Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

29 czerwca 2017

NIC

1256 opublikowanych (z niniejszym) postów, ponad 100 skasowanych, 33 nieopublikowane, a te dane dotyczą jedynie "kawiarenki". Wcześniej było jeszcze 5 blogów, z których pierwszy powstał bodajże jeszcze w 2006 roku. Minęło zatem ponad 10 lat mojej aktywności w tak zwanej blogosferze, lecz zamiast celebrować (z opóźnieniem) tę okrągłą rocznicę, po dogłębnym przemyśleniu całej sytuacji, dodajmy, w burzliwych okolicznościach przyrody, podjąłem decyzję o zaprzestaniu wydawania kawiarnianych posiłków w postaci edytowanego słowa, muzyki i obrazu.
Pragnę podziękować wszystkim gościom kawiarenki, tym stałym, abonamentowym oraz wszystkim pozostałym, trafiającym do kawiarenki rzadko, sporadycznie lub przypadkowo.
Dziękuję też za Wasze, drodzy goście, komentarze, które mobilizowały mnie do tego, abym systematycznie zaopatrywał lodówkę coraz to nowymi pomysłami, po czym otwierał ją i dzielił się roztopionymi mrożonkami, dodając do nich małe "conieco" świeżyzny, tudzież zerwanych w sadach, na polach i w ogrodach witamin. Jeśli nie smakowało, mam na swą obronę to, że na kucharza papierów nie posiadam, a na to, co mam, się nie przydaje i w sumie należałoby spieniężyć te archiwalia na olx lub allegro, aby za pozyskane w ten sposób środki zakupić dwie torebki granulowanej herbaty, za którą przepadam.
Niestety nie mogę zagwarantować tego, że pisywać przestanę, że kawiarenkowa baśń, opowieści, wierszydła i tym podobne słowne harce i swawole zanikną u mnie jak trądzik u chłopczyka, co to dorosłym mężczyzną się stanie. Tego i Wam, i sobie obiecać nie mogę, bo z tego nałogu, jak widać inaczej się nie wychodzi, jak tylko nogami do przodu.
Zapełniać nimi będę jako to drzewiej bywało, szuflady, piwnice a pawlacze i niechaj pięknie w kurz obrastają, aż w końcu zamienią się w nieczytelne, zrudziałe karteluszki nadające się na podpałkę do grilla. Niech przypominają proch, w który, tak czy owak, to co dzisiaj żyje, zamienia się w żyjące inaczej.
A żegnam się sympatyczną piosneczką Elektrycznych Gitar.

  Haj.

[29.06.2017, Dobrzelin]

28 czerwca 2017

27 czerwca 2017

„ARCYDZIEŁO BOGA”

Na forum internetowym portalu You Tube odczytałem taki komentarz: „Ballady: pierwsza, druga i trzecia to arcydzieła, natomiast ballada czwarta jest arcydziełem Boga”.
W taki właśnie krótki, lecz jakże sugestywny sposób wyraził swoją opinię komentator po wysłuchaniu ballady nr 4 f-moll z opusu 52 Fryderyka Chopina [tempo andante con moto - umiarkowanie z ożywieniem].
Nie sądzę, aby internetowy słuchacz ballady nr 4 w interpretacji Krystiana Zimermana mylił się w swojej opinii. To muzyczne dzieło dojrzałego już Fryderyka jest chyba jednym z najdoskonalszych utworów muzycznych, jakie przydarzyły się najdoskonalszym kompozytorom wszechczasów. Chopin zadziwia zarówno ogromnym rozmachem swego dzieła wykraczającego poza strukturę ballady, melodyjnością (zwłaszcza głównego motywu), niebywałą  ekspresją i dramaturgią w kulminacyjnych partiach utworu. Jest też przy okazji ballada nr 4 niebywałą okazją do wirtuozowskiego popisu dla pianistów, gdyż w rzeczy samej obfituje ona we fragmenty wymagające od wykonawców prawdziwej maestrii.
Utwór rozpoczyna się około 35-sekundowym wstępem, w tempie dostojnym i umiarkowanym, zapraszającym do opowieści muzycznej, której treści jeszcze nie zdradza, po czym następuje wprowadzenie głównego tematu muzycznego, tajemniczego, niezwykle lirycznego. Kompozytor prowadzi ten zasadniczy wątek, rozwijając go, wciąż jednak przy zachowaniu wyznaczonego tempa, aż do około 2.25 minuty trwania utworu, kiedy to następuje wyciszenie, po którym główny temat muzyczny podlega romantycznym wariacjom; czujemy brzmienie walca, a granie: ciszej - głośniej, szybciej - wolniej wzmaga dynamizm opowieści i towarzyszy jej jakże charakterystyczne dla Chopina wirtuozyjne rozwinięcie tematu. W pewnej chwili dostrzegamy, że główny motyw muzyczny ustępuje miejsca kolejnemu, który będąc bardziej refleksyjny niż liryczny jest opowieścią skonstruowaną jakby przez innego narratora. Powoli następuje jego wyciszenie i można się poczuć w tej scenerii, jakby wiatr tracił na sile, a woda w kamienistym strumieniu płynęła ciszej i spokojniej.
Po siódmej minucie Chopin powraca do podstawowego wątku muzycznego, najpierw andante, potem in poco, by przejść do moto, aż po crescendo. Jakże melodyjny motyw, który pojawił się niemal na samym początku utworu jest teraz poddany rozmaitym wariacjom, modyfikowany i ożywiany coraz to bardziej dynamicznym brzmieniem, po czym, około 10 minuty trwania utworu następuje uśpienie tego motywu.
I wreszcie pojawia się pełne ekspresji i dynamizmu zakończenie. Kołyszące się pasaże, wymagające niebywałej sprawności technicznej i umiejętności odczytania partytury kończą opowieść, choć jej brzmienie wciąż pozostaje w naszych zmysłach jako dzieło wręcz nie człowieka a Boga.
Zamieszczam pod niniejszym tekstem dwa wykonania ballady nr 4 Fryderyka Chopina:
- Krystiana Zimermana, który potraktował balladę w sposób oddający wręcz idealnie partyturę, zachowując specyfikę romantycznej, lirycznej, acz nie pozbawionej dynamiki faktury dzieła i
- Yulianny Avdeevej, która stosując ową zmienność tempa muzycznego - rubato (za co bywa ganiona) dostosowała dzieło Chopina niejako do wymagań i charakterystyki swojej osobowości.
Nie jest moim zamiarem dokonanie wartościujących obie interpretacje porównań i wskazanie, które z wykonań jest lepsze; wykonawstwo na tak wysokim poziomie, według mnie, nie może podlegać sportowej rywalizacji.
Ważne jest, że i u Zimermana i u Avdeejevej rozpoznaję mistrzostwo muzyki Chopina.



[27.06.2017, Murzasichle]

26 czerwca 2017

OD WYPADKU DO PATA W KWESTII EMIGRACJI

Tym razem zupełnie niewakacyjnie a wspomnieniowo, choć te wspomnienia dotyczą tej niedalekiej przeszłości.
Akurat byłem w Anglii, kiedy zdarzył się ten tragiczny wypadek z udziałem polskiego kierowcy renówki Mastera. 
W swoich częstych kursach na Wyspy nie dojeżdżam do tego miejsca. Skręcam jakiś kilometr bliżej z autostrady A16 na Marck, gdzie zamieniamy się z Ukraińcami przy kierownicy, a wypadek miał miejsce nieco dalej, w stronę Dunkierki.
Teoretycznie do tego wypadku mogło dojść na innym fragmencie autostrady A16 i bliżej Calais, ale w okolicach Guemps znajduje się obóz azjatycko-afrykańskich imigrantów, a że w grupie (psychologia tłumu) zawsze łatwiej wpaść na pomysł popełnienia dowolnego przestępstwa to tam, gdzie jest więcej potencjalnych miłośników podróży na gapę do Anglii prościej jest zablokować drogę, obrzucić auto kamieniami, przeciąć plandekę lub sforsować zamek do naczepy, albo wręcz wedrzeć się do kabiny samochodu nocą, zastraszając obudzonego kierowcę nożem lub jakimkolwiek innym sprzętem występującym w roli zamiennika wizy i biletu na prom.
Na A16 jadąc na tunel albo do portu w Calais od strony Boulogne jest trochę bezpieczniej, choć czasami dostrzega się spacerujące po autostradzie ofiary wojny w Syrii. Jedna z tych ofiar została nawet potrącona lusterkiem przez jednego z naszych kierowców udających się do Anglii tunelem. Przy bramkach wjazdowych na kolejową przeprawę tunelem, gdzie wszystkie pojazdy sprawdzane są przez policyjne psy, jeden z takich piesków dopadł do tego bocznego lusterka renówki, czyniąc niesamowity rwetes, albowiem mądre pieski bezbłędnie rozróżniają zapachy europejskiego potu, od tych azjatycko-afrykańskich, nawet jeśli pozostawiła je osoba trącona przez ułamek sekundy lusterkiem.
Niewątpliwie rok czy dwa lata temu było znacznie gorzej. Tuż przed samym portem zdarzyło mi się dwa razy przyspieszyć i  umykać w lewo przed wybiegającymi wprost pod samochód biedakami. Manewr w obu przypadkach przyniósł powodzenie, ale nie każdy transportowiec miał tyle szczęścia ile go miałem ja, co zdołałem zobaczyć we wstecznym lusterku, gdy podążającego za mną tira obrzucono kamieniami. 
Teraz na długości około 4 kilometrów przed portem na poboczu drogi wyrosło kolczaste ogrodzenie i człowiek czuje się jakby wjechał na teren więzienia.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że francuska policja nie robi nic, aby wyruszający na przeprawę promową kierowcy czuli się bezpieczni. Właściwie to policjanci patrolują wszystkie miejsca parkingowe wokół Calais, ale nie są, jak widać, w stanie zabezpieczyć przed ofiarami wojen autostrady i nic dziwnego, że została ona zablokowana, co w konsekwencji doprowadziło do tego tragicznego wypadku.
Oczywiście powie ktoś, że na drodze trzeba uważać bez względu na to gdzie i kiedy się poruszamy, ale proszę mi wierzyć, że nie zawsze udaje się przewidzieć każdej sytuacji wzbudzającej niepokój. W końcu kierowca ma prawo sądzić, że na autostradzie, gdzie maksymalna prędkość wynosi 130 kilometrów na godzinę, nie napotka na swojej drodze celowo ustawionej przeszkody przez…
… no właśnie, przez kogo?
Wkraczam teraz na teren zarezerwowany dla politycznych dywagacji, ale zacznę od własnych spostrzeżeń. Otóż nie udało mi się dostrzec w grupach zdesperowanych emigrantów ze wschodu i południa osób, które w jakikolwiek sposób przypominałyby wyglądem ludzi naznaczonych piętnem wojny. Nie ma w tych grupach ludzi starych, schorowanych, rannych, okaleczonych, zagłodzonych; nie ma kobiet z dziećmi na rękach. Są to ludzie młodzi, dobrze wysportowani, w przedziale wieku 18-30 lat, nadający się jak najbardziej do pracy, z której mogliby utrzymywać swoje rodziny, lecz ludzie ci zdeterminowani są do tego, aby znaleźć się w miejscu/kraju, gdzie po wmieszaniu się w tłum przebywający już od lat w takich Niemczech, Francji czy Anglii, można korzystać z dobrodziejstwa systemu opieki społecznej. Nie będę chyba odosobniony w swoich poglądach, gdy powiem, że owym emigrantom, jakkolwiek by ich nie nazwać nie jest w głowie poszukanie i zdobycie pracy. Nastawieni są na to, że przyjmujące je ze względów humanitarnych państwo ma obowiązek zapewnić im bezpłatnie mieszkanie, wyżywienie i opiekę finansową na okres właściwie bezterminowy.
Godząc się i rozumiejąc, że nowoczesne państwo powinno wspierać najsłabszych i najuboższych, kreślę jednak granicę, która powinna być wytyczona wszędzie tam, gdzie łamane jest prawo. Nie ma mojej zgody na to, aby wspierać materialnie i rzeczowo przestępców, a tym mianem określam ludzi, którzy w sposób pośredni doprowadzili do ostatniej katastrofy pod Calais, którzy obrzucają auta kamieniami, tną plandeki, wdzierają się do ciężarówek przemocą, tych, którzy kradną, gwałcą, napadają i zastraszają mieszkańców krajów, które udzieliły emigrantom gościny.
Miejsce przestępców jest w więzieniach i nie jest dla mnie usprawiedliwieniem to, że ci właściwie dzisiaj bezkarni ludzie dopuszczający się pospolitych przestępstw, że ich czyny usprawiedliwione są tym, że uciekli z regionów, w których toczy się lub toczyła wojna.
Niestety wydaje mi się, że uchodźcy cieszą się dzisiaj większą  wolnością, aniżeli na przykład kierowcy polskich ciężarówek, którzy zgodnie z obowiązującym we Francji prawem chroniącym interesy francuskich przewoźników, podlegają restrykcjom większym, aniżeli osobnicy, którzy dokonują zamachu na życie i mienie tychże polskich kierowców.
To jeden z wielu paradoksów, jakie niesie z sobą polityka unijna, pobłażliwa wobec emigrantów, niespójna, prowadzona przez ludzi, którzy nie potrafią wyciągnąć wniosków z przyczyn emigracji oraz nie znajdują sposobu na odizolowanie tych emigrantów, którzy bezpośredniej pomocy naprawdę potrzebują od pospolitych przestępców, cwaniaków, nierzadko fanatyków, zdających się kompletnie nie przejmować tym, że wkraczając na teren dowolnego europejskiego państwa powinni zaakceptować obowiązujące w nich prawo.
Niestety niektóre pomysły i działania polityków, którzy zachowują się w kwestii obecnej emigracji jak istoty pochodzące z innej planety, nakręcają dodatkowo przeciwników przyjmowania uchodźców do Europy i nie wydaje się, aby doszło w najbliższym czasie do zbliżenia poglądów tych opowiadających za pomocą i tych, którzy chcieliby czym prędzej „pogonić” z Europy islamizujących ją emigrantów.
Przykładem takiego nieodpowiedzialnego zachowania jest dosyć oryginalny pomysł na rozwiązanie kwestii emigracji przedstawiony niedawno przez panią Keller. Cytuję za „Wprost”
„Kontrowersyjny pomysł europosłanki ws. uchodźców. „Przesiedlmy całe syryjskie wioski do Europy Wschodniej”. (…) Ska Keller stwierdziła, że problemem jest również to, że migranci mogą nie chcieć mieszkać w krajach takich jak Polska czy Czechy, gdzie będą się czuli osamotnieni. Eurodeputowana zwróciła uwagę na fakt, iż w krajach tych mniejszość muzułmańska praktycznie nie występuje. Polityk Zielonych zaproponowała własne rozwiązanie tego problemu. W opinii Keller, jeśli uchodźcy nie chcą mieszkać w Europie Wschodniej, ponieważ nie ma tam ich rodaków, wówczas przykładowo na Łotwę lub do innych krajów Europy Wschodniej można by przesiedlić całe syryjskie wioski. Według niemieckiej polityk dzięki temu integracja i asymilacja przybyszów z Bliskiego Wschodu stanie się znacznie łatwiejsza”.
Skomentuję ten osobliwy pomysł własnym: opowiadam się za tym, ażeby każdy polityk (inna osoba sugerująca rozwiązania kwestii uchodźców na modłę pani Keller) przyjęła pod dach swojego domu choćby jedną uchodźczą rodzinę, dając tym samym najbardziej chwalebny przykład właściwego podejścia do emigrantów, będący wzorem postępowania dla innych obywateli UE, ba, dla poszczególnych krajów.
Tak oto niniejszy post zaczął się od przypomnienia tragicznego wypadku pod Calais, a zakończył na ledwo pewnie słyszalnym, moim własnym głosie w sprawie emigracji, głosie z pewnością w sposób niewystarczalny poruszający temat, którym bawią się, tak właśnie myślę - bawią się politycy wszystkich chyba opcji w kraju i za granicą, a gdzie zabawa, tam nikłe szanse na znalezienie właściwego wyjścia, tam prosta droga do szachowego pata.  

[26.06.2017, Murzasichle]

24 czerwca 2017

MUZYCZNO-WAKACYJNIE

Będzie muzycznie w kawiarence... wszelako zaległości należy nadrabiać
Żeby nie wyszło na to, że w kawiarence to tylko Alessio Nanni grywa Erika Satie, a doktor Koteńko po wyczerpującym dyżurze zasiada do pianina i spod jego palców pobrzmiewają "Serenada" czy "Melodia węgierska" Schuberta, to dzisiaj coś lżejszego i bardziej wakacyjnego mam na uwadze, a mianowicie "Baciary".
Na przykład taka oto piosenka:
Nie wiem, jak komu, ale mnie baciarskie wykonania się podobają... może dlatego, że już słyszałem te piosenkę, ba może już ją w kawiarence zaśpiewano. Ale czy słyszano tę drugą???
[ta druga niestety do posłuchania tylko w u pana You Tube]
W sumie to do "Baciarów" mam przez wzgórze teraz, bo jest to zespół z Poronina. Mówcie co chcecie, ale podobają mi się głosy solistów - wiadomo, góralskie.
A jeśli ktoś jednak nie przepada za "zreformowanym" góralskim folklorem i brzmieniem... no dobrze, wróćmy do Schuberta.
Najpierw prześwietne wykonanie Davida Fraya, obecnej już w przeszłości w kawiarence "Melodii węgierskiej".
A teraz "Serenada" w wykonaniu sławnego Itzhaka Perlmana, a przy fortepianie Rohan de Silva.
A teraz, po wysłuchaniu, proszę spojrzeć prosto w moje niepiękne oczy i wyrzec, że te dwa "kawałeczki" Schuberta się Wam nie podobają.
Dobranoc.

[25.06.2017, Murzasichle]




WCZASY

Po 47 dniach europejsko-wyspiarskiej podróży i ostatnim 1600-kilometrowym kursie dotarłem wreszcie do kraju i po nieprzespanej nocy trzeba się było szykować do kolejnej podróży, tym razem na południe kraju na czterodniowy urlop. Tak i znalazłem się po raz wtóry w Murzasichle, w innym miejscu niż w zeszłym roku, na Budzowej, skąd widoczki przepiękne na Tatry (Giewont z niespotykanej strony) na Cyrhlę i na zalesione wzgórza, za którymi Poronin.
Zachód słońca też się udał, a wczasowisko podobnie - obszerne, sześciołóżkowe, choć posłane cztery łoża: dla żony, córki, piszącego i psa - Adelki, która najdłuższą w swoim krótkim życiu podróż zniosła dzielnie, bez zbytecznego skomlenia.
Cena za pomieszczenie plus dwa posiłki dziennie przystępna, jedzenie jak dotąd znakomite, sąsiedztwo ciche (turystów przybędzie po niedzieli), a zatem idzie wypocząć, a jeśli chodzi o mnie, to może bardziej odespać niż odpocząć, bo wypoczęty jestem, przywyknąwszy do zagranicznych rozjazdów.
Pierwszego wieczora przegoniliśmy Adelkę na spacerze, aby nie rozrabiała po nocy, przechodząc parę kilometrów wiejskimi drogami Murzasichli. Pogoda jak się patrzy, powyżej dwudziestu pięciu, żyć nie umierać.
Ot takie obrazki udało się pstryknąć żonie:
1) Na pierwszym zapoznaję się z jednym z tubylców



2) Na drugim jestem sportretowany z Adelką (ta z prawej)
Jednym słowem... urlopuję

[24.06.2017, Murzasichle]

POWODZENIE

Urocza dziewczynka z pszenicznymi loczkami swobodnie opadającymi na zaokrąglone, pulchniutkie ramiona, uśmiecha się szczerze, serdecznie, a z pomiędzy rozchylonych, czereśniowych warg błyskają iskierkami perełki ząbków. Ubrana w kwiecistą, podkasaną sukienkę z dominującym różem biegnie po łączce, całej w stokrotkach i bąbelkach mniszka, ścigając przelatującego na wysokości jej czoła motylka. Widać, że szczęśliwa, beztroska i zdrowa, a wszystko to z powodu korzystania z zestawu witamin dla dzieci w wieku 5-9 lat, co uwidoczniono poniżej zdjęcia wyraźna, pogrubioną czcionką, ale i tak fotografia córeczki Joanny zajmuje dwie trzecie powierzchni plakatu reklamującego niezbędne dla organizmu witaminizowane mikroelementy produkowane przez firmę farmaceutyczną starającą się zaistnieć na rynku poprzez propozycję zestawów przeznaczonych dla siedmiu grup wiekowych, w odróżnieniu od firm oferujących leki skierowane do co najwyżej czterech przedziałów wiekowych potencjalnych klientów. To pomysł marketingowców, opierający się prawdopodobnie na założeniu, że jeśli istniejące dotychczas na rynku firmy proponują niemal identyczny skład preparatów i występuje on u wszystkich pod postaciami tabletek, substancji sproszkowanej lub w płynie, należało zastanowić się nad precyzyjniejszym zaadresowaniem produktu, aby klient nie miał problemu z wyborem najwłaściwszego opakowania. Joanna oczywiście dostała w prezencie dla siebie i dla córki te najlepiej przystające do ich wieku substancje, ale, prawdę mówiąc, najbardziej cieszyło ją to, że wybrano akurat jej córkę, a było to dziełem przypadku. Szczęśliwy traf spowodował, że na portalu społecznościowym pan zajmujący się wizerunkiem produktu firmy dotarł do jej profilu i obejrzał umieszczone w nim zdjęcia, jak się później wyraził, zjawiskowej Kingi.
Joanna najpierw otrzymała powiadomienie na portalu, potem napisano do niej maila, aż w końcu doszło do rozmowy telefonicznej. Nawet po tej miłej i obiecującej rozmowie Joanna nie mogła uwierzyć, że spotkało ją i córkę takie szczęście. Nigdy dotąd nie miała szczęścia ani w grach liczbowych, ani też w korzystaniu z jakichkolwiek gratisowych promocji, a tymczasem dowiedziała się, że firma nie tylko zaakceptowała wygląd Kingi, ale że za jej wizerunek zapłaci, zorganizuje odpłatną sesję zdjęciową, która spowoduje, że twarz córki stanie się dla firmy czymś w rodzaju logo produktu. Czy mogła się na to nie zgodzić?
Nie chcąc przed córka ukrywać niczego, co dotyczyło bezpośrednio niej, omówiła z Kingą plany, jakie marketingowiec powziął wobec dziecka, najpierw podczas telefonicznej rozmowy, potem przy kawie w małej knajpce w śródmieściu w bezpośredniej rozmowie. Joanna przezornie nie zabrała Kingi na to spotkanie, zostawiła ją u swojej matki. Tak lepiej, myślała, gdyby miało się okazać, że interes, w który obie wchodziły jest niepewny, więc bezpieczniej  oszczędzić córce ewentualnego rozczarowania.
Rozczarowania nie było, był sukces, tyleż niespodziewany, co może i niezasłużony, bo ładniutkich dziewczątek w wieku Kingi jest tak wiele, więc równie dobrze można było wybrać którąkolwiek z pozostałych ślicznotek, gdy tymczasem… tymczasem zaszkliły się jej oczy, gdy brała do ręki banknoty za sesję zdjęciową oraz tę wybraną fotografię do reklamowania preparatów witaminowych, a były też inne zdjęcia, które miały pojawić się na etykietach stopniowo wprowadzanych na rynek kolejnych produktów firmy. Na dodatek Joanna dostała dwa bilety, dla siebie i dla córki, które upoważniały je do spędzenia tygodnia w luksusowym apartamencie jednego z najdroższych hoteli w kraju.
- Matko Boska, to ja za te pieniądze miałabym dwumiesięczne wczasy z córką - wykrzyknęła do mężczyzny, który zajmował się ją i jej córką przez cały czas trwania sesji zdjęciowej.
Już nawet nie pamięta, jakimi słowami uprosiła patrona, aby zamienił luksusowy pobyt w spa - hotelu na gotówkę. I to się udało. Była przeszczęśliwa, ale o tej zamianie nie powiedziała córce. Wciąż nie wierzyła swemu szczęściu, podejrzewając, że to obdarowanie, jakiego doświadczyła musi przecież z wynikać z jeszcze czegoś innego i dlatego otrzymawszy ten dar, najszybciej jak to możliwe, spakowała swoje i córki rzeczy, i opuściła czym prędzej stolicę….
(możliwa kontynuacja)

[21.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]  

BYŁ SOBIE NASTRÓJ

Edvard Munch - norweski malarz, grafik, symbolista i jeden z prekursorów ekspresjonizmu, trwale zapisał się w pamięci publiczności oglądającej jego obrazy jako mistrz nastroju przygnębienia i rozpaczy, obawy przed chorobą i świadek śmierci; twórca obrazów o ostrych kontrastach kolorystycznych, zdominowanych zwłaszcza w początkowym okresie twórczości przez czerń, mocno zarysowanej linii konturów sylwetek. Malując portrety indywidualne lub zbiorowe, przedstawiane przez Muncha ludzkie twarze, zdradzają silne emocje niepokoju i przerażenia.
Jeśli nawet kto nie podziela pełnego destrukcji, ciasnego nastroju jaki jest obecny w niemal każdym płótnie tego norweskiego artysty, trudno przejść obok jego dzieł obojętnie i nie docenić ich oryginalności.

"Niepokój" - jedna z ulubionych scenerii Muncha - postaci zgromadzone na moście.

"Melancholia", która aż nadto emanuje z przedstawionej sylwetki mężczyzny... jest w tym obrazie coś z Cezanne'a, może nawet Gauguina.

"Taniec życia", w którym można dostrzec także osamotnienie.

"Wieczór na ulicy Karla Johana" - jakże charakterystyczny rys sylwetek ludzkich na tle przygnębiającego portretu ulicy.

Czy "Dziewczyna przy oknie" modli się? czeka na kogoś? cierpi? marzy?

Pomyślałem sobie, że emocje jakie towarzyszą oglądaniu obrazów Muncha współgrają z tymi, jakie udzielają się przy słuchaniu Erika Satie. Poniżej Gnossienne nr 4 w wykonaniu niezrównanego Alessio Nanniego.


[24.06.2017, Dobrzelin]

20 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (20) „POWSTAŃCZE ŚWIRY” (pamflecik)

Tytuł kolejnego monologu postanowiłem zaczerpnąć z mądrości Manueli Gretkowskiej, a konkretnie z jej powieści „Belladonna”, jaką mam akurat nieprzyjemność czytać. Te „świry” to dla jednego z głównych bohaterów książki - Kamila - powstańcy (styczniowi, z 1863 roku najprawdopodobniej), którzy potracili rozum i majątki, aby zabawić się w wojenkę, po której i po nich pozostały skrzyżowane szable pod obrazami Malczewskiego. Kamilowi nie podobają się zresztą także te obrazy; straszą go te „wypchane grochówą i kartoflami cielska, kurhany kobiecości”.  Z kolei „Kamil w półmroku rodzicielskiej sypialni, pod tymi wisiorami cyców posiniaczonych fioletem, wyjmował chłopięcego fiutka i boleśnie, heroicznie targał nim do łez młodzieńczego wytrysku”.
Jest też w tej fascynującej powieści pani Gretkowskiej taki opis:
„Ekran z modelkami na wybiegu. Poranione dziewczyny w cierniowych koronach. Czoła oklejone podpaskami ze sztuczną krwią (czemu nie naturalną, chciałby się zapytać). Półnagie zakonnice, efebowie obwieszeni dewocjonaliami. Kieszonka na prezerwatywy z gorejącego serca Chrystusa. Publiczność nabożnie milczy”.
Cytować dalej? Bez przesady. Wystarczy.
Po tych i po wielu jeszcze innych podobnych, a napotkanych w „Belladonnie” obrazach, aż prosi się o zadanie retorycznego pytania: - o czym, do diaska, z panią Manuelą miałbym rozmawiać?
O niczym, pomijając ewentualnie, że się niegrzecznie wyrażę: „o dupie Maryni”, albowiem powieść jest o niczym właśnie, wbrew temu, co sugeruje redakcyjna notka, że Manuela Gretkowska przedstawia dwie historie o miłości, namiętności i obsesji… no może z tą ostatnią to prawda, bo pisarka istotnie ma obsesję pisania, czego niestety robić nie potrafi.
Jej narracja jest wprawdzie nieco bogatsza od natchnionych wpisów w przydrożnych, męskich toaletach (czy są takowe w damskich, nie wiem, nie sprawdzałem), ale w swojej poetyce niewiele od tych kloacznych mądrości odbiega. Gdybym odważył się być odrobinę bezczelniejszy, powiedziałbym, że ta popularna, czytywana i nagradzana pisarka miewa, przynajmniej miewa problemy z własną seksualnością, bo tak sobie tłumaczę to, że każe zaspokajać się jednej z bohaterek mężczyzny pięścią.
Ale skończmy z tymi opisami, bo jeszcze się okaże, że ulegam fantazjom zdziwaczałej feministki.
Język jakim opowiada autorka swoje niedorzeczne historie jest aż do przesady ubogi. Krótkie pojedyncze zdania, jakimi posługuje się pani Manuela w nadmiarze, nie służą zdynamizowaniu akcji (co jakże często ma miejsce w dobrej literaturze), lecz są pochodną niedostatku wyobraźni, która, jeśli występuje, to ogranicza się do wątków fizycznego „bara-bara” (nie napisałem „fizycznej miłości”, bo też jej w książce nie ma).
Wydaje się także, iż nasza literatka nie ma zbyt wrażliwego ucha na ludzkie, zasłyszane rozmowy. Nie będę zbyt odkrywczy, kiedy powiem, że znaczna część dobrej polskiej i światowej prozy, w której dialog odgrywa niepoślednią rolę, czerpie swoje źródła także z języka tak zwanej ulicy, języka potocznego, niekoniecznie dystyngowanego, ale wyrażającego jakieś istotne lub też i banalne myśli, które później, przetransponowane przez autora, przemyca on do własnej opowieści. W przypadku „Belladonny” dialogi są, nie dość że nic niemówiące, ale i sztuczne, by nie powiedzieć fałszywe. Przypominają strzępy rozmów podobne tym, którymi onegdaj bawiliśmy się w towarzyskiej zabawie w „głuchy telefon”.
Podejrzewam też, że poszatkowana na 73 króciutkie rozdziały „Belladonna” to wynik - moje nazewnictwo - „pospiesznego nieprzemyślenia” opowieści. Ot, wyobrażam sobie, że pani Manuela wstała wcześniej niż zwykle i jeszcze przed poranną kawą postanowiła sobie na papierze (w edytorze tekstu) zaszaleć nad myślą zrodzona o brzasku. Szybciutko przystąpiła zatem do pracy, lecz pragnienie bogatego w kofeinę napoju okazało się być silniejsze i pisarka czym prędzej postawiła kropkę w pół akapitu.
To nie jest profesjonalne podejście do pisarstwa.
Owszem, „Belladonna” mieści się w kręgu powieści postmodernistycznych i cokolwiek by nie powiedzieć o twórczości Cohello, Eco, współczesnych prozaików francuskich czy o dziełach starzejących się „iberoamerykanów”, ta moda na dywagacje z samym z sobą, na kreowanie bohatera, za którego czyny pisarz nie bierze odpowiedzialności i nawet go nie ocenia, nie jest szkodliwa, a często bywa interesująca w odbiorze czytelniczym. Ale powiastka pani Gretkowskiej wydaje się być nieudolnym naśladownictwem tej nowej, choć powoli przebrzmiewającej, fali współczesnego pisarstwa, choć przyznać trzeba, że  element rozpasanej, wolnej, feministycznej „miłości” jest w przypadku prozy Gretkowskiej znamiennym, choć w sumie nieciekawym wyróżnikiem.
Czy zatem dobrnę do 73 rozdziału „Belladonny”? Nie wiem. Zgodnie z intencją autorki prędziutko przeskakuję z akapitu na akapit, pochłaniam jednym spojrzeniem dialogi, które i tak większego znaczenia w książce nie mają, a że rozdziałki nieobszerne, tedy pomiędzy jedną a drugą kromką chleba z omastą daję sobie z nimi radę… chociaż…
…chociaż książka Manueli Gretkowskiej nie dostarczy mi jakiejkolwiek wiedzy o życiu, nie zaciekawią mnie opisywane przez nią historie, nie rozbawi mnie, nie wzruszy i nie zezłości, nie zainspiruje, nie zastanowi, nie będę pod urokiem jej narracji, nie uczynię cennych obserwacji odnośnie kunsztu słownictwa, składni i oryginalnego obrazowania, nie dostrzegę, z jakim trudem, lecz i z determinacją autorka buduje akcję, konstruuje wyraziste lub rozchwiane psychologicznie postaci.
Ale będę przynajmniej wiedział, czego czytać się nie godzi.

[19.06.2017, Parking na A 361 pod Tiverton, Devon, Anglia]

BIAŁY KOŁNIERZYK

Grunt to wyprasowana koszula, a więc niezbędną inwestycją jest żelazko, najlepiej Philipsa, ale i inne wchodzą w grę, z ceramiczną powierzchnią grzewczą i najlepiej z odłączanym przewodem, który wtedy nie plącze się podczas prasowania, ona to robi za niego i jest to jedyna rzecz, jaką potrafi robić, bo że ma dwie lewe ręce do roboty to wiedział od samego początku, kiedy ją poznał, teraz już nawet nie ma się nad czym zastanawiać, dlaczego wybrał właśnie ją, była młodsza, urodziwa, pewnie to zdecydowało, bo teraz to może nawet nie spojrzałby na nią, jest wprawdzie wysoka, nie przytyła, ale łysieje, wszystko przez tę chemię, mówił jej tyle razy, aby nie robiła sobie włosów tak często, ale nie o tę łysinę się rozchodzi, tylko o to, czy do niego pasuje, w końcu jest dygnitarzem i pokazuje się w środowisku, spotkania, rauty, wycieczki, a ona teraz wyprowadziła psa na spacer i szybciutko dwa razy okrąża blok, że aż sunia musi załatwiać się w locie, bo smycz cały czas jest naprężona, ale przywykła do tej sterowanej przebieżki ze skórzanym paskiem wbijającym się w jej pozbawioną włosów wątłą, zaróżowioną delikatność szyi…
ten papieros trzymany w dwóch długich i wysuszonych palcach prawej dłoni, którego co chwila wtyka sobie między wyszminkowane wargi i którym zaciąga się tak mocno, że zachłystuje się dymem, starcza akurat na dwuokrążeniowy marszobieg, z którego powraca na drugie piętro, gdzie mieszka z mężem i córką, przedtem jeszcze z parką dorosłych już dzieci, przy wtórze skowyczących jęków suczki, która chciałaby jeszcze oblecieć niewysokie, syberyjskie świerki na skwerze…
on też pali, niedużo, w towarzystwie, przy kawie i alkoholu, w przerwach pomiędzy polityczną rozmową, a wykonywaniem patriotycznych pieśni przy gitarze, patriotyczne pieśni wychodzą mu najlepiej na imieninach po północy i jeśli w sąsiednim bloku są trzy miejsca, gdzie kultywuje się tradycje piosenek biesiadnych, u niego dominują maki, rozmaryny, brygady i ułani i dopiero przed trzecią nad ranem zaczyna dominować bieżący folklor…
sprawdza jeszcze ostrze białego kołnierzyka, zapina go i odchyla ku górze, aby zacisnąć wokół szyi krawat, o tak, krawat wiąże osobiście, nie musi nawet patrzeć się w lustro przy wiązaniu, lecz później, gdy chowa pod kołnierzem jedwabne powrozy i umieszcza tuż pod grdyką supeł kokonu, sprawdza dokładnie, jak prezentuje się w koszuli i krawacie z taniego bazaru, a zaraz potem w garniturze kupionym na oko, nie na miarę, jeszcze tylko lakierki, zawiązuje je na dwa oka, stawiając na przemian to lewą, to prawą nogę na wiaderku ze śmieciami, z przykryciem i kiedy już żona myśli, że stanie się cud, gdy jej mąż po makijażu i opryskaniu się fiołkową wodą chwyci za kabłąk wiaderka i uda się z nim do kosza na śmieci, on tymczasem zerka z wysokości drugiego piętra na garaże, sprawdzając, czy synuś wyprowadził czarnego mercedesa, i wyprowadził, a zatem trzeba schylić się jeszcze po skórzaną torbę, w której pomieścił całą swoją mądrość z przemowami i dokumentami niezmiernej wagi państwowej, żegna się z żoną, a niepocieszona córeczka przymuszona do wyniesienia śmieci, burczy coś pod nosem, ale nie zapomina zabrać z sobą komórki, bo pokonując te osiemdziesiąt metrów, jakie dzieli ją od wyjścia z klatki schodowej do pojemnika na śmieci, ma czas na wykonanie przynajmniej jednej rozmowy z chłopakiem, a jak złośliwcy utrzymują, z dziewczyną…
synuś zdążył jeszcze otrzeć z wczorajszego kurzu pysk maski mercedesa klasy S oraz błotniki, co teraz jarzą się głębią czerni w popołudniowym słońcu, zdążył nawet otworzyć drzwi od strony kierowcy, co tatuś powitał z więcej niż aprobatą, ale w końcu dwuletni volkswagen, którego tatusiowi udało się sprezentować pierworodnemu, wart jest wycierania irchą limuzyny dygnitarza, a w dodatku rodzonego taty, a przecież nie zawsze stosunki na linii ojciec - syn układały się poprawnie, bo synuś był krnąbrny, uczył się tyle o ile i nie doceniał tego, co jego ojczulek jest w stanie zrobić dla rodziny przez najzwyklejsze w świecie znajomości oraz to, że było nie było, jest od niepamiętnych czasów partyjnym dygnitarzem, o, tak, kłopotów było z nim co niemiara, ale w końcu, gdy egzaminy jakoś tam pozdawał, co było warunkiem załatwienia mu przez tatusia jakiejś roboty, przy której nie zaharowałby się na śmierć, a później samochodu, młodszy nareszcie się opamiętał i coraz bardziej wdawał się w ojca…
zdaje się po raz pierwszy tak na poważnie przypadli sobie młody ze starym do gustu, kiedy to tatuś zmuszony był na własną rękę poszukiwać zwycięskich głosów w wyborach parlamentarnych, bo stało się tak, że podpuszczony przez jeszcze ważniejszego niż on sam dygnitarza, na jakiś czas odłączyli się matki - krowy, partii, która pozwalała się wydoić ze stanowisk i rozlicznych apanaży, rad nie rad, wykonując z grupą politycznych przyjaciół tę voltę, na szczęście nie o całe sto osiemdziesiąt stopni wykonaną, nie miał innej możliwości niż wziąć we własne ręce kampanię wyborczą i gdzie tylko można przekonywał niezdecydowanych, ale też nie zabrakło takich, którymś w przeszłości coś tam przyobiecał, a że załatwić nie mógł, to przez ten układ, co to przy korycie konsumował przysmaki, innych odeń odpychając, i tak tatuś wpadł na pomysł taki, aby do starego, nadwątlonego przez rdzę mitsubishi żony podpiąć przyczepkę, na której umieścił swoje uśmiechnięte po szczurzemu podobizny nadrealnie potężnego formatu z niezbędną nazwą partii i koniecznym numerem na liście, synuś ocenił wtedy błyskawicznie, że jego ojciec opuszczając zasłużoną partię i zamieniając ją na mniejszą może mieć niejakie kłopoty w przedłużeniu pobytu w parlamencie, a do tego przecież obaj plus żona i córki dopuścić nie chcieli, ocenił tedy synek sytuację jak przystało na młode, polityczne, tatusiowe zaplecze i razem ze swoim mentorem objeżdżali tym dyliżansem miasta, wioski i miasteczka, aby wizerunek dygnitarza utrwalić w pamięci przydrożnej społeczności, a jeśli ktoś zapyta, dlaczegóż to ciągnikiem karawanu nie uczyniono czarnego mercedesa klasy S, odpowiedź jest prosta, aby nie koleć w oczy bogactwem, już to nie promować niemieckiej firmy samochodowej, albowiem ze wcześniejszych publicznych wystąpień tatusia wynikało, że strasznie jest przeciwny korzystaniu z gadżetów, zwłaszcza udostępnianych społeczeństwu przez niemiecką nację, w każdym bądź razie lepiej dmuchać na zimne, gdy wybory tuż tuż…
plan wypalił, w czym zasługa i karawaningowych peregrynacji, i wystąpień na wiecach, spotkaniach, zebraniach, po mszy, na targowicach, na ulicznych deptakach, w strażackich remizach, na szkolnych akademiach i uroczystych obchodach rocznic wielkich i małych, sławiących zwycięstwa i klęski, także z powodu plakatów przystrajających dorodne drzewa i ogłoszeniowe słupy, witryny sklepowe i opustoszałe tablice ogłoszeń dygnitarz zyskiwał popularność i mniejsza o to, że podlakierowanej buźce tatusia domalowywano sumiaste wąsy pod nosem, a na nich okulary Harrego Pottera, liczył się wizerunek byle jaki, ale rozpoznawalny…
kiedy już dostąpił zaszczytu bycia posłem i przebolał był utratę oszczędności, jakie zainwestował w kampanię, okazało się, że mniejsi bracia ponownie zasilili wymiona krowy - matki, owej partii, co ich przez lata karmiła i wraz z nią przejęli w najwłaściwsze ręce insygnia i inne przymioty władzy, a zatem tatuś mógł ze śmiałością pomyśleć o korzystnym wydaniu za mąż starszej córki, o zakupie mieszkanka dla nowożeńców, o samochodziku dla córeczki, tudzież interesującej a niekłopotliwej pracy dla niej, a przecież przez lata systematycznie przeznaczał też swoje kieszonkowe na daczę nad jeziorem, która niechcąco rozrosła się do postaci pałacowego domu, gdzie na stare lata, a może i wcześniej, bo dygnitarze starzeją się długo i ociężale, można by sobie pomieszkać godniej niż w trzypokojowym mieszkaniu na drugim piętrze odnowionego, ale w końcu tylko bloku…
mercedes klasy S puścił za sobą ekologiczny dym na znak, że tatuś, wyprasowany, wypachniony i pod krawatem opuszcza rodzinne gniazdko, w którym synuś zażywać będzie popołudniowej sjesty, popijając schłodzone piwo, żoneczka szlifując pazury, obmyśli do jakiego tym razem ma się udać salonu, aby pozwolić sobie zrobić z tej resztki włosów, co jej została na głowie, kolejną trwałą, najmłodsze dygnitarskie dziecko wda się w sms-owe łamigłówki z chłopakiem, złośliwi przysięgną, że z dziewczyną i tylko starsza córka, korzystnie pożeniona, ileż to wycierpi się przy zmianie pieluch swej pociechy, bo dzieci nawet u dygnitarskich córek się zdarzają…
pojechał był nasz tatuś, mężuś i dygnitarz w jednej skromnej osobie, aby gdzieś tam w salce byle jakiej, kinie, szkole, remizie, na stadionie, na mieście, na przystrojonej zawczasu balowej sali przemówić z kartki i bez, aby zapewnić, obiecać, a jeśli trzeba, a trzeba, naurągać tym, których jeszcze w perspektywie kolejnych, municypalnych tym razem wyborów, należało powymieniać na lepszych, lojalnych, dobrze się kojarzących, bardziej prawdziwych od innych, i gdzieś tam na wiecu, spotkaniu, zebraniu, raucie, będąc zaproszonym lub wpraszając się oknem a drzwiami roztoczyć miał przed publicznością plany skomentowane oklaskami na stojąco, zachęcające tatusia, aby zasiadł do przygotowanej przezornie gitary i zaśpiewał o makach, rozmarynach, brygadach i ułanach…
a na odchodnym, dłonie wyciągnięte ku niemu ściskając, już pożegnawszy się, przy wyjściu, tatulek rozpiął najwyższy guzik i poluzował krawat i już rozmyślał o tym, czy żonka zdążyła żelazkiem marki Philips wyprasować mu kolejną bieluchną koszulę, którą nabył był po znajomości na bazarze.

[18.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji i 19.06.2017, Parking na A 361 pod Tiverton, Devon, Anglia]