- A ty, syneczku, cały czas w drodze i jak ten sen niespokojny miejsca sobie znaleźć nie możesz.
Za oknem rumiany bochen słonecznego chleba akurat kładł się do snu na nieodległych świerkach. A dobrze mu było w tych iglastych pieleszach spocząć po wczesnolipcowej podróży po niebie, tak samo jak temu, co przybywszy do domu babuni spoczął naprzeciwko niej nad miseczką twarożku umajonego pociętym szczypiorem.
- A kiedy to ja, babuniu, u ciebie znalazłem to miejsce i jeśli jeszcze tym razem mnie nie odegnasz precz, to do ciebie powracał wciąż będę.
Zatrwożyła się, słuchając tych słów.
- Jakżebym ja mogła cię odegnać precz? Pisałam przecie, że o każdej porze gotowam cię widzieć, a teraz, gdy Staszek „zabolieł”, tym bardziej, bo wieczorem to z nikim prócz Boga nie rozmawiam i ciężko mi zasypiać bez pożegnania z wypalonym dniem.
- Sąsiadki cię nie odwiedzają? Ostatnim razem wszakże zachodziły, choć dziadka miałaś u boku.
- A zachodzą, odwiedzają - uspokoiła go. - One dobre, a ja przecież niczego złego im w życiu nie uczyniłam, więc przychodzą, pytają o zdrowie, ale w końcu do swoich chałup wracają, do mężów i dzieci, i swoich bab starszych ode mnie, a ja zasypiam w samotności, a zasypiam z trudem. Mnie bardziej o ciebie idzie, syneczku, że tak z miejsca w miejsce chadzasz, nie znajdując takiego, gdzie mógłbyś osiąść na stałe, a mnie odwiedzać, proszę bardzo, odwiedzaj jak najczęściej, bylebyś miał ode mnie dokądś powrócić.
Jeszcze raz spojrzał na świetlaną kulę, która coraz to głębiej zanurzała się w gęstwę zrudziałych od tlących się purpurą promieni świerkowych ramion. Zachodnia zapadnia horyzontu na całej swej szerokości płonęła zwiotczałymi ogniami purpury.
- Mnie, widać, taki przypadł los, niestrudzonego włóczykija, co miejsca dla siebie znaleźć nie może, choć w każdym z nich czuje się jak najlepiej.
- Aleć ty przecież że nie jesteś tak młody, aby pozwalać sobie na tak niestabilne życie, które przysługuje tym, którzy wciąż poszukują własnej drogi życia. Ileż to lat ci upłynęło? Pięćdziesiąt? I wciąż w drodze - nie ustępowała babunia, a w jej oczach aż błyszczała troska o syneczka, co to po raz trzeci raczył ją odwiedzić w starej chatce na samym skraju zarzeczowskiej wioski.
- Pięćdziesiąt już minęło, babciu, ale skoro upłynęło już tyle czasu, a ja jeszcze przy siłach, więc i tych lat, co mi pozostały, zmienić może nie chcę, a może i nie potrafię…
- I nigdy nie marzył ci się dom własny, z kobietą, co każdego wieczora czekać na ciebie będzie z kolacją, skoro pracujesz ciężko i wytrwale; z dziećmi, które byś na porządnych ludzi chował, ciesząc się tym, że zapełniają dom twój najpierw niedorosłym szczebiotem, potem zasypują cię pytaniami, każą rozsupływać problemy i oceniać przyszłe wybory, jakie poczynić pragną w życiu?
- Nie jestem ci ja, babuniu, aż tak odmiennym od innych ludzi, abym takich marzeń nie miał, ale mnie pewnie co innego na wodzie pisane.
- Co innego? - zamyśliła się. - Być może, ale gdybyś więcej tych swoich marzeń pragnął, mógłbyś je ku sobie obrócić.
- A kto mnie teraz do siebie przyjmie z tak lichym tobołkiem na plecach?
- Z lichym, powiadasz, a to ci powiem, że taki plecak to wiele miejsca u kogoś tam nie zajmie…
- … ale i nie wniesie sobą wiele.
Posilał się twarożkiem ozdobionym szczypiorkiem - a wszystko to babcine: twaróg z hodowanej na łące krowy; szczypior - z ogrodowej cebuli, musiało być smaczne, bo do tego ta pajda domowego chleba z masłem z mleka też od krasuli.
- A kiedym tu tym razem do babuni jechał, to przenocowała mnie jedna piękna pani - pochwalił się. - W szkolnym mieszkaniu spałem, a noc była chłodna i gwieździsta, okno uchyliłem, aby się napatrzeć do syta, a w domku naprzeciwko, od budynku szkoły odłączonym, paliło się światło w oknie pani dyrektorki.
- I ona ciebie przygarnęła na noc? Dyrektorka?
- Przygarnęła. A wcześniej kolacją mnie poczęstowała.
- No, no, syneczku, to i kolacją cię uraczyła.
- Tak było. A gdy te gwiazdy błyskały przede mną na niebie, nagle światło u tej pani zgasło i gotowym przysiąc, że w tym oknie, skąd przed chwilą żółta poświata przebijała się przez mrok nocy, pojawiła się kobieta w bielizny bieli i przez uchylone okienne skrzydła spoglądała na tę samą noc, co to i mnie zauroczyła. Czegóż to ona wyglądała, babuniu?
- A jeśli tego samego, co ty, syneczku?
Wstała, zakręciła się po kuchni i powracając do stołu, przy którym oboje siedzieli, podstawiła Adamowi po sam nos czarną herbatę z dodatkiem dwóch łyżek białego rumu, tego samego, którym poczęstowała go, gdy ją odwiedził zeszłym razem.
- Kto ją tam wie, czego naprawdę szukała - stwierdził z zamiarem zmiany tematu rozmowy.
A lubił rozmawiać z babunią językiem przez nią i przez siebie wymyślonym, tajemniczym, baśniowym, utkanym ze słów, co nie ranią, a głaszczą, słów tak prostych, że w swej prostocie naiwnych i ugrzecznionych, a ktoś, kto nie byłby o tym słownym pejzażu, jaki tych dwoje pochłonął, powiadomiony, pomyślałby, że rozmawiają z sobą dzieci zatopione w swojej szczerości do bólu, a nawet i nierozgarnięte, co przecież najogromniejszy, acz niedostępny dla innych własny świat posiadają.
Babunia z kolei i lubiła tę rozmowę srebrzystą, i przyjemność w jej oczach błyszczała, gdy jadł ze smakiem, co przygotowały jej zasuszone dłonie.
- Nareszcie odpoczniesz po podróży - powiedziała, a on czubkiem języka słoneczną słodycz masła w górnej wargi zlizywał i widać było, że przez te trzy miesiące niebytności u niej upragnął był tego smaku, co łechce podniebienie i aż za gardło chwyta, tocząc strumyczki pogodnej śliny. - Tobie tam pewnie w tej szkole spodobało się i pewnie łazienka w pokoju była jak w mieście… a u mnie bosą stopą na dwór wyjść trzeba do bani, a i tak dobrze, że letnią porą przyjechałeś, to zimny wiatr cię nie owionie.
- A tak, babuniu, u tej pięknej pani pokój miałem jak w mieście, ale czy może się on równać z twoim? Nie bardzom zmęczony i nie dośpię dzisiejszej nocy. Jutro trzeba mi odwiedzić dziadka. Pojedziemy?
- Toć w przyszłym tygodniu go puszczają, a ja już się przymówiła sąsiadce, aby po niego zajechać w czwartek do odebrania. A dyć znasz Zawiślakową? Ona do mnie, że pewnie się obraziłam na nią, skoro nie poprosiłam dotąd o podwózkę do szpitala, a ja dla węglarzowej to bym nieba uchyliła, a choćby za to, jak to mi z brzucha wytaszczyła pierworodnego, gdy karetka popadła w zaspę.
- I babunia odebrała? I dała życie narodzonemu?
- A jakże miałam nie dopomóc brzemiennej, skoro małe przedwcześnie na świat się pchało, do tego w boleściach matki… a jak nam wtedy drogę zawiało. Zawiślak z bratem końmi wyjechali po doktora w tę zaćmę, ale gdzież tam, zanim powrócili do dom, tak już dzieciątko matczyną pierś ssało i nie powiedziałbyś, syneczku, że dziecina tydzień wcześniej nastała; chłop na schwał ten Zawiślaków pierworodny Marcin. Ale do wójta pójdziemy, jeśli chcesz - zmieniła ton śpiewnego głosu. - Zadzwonimy od niego do Staszka. Wójt rad mojemu Staszkowi, bo w dawniejszych czasach, gdy wypalał z drzewa węgiel, z jego smolnym stosem żaden jeden się nie zrównał, a wójt, tyle przecie lat nam służy, to miał z tego tytułu same przyjemności, bo męża węgle najpierwsze w okolicy i wszyscy brali, wszyscy po Staszkowe podjeżdżali.
Adam kończył posiłek, dopijając herbatkę, co ciepłem rumowego alkoholu przyjemnie łaskotała gardło.
- Skoro zadzwonić mamy, to zadzwonimy, babuniu, tylko mnie obudź na czas, gdybym przespał poranek. Wiesz jak tutejsze powietrze morzy.
- A wiem, syneczku. Ty u mnie sypiasz jak książę, choć ja sądziłam, że zawdzięczasz to głównie ciężkiej pracy, gdy drzewo rąbiesz, albo nawóz z obory usuwasz, bo Staszek, sam wiesz, już nie ten sam, co dawniej, w tartaku albo przy wypalaniu drzewa, a to ci przy tej robocie, jak doktor powiedział, astmatykiem został i na serce słabuje, ale oni już tam go wyleczą, oj wyleczą, tak mi się widzi, że po tak długim sanatoriacie to dostanę go z powrotem młodszego, i będzie taki jak dawniej.
Pewnie ta rozmowa potoczyłaby się żwawo dalej jak te ociosane wodą kamienie w strumieniu podczas burzliwej nawałnicy, gdyby babunia po raz pierwszy nie zerknęła na ikonę, co ją nieopodal okna, w rogu izby na sosnowej komódce stawiała. Spojrzawszy ku niej, myślała sobie, że już najwyższy czas na to, aby sobie z Panem Bogiem porozmawiać i zapytać się Jego, kiedy z zagranicy Waldek z żoną przyjedzie do niej i do Staszka, zapytać się o zdrowie, albo kiedy Halinka z wnusią do Zarzecza zajrzy, bo dotąd jakoś im nie po drodze, choć córeczka dawno już temu obiecała, że jeśli nawet nie zawita często, to wpadnie choć raz z telefonem, co by starzy nie musieli kłopotać wizytami wójta, aby dowiedzieć się, czy czego tam dzieciom nie brakuje, a jeśli brakuje, to niech przyjeżdżają, to ich nakarmi, a i z tych pieniędzy, co to je Staszek na mogiłę raz na miesiąc przeznacza, uszczknie się parę groszy; wszakże jeszcze się oboje na tamtą stronę świata nie wybierają. I o wiele innych spraw chciała się babunia Pana Boga zapytać, nie wykluczając o tego kochanego włóczykija Adama, co to na tym bożym świecie błąka się jak ta czarna, niechciana owca w stadzie; co z nim wypada począć, może Miłosierny podpowie?
Tak i wędrowiec, posiliwszy się, rozpoznał babuni rozterki, domyślił się też tego, że nadeszła odwieczna pora na babciną modlitwę, tak cichą i pogodną, że aż przypominającą szept strumyka w czas posuchy, a zatem pożegnawszy się z gospodynią, która jakby samą matką jego była, zaszedł do swojego pokoju i umościł sobie posłanie.
(…) cdn.
[01.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]