Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI 15

*
Do „McLarena” w Woking wyjechałem w sobotę około 10-tej, a zatem stało się pewne, że weekend spędzę w Anglii, zważywszy na fakt, że rozładunek miałem w niedzielę o siódmej rano. W Anglii ciepło, choć nie upalnie; okresami przelotny deszcz. Dwie noce przesypiam na niegłośnej „bujance” jakieś pięć kilometrów od zakładu. I tak miałem szczęście, bo w pobliżu „McLarena” miejsc parkingowych nie ma. To zmora Anglii.
Powracam do „domu” w poniedziałek około 23, wioząc ładunek z Uxbridge. To jakieś maszyny-automaty (slot machine) na kawę, napoje, słodycze, a może do gier. Jest ich pięć, są ciężkie i na tyle wysokie, że muszę podnieść ożebrowanie plandeki, co wydłuża załadunek o co najmniej godzinę. Jakkolwiek ta ostatnia trasa do Anglii i z powrotem jest wyjątkowo krótka - mniej niż 500 kilometrów, to czuję się po niej zmęczony i senny - to chyba przez klątwę najtrudniejszego, czwartego tygodnia jazdy, który właśnie w niedzielę dobiegł kresu.
**
Skończyłem nie tylko „Zamieć” ale i „Charitas” Żeromskiego. Zauważalna nierówność tych dwóch ostatnich tomów „Walki z szatanem”. W „Zamieci” stanowczo za dużo młodopolskich, odautorskich wynurzeń, a główne postaci: Xenia i Nienaski niedostatecznie wyraziste, z kolei w „Charitas” odwrotnie: zarówno Gronowski jak i Śnieć są ludźmi z krwi i kości. W tej drugiej powieści łatwo dostrzec akcenty obecne we wcześniejszej twórczości autora „Ludzi bezdomnych”, a postać Gronowskiego jako zywo przypomina metamorfozę takich bohaterów literackich jak Kmicic czy Jacek Soplica. Wstrząsający jest też opis egzekucji-spalenia chłopów przez legion dowodzony przez Śniecia, jak i też duże wrażenie na czytelniku robią obrazy okrucieństwa walk podczas pierwszej wojny światowej. Ale jest też w tej powieści obecny humor (typowe dla Żeromskiego jest nadzwyczaj sympatyczne traktowanie postaci, których postępowanie bliskie jest poglądom autora) oraz, w innym miejscu, wrażliwość na kwestię chłopską, czy też zamiłowanie, albo wręcz obowiązek, zdaniem Żeromskiego, prowadzenia działalności społecznej na rzecz narodu, chłopstwa i robotników. To wszystko pomieszcza w ostatnim tomie „Walki z szatanem” i chociaż zakończenie powieści jest wręcz tragiczne, to zwycięża idea, która dopiero w „Przedwiośniu”, stykając się z powojenną rzeczywistością wskrzeszonej po latach niewoli Polski, legnie w gruzach.
***
Od samego rana potężnie wieje. Pranie więc schnie jak się patrzy. Gorzej będzie na promie, ale mam nadzieję, że do północy przestanie, bo właśnie dowiedziałem się, że około pierwszej - drugiej w nocy, już siódmego, mam jakiś kurs na Anglię. A zatem trochę spania i w kolejną trasę.

[06.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]

05 czerwca 2017

ŚWIADECTWO WŁADCY ULICZNEGO ŚWIATŁA


1.
Przechodząc po omacku staromiejskim brukiem,
rozdawca świateł latarniom
skrzesał pierwszą iskrę,
a za nią popłynął poszarzałymi uliczkami
mglisty rozbłysk żółtawej poświaty
i przykleiwszy się czule
do odrapanych frontowych tynków
rozkołysanych rozedrganym powietrzem kamieniczek,
zajrzał do pospiesznie zasuwanych okien, 
lecz niewiele mógł za nimi zobaczyć.

2.
Kamienna ławeczka na opustoszałym skwerze 
zaprosiła latarnika na granitowego siedliska
wypolerowany przedwieczorny chłód,
a było mu ciepło, gdy kurzył fajkę,
a bosmański dym unosząc się nad cybuchem 
rozsierdzał nocne motyle
podróżujące ku gwieździe ulicznego światła,
a poniżej latarni, na piętrze kamieniczki
pomalowanej na żółto refleksem rozpalonej lampy,
za zasuniętym firanką oknem 
przemieszczał się cień.

3.
I w takiej to ukołysanej ciszy, 
zachęcającej zakochanych
do podzielenia się pościelą,
posłyszał prometejski dawca ognia
podeszw czyichś butów doniosły trzepot
o wyślizgany, połyskliwy, kamienny bruk
i jeszcze inny dźwięczny jęk
zakłócił przedsenny szept ulicy,
wyszarpnął ktoś z najwyższej struny
łkający dźwięk gitary.

4.
Zbawca jasności twarz swoją przymgloną,
ledwie żarem tytoniu oświetloną
obrócił ku temu, kto już wzrok swój wspinał
na pierwszego piętra okno, za którym
cień coraz bardziej prędki się przechadzał
i już mniej energicznie, jakby ciekawie,
zwinął firanki, zmiął zasłony, 
wreszcie rozpostarł na świat
oba skrzydła okien…
i stał się kobietą. 

5.
I oto ci dwoje:
ona we framugach ołtarza
i on, przytulający w zastępstwie jej kobiecości
piersi instrumentu
(pokojowy Neron naszych czasów
wzrok swój natężył, aby dojrzeć każdy detal)
związali swoje spojrzenia
tajemniczą nicią pająka,
po której wpełzał dur czy moll, 
po której wznosił się śpiew.

Romanca
W stepie spalonym na proch,
deszczu tak chłonnym, jak co?
Jak ciepłych warg usta me, 
zjawiasz się, gdy zasnął mrok. 
Ktoś zrodził cię z tych fal, kto? 
z kłosów pokrytych mgłą, ech… 

Piękność twa przeogromna
zapala miłości żar,
a miłość nieprzytomna
- oślepiający jej czar.

Ty, co wyłaniasz się z traw 
ech, pędzisz konno, gdzie? 
gdzie oczy niosą twą krew. 
Cyganka ty, Boże, spraw
bym poznał cię w moim śnie
zatopił w twych oczach, ech…

Piękność twa przeogromna
zapala miłości żar
a miłość nieprzytomna
- oślepiający jej czar.

Ech, przygarnij mnie nocy bezdomna,
w mej lubej ramiona mnie wtul.
Przy niej moja dusza tak bezbronna,
a w piersiach tęsknota, ucisk i ból. 

6.
I coś tam pomiędzy tym dwojgiem zaszło,
lecz co takiego? - nasz księżyc w pełni
odpoczywający na granitowym kamieniu ławki
dowiedzieć się nie zdołał.
Czy to powieki na kłódki pozamykał,
a może się rozmarzył, może zasnął?
Lecz kiedy chłodny oddech miejskiej bryzy 
przywrócił go do świata żywych,
nie było już grajka, ni kobiety, 
a szyby okna noc zamalowała na czarno.

[02.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji i 04.06.2017, Woking, Surrey w Anglii] 

KAWIARENKA (90) WĄSKOTORÓWKA

Tak i dyrektor cukrowni Gaworzewski oraz trzech jego fabrycznych kompanów dopięli swego dzieła - wąskotorowa kolejka ruszyła, w piękna sobotę, tuż po Dniu Dziecka, co o tyle istotne, że w pierwszą podróż, prócz mocodawców imprezy zabrano dzieciarnię, a że i doroślejsi obywatele miasteczka i okolic chcieli również spróbować prześwietnego wojażu, toteż puszczono ciuchcię tego dnia po raz drugi, aby uczynić zadość pragnieniom chętnej nowych wrażeń gawiedzi. 
O dziwo, pośród pasażerów nie zabrakło obywatelek i obywateli w bardzo słusznym wieku (pomiędzy nimi byli słuchacze uniwersytetu trzeciego wieku), którzy bardzo dawne czasy pamiętali, kiedy to tą nieszeroką koleją podróżowano regularnie między Różanowem a powiatowym miastem, a kolejka aż czterokrotnie przystawała, zanim dobyła celu w znaczącym podówczas i dzisiaj mieście.
Tym razem aż tak długa podróż kolejce pana Gaworzewskiego nie była sądzona, ale i tak cieszono się niekrótką a powolną jazdą przy koniecznych wyciach syren ciuchci przed każdym skrzyżowaniem z drogą, albo z ludźmi, których mijała po drodze - uciechy było co niemiara. 
Początek podróży następował na cukrowniczym dworcu w Dobroniu (tam zagrała orkiestra dęta z Różanowa), następnie odbyto trzykilometrową drogę do Podlesia (tam kilka osób, zwłaszcza dzieci wsiadło do wagonów), dalej ciuchcia po dwukilometrowym sapaniu osiągnęła nasze miasteczko - Różanów, połykając we wnętrzu obu pasażerskich wagonów dzieciarnię w liczbach hurtowych. Kolejny przystanek, po pięciokilometrowej podróży miał miejsce w lesie niedaleko leśniczówki, gdzie na prowizorycznym jeszcze peronie kawiarenkowe towarzystwo zorganizowało bufet, tak że nie sposób było go przegapić i w końcu przecinając od północy las, i pokonując na szczęście w pełni sprawny most na rzeczce Mętnicy, ciuchcia stanęła na dawnej rozjezdni w Lipcach, gdzie ukończono tę piętnastokilometrową przejażdżkę. Tutaj, u celu podróży, w Lipcach, tamtejsi parafianie, nie chcąc być gorszymi od kawiarenkowego bractwa, poczęstowali dzieciska smakołykami, ale nade wszystko zorganizowali najmłodszym rozmaite gry i zabawy, aby niedorostki mogły swoje mikre kostki i mięśnie rozprostować. Tymczasem ciuchcia prowadzona przez fachowego kolejarza została wraz z wagonikiem węglowym przestawiona na koniec składu, aby móc ciągnąć dwuwagonowy skład z powrotem.
Kawiarenkowi biesiadnicy użyli podróży ciuchcią za następnym razem, a pan radca Krach, który oprócz redaktora Pokorskiego najlepiej był poinformowany (jak zwykle zresztą w wielu pozostałych materiach) o wąskotorowym przedsięwzięciu pana dyrektora Gaworzewskiego, nie potrafił wyjść z zachwytu już to nad samą podróżą, którą odbył w towarzystwie żony Jadzi, córki Anny z mężem Wołodią oraz z matką Wołodii, pozostającej wciąż (i oby na stałe) w Ciżemkach, już to z uwagi na fakt, iż zarówno sama ciuchcia, jak i też pasażerskie wagony przedstawiały sobą wrażenie, jakby dopiero co wyszły z fabrycznych hal; do takiej to postaci doprowadziły te komunikacyjne perełki wrażliwe robotnicze dłonie. Pan radca Krach przemyśliwał przy tej okazji nad tym, czy nie udałoby się przy pomocy pana burmistrza właścicielom tych zdolnych robociarskich dłoni wręczyć jakowejś społecznej, finansowej nagrody za ich przemieniony z pasji trud, za te miesiące i lata pracy włożonej w przedsięwzięcie nie tak znowu pospolite w dzisiejszych czasach.
A pan dyrektor Gaworzewski, bez którego dowództwa plan kolejowej trasy nie mógłby się powieść, kiedy ów przysiadł się podczas jazdy do rodziny Krachów, roztoczył przed panem radcą przemiłe perspektywy wykorzystania wąskotorówki także do transportu buraków oraz innych towarów, jakie można by przewozić pomiędzy miasteczkiem a wsiami i fabryką, a jeśli dałoby się w to przedsięwzięcie wciągnąć samego pana starostę, to byłaby szansa na pociągnięcie kolejowej trasy dalej (istnieje wciąż jeszcze torowisko), aż do powiatu, jak niegdyś. I w ten sposób wąskotorowa kolejka, umiejętnie zarządzana, stałaby się na powrót ważnym dla miasteczka i całkiem dalekich okolic elementem komunikacyjno-transportowego organizmu, który odciążyłby lokalne drogi, przewoziłby ludzi do pracy, uczniów do szkół, a wakacyjną porą uatrakcyjniłby całą okolicę przybyszom szukającym niepospolitych wrażeń.
Pan radca Krach, czemu dziwić się nie wypada, przyklasnął zamiarom pana dyrektora, a nawet obiecał, że szepnie kilka słów komu potrzeba, aby ów szczytny zamiar na panewce się nie przypalił.

[04.06.2017, Woking, Surrey w Anglii]

03 czerwca 2017

WŁÓCZYKIJ (2)

- A ty, syneczku, cały czas w drodze i jak ten sen niespokojny miejsca sobie znaleźć nie możesz.
Za oknem rumiany bochen słonecznego chleba akurat kładł się do snu na nieodległych świerkach. A dobrze mu było w tych iglastych pieleszach spocząć po wczesnolipcowej podróży po niebie, tak samo jak temu, co przybywszy do domu babuni spoczął naprzeciwko niej nad miseczką twarożku umajonego pociętym szczypiorem.
- A kiedy to ja, babuniu, u ciebie znalazłem to miejsce i jeśli jeszcze tym razem mnie nie odegnasz precz, to do ciebie powracał wciąż będę.
Zatrwożyła się, słuchając tych słów.
- Jakżebym ja mogła cię odegnać precz? Pisałam przecie, że o każdej porze gotowam cię widzieć, a teraz, gdy Staszek „zabolieł”, tym bardziej, bo wieczorem to z nikim prócz Boga nie rozmawiam i ciężko mi zasypiać bez pożegnania z wypalonym dniem.
- Sąsiadki cię nie odwiedzają? Ostatnim razem wszakże zachodziły, choć dziadka miałaś u boku.
- A zachodzą, odwiedzają - uspokoiła go. - One dobre, a ja przecież niczego złego im w życiu nie uczyniłam, więc przychodzą, pytają o zdrowie, ale w końcu do swoich chałup wracają, do mężów i dzieci, i swoich bab starszych ode mnie, a ja zasypiam w samotności, a zasypiam z trudem. Mnie bardziej o ciebie idzie, syneczku, że tak z miejsca w miejsce chadzasz, nie znajdując takiego, gdzie mógłbyś osiąść na stałe, a mnie odwiedzać, proszę bardzo, odwiedzaj jak najczęściej, bylebyś miał ode mnie dokądś powrócić.
Jeszcze raz spojrzał na świetlaną kulę, która coraz to głębiej zanurzała się w gęstwę zrudziałych od tlących się purpurą promieni świerkowych ramion. Zachodnia zapadnia horyzontu na całej swej szerokości płonęła zwiotczałymi ogniami purpury.
- Mnie, widać, taki przypadł los, niestrudzonego włóczykija, co miejsca dla siebie znaleźć nie może, choć w każdym z nich czuje się jak najlepiej.
- Aleć ty przecież że nie jesteś tak młody, aby pozwalać sobie na tak niestabilne życie, które przysługuje tym, którzy wciąż poszukują własnej drogi życia. Ileż to lat ci upłynęło? Pięćdziesiąt? I wciąż w drodze - nie ustępowała babunia, a w jej oczach aż błyszczała troska o syneczka, co to po raz trzeci raczył ją odwiedzić w starej chatce na samym skraju zarzeczowskiej wioski.
- Pięćdziesiąt już minęło, babciu, ale skoro upłynęło już tyle czasu, a ja jeszcze przy siłach, więc i tych lat, co mi pozostały, zmienić może nie chcę, a może i nie potrafię…
- I nigdy nie marzył ci się dom własny, z kobietą, co każdego wieczora czekać na ciebie będzie z kolacją, skoro pracujesz ciężko i wytrwale; z dziećmi, które byś na porządnych ludzi chował, ciesząc się tym, że zapełniają dom twój najpierw niedorosłym szczebiotem, potem zasypują cię pytaniami, każą rozsupływać problemy i oceniać przyszłe wybory, jakie poczynić pragną w życiu?
- Nie jestem ci ja, babuniu, aż tak odmiennym od innych ludzi, abym takich marzeń nie miał, ale mnie pewnie co innego na wodzie pisane.
- Co innego? - zamyśliła się. - Być może, ale gdybyś więcej tych swoich marzeń pragnął, mógłbyś je ku sobie obrócić.
- A kto mnie teraz do siebie przyjmie z tak lichym tobołkiem na plecach?
- Z lichym, powiadasz, a to ci powiem, że taki plecak to wiele miejsca u kogoś tam nie zajmie…
- … ale i nie wniesie sobą wiele.
Posilał się twarożkiem ozdobionym szczypiorkiem - a wszystko to babcine: twaróg z hodowanej na łące krowy; szczypior - z ogrodowej cebuli, musiało być smaczne, bo do tego ta pajda domowego chleba z masłem z mleka też od krasuli. 
- A kiedym tu tym razem do babuni jechał, to przenocowała mnie jedna piękna pani - pochwalił się. - W szkolnym mieszkaniu spałem, a noc była chłodna i gwieździsta, okno uchyliłem, aby się napatrzeć do syta, a w domku naprzeciwko, od budynku szkoły odłączonym, paliło się światło w oknie pani dyrektorki.
- I ona ciebie przygarnęła na noc? Dyrektorka?
- Przygarnęła. A wcześniej kolacją mnie poczęstowała.
- No, no, syneczku, to i kolacją cię uraczyła.
- Tak było. A gdy te gwiazdy błyskały przede mną na niebie, nagle światło u tej pani zgasło i gotowym przysiąc, że w tym oknie, skąd przed chwilą żółta poświata przebijała się przez mrok nocy, pojawiła się kobieta w bielizny bieli i przez uchylone okienne skrzydła spoglądała na tę samą noc, co to i mnie zauroczyła. Czegóż to ona wyglądała, babuniu?
- A jeśli tego samego, co ty, syneczku?
Wstała, zakręciła się po kuchni i powracając do stołu, przy którym oboje siedzieli, podstawiła Adamowi po sam nos czarną herbatę z dodatkiem dwóch łyżek białego rumu, tego samego, którym poczęstowała go, gdy ją odwiedził zeszłym razem. 
- Kto ją tam wie, czego naprawdę szukała - stwierdził z zamiarem zmiany tematu rozmowy.
A lubił rozmawiać z babunią językiem przez nią i przez siebie wymyślonym, tajemniczym, baśniowym, utkanym ze słów, co nie ranią, a głaszczą, słów tak prostych, że w swej prostocie naiwnych i ugrzecznionych, a ktoś, kto nie byłby o tym słownym pejzażu, jaki tych dwoje pochłonął, powiadomiony, pomyślałby, że rozmawiają z sobą dzieci zatopione w swojej szczerości do bólu, a nawet i nierozgarnięte, co przecież najogromniejszy, acz niedostępny dla innych własny świat posiadają.
Babunia z kolei i lubiła tę rozmowę srebrzystą, i przyjemność w jej oczach błyszczała, gdy jadł ze smakiem, co przygotowały jej zasuszone dłonie.
- Nareszcie odpoczniesz po podróży - powiedziała, a on czubkiem języka słoneczną słodycz masła w górnej wargi zlizywał i widać było, że przez te trzy miesiące niebytności u niej upragnął był tego smaku, co łechce podniebienie i aż za gardło chwyta, tocząc strumyczki pogodnej śliny. - Tobie tam pewnie w tej szkole spodobało się i pewnie łazienka w pokoju była jak w mieście… a u mnie bosą stopą  na dwór wyjść trzeba do bani, a i tak dobrze, że letnią porą przyjechałeś, to zimny wiatr cię nie owionie.
- A tak, babuniu, u tej pięknej pani pokój miałem jak w mieście, ale czy może się on równać z twoim? Nie bardzom zmęczony i nie dośpię dzisiejszej nocy. Jutro trzeba mi odwiedzić dziadka. Pojedziemy?
- Toć w przyszłym tygodniu go puszczają, a ja już się przymówiła sąsiadce, aby po niego zajechać w czwartek do odebrania. A dyć znasz Zawiślakową? Ona do mnie, że pewnie się obraziłam na nią, skoro nie poprosiłam dotąd o podwózkę do szpitala, a ja dla węglarzowej to bym nieba uchyliła, a choćby za to, jak to mi z brzucha wytaszczyła pierworodnego, gdy karetka popadła w zaspę.
- I babunia odebrała? I dała życie narodzonemu?
- A jakże miałam nie dopomóc brzemiennej, skoro małe przedwcześnie na świat się pchało, do tego w boleściach matki… a jak nam wtedy drogę zawiało. Zawiślak z bratem końmi wyjechali po doktora w tę zaćmę, ale gdzież tam, zanim powrócili do dom, tak już dzieciątko matczyną pierś ssało i nie powiedziałbyś, syneczku, że dziecina tydzień wcześniej nastała; chłop na schwał ten Zawiślaków pierworodny Marcin. Ale do wójta pójdziemy, jeśli chcesz - zmieniła ton śpiewnego głosu. - Zadzwonimy od niego do Staszka. Wójt rad mojemu Staszkowi, bo w dawniejszych czasach, gdy wypalał z drzewa węgiel, z jego smolnym stosem żaden jeden się nie zrównał, a wójt, tyle przecie lat nam służy, to miał z tego tytułu same przyjemności, bo męża węgle najpierwsze w okolicy i wszyscy brali, wszyscy po Staszkowe podjeżdżali.
Adam kończył posiłek, dopijając herbatkę, co ciepłem rumowego alkoholu przyjemnie łaskotała gardło.
- Skoro zadzwonić mamy, to zadzwonimy, babuniu, tylko mnie obudź na czas, gdybym przespał poranek. Wiesz jak tutejsze powietrze morzy.
- A wiem, syneczku. Ty u mnie sypiasz jak książę, choć ja sądziłam, że zawdzięczasz to głównie ciężkiej pracy, gdy drzewo rąbiesz, albo nawóz z obory usuwasz, bo Staszek, sam wiesz, już nie ten sam, co dawniej, w tartaku albo przy wypalaniu drzewa, a to ci przy tej robocie, jak doktor powiedział, astmatykiem został i na serce słabuje, ale oni już tam go wyleczą, oj wyleczą, tak mi się widzi, że po tak długim sanatoriacie to dostanę go z powrotem młodszego, i będzie taki jak dawniej.
Pewnie ta rozmowa potoczyłaby się żwawo dalej jak te ociosane wodą kamienie w strumieniu podczas burzliwej nawałnicy, gdyby babunia po raz pierwszy nie zerknęła na ikonę, co ją nieopodal okna, w rogu izby na sosnowej komódce stawiała. Spojrzawszy ku niej, myślała sobie, że już najwyższy czas na to, aby sobie z Panem Bogiem porozmawiać i zapytać się Jego, kiedy z zagranicy Waldek z żoną przyjedzie do niej i do Staszka, zapytać się o zdrowie, albo kiedy Halinka z wnusią do Zarzecza zajrzy, bo dotąd jakoś im nie po drodze, choć córeczka dawno już temu obiecała, że jeśli nawet nie zawita często, to wpadnie choć raz z telefonem, co by starzy nie musieli kłopotać wizytami wójta, aby dowiedzieć się, czy czego tam dzieciom nie brakuje, a jeśli brakuje, to niech przyjeżdżają, to ich nakarmi, a i z tych pieniędzy, co to je Staszek na mogiłę raz na miesiąc przeznacza, uszczknie się parę groszy; wszakże jeszcze się oboje na tamtą stronę świata nie wybierają. I o wiele innych spraw chciała się babunia Pana Boga zapytać, nie wykluczając o tego kochanego włóczykija Adama, co to na tym bożym świecie błąka się jak ta czarna, niechciana owca w stadzie; co z nim wypada począć, może Miłosierny podpowie?
Tak i wędrowiec, posiliwszy się, rozpoznał babuni rozterki, domyślił się też tego, że nadeszła odwieczna pora na babciną modlitwę, tak cichą i pogodną, że aż przypominającą szept strumyka w czas posuchy, a zatem pożegnawszy się z gospodynią, która jakby samą matką jego była, zaszedł do swojego pokoju i umościł sobie posłanie.
(…) cdn.

[01.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI 14 - „ŁUK I INNE ROZMAITOŚCI”

*
- Cebula to po rosyjsku „łuk” - stwierdziłem. - A jak cebula jest po ukraińsku?
- „Cibula” - odpowiada Anton.
- To duża różnica - kontynuuję.
- Wiele ukraińskich wyrazów jest podobnych do polskich - tłumaczy Anton. - Gdybyś jednak pojechał do Doniecka czy Ługańska, tam powiedzą na cebulę „łuk”.
Oto w jak prosty sposób, choć okrężną drogą, zostaje wyjaśniony jeden z elementów przyczyn konfliktu we wschodniej Ukrainie, który w mainstreamowych mediach w Polsce i na Zachodzie jest całkowicie pomijany.

**
- To w końcu jakim językiem mówicie teraz na Ukrainie? - pytam.
- Normalnie, mówimy po ukraińsku i rosyjsku - odpowiada Anton.
- Ale ostatnio wyszła podobno jakaś ustawa o języku, która ustala konieczność mówienia po ukraińsku.
- No tak, ale przecież, żeby tak się stało, potrzeba wymiany dwu - trzech pokoleń. Jakże tak można zabronić mówić po rosyjsku ludziom, którzy na Ukrainie mówią tylko tym językiem?

***
Alosza przyjechał aż z Ługańska, ale wyprowadził się gdzieś do centralnej Ukrainy. Mówi po rosyjsku, tak jak zdecydowana większość ludzi na wschodzie Ukrainy. Mówienie, że narzeka na to, że w na Ukrainie nie ma pracy, że życie jest ciężkie, że w trzy dni zarobi jako kierowca polskiej firmy tyle, ile dostanie w swym kraju za miesiąc, mówienie o narzekaniu w tym wypadku obarczone jest semantycznym błędem. 
Podstawową cechą chyba wszystkich Ukraińców, jakich poznałem jest to, że zdają się być pogodzeni z losem, nie oczekują na cud zmiany sytuacji gospodarczej na lepszą i nie dziwią się niczemu, co się w tym kraju dzieje i dziać się będzie.
Na moje: „podziwiam was, że to wytrzymujecie”, Anton próbuje mi wytłumaczyć:
- Słuchaj, u nas są ludzie, którzy nigdy nie wyjeżdżali za granicę i nie wiedzą lub nie wierzą, że w Polsce można zarobić tysiąc euro, że można żyć normalnie i w Polsce, i za granicą. Oni myślą, że po prostu tak być musi, że aby przeżyć, muszą kombinować. Jeżeli na Ukrainie będziesz pracował uczciwie, nie będziesz dawał łapówek, nigdy się niczego nie dorobisz, a już najgorzej mają ludzie młodzi, młode małżeństwa i, nie daj Boże, z dzieckiem - dodaje i kreśli w powietrzu dłonią nad swą głową pętlę.
Alosza mniej więcej w tym samym czasie odbiera sms-a.
- Jak ja lubię otrzymywać sms-y z tego adresu! - uśmiecha się kpiarsko i daje Antonowi do odczytania wiadomość, jaką przed chwilą dostał.
Później Anton tłumaczy mi tego sms-a oraz jego kontekst.
- Alosza jest na emeryturze i właśnie dostał wiadomość z banku, że jego emerytura została wstrzymana.
- Jakże to, wstrzymana? - dziwię się. - To znaczy, że jej nie dostaniesz? - pytam Aloszy.
- Właśnie tak będzie. Może dlatego, że jestem uchodźcą - śmieje się Alosza.
- Skoro jesteś uchodźcą, to chyba tym bardziej powinieneś ją dostać - mówię. - A gdybyś był teraz na Ukrainie, dostałbyś?
- Nie wiem. Musiałbym chodzić banku co jakiś czas i dopytywać się, czy dostanę, to znaczy musiałbym się meldować i składać oświadczenia, że ja to ja.
Trudno mi to zrozumieć, podobnie jak zaskakuje mnie wysokość emerytury Aloszy wynosząca poniżej czterystu złotych.
- A są też emerytury nie większe niż dwieście złotych - dodaje Anton.
- A moja emerytura - uzupełnia Alosza - nie wystarcza na pokrycie opłat za mieszkanie. Ale teraz jej nie dostanę, więc ten problem mi odpadnie.
A ja wracam myślami do tego ewentualnego „meldowania się w banku” Aloszy. Przyszło mi bowiem do głowy to, że istnieją u nas w Polsce takie sądowe wyroki, które nakazują obwinionemu stawianie się co jakiś czas na posterunku policji, aby władze miały pewność, że poddany tej dokuczliwości podsądny nie czmychnie przypadkiem za granicę.
Powiadam o tym moim rozmówcom.
Anton wybucha szczerym śmiechem.

[02.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WŁÓCZYKIJ (1)

Strumień był w tym miejscu płytki i kamienisty. Przeszedł go suchymi stopami, przeskakując z kamienia na kamień, aż dotarł do największego okrąglaka, na którym mógł przysiąść, podwinąć spodnie powyżej łydek i zamoczyć stopy w bardzo zimnej wodzie, a jednocześnie przyszło mu na myśl, aby zdjąć flanelową koszulę i zapakować ją do plecaka ustawionego obok, po prawej stronie kamienia. Otoczak był tak duży, że swobodnie mógł rozłożyć na nim całe ciało, ale nie był jeszcze na tyle zmęczony, aby zalec na ciepłym kamieniu i spróbować zasnąć. 
Rzeczka wystawiona była tutaj na promienie słoneczne, które odbijały się feerią rozbłysków od białych i srebrzystych wodnych pienin, tworzących się bezustannie, gdy rwące wody, uderzały o kamienne urwiska i wystające z łożyska strumienia stożki i owale kamieni, w jednej piątej swej wielkości suche i ciepłe. Poniżej zataczała szerszy krąg, formując głębszą i rozleglejszą zatoczkę, a jej wody zdawały się zwalniać swój bieg, choć w dalszym ciągu główny nurt rzeki był wartki, właśnie taki, w jakim lubiły żerować pstrągi. Z pewnej odległości obserwował ich połyskujące srebrem tęczowe grzbiety i cieszył oczy, gdy od czasu do czasu prując przezroczystą toń strumienia, wyskakiwały ponad lustro wody w pogoni za przelatującymi nisko owadami. Gdyby miał z sobą wędkę przypominałby Nicka z opowiadania Hemingwaya, podwyższającego sobie poziom adrenaliny połowem ryb, znajdującego w nieskalanym przemysłem i wybujałą demografią odpoczynku w samotności, a może wręcz ucieczki przed cywilizacją. Podobnie jak Nick dotarł w to miejsce, jadąc najpierw starym, zdezelowanym, lecz w odróżnieniu od Nicholasa Adamsa osobowym pociągiem, który wymienił później na autobus, zapuszczający się nie wiedzieć czemu w krainę tak bezludną, że napotkanie człowieka idącego poboczem drogi przypominało odnalezienie czterolistnej koniczyny. Wysiadł na ostatnim przystanku w wiosce, która rozpostarła się wokół całkiem sporego rynku wyłożonego brukowym kamieniem. Przy rynkowym placu oprócz przystanku autobusowego znajdowały się jeszcze cerkiew, sklep, kiosk z gazetami, knajpa i tancbuda. Odchodziły od niego cztery drogi i przy każdej z nich po obu stronach usadowiły się drewniane, ponad stuletnie domki wpisane w czworobok zagrody wraz z drewutniami i komórkami, czasami stodółkami, w których trzymano owce, kozy i drób. Niewiele było tych domków; co najwyżej sześć przy każdej z biegnących to w górę, to w dół wiejskich, zalanych nierównym asfaltem wiejskich dróg. Świadomie wybrał jedną z nich prowadzącą do kolejnej wioski oddalonej o ponad dziesięć kilometrów, ale chcąc skrócić sobie do niej drogę o połowę, po przebyciu kilometra skręcił na zachód w las i przeszedł sosnowym młodnikiem aż do rzeczki, która niewiele kilometrów powyżej, gdzie las ustępował kosodrzewinie, miała swoje źródło zasilane potem pomniejszymi strumykami toczącymi nitki wodne z pobliskich wzgórz i parowów.
Wioska, do której się udawał, ciągnęła się wzdłuż kamienistej ścieżyny wtórującej zakolom rzeki, a wszystkie domy - było ich ponad sześćdziesiąt - postawiono na lewym jej brzegu, choć bezpośrednio nie dotykały nurtu. Do rzeki dochodziło się poprzez nieobszerne, lecz śmiało wznoszące się ku zabudowaniom łąki, co było istotne zwłaszcza podczas wezbrania wód w rzece. Łąki w oczywisty sposób chroniły wioskę przed zalaniem, choć w ostatnim pięćdziesięcioleciu zagrody wiejskie dwukrotnie doświadczyły krótkiej, acz dokuczliwej powodzi. Wysoka woda płynęła wtedy drogą i wymywając wapienny żwir i piasek, odkrywała ostre krawędzie kamieni, które po przejściu wodnej nawałnicy należało potem przykrywać warstwą wieloskładnikowego gryzu, aby wiejska ścieżyna była dostępniejsza dla aut i wciąż obecnych na tych terenach chłopskich furmanek.
Odpoczywając na wielkim, suchym i nasłonecznionym okrąglaku zastygłym w samym sercu koryta rzeki, Adam posilał się zakupioną w wiosce, do której dotarł autobusem, kanapką z żółtym serem i suchą kiełbasą. Popił ją resztkami chłodnej już kawy, którą przed dwoma dniami zakupił w dworcowej knajpie i przelał ją do niewielkiego, półlitrowego termosu. 
Zmorzył go sen, chociaż fizycznie nie był zmęczony; bardziej wykończyła długa, przerywana licznymi przystankami podróż, lecz przedłużał ją w sposób świadomy, nie dbając o to, aby dotrzeć do celu włóczęgi jak najszybciej. Od pewnego czasu lubił podróżować, długo i w samotności, do której zdążył się przyzwyczaić w każdym z wynajmowanych pokoi, w jakich spędzał późne popołudnia, wieczory i noce, gdy zatrudniał się to tu, to tam i potrzebował dla siebie jakiegoś kąta.
List od babuni, który odebrał ze skrzynki na poczcie (ilekroć pozostawał w jakimś miejscu na czas dłuższy niż dwa miesiące, pozostawiał dla niej wiadomość, aby wiedziała pod jaki adres ma pisać) wprawił go w zakłopotanie i skłonił do szybszego wyjazdu, choć i tak zamierzał wpaść do niej z wizytą wczesnym latem i zostać tym razem dłużej. Niewprawną ręką skreśliła kilkanaście słów, informując go o chorobie dziadka i przedłużającym się pobycie w szpitalu, w którym odwiedziła go jeden raz, a chciałaby częściej, lecz teraz udaje się co parę dni do gminy i stamtąd może zadzwonić do męża, pozwalają, a nawet któregoś dnia sam wójt zaproponował jej, że przy okazji wyjazdu do powiatowego miasta podwiezie ją do szpitala, aby zobaczyła się ze Staszkiem, ale z nim jest już lepiej, więc telefony wystarczają, a zresztą dla niej taka podróż to udręka, no i nie chciałaby nadużywać zaufania władzy.
„- Ale ty przyjeżdżaj, kiedy tylko będziesz miał ochotę” - dopisała na końcu - „bo pokój czeka, a i mnie składniej będzie nie być samą w te dni podczas nieobecności Staszka”.
Musiał jeszcze posiedzieć z tydzień w mieście, zanim nie zakończą budowy wilii, do której się najął jako pomocnik murarza. Był zadowolony z pracy; można było zarobić, tyle że pracowali po szesnaście godzin, gdyż właścicielowi było pilno, a zaraz po murarzu i tynkarzu następowali ci od wykończeniówki, więc spieszyli się bardzo i postawili dom na czas. Dopiero po zakończeniu ich „działki” obaj majstrowie postawili samogon, posłali go po trzy kurczaki z rusztu i wypili porządnie, a mistrz murarski to mu jeszcze dołożył premię do wypłaty za to, że w robocie zawsze był na czas i pracował, aż miło, co się prawie nie zdarza, bo w tym fachu, nawet robiąc za pomocnika, to chce taki zarobić, ale nie narobić się przy tym, no i popija sobie przy murarce, czego majster nie lubi.
- Ty mi musisz dać znać o sobie - powiedział majster, wciskając mu w dłoń kartkę z nazwiskiem i numerem telefonu podczas degustacji. - Poznałem cię, jak robisz i zawsze cię przyjmę.
Było to już po tym, jak Adam odebrał list od babuni i powiedział o tym majstrowi, że na tę chwilę przerwie z nim współpracę, bo musi wyjechać, ale adresu babuni podawać nie chciał.
- Zadzwonię sam, panie majster - zapewnił zwierzchnika. - Kiedy tylko skończą mi się pieniądze, sam zadzwonię - dodał z uśmiechem, który zaczął towarzyszyć jego twarzy od czasu wypicia drugiego kieliszka trunku, który mógł sobie liczyć nie mniej 65 %, a do tak mocnej gorzały nie był przyzwyczajony, więc z tym uśmiechem doczekał zaledwie i aż do piątego kieliszka, a potem po omacku dostał się do swojej kwatery na Różanej 21, przespał błogim snem 10 godzin a przed południem zapłacił za mieszkanie i wyjechał.
Jakkolwiek miał zamiar pojawić się w Zarzeczu jak najprędzej i przywitać z babunią, lecz odezwało się w nim to jego zadawnione pragnienie włóczęgostwa i tak, droga jaką miał do przebycia zmieściłaby się w dwunastu godzinach koleją i autobusem, to zwyczajowo zajęła mu prawie czterdzieści osiem godzin, gdyż trafił mu się nocleg w wiejskiej szkole, konkretnie w wolnym na czas wakacji mieszkanku wynajmowanym dla nauczycieli. Dowiedział się o możliwości tegoż noclegu przypadkowo, gdy przemierzał trasę pomiędzy stacją kolejową a przystankiem autobusowym i wstąpił do gminnego sklepu, w którym z głupia frant zapytał, czy aby „kierowniczka” nie wie przypadkiem, gdzie mógłby przez jedną noc się przespać, bo dzień się kończy, a on strudzony drogą pragnąłby odpocząć, tym bardziej, że ostatni autobus, co przed sklepem staje już odjechał. I wtedy jakaś elegancka pani, co za nim stała w kolejce, czy to z litości nad podróżnika umęczoną fizjonomią, czy też z powodu wrodzonej troskliwości o innych, oświadczyła, że dysponuje wolnym, służbowym mieszkankiem, które by może i użyczyła potrzebującemu, jeśli tylko obieca, że na tę jedną jedyną noc się zakwateruje i koniecznie pozostawi je w takim porządku, w jakim je wcześniej zastanie. Kobieta mogła mieć około czterdzieści lat i, jak zauważył, nie nosiła obrączki, ale nie ocenił jej propozycji z perspektywy braku złotego krążka na palcu; był naprawdę zbyt zmęczony, w czym miał swój udział wypity poprzedniego dnia alkohol, aby myśleć o czymś innym aniżeli o w miarę wygodnym posłaniu. A zatem udali się oboje do tego służbowego mieszkania i wtedy to właśnie dowiedział się, że należy ono do szkoły, a wynajmującą jest sama dyrektorka. Zjadł z nią u niej kolację, ale jeśli kto myśli, że kolacja miała być uwerturą do czegoś więcej, to znaczy, że przeczytał albo naoglądał się zbyt wiele romansowych opowieści, bo po tymże posiłku odbyła się ceremonia wręczenia kluczy do mieszkania uzupełniona wskazaniem najkrótszej drogi do tegoż oraz poinformowaniem, że każdy z trzech pokoi posiada zaścielone czystą pościelą łóżko i można sobie wybrać pokój, który się chce i wykąpać się można, bo ciepła woda jest, tyle że należy najpierw włączyć bojler. O kosztach wynajęcia nie było mowy.
- Z tej jednej nocy to ja się wytłumaczę, proszę pana. Gdyby chodziło o czas dłuższy, to przygotowana jestem i na taki wariant - wytłumaczyła mu kobieta nie nosząca obrączki na palcu i podczas gdy Adam bezwiednie i chyba podświadomie pozytywnie i po męsku ocenił dojrzałą urodę dyrektorki, ją zaciekawił bagaż mężczyzny, jaki przytargał na plecach, że taki niewielki, mimo wszystko, na daleką podróż.
- Mieści się w nim tyle, ile mi potrzeba - odparł i już miał kontynuować, że w tym plecaku jest cały jego dobytek, ale zreflektował się, że takie przedstawienie sprawy wiązałyby się z koniecznością opowiedzenia czegoś więcej o tym nieszczęsnym dobytku, na co nie miał ochoty, więc to, na co mógł sobie pozwolić przed udaniem się do mieszkanka, było zapytaniem o numer prywatnego telefonu do pani dyrektor…
- W przypadku, gdybym szukał noclegu w drodze powrotnej.
I uzyskał ten numer.
Obudził się, kiedy wysokie, nadbrzeżne świerki rzuciły rozedrgany cień na jego na wpół obnażone ciało.
(…) cdn.

[28.05.2017 i 31.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]

PRZYDROŻNE MONOLOGI 13

Miał to być wraz z poprzednim jeden wpis, ale pod wpływem późniejszego impulsu zdecydowałem się je oddzielić i w dodatku pominąć w nich chronologie wydarzeń.
Do Ossett pod Leeds wybrałem się wczesnym wieczorem 29 maja - to około 500 kilometrów od Dover. Po kilkudniowym wypoczynku w „domu” jechało mi się nieźle, a na ten stan wpłynęła również pewna okoliczność. Otóż z reguły wkraczając do Anglii włączam podczas jazdy „klasyczne” radio, lecz tym razem skorzystałem z pozostawionej w odtwarzaczu przez zmiennika - Ukraińca Walerija płyty rosyjskiego szansonisty Michaiła Szufutińskiego. No i proszę sobie wyobrazić, że przesłuchałem sobie kilkadziesiąt piosenek tegoż pieśniarza (solo i w duecie z niezidentyfikowaną jeszcze pieśniarą).
Szufutiński, bardzo popularny w Rosji, choć ponoć obecnie przebywa w Stanach, w Polsce prawie nieznany poza internetem i zwariowanymi na punkcie piosenki rosyjskiej fanami, kontynuuje „szkołę” klasycznej piosenki rosyjskiej, która wypracowali tacy artyści jak Okudżawa, Wysocki, Biczewska czy Rosenbaum.
W pieśniach Szufutińskiego obecne są uczucia wpisane w poetycko-literacko-malarski krajobraz Moskwy, Odessy, Petersburga a nawet Kołymy i Magadanu. Jest w nich klimat ulicy, także tej „chuligańskiej”, są doświadczenia „etapów” i łagru, a obok nich przepiękne słowno i muzycznie akcenty melodii żydowskich i romskich. Obok pieśni dynamicznych i żywych, mieszczących się w poetyce Wysockiego, występują piosenki głęboko nasycone uczuciami: od miłości poprzez nostalgię, smutek, aż po rozgoryczenie.
Tak jak u każdego z rosyjskich bardów, słyszy się u Szufutińskiego tę rozległą, szeroką na pół Europy i Azję rosyjsko-słowiańska duszę, co osobiście zawsze mnie urzekało i urzeka.
I tylko szkoda, że (powtarzam to po raz nie wiadomo który) w polskich mediach tak niewiele „gra się” muzyki popularno-estradowej, która nie jest tworzona w Wielkiej Brytanii i w Stanach, i nie chodzi mi tylko o klimaty rosyjskie, ale w ogóle o wykonawców słowiańskich i tych, których ojczystymi językami są włoski, portugalski czy hiszpański.

[31.05.2017, na promie Dover - Calais] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI 12

Jakie to stresujące. Kiedy mam trochę wolnego czasu, oczekując na prom, czy to w Calais czy w Dover, łącze internetowe jest bardzo słabe, albo w ogóle łączności nie mam, a kiedy, tak jak dzisiaj, siła sygnału jest akuratna, to pracownicy portowi niemal ciągną za uszy moją renówkę, abym wjechał na pokład.
No i masz! Zdążyłem zaledwie wejść do kawiarenki i wkleić do niej „niespodziankę”, a potem pootwierałem parę okienek znajomych i fejsbuka i… co się otworzyło pierwsze, tam zajrzałem, a reszta… no cóż, Anglik w pomarańczowej kamizelce niemal sięgnął ręką przez otwarte okno auta po bilet… znaczy się, jazda.

[31.05.2017, na promie Dover - Calais] 

30 maja 2017

ILUZJA

A dzisiaj tylko to, trochę inaczej

Автор текста (слов):
Зиновьев Н. 
Композитор (музыка):
Морозов А. 
Текст (слова) песни «Иллюзия»(распечатать)


О, ты - моя Азия, из зноя фантазия,
А ты из реальности, из лютой зимы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Ты милая, нежная, из города снежного,
А ты переменчивый, как ветер весны.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Ночь кажется сказкою, согрей, согрей меня ласкою,
Но мы очень разные, ты это пойми.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Душа разрывается, глаза разбегаются,
А всё называется причуды судьбы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.


[30.05.2017, Dover, Kent w Anglii]


29 maja 2017

KAWIARENKA (89) RANDKA

Na pierwszą randkę, dodajmy zbiorową, dwaj młodzi przyjaciele: Wojtek i Krzysztof, obaj aktorzy i radiowcy „Weroniki” w jednej osobie, umówili się w kawiarence, przybywając do niej późnym popołudniem i, jak obyczaj każe, stawili się wcześniej, aniżeli wybranki ich dwudziestokilkuletnich serc: Beata i Zuzanna, które pracują wytrwale przy ciżemkowskich konikach.
To czworokątne towarzystwo poznało się podczas chłodnej, rowerowej majówki i jak to z młodymi bywa, przylgnęli do siebie, a wyglądało to tak, jakoby czyjaś niewidzialna dłoń wydobyła ich z korca maku.
Obaj młodzi panowie dysponowali już, dzięki radiu, dobrze znanym w okolicy głosem, na co zwróciły uwagę przy pierwszym spotkaniu panny licencjatki i tak słowo do słowa młode towarzystwo doszło do wniosku, że kiedy pogoda się poprawi, a i czasu wolnego los nie poskąpi, tedy najpierw w kawiarence przepędzą chwil kilkanaście, a potem… potem przyszłość sprawi, co zechce.
Sporo pracowitego czasu upłynęło zanim cała czwórka znalazła wspólne miejsce w kalendarzu, lecz co, jak widać, było przesądzone, to i stać się musiało, zwłaszcza że wiosna rozkwitła i należało się cieszyć każdą jej chwilą.
Przy stoliku obok starsze i jednorodne płciowo towarzystwo, w tej liczbie panowie: radca Krach, mecenas Szydełko, inżynier Bek i doktor Koteńko posilało się sympatyczną pewnie rozmową, lecz myśli młodych panów korzystały z innej fali UKF-u i na tej to częstotliwości wymieniali swoje spostrzeżenia odnośnie niewiast, na które czekali. Można nawet powiedzieć, że gdyby tak kto spojrzał w stronę tych młodzianów, spostrzegłby w ich rozmowie zafrasowanie a niepewność, nerwowość a tremę, która ponoć w teatrze i radiostacji towarzyszy im od zarania dziejów. Czyż to się godzi, panowie? Dwudziestopięcioletni Krzysztof i o rok z odkładem młodszy od niego Wojtek trzpiotami wszakże nie byli i winni mieć doświadczenie z młodymi paniami, tymczasem zachowywali się tak paradnie, że prócz mowy drżącej, prócz serc kołatania, od czego poczynały brzęczeć same w sobie łyżeczki ustawione przepisowo na podstawku pod kawą, zalewali swoje czaszki zimnym potem, a niecierpliwym wzrokiem wychodzili poza kawiarniane okno na ryneczek.
Nareszcie przyszedł jednak kres niepokojom i niech nikt się nie zdziwi, że nastąpiło to w chwili pojawienia się w kawiarence panien Beaty i Zuzanny. Młodzi panowie powstali, a ci starsi, siedzący przy sąsiednim stoliku przywitali niewiasty powitalnym spojrzeniem, a pan radca to nawet pozwolił sobie na westchnięcie. Czemu? Otóż obie młode panie przyzwyczaiły oczy starszej i młodszej społeczności miasteczka i okolic do obserwowania kobiecych przymiotów duszy, ale prędzej ciała, w stroju cokolwiek roboczym; a więc w dżinsowych lub z grubego szutru spodniach, podniszczonych skórzanych buciskach z cholewami, w przydługich bawełnianych koszulach w kratę z rękawami wywiniętymi ponad łokcie, w filcowych kapeluszach lub toczkach naciągniętych na mocno spięte włosy, a w czas ostrego słońca również w okularach silnie przyciemnionych, za którymi nie zobaczy się oczu właścicielki lustrzanej szybki; jedynie samemu można się w niej przejrzeć.
A dzisiejszego późnego popołudnia Beata z Zuzanną w kwieciste sukienki były ubrane, bardzo do siebie podobne; jedna w róż pełną z drobniutkimi cyklamenami jako deseń, druga również w cyklameny przybrana, tyle że na ciemnym błękicie. Obie sukienki tyleż były przyjazne spojrzeniom, albowiem odsłaniały obu panien kolana i łydki, choć nie posunęły się, a szkoda, dalej i wyżej. Miast skórzanych butów z długimi cholewami, jakie spotyka się w stajniach i na padoku, obuły nasze panie zgrabne stópki w trzewiki lekkie, na średnim obcasie, jak najbardziej dostosowane do klimatycznego maja, w kolorach dopasowanych do sukien. Włosy stajennych dam nie krępował już kok ściśle podwiązany; były one przepięknie rozpuszczone - blond jasny, falujący i ciemniejszy, z drobniejszą, acz dłuższą falą; brwi z kolei delikatną kreską podkreślone, podobnież usta niekrzyczącą na świat cały pomadką, a na policzkach, skroniach i podbródkach matowiał w rozsądnych proporcjach do karnacji skóry dobrany brzoskwiniowopodobny puder. 
Postronny i niezaangażowany uczuciowo obserwator dostrzegłby bez wahania nadzwyczajne podobieństwo obu panien, podobieństwo wyrażające się tak w posturze sylwetek, jak i właściwie we wszystkich szczegółowych elementach budowy ciała, tudzież ubioru. Nie oznacza to bynajmniej tego, że mamy w tym wypadku do czynienia z bliźniaczkami, lecz styl, w jakim dziewczyny zaprezentowały się w kawiarence oczekującym na nie młodzianom był aż nadto jednaki.
Tenże obserwator, gdyby z kolei wzrok swój przeniósł na chwilę w kierunku Krzysztofa i Wojciecha, doszedłby do wniosku, że obaj panowie w momencie witania się z niewiastami (i jeszcze wcześniej) zostali wyglądem tychże wprawieni w stan radosnego upojenia, która to okoliczność pozytywnie wróżyła dalszemu ciągowi randkowego spotkania. 
Kiedy już miejsca przy stoliku zasiedlono męska połowa towarzystwa poprosiła panie, aby wybrały dla siebie słodkości, ewentualnie przekąski oraz ciepłe napoje. Ten chłodny w postaci szampana zamówiony był przez Krzysztofa i w chłodnym miejscu oczekiwał na uroczyste podanie do stołu, co też wkrótce stało się faktem i po przebiegłym wzburzeniu butelki wystrzelił korek, płyn sprawną ręka kawiarennika spłynął do kielichów, a pan radca Krach nie wiedzieć czemu westchnął ponownie.
W ten oto sposób bąbelkowy napój rozsupłał randkowiczom języki, a o czym młódź zawzięcie dyskutowała, o tym w swoich myślach notował stary pisarz, który w międzyczasie zasilił grono czterech panów okupujących sąsiedni stolik.
Panna Beata z rozbrajająca szczerością opowiedziała młodzieńcom o pracy przy koniach w ciżemkowskiej zagrodzie, o tym, że oprócz stałych zajęć z hipoterapii ona z koleżanką prowadzą coraz częstsze kursy jazdy konnej, co bywa zadaniem uciążliwym i pracochłonnym, lecz jeśli kto w koniach jest zakochany, to taka praca zamienia się w przyjemność.
Panna Zuzanna dodała, że faktycznie mają pracy wiele, bo pani Joasia Kosmowska z małą Leną spędza większość czasu, no chyba, że z odsieczą przybywają do Ciżemek na zmianę matki-teściowe; wtedy i ona wdziewa strój roboczy i z końmi gania.
Beata z kolei pochwaliła się panom, że gospodarstwo Kosmowskich, w którym pracują, staje się powolutku tak intratnym biznesem, że właściciele koni tudzież innych czteronogich stworzeń zatrudnili stajennego z sąsiedniej wioski, który przejął wiele gospodarskich obowiązków od nich i od męża Joasi, który jako wspinający się po szczeblach kariery weterynarz ma też i swoje zawodowe obowiązki.
Zuzanna zdradziła też plany Kosmowskich odnośnie zakupu (jeszcze przy pomocy rodzin obojga małżonków) dwóch nowych klaczy, albowiem z tą nauką jazdy konnej to naprawdę zaczyna się ruch nie byle jaki; ot, nastała taka moda, której nikt w Ciżemkach się nie sprzeciwia.
Nareszcie Beata zdradziła własny, bardzo osobisty plan obu licencjatek, któremu na imię „dom pogodnej starości dla koni”. Owszem, obie młode panie myślą o utworzeniu takiego przytuliska dla koników starych i schorowanych, którym chciałyby zapewnić przyszłość o niebo lepszą niż ta, która czekałaby ich w rzeźni. Plany te być może w dalszą przyszłość jeszcze zapatrzone, lecz godne są pochwały i jak najbardziej do zaakceptowania przez młodych Kosmowskich, którzy gotowi by byli partycypować w ponoszeniu kosztów w budowie nowej, skromnej stajni, nadto wystawionej na ich ziemi, bo też ani Beata, ani Zuzanna posiadaczkami ziemskimi nie są i siedzą kątem u Kosmowskich, usadowiwszy się w jednym z ich pokojów.
Zuzanna w tym miejscu dodała, że może w miasteczku znaleźliby się ludzie (tutaj wzrok Zuzanny skupił się na siedzącym do niej bokiem panu radcy), którzy doradziliby, jakim to sposobem można by pozyskać na to przedsięwzięcie fundusze. 
Młodzi mężczyźni, którzy w tej rozmowie (jak to zwykle bywa, kiedy strona męska dyskutuje z damską) byli w przeważającym stopniu słuchaczami, bezsłownie podziwiali zapał swoich interlokutorek, aż w końcu Wojtek zdecydował się zadać jedno z sakramentalnych pytań, jakie wcisnęły się na jego usta:
- A co z waszą przyszłością, moje drogie? Dzisiaj mieszkacie u boku Piotra i Joanny, snujecie plany na przyszłość, stajnia, przytulisko dla koni - to sprawy bez wątpienia szczytne, lecz jak miałoby wyglądać wasze osobiste życie? Wasz dom…?
Zuzanna poczuła się wezwana do odpowiedzi.
- Wojtku, będę wdzięczna, jeśli mnie zrozumiesz. Mnie, a właściwie nas… bo my to takie dwie szalone baby, z jednej pochodzimy wioski, a szalone, no cóż, na punkcie koni, zwierząt, natury. Poruszałyśmy się dotąd obie jak siostry rodzone, i wcześniej, i teraz… a nawet niektórzy ze studiów znajomi, podejrzewali nas o to, że… - tu szczodry uśmiech zagościł na jej twarzy - że my nie tylko przyjaciółki od serca, ale i kochanki, tak, tak, ludzi czasami mylą pozory… ale do rzeczy, jeśli już obrałyśmy własną drogę życia, a ta wśród natury, wśród tego krajobrazu przebiega, to łatwiej nam znosić codzienne niewygody, a kiedy spotkamy w końcu kogoś na tej drodze, to tym bardziej będzie nam łatwiej we dwoje, w czworo… wtedy i o dom własny nietrudno. No cóż, takie właśnie jesteśmy, dozgonnie wierne sobie, wierne przyjaźni, co może nie tak często zdarza się między kobietami. Ja wiem, Wojtku, że może i na co dzień wyglądamy obie jak dziewczyny z innej planety, kto by tam je zrozumiał… dzisiaj może jest inaczej, dzisiaj starałyśmy się być przy was zwykłymi kobietami… ale wiesz co, Wojtku, nawet jako te dziewczyny z innej planety mamy podobne marzenia jak Ziemianki… dom, rodzina, miłość… ale… jeśli myślisz… jeśli myślicie tak zupełnie poważnie o nas, to musielibyście zaakceptować nas takie, jakimi jesteśmy… zapewniam cię, że wszystko, co stanie się potem, będzie łatwiejsze.
I zatoczyła od tej pory rozmowa szersze kręgi, przy kawie, sławnych cynamonowych ciasteczkach i lodach, a dwaj młodzieńcy (co w niedługi czas po tej rozmowie zgodnie przyznali), że napotkali na  s w o j e j  drodze o s o b y,  jakich wcześniej nie widywali, a że sami mieli swoje, choć jakże odmienne pasje, tedy ten szczery zapał, jaki przedstawiła im w monologu Zuzanna ustawili na poziomie przynajmniej równym urodzie obu dziewczyn.
Po słodkim podwieczorku w kawiarence ta urocza czwórka młodych ludzi udała się „na miasto” i korzystając z ciepłego wieczoru dopełniła randkowe spotkanie, a przed pożegnaniem obaj panowie zaprosili dziewczyny na inauguracyjną wyprawę nowo otwartą wąskotorową kolejką, jaka z początkiem czerwca rusza ku uciesze społeczności miasteczka i okolic. Zapewnili też, że wręczą obu paniom bilety na „Damy i huzary”, jeśli tylko uda się ustalić datę premiery teatralnej, a tym bardziej im na oficjalnym przekazaniu zaproszeń wybrankom duszy zależało, gdyż w tym przedstawieniu grają niepoślednie role. 

[26/27.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]