4.
Ranek odetchnął
prawdziwie wiosennym powietrzem z przytaszczonymi z wysokiego świata
promieniami słonecznymi, które odcisnęły swoją balsamiczną moc
na strudzonych dotąd głowach mieszkańców miasteczka, głowach,
które zanurzone były w przedwiosennej mgle i wilgoci utrzymującej
się aż po nastanie prędkiej jeszcze nocy. Grzechem byłoby
zaniechać wstawania tuż po wschodzie słońca; należało czerpać
radość z nagłej zmiany pogody tak potrzebnej po niezbyt mroźnej
ale nieprzyjemnej zimie.
Wydobywając się z
sennej pościeli Adam zastanawiał się nad tym, kto przewidział tak
śliczny poranek i doszedł do wniosku, że uprzedniego wieczoru
spędzonego w miejskiej karczmie „Pod złotą podkową” słyszał
był jak przez mgłę słowa jednego z gości, który powiązał
mającą nastąpić przemianę pogody na lepszą, z zanikającymi
bólami jego kręgosłupa. Podobno meteoropaci mają zdolność
przepowiadania pogody, ale sądził, że potrafią przepowiedzieć
jedynie złą pogodę, bo to w plecach czy kolanach zawsze dzieje się
coś niedobrego, ani chybi na zmianę na gorsze. Adam nie zagłębiał
się dalej w te przepowiednie – miał dzisiaj napięty plan
działań: miał wpaść do domu kultury, zaczekać na panie z opieki
społecznej, zdecydować wraz z nimi, czy warto brać do sądu panią
Weronikę, a w tym miejscu warto wspomnieć, że kobieta ma w końcu
trudności z poruszaniem się. Najpierw jednak otworzył szufladę
biurka, wyjął z niej zeszyt formatu A3 pełniący rolę rękopisu,
zasiadł do biurka i zaczął pisać. Każdego poranka albo w nocy
poświęcał dwie godziny na pisanie drugiej już powieści. Nawet
kiedy opiekował się Kornackim, nie zaniedbywał pisania.
Pani Weronika
wiedziała o tym procederze, nie wiedziała jednak, że Karski
przywiązuje do swego hobby tak wielką wagę. Nie wiedziała też,
że lada moment wyjdzie jego pierwsza powieść, która według
zapowiedzi wydawcy może stać się prawdziwym hitem. Adam opowiada w
niej o życiu pacjentów w szpitalu psychiatrycznym, a temat
podrzuciła mu siostra dyrektorki domu kultury, pani Alina, która
już od dziesięciu lat pracuje w psychiatryku.
Wydaje się, że
praca nad drugą powieścią nabrała rumieńców w czasie, gdy stan
zdrowia starego Kornackiego znacznie się pogarszał.
Karski mówił wtedy do siebie, że pisanie książki jest zbawienne
dla jego psychiki i że ta czynność była niejako odskocznią od
spraw, które nie należały do przyjemnych.
Pani Weronika
pojawiła się w pokoju Adama w mniej niż godzinę później, odkąd
zaczął kontynuować pisanie. Na lekkich i cichych nogach podeszła
do piszącego i zapytała się, czy nie miałby nic przeciwko temu,
aby na śniadanie zjadł dzisiaj jajecznicę na boczku i z cebulką.
Skinął głową, że tak i wtedy pani Weronika podzieliła się
przed Adamem radosną wiadomością:
- Wie pan, że mój
staw biodrowy przestał mnie zupełnie boleć? Jakiś cud albo pogoda
poprawiła się na tyle, że wyniósł się precz ten paskudny ból.
- Bardzo się cieszę,
ale chyba jednak nie uniknie pani operacji. Coś trzeba zrobić z tym
stawem. Słyszałem, że chirurdzy mają już na to sposoby. Gdzieś
czytałem o szpitalach w Gdańsku, Warszawie czy gdzieś na Śląsku.
- Daleka to droga –
stwierdziła krótko pani Weronika.
- Zaczniemy więc od
posłania pani do sanatorium – podsumował Adam.
Nie chcąc nadwyrężać
cierpliwości mężczyzny, kobieta pozostawiła wiadomość, że
śniadanie będzie za pół godziny. W gruncie rzeczy była mu
wdzięczna za okazane jej zainteresowanie. Myśląc racjonalnie pani
Weronika doceniała też pomysł z sanatorium, tyle że nigdy
wcześniej w nim nie była, a taka nowość w jej wieku mogłaby być
uciążliwa, choć w końcu kobieta lubiła przebywać w towarzystwie
innych kobiet, więc jej lęki chyba były nieuzasadnione.
Przygotowując
śniadanie po raz pierwszy tego roku otworzyła na całą szerokość
okno, aby do pomieszczenia dostać się mogło zdrowe i, jak sądziła,
z południowego-zachodu przywiane powietrze.
Adam z przyjemnością
jadł śniadanie, uważając jedynie na to, aby nie za bardzo
pospieszać, co było wynikiem próśb pani Weroniki, która
upraszała go, aby jadł wolniej, a to jedynie polepszy trawienie;
dodawała też, że pośpiech przy spożywaniu posiłków nie
świadczy o kulturze jedzącego. Tak ostre stanowisko kobiety, która
łączyła jedzenie posiłku z kulturą, Adam przyjmował bez
sprzeciwu, gdyż zdążył się przyzwyczaić do tego, że w sprawach
kuchennych pani Weronika jest niepodważalnym guru.
Po śniadaniu
należało się udać do domu kultury, którego był pracownikiem
odpowiadającym za kontakty z ludowymi artystami, kołami gospodyń
wiejskich, a także zajmował się koordynacją imprez organizowanych
przed dom kultury takich jak plenery artystyczne oraz rozmaite
konkursy. Chciał sprawdzić, czy rzeczywiście dyrektorka, trochę
za jego plecami, dała mu jeszcze tydzień wolnego, aby ochłonął
po ostatnich wydarzeniach.
- Pozazdrościć
takiej dyrektorki jaką mam – myślał Karski przemierzając
niespiesznie drogę od domu do ośrodka kultury.
Dominika Szydłowska
była kobietą w średnim wieku i zawołaną społeczniczką, co
odziedziczyła w genach po przodkach po kądzieli. Pani dyrektor była
współczesną odmianą Siłaczek, Joanny Podborskiej i trafiła na
kierownicze stanowisko w domu kultury z powołania i przekonania, że
może w tej mieścinie zrobić więcej, aniżeli wielu innych
animatorów kultury działających na podobnych stanowiskach w
większych miejscowościach. Adam Karski liczący obecnie lat
trzydzieści jeden, absolwent kulturoznawstwa wydał się jej
idealnym człowiekiem, z którym mogłaby pociągnąć naprzód
zadania jakie postawiła przed sobą kierując ośrodkiem. Przyjęła
go bez wahania i sprzeciwu kogokolwiek z ratusza, intuicyjnie
przewidując, że komunikują się z sobą na tej samej,
odpowiedzialnej fali, a do tego słusznie prognozowała, że Adam
jest tym, kto nie tylko pomoże jej w realizacji zaczętych
projektów, ale i wykaże aktywność w przygotowywaniu własnych
projektów. Tak też się stało i to właśnie Karski stał za
powołaniem przy ośrodku dyskusyjnego klubu filmowego, zorganizował
konkursy literackie dla dorosłych i dla dzieci (w tym drugim
wydatnie
pomogła mu kolejna „dusza” ośrodka zajmująca się
ukulturalnianiem dzieci). Ściśle współpracował też z
przyległymi gminami organizując wieczorki muzyczno-artystyczne i
kursy tańca towarzyskiego.
Kiedy Szydłowska
dowiedziała się (huczało o tym całe miasto), że Karski podjął
się pomocy ciężko choremu Kornackiemu, który cieszył się
szacunkiem mieszkańców całego miasteczka nie tylko dlatego, że
był człowiekiem uczciwym i zawsze pomocnym każdemu, kto
by się
o pomoc
nie
zwrócił, to w czasie wojny wykazał się niezwykłą odwagą i
poświęceniem, co nie mogło ujść uwadze społeczności
miasteczka; kiedy więc dowiedziała się o wyciąganej co i rusz
pomocnej dłoni Adama Karskiego w stosunku do znakomitego obywatela
miasteczka, postanowiła wziąć na siebie znaczną część zadań
nałożonych wcześniej na mężczyznę.
Karski podążył do
jej gabinetu nie zatrzymany przez sekretarkę. Szydłowska przyjęła
go serdecznie, podejrzewając cel jego wizyty. Przy herbacie
wymienili z sobą kilkanaście zdań.
- Myślę, że przyda
się panu te siedem dni odpoczynku. Zaraz potem bierzemy się za tę
wielkanocną imprezę w ośrodku. Dotarłam do dokumentacji sprzed
roku, podzwoniłam tam gdzie trzeba. Wszyscy są na tak i wspominają
pana zeszłoroczne zaangażowanie – mówiła nie przerywając
dyrektorka.
- Jestem
wdzięczny – odparł – ale ja już odpocząłem…
- Doszły do mnie
wieści, że w
najbliższym czasie będzie pan reprezentował w sądzie panią
Żarnicką i jej dzieci… a gdy nie odpowiadał dodała natychmiast
– widzi pan, to nasze miasteczko jest naprawdę małe.
Nie próbował nawet
odpowiedzieć.
- Kolejny akt
człowieczeństwa z pana strony. Miałam jednak nosa, gdy przed
czterema laty zatrudniłam pana.
Pani dyrektor
Szydłowska miała tę osobliwą cechę, którą posiada wiele
kobiet, cechę polegającą na tym, że lubiła mówić, długo i
wręcz artystycznie, co jednak
wyglądało
tak, jakby nie dopuszczała do siebie odpowiedzi interlokutora.
Ponieważ Karski znał ją doskonale, wiedział, że w końcu nastąpi
moment, w którym będzie mógł się wypowiedzieć i to do końca,
bo pani Dominika tak jak potrafiła się szeroko wypowiedzieć w
danej kwestii, tak była wierną i cierpliwą słuchaczką.
- Pani mi schlebia –
wdarł się przemocą w jej słowa. - A czy nie zastanowiła się
pani nad tym, że ta moja pomoc, którą okazuję innym ludziom, ma
swój przykry początek w tym, że kiedyś bardzo kogoś zawiodłem i
może nie była to jedyna osoba, jaką zawiodłem… potem przyszło
opamiętanie i wielka przemiana.
Pochyliła się nad
nim i nie wiedzieć czemu uniosła swą szklankę herbaty, po czym
trąciła jego szkło. Wypadało wypić równocześnie choćby kilka
łyków brunatnego napoju.
- Ja wiem –
powiedziała
- że
pasowałoby lepiej, gdybyśmy stuknęli się kieliszkami wypełnionymi
choćby koniakiem. Musimy jeszcze wrócić do tej rozmowy.
[11.12.2024, Toruń]