku miejscach powalone drzewa. Jak taka gałązka uderzy, wichru i jej prawo, byleby nie w przednią szybę. 
Jakoś udaje się. Pod Bayonne (Baiano) przed hiszpańska granicą, we francuskiej Baskonii, wietrzysko nieco popuszcza (tam jest najcieplej zresztą - temperatura w nocy dochodzi do 11 stopni), ale przejeżdżając wzdłuż atlantyckiego wybrzeża widzę te długie, trzymetrowe fale - nieciekawie to wygląda.
A jak w Hiszpanii? Nie inaczej, choć, proszę państwa, oprócz Kraju Basków to w tej Hiszpanii drzew prawie nie ma, więc szybom auta żadna złamana gałąź nie zagrozi.
Dojeżdżam tuż przed 14-tą. Miałem być do 15.40, więc udało mi się dojechać szybciej niż zaplanowałem, ba, udało mi się nawet przespać z godzinkę na trasie. Pomimo tego, że dostawa miała być bezpośrednia + fix (znaczy się absolutnie na czas), firma, do której jechałem jest zamknięta… znaczy się, że niepotrzebnie tak gnałem, tracąc przy okazji więcej paliwa niż musiałem. No cóż, taki życie.
Odpoczywam sobie na sporym parkingu wewnątrz parku technologicznego (nota bene to jedna z najpiękniejszych stref ekonomicznych jakie dotąd widziałem), przesypiam od 18 do 23.40 (wieje). Potem budzę się 4.50, a właściwie obudziłem się z tego powodu, że moja renóweczka zaczyna się pod wpływem wiatru przemieszczać. Że spałem na dole, nacisnąłem pedał hamulca - przystanęła po pięciu-sześciu metrach. Okazało się, że „puścił” niezaciągnięty do końca hamulec ręczny oraz, że pod niewłaściwym kątem w stosunku do krawężnika ustawiłem przednie kola auta… ale mimo wszystko… na równym samochód powinien stać w miejscu.
Wietrzysko było jednak odmiennego zdania.

[05.02.2017, Boecillo, Castilla y Leon, w Hiszpanii]

03 lutego 2017

POKOCHAJMY GUSTAWA

eksperymentujemy?
Osoby:
Dora - przyjezdna, lat pięćdziesiąt, może mniej, z wyglądu jeszcze mniej;
Pilar - zadomowiona, tu: gospodyni, rówieśniczka Dory, jak to mówią, ze szkolnej ławy się znają z Dorą… co do ich wieku, może rzeczywiście są starsze, aczkolwiek wiek nie odgrywa w tej opowieści takiego znaczenia, jakie mu się zazwyczaj przypisuje;
[Dora, w przeciwieństwie do gadatliwej Pilar, małomówna]
Tomasz - mąż Pilar, postać drugoplanowa, zwyczajna;
Henryk - mąż Dory, postać również drugoplanowa, typowa;
Córka Pilar - postać pojawiająca się okazyjnie;
Pojawia się też Gustaw.
Tło i dekoracja:
Mieszkanie kilkupokojowe należące do Pilar i Tomasza. Odgrywa znacznie mniejsze znaczenie niż można się było tego spodziewać.
Czas akcji:
Zaczyna się późnym wieczorem, a właściwie nocą. Następnie akcja postępuje zgodnie ze wskazaniami zegara, choć momentami powraca do momentu poprzedzającego początek opowieści.

- No to mamy naszych panów z głowy - Pilar powróciła do oświetlonej oszczędnym, srebrzystym światłem kuchni i przysiadła się do stołu, za którym siedziała już Dora. - Ululali się. Kazałam córce, aby wstawiła do pokoju składane łóżko i pościeliła na nim Tomaszowi.
- Ach tak, tak. Będzie spał na rozkładanym.
- Tak moja droga. Ten trzeci pokój przeznaczony jest właściwie dla gości, choć ma jedno, jednoosobowe łóżko, ale w takiej sytuacji nie mogłam przecież na to pozwolić, abyś się na nim gniotła z Henrykiem. Owszem, na dobrą sprawę zmieściłaby się na nim para… ale wiesz, Doro, gdybyśmy były młodsze, a właściwie gdyby nasi panowie byli młodsi, to chyba nie miałabyś nic przeciwko temu, abym pościeliła tam dla was dwojga, ale w tej sytuacji, rozumiesz… co powiedziałby Gustaw?
- Nie byłby zadowolony.
- Dlatego jest lepiej tak, jak jest. Nasi panowie wysączyli chyba ze dwie duże butelki żołądkowej gorzkiej, a w dodatku twój Henryk raczył był zapowiedzieć się z tą słowacką śliwowicą i sama jestem ciekawa, ile tej śliwowicy jeszcze zostało.
- Ja również.
- Gustaw chyba lubi śliwowicę. Nieważne zresztą. Ja nie widzę w tym nic złego, że nasi panowie sobie wypili. Fakt faktem, że nie widzieli się od dwóch lat, a to do czegoś przyjaciół zobowiązuje. Nie wiem jak ty, ale ja zrobiłam się tolerancyjna. To przychodzi wraz z wiekiem. W końcu Tomasz i Henryk to mężczyźni. Nie wiem, jak tam jest z Gustawem…
- Tolerancyjny?
- Myślę, że tak. Ty, słuchaj, jak im się wzięło na wspominki, to o niczym innym nie rozmawiali, jak o tych dobrych, starych czasach i ja im się nie dziwię. A zaczęło się przy obiedzie. Córka to tylko buzię rozdziawiała. „To taki byłeś, tatku? Z tej strony cię nie znałam, a mnie przy lada okazji strofujesz”, tak mówiła, nie żeby złośliwie, ale ona po prostu zapomina o tym, że i my byliśmy kiedyś w jej wieku i potrafiliśmy zaszaleć. Znają się przecież z wojska…
- Kto?
- No Tomasz z Henrykiem.
- Aha.
- Taka męska przyjaźń. Napijesz się kapeczkę wiśniówki? Już wlewam. Gustaw zapewne żałuje, że nie był z nimi w wojsku, bo stanowiliby bardzo zgrane trio. A Tomasz to co i rusz tamte czasy wspomina, jak w tych okopach, w tym błocie grzęźli po pas, jak się czołgali. Nie, nie sądzę, aby to się podobało Gustawowi.
- Inna sfera…
- Coś w tym rodzaju. Tomasz mówi często o tym, jak Henryk wyciągnął z płomieni chłopaka, z którym byli na szkółce. Ćwiczenia były na poligonie. Poustawiali naczynia z napalmem, podpalili, a chłopaki w tych ubrankach, co to wiesz, takich płaszczach ochronnych no i z maską. No i ten ich kolega potknął się czy jak i płomień napalmu go przysmażył. I wtedy Henryk, twój mąż kochanie, jako pierwszy rzucił się mu na pomoc, swoim ciałem ogień przygasił, no może nie ciałem ale swoim płaszczem i tak dalej, a jak wiesz, napalm zagasić trudno.
- Nie wiem.
- No to ci mówię. Nie kochana, wojsko nie jest dla Gustawa, ci powiadam. Ale rozgrzewa. Niech rozgrzeje bardziej jeszcze, wleję. A ty sobie wyobraź, co by to było, gdyby teraz wszedł Gustaw i zobaczył nas przy tej wiśniówce? Co też by o nas sobie pomyślał?
- Stare pijaczki, ha, ha.
- Możliwe. A ty wiesz, że ja do ślubu to ani kropeleczki do ust nie wzięłam. Tomasz mi się zdawał już wtedy pijący, ale w miarę. Ledwie dzióbka zamoczył, a mój tato to przy okazji wizyt Tomka u mnie sprawdzał czy pije. Podpuszczał go. Częstował, a ten… dosłownie jak panienka. No, możesz to sobie wyobrazić, dlaczego on upija się tylko z twoim Henryczkiem? Ciekawa jestem, czy Gustaw kiedykolwiek był pijany?
- Pijany? Nie. Nie on.
- Też tak myślę. A swoją drogą to mamy niezłych chłopów, prawda? No wypijmy, aby się nie zmarnowało. Ty pamiętasz, jak to z nami było, mną i Tomaszem, jakeśmy się poznali. Nad jeziorem go zapoznałam. Nie powiem, spodobał mi się od razu. Do wody wskoczył i zaczął płynąć na wysepkę. Powoli płynął, żabką. To i ja wskoczyłam. Czekaj chłopaczku, mówię sobie, nie byłabym Pilar, gdybym cię nie doścignęła. No i zaszalałam kraulem. Zbliżam się, doganiam, przeganiam. Tomaszek w tyle zostaje, a mnie do wysepki sto metrów zostało. I nagle skurcz w obie łydki naraz. Co się dzieje, myślę sobie i siły mi opadają. Krzyczę, wołam i pod wodą ryby widzę. Omdlałam, ale próbuję dociągnąć do brzegu na grzbiecie, a tu ból straszny. Ech, gdyby to Gustaw widział. Tracę przytomność. Niczego nie pamiętam. A kiedy ja odzyskuję, ten chłopaczek leży niemal na mnie. Swoimi ustami ust moich dotyka. Czuje jego oddech i silne dłonie na mostku. Połamać mi chce żebra, czy co? Odkasłuję. Gustawie, gdybyś to widział! Otwieram szeroko oczy i nie wstając jeszcze szast-prast walę chłopaczka w twarz, poprawiam z drugiej strony. Nie będziesz ty mnie wykorzystywał przy ludziach, myślę sobie.
- Wykorzystał cię?
- Nie, ratował.
- Aha.
- Ale ludzi się naszło i skąd oni wszyscy mogli wiedzieć, że Tomasz mnie ratuje, no skąd? Co oni sobie wtedy o mnie pomyśleli. Na samo wspomnienie o tym zdarzeniu wypiłabym kapeńkę. Już wlałaś? Najlepszego. Ale kiedy już doszłam do siebie to się rozpłakałam. Strumień łez, rozumiesz? Gustawie, czy ty wiesz jak to jest, kiedy kobieta zalewa się łzami? No i zabrałam go do siebie, a właściwie to on mnie doprowadził. I w ten sposób Tomasz został gwiazdą w moim domu. Ty wiesz, że niemal zazdrosna byłam o swoja mamę? Tak go hołubiła, tak wychwalała sąsiadkom, że… szkoda gadać. Patrz, jeszcze wiśnióweczki zostało na jakieś dwie kolejki. Wypijemy? A co, my też nie widziałyśmy się dwa lata. Panowie mogą, to i my. A czy ty wiesz, że ja przed waszym ślubem, narzeczeństwem jeszcze byliście, zapytałam się twojego Henryczka o ciebie i o kobiety w ogóle. Zapytałam go wprost: dlaczego Dora?
- Nie mów, zapytałaś?
- A pewnie. Ty wiesz, że u mnie, co w sercu, to na języku. No, wypijmy. A on mi powiedział, że zdążył się już wyszaleć i potrzebuje odmiany. Potrzebuje spokojnej, powolnej, oddanej, małomównej kobiety takiej jak ty. Swoją drogą zastanawiam się za jakim typem kobiety przepada Gustaw. No i dostał swoje. Ujarzmiłaś go tym swoim spokojem, pokorą, wiecznym wyrażaniem zgody na to, czego od ciebie oczekuje. I tym oto sposobem z zawadiackiego chłopaka uczyniłaś sobie męża, którego niejedna ci zazdrościła.
- Tak myślisz?
- Tak myślę. Tylko, że to dziwne, bo wydawać by się mogło, że to on cię zdominuje, a tu masz. To ty pozwalasz mu się za rączkę prowadzać, to ty… Gustaw na pewno nie byłby ci tak oddany. Ależ gorąco…
- Gustaw na pewno nie.
- No to wypijmy na koniec za Gustawa. Ty wiesz, że kreci mi się w głowie?
- Za Gustawa.
- Dobrych mamy mężów. Kochają nas. My… kobiety… potrafimy przecież… ty wiesz Doro, co nam się przydarzyło wiosną… no mówię ci… las… my dwoje… sobie pomyślisz… szaleni… w tym wieku… Doro, słuchasz mnie? Słuchaj swojej Pilar, najlepszej przyjaciółki… ten mech był taki miękki… konwalie… zbierał… zbieraliśmy… i ten mech… jak tu gorąco… gdzie jesteś, Doro? Chciałabym się do ciebie przytulić, Gustawie… Doro, ten mech… Tomaszu, mówię, ale ty masz fantazje… jeszcze kto zobaczy! A gorąco było tak jat teraz. Córeczko, dlaczego zagasiłaś światło. No wiesz, Tomaszku… ja nie wiem, czy dzisiaj można… czy ja w ogóle mam ochotę… Doro, miałam… i chwała Bogu, że nie było przy tym Gustawa… co by sobie biedaczek o mnie pomyślał… a ten mech taki miękki… wszystko jak dawniej… córeczko, ta ciemność razi mnie w oczy… dlaczego moje czoło czuje, że jest twardo… tam był mech… płonę kochanie… nigdy przedtem tak… Doro, gdzie jesteś? 
O co chodzi…
- Gustaw? Dora?
- Mamo, idź już do łóżka. Dora już śpi. Aleś ją spiła.
- Córeczko, a ja? Tak długo się nie widziałyśmy… rozumiesz? Wybaczysz?
- Wybaczę. A teraz wstań, pomogę ci.
- Tam w rogu kuchni przy lodówce stoi Gustaw, widzisz?
- Jaki Gustaw, mamo?
- Jaki? Ty się pytasz jaki, dziecko?
- Już dobrze, mamo… chodźmy!
- Pokochajmy Gustawa, dobrze?

[27.01.2017, pod Alencon w Normandii i 03.02.2017  Audincourt, Doubt we Francji]

02 lutego 2017

TRZYMAJ SIĘ BOLEK

1.
Kontekst poniższych refleksji nietrudny jest do odgadnięcia - ot rozgrywa się kolejny etap wojenki na górze. Aż chciałoby się powiedzieć: nie moje koczkodany, nie mój cyrk, ale do rzeczy….
Przyznam szczerze, że pan Wałęsa tyle mnie obchodzi co śnieg na Alasce, albo inaczej: interesuję się nim w takim samym stopniu, w jaki on interesuje się moją skromną osobą, moimi problemami, etc… czyli, jak się spodziewam, kończyć chyba nie muszę. Ale mnie przynajmniej stać na powiedzenie tego, żeby się trzymał i, nie daj Boże, na szlachetnym swoim zdrowiu nie ucierpiał.
W sumie to tak po ludzku należałoby Wałęsie współczuć, gdyby nie to jego rozdmuchane ego, przeświadczenie o swojej nieomylności, niepowtarzalności, wręcz boskości. Skoro tak jest, jak mówi on o sobie, to da sobie radę bez mojej pomocy.
2.
Daleko ważniejszym dla mnie zagadnieniem jest to, co to się porobiło z ludźmi przez te niemal trzydzieści lat najnowszej historii. Jak to się pozmieniało, jak wywróciło na drugą stronę. Wystarczyło tylko otworzyć ludziom market pod chałupą, skrzesać iluzję wolności, dać w jedną rękę wędkę, w drugą bat… i do przodu. No cóż, sami sobie to wybraliśmy, pozwalając, aby inni decydowali za nas, bo przyznajmy sami, że nikt się nas o kształt tej nowej Polski nie zapytał. A tu przecież chodziło o to, aby mieć za podstawę do czynienia zmian, mieć obrzmiałe od klaskania prawice. Klaskano zatem, wznoszono w górę ręce, palce w geście „viktorii” pokazywano i… „róbta, co chceta”… i robili.
W tym entuzjastycznym zamęcie pies z kulawą nogą nie zapytał, czy to aby moralnym jest bogacenie się jednych kosztem drugich i wcale nie z tego powodu, że ci pierwsi w jakiś szczególny sposób zostali przez Stwórcę wyposażeni w przymioty duszy, ciała i intelektu, ot pojawili się w odpowiednim miejscu, czasie i towarzystwie… wiem, powtarzam się.
Kiedyś M.F. Rakowski w rozmowie ze stoczniowcami, mocno podenerwowany, odezwał się był do oponenta, że dzięki komunie tenże pasałby jeszcze krowy. Nieelegancko się wyraził, to fakt, ale czy przypadkiem nie prawdziwie. Nie będę tu pisał peanów na cześć komuny, ale każdy będący przy zdrowych zmysłach przyzna, że postęp i gospodarczy, i społeczny to za czasów PRL-u się jednak dokonał: a to przemysł, a to rolnictwo, kultura, sztuka, nauka. Co do tej ostatniej, to wypada dodać, że całkiem nieźle sobie w tym zapominanym czasie radziła, skoro tylu zacnych naukowców związanych z Solidarnością wykształciła.
Wrócę do tych krów pasania, wprowadzając na pastwisko kolejne stworzenie: „nie matura, a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”… tak mówiono, prawda? I rzeczywiście była to prawda, bo w tym PLR-u jednym z elementów polityki państwa było zniwelowanie przedwojennych różnic klasowych. Kto tego nie rozumie, jego sprawa. Nie zawsze, rzecz jasna to się udawało. Za przeproszeniem z łańcuchowego Burka rasowego dalmatyńczyka się nie zrobi, ale przecież nie brak też przykładów rodem z serialu „Daleko od szosy”, że człowiek z trudem bo z trudem, ale odnajdywał swoje miejsce w świecie, choć rzucano mu kłody pod nogi.
No cóż… popróbujmy teraz przekonać się, czy ta „chęć szczera” przypadkiem nie funkcjonuje i dzisiaj, w nowej rzeczywistości. A jakże, występuje i to licznie. Iluż takich Miśkiewiczów zna historia najnowsza, co to gdyby się klejem minutką do tej czy innej partii się nie przyklajstrowali, to pozostaliby na życie całe szaraczkiem, czmychającym w pole po każdym usłyszanym trzasku złamanej gałązki. I latoś, ale i drzewiej rodziły się takie stworzenia, które za pełną michę pozwalają się na łańcuchu prowadzać, a spuszczone za nogawkę jednego z drugim złapią, a i pokąsać potrafią. A myli się ten, co powie, że, no dobra, mamy ci dzisiaj panicza Miśkiewicza, ale jak naród powymienia władzę, to się Miśka, tudzież jego pana pod trybunał zapoda. Niedoczekanie. Okaże się bowiem, że i ta następująca po obecnej władza ma od licha i ciut ciut takich misiaczków, i kiedy naruszy się tego dzisiejszego, dziwnym trafem znajdą się haki na pozostałych.
A człowiek co na to? A człowiek za przeproszeniem za te dwa tysiące, albo i mniej, harować musi, gdy taki cymbał każe żołnierzowi nad swą tępą głową parasol rozkładać jak nad jaką angielską królową.
Tylko nie cymbał, tylko nie cymbał…
Swego czasu pan prezes PSL-u (to taka partia, która bodajże kumoterstwo w statucie ma zapisane) Pawlak olśnił mnie tłumaczeniem się z zatrudniania kumów i pociotek w agencjach począwszy od sprzątaczki, że peeselowskie rodziny muszą wszak gdzieś pracować. Zatem nie tylko Miśkiewicze.
Z powyższych moich rozważań jasno wynika, że dla mnie problem pana Wałęsy nie istnieje - są ważniejsze - to owoce jego i pozostałej postsolidarnościowej braci naukowej pracy.
3.
Żyjemy, moi państwo, w dzisiejszych czasach jedynie dla siebie, bez wstecznego lusterka. To prawda, milsza mi żona, teść, szwagier, kuzyn, najbliższy sąsiad i przyjaciel, natomiast kiedy ma się gębę zapchaną ojczyźnianymi frazesami, wypadałoby rozejrzeć się szerzej, a tego nie widzę, aby się działo. 
Faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby utrwalać system, w którym „każdy sobie rzepkę skrobie”, ale, na Boga, nie mówmy wtedy o narodzie, państwie i ojczyźnie - albo - albo.
Uruchamiam wyobraźnię: rodzinne spotkanie, imieniny, święta, rocznica - morze wódki i słów, ochy i achy, komplementy, wdzięczne rozmowy, troska i zainteresowanie, modlitwa wspólna (?). Ale jutro jest poniedziałek i trzeba do pracy. Pierwsze słowa do sekretarki skierowane:
- Poproszę kawę, pani Magdo… a gdzież do cholery podział się bicz?
I wymierzamy nim sprawiedliwość dziejową tym, co są pod nami. Leniwi jacyś, dla dobra firmy pracować nie chcą. Pięć złotych za godzinę pracy? Przesada. Znajdę kogoś za cztery. Co? Chcą podnieść stawkę minimalną? Państwo przecież zbankrutuje… a państwo, państwo to ja. To ja pracę daję i ja ją odbieram. Nie podoba się?
Ulegliśmy iluzji (piszę „my”, choć sam już dawno wypisałem się z tego towarzystwa), że system wolnorynkowy „usprawiedliwi” siermiężny momentami PRL.
Kapitalizm nie czyni człowieka lepszym.

[02.02.2017, Audincourt, Doubt we Francji]

01 lutego 2017

MACHINA CZASU (3) - (fragment "Prowincji")

Przechodzimy kilka kroków. Po schodkach sklep kolonialny, w niedzielę zamknięty, bo pani kupiec to pobożna dama i w święta nie otwiera. Czegóż tu nie ma? W torebeczkach, saszetkach, flakonach i buteleczkach, na półkach, w szufladach, na tacach, w pudełkach i skrzynkach imbir do piwa i win dodawany, czarnuszka jak malutkie ziarenka słonecznika, gorzka, do ostrych potraw podawana, papryczka chili - tak samo, kolendra, koper włoski o anyżowym smaku, szafran z pręcików kaktusa,  proszek curry do sosów i mięs, ziarnka sezamu, pieprz biały, czarny i zielony do wyboru, kardamon ożywiający smak kawy, laski cynamonu do ciast, zwłaszcza jabłecznika, muszkatołowa gałka do flaków, czerwona kurkuma barwiąca wypieki, limonka prześwietna ze spirytusem jako nalewka, bazylia do pomidorów, kminek do chleba, goździki na kompoty, anyż dla smakoszy, żurawina na problemy z układem moczowym stosowana, siemię lniane na żołądek, bez czarny i czosnek na przeziębienia, glistnik i kocimiętka, pokrzywa na wzmocnienie organizmu, kozłek lekarski na serce, oliwki i oliwa, melisa na uspokojenie i krwawienia, żywokost lekarski, mięta i rumianek na herbatkę, liść laurowy, lubczyk na potencję, morwa czarna i biała przy cukrzycy wskazana, perz przy kamicy nerkowej stosowany, czarna jagoda w leczeniu żylaków przydatna i przy rozwolnieniach , lawenda na trawienie i uspokojenie, łopian oczyszczający organizm z toksyn, rdest tamujący krwotoki, dziurawiec chroniący system nerwowy i zwalczający rany i owrzodzenia, rozmaryn do sałatek, na migreny, zawroty głowy i pamięć… wystarczy?
- Chciałabym kawy z kardamonem spróbować albo herbacianej mieszanki z rumiankiem, szałwia i miętą.
- Kiedyś ci zrobię.
Przejdźmy na drugą stronę, a może nie, pozostańmy w tym miejscu, przy fotografie. Cóż widzisz? Po lewej stronie stare, czarnobiałe zdjęcia dawnych, zapewne szacownych obywateli miasteczka i okolic, portrety w sepii dam w sukniach epoki fin de siècle - wąska kibić, długie powiewne, lejące się suknie, gorsety. I znów kapelusze i parasolki przeciwsłoneczne. Dalej moda lat trzydziestych, nie mnie powabne panie, suknie krótsze, również zwiewne, nieco podkasane, tu i ówdzie odkrywające łydki i kolana, a kapelusiki z woalką, a panie w pozycjach wielce wyzywających jak na owe czasy, z długimi cygarniczkami w dłoni otulonej tiulową rękawiczką. Panowie natomiast w garniturach, z fajką, w dwukolorowych siodłowych butach typu „oxford”, siedzący w pozycji „noga na nogę”, a tam rodzinne zdjęcia i okolicznościowe, gdzie indziej dżentelmen na koniu, żołnierz w stopniu porucznika i nieodłączny ułan; fotografie z imprezy biznesowej, z towarzyskiego bankietu. Są również młodsze: ślubne, komunijne, szkolne, swawolne rodzinne, zabawowe i te dostojniejsze, nadmiernie pozowane, a w końcu do legitymacji i paszportu… tyleż tego.
- A kim jest ta pani pośród kwitnących jabłoni? - pytasz - Piękna jak na obrazku.
- Właścicielka zakładu w pełnym wieku rozkwicie. Tuz przed wojną to zdjęcie zrobione.
- Ach tak?
I podążamy spacerowym tempem głównym szlakiem miasteczka. Tu całkiem niedawno postawiony budynek księgarni (do przyszłego wymiaru czasu nie dotrwał)… oglądamy wystawę; parę kroków dalej maciupkie warsztaty: zegarmistrzowski i szewski, zacienione; obaj panowie, wiekowi bardzo, przy samym oknie maja swoje stanowiska, aby pochwycić z zewnątrz jak najwięcej światła. Jeszcze jeden warzywniak, a naprzeciwko dom mody i dochodzimy już do mostu na rzeczce, niewielkiej, z brzegami porośniętymi pokrzywa i łopianami - wśród nich karczowniki ziemnowodne harcują.
Za mostem droga prowadzi do młodszej części miasta, krzyżując się z tą po prawo, na zachód wiodącą na łąki i na stawy…
- Którą z dróg wybierzemy?

[01.02.2017, Wersal pod Paryżem]

MACHINA CZASU (2) - (fragment "Prowincji")

Filcowe meloniki z wywiniętym rondem, kapelusiki a’ la Pola Negri, szykowne kapelusze ślubne, wplatane we włosy, śnieżnobiałe lub ukwiecone, męskie panamy i fedory, słomkowe dla pań i panów, o patrz, jest nawet cylinder - ten pewnie na kostiumowe zabawy, i tamte dwa stożkowe - słomiany i ten z wikliny, wietnamskiej mody, sombrero (chyba dla dzieci), a tam z delikatnej skórki też fedora, tyle że damska, i kaszkiety filcowe, czarne w dużym wyborze, niemodna cyklistówka, toczki, a na najwyższej półce futrzane czapki… do tego, jako dodatki, chusty i szale, i parasolki: lekkie, damskie z krótką rączką i dla mężczyzn, dostojne, w drzewie  rzeźbione, a nawet laski… czego tu nie ma - sklep kapelusznika jedyny w mieście, przepięknie urządzony, choć powierzchniowo niewielki. Patrzymy przez wysoką, prostokątną szybę witryny. 
- Chciałabyś taką fedorę? - pytam, obserwując jak zerka na popielaty kapelusik z lekko wyprofilowanym rondem obszytym grafitową tasiemką.
Uśmiecha się i odwraca wzrok ku kobiecemu manekinowi, ubranemu w długą drapowaną suknię… na delikatnej, cielistej barwy główce przymocowano ślubne, udekorowane malutkimi pączkami różyczek nakrycie głowy.
- Gdzieżbym w czymś takim miała iść do ślubu? - wzdycha nieco oszołomiona przepychem wystawy.
Idziemy dalej. Kilkanaście kroków po lewej stronie kolejny kiosk, w niedzielę otwarty. Przechodzimy.
- Wiesz co, kupimy sobie parę tygodników i zabierzemy je tam - mówię.
Kręci głową. Nie do wiary. Będzie miała czasopismo z tego świata.
Znajomy kioskarz poznaje mnie i sięga pod ladę, wertuje teczki.
- Jest dla was. Nikt nie odebrał. Z dwóch tygodni - dodaje.
Płacę i biorę. Dwa egzemplarze „Panoramy” pachną jeszcze drukarską farbą, „Dookoła świata”, „Przekrój” i „Za i przeciw”. Przeglądasz je pobieżnie, a potem dostrzegasz na półce coś, co wydaje ci się być znajome - maleńki, stożkowy flakonik. Kupuję ci „Być może”. Odkręcasz, wąchasz, upuszczasz kropelkę za ucho.
Przechodzimy ponownie na chodnik po prawej stronie ulicy.
- Tym wąskim wjazdem pomiędzy kamieniczkami doszlibyśmy do piekarni - tłumaczę. - Okrągłe, prawie dwukilowe bochny chleba, pamiętasz?
- Kupowałam.
- Z chrupiącą, złuszczoną, ciemnozłotą skórką. Gdybyśmy przyszli tu jutro przed siódmą rano, musiałbym zmieniać ręce, bo chleb gorący, och jak bardzo gorący. Moglibyśmy odłamać pajdę i jeść. W firmowym sklepiku niemal naprzeciwko kupilibyśmy mleko. Moglibyśmy jeść gorący, suchy chleb z mlekiem… lubisz?
- Lubię, ale może nie tak bardzo gorący.
- Doszlibyśmy do kasztanowej alei i zjedli przysiadając na ławeczce.
- Dobrze. Zrobilibyśmy to - uśmiecha się, a mnie się wydaje, że z biegiem czasu zaczyna przyzwyczajać się do tego czasu, do miasteczka.
Dochodzimy do rymarza. Dzisiaj ma zamknięte, ale w dzień powszedni zobaczyłabyś, jak ustawiają się jedna za drugą furmanki. Koniom woźnice przytraczają do szyi worek z obrokiem, konie krzeszą kopytami iskry na granitowym bruku, a gospodarze zachodzą do mojego chrzestnego. Tak, tak, jedyny w mieście rymarz był moim ojcem chrzestnym, pewnie nie wiedziałaś.
Zamknięte. Wyjechał na wieś, albo spotkać się z rzemieślnikami u jednego z nich. Przez okno niewiele się zobaczy, bo warsztat rymarza ciągnie się wąskim korytarzem przez całą szerokość kamieniczki.
Właściwie to mój chrzestny robił wszystkie te uprzęże, kantary, siodła i chomąta na zamówienie, bo to koń koniowi nierówny, a chodzi przecież o to, aby nie uszkodzić zwierzęciu skóry, a ta delikatna, choć zdawać by się mogło, że takie pociągowe, silne zwierzę wytrzyma wszelkie niewygody. Nic podobnego, koń to szlachcic wśród zwierząt i dlatego u rymarza można było nabyć dopasowane do końskiego grzbietu derki i czapraki, gdyby kto zechciał w siodle stępem albo kłusem gonić. Miał też nasz rymarz skórzane czapsy, co chroniły i jeźdźca i  konia przed otarciami. Były też baty, długie, ozdobne, częściej aby się nimi przed innymi gospodarzami pochwalić, aniżeli do bicia, bo starannie prowadzonemu koniowi pociągowemu wystarczało przed oczami batem świsnąć, by zrozumiał. Miał też chrzestny rymarz na składzie pędne pasy i takie, co na nich brzytwy ostrzono, a dla płci niewieściej wyplatał torebki z cieniutkich paseczków najszlachetniejszych skór.
Chodźmy dalej.
cdn.

[01.02.2017, Wersal pod Paryżem