Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

18 czerwca 2017

NA „NAGROBEK Z LASTRYKO” KRZYSZTOFA VARGI

Zabrałem się za „Nagrobek z lastryko” Krzysztofa Vargi, powieść jak najbardziej współczesnego autora. Zaryzykuję wypowiedzieć się na jej temat, chociaż jestem jeszcze w fazie czytania, i to na początku.
Wiem, że nie należy tak czynić, tak jak dnia nie chwali się przed zachodem, ale czasami wystarczy przekartkowanie tekstu, aby domyśleć się, w jaki rodzaj literackiego klimatu wprowadza nas autor.
Po przeczytaniu kilkunastu stron rozpoznaję i doceniam sprawność językową Vargi, jednakowoż odkrywam to, co podane jest na tacy: społeczno-obyczajowo-polityczna publicystyka, nasączona refleksją, szczerą, lecz jednostajną, wrażliwą i krytyczną wobec rzeczywistości, ale pozbawioną idei, opisującą świat jakim jest, ale jest to opis gazet, jałowych dyskusji, w których z jednej strony rozmówca, słuchacz i obserwator odrzuca to, co go razi i odpycha, a mimo wszystko poddaje się temu współczesnemu światu konsumpcji, globalizacji i wolnorynkowej konkurencji…
… Minęło kilka dni i „Nagrobek” w dalszym ciągu nie zachwyca, nadal narracja jałowa, przegadana; monologi Hanki Bielickiej przy tym, co ma do powiedzenia Varga to drobniutka pestka cytryny, z tym że tamte estradowe wystąpienia pani Hanki o czymś jednak były, a ta powieść tak naprawdę jest o niczym, o wszystkim i o niczym, beznamiętna, w rzeczy samej o „pierdołach”, naturalistycznie pikantna, bez wyobraźni, a przede wszystkim razi w niej nadmiar słów, tak jakby autor dogadał się z wydawcą, że wysokość jego tantiem zależeć będzie od obfitości wyrazów zamieszczonych na kartach książki. 
Powiedzmy, że nawet zaakceptowałem pomysł pisarza na umieszczenie narratora w przyszłości (urodził się w roku 2038), który snuje dziwaczną opowieść o swoim dziadku i babce, także o matce w sposób tyleż bezwzględnie naturalistyczno-erotyczny, cyniczny, co i sarkastyczny. Żadnej koncepcji, żadnej idei nie dostrzegam w tym „ble, ble” pisaniu, ot Varga postanowił wygadać się do woli, pośmiać z konsumpcjonistycznego świata przełomu wieków, wydrwić przyzwyczajenia bohaterów, opisać baśń, w której nie ma miejsca już nawet nie na szlachetne uczucia, ale nawet na zwykłą ludzką przyzwoitość. Nadto autor kreśli przed czytelnikiem jakowąś wojnę, która niszczy cały kraj, a znaczne obszary stolicy zrównuje z ziemią; opowiada o wybuchłym w Warszawie powstaniu (skojarzenia i z ostatnią światową wojną i Powstaniem Warszawskim jak najbardziej na miejscu), które trwało 63 godzin (sic!), bo „z powodu głębokiej konspiracji nie wiadomo było, kto dowodzi. Prowadzony od dłuższego czasu otwarty konkurs na dowódcę powstania nie przyniósł wyników ze względu na skomplikowaną procedurę biurokratyczną i masowe odwołania od nieogłoszonego jeszcze wyniku składane przez potencjalnych przegranych. Nie przyniósł też rozstrzygnięcia nieograniczony przetarg na walki w poszczególnych dzielnicach, bo wszyscy chcieli walczyć na Starówce i w Śródmieściu…” i tak dalej i dalej… prawda, że wybitnym poczuciem humoru dysponuje autor książki?
W „Nagrobku z lastryko” pojawiają się też inaczej pachnące słowne kwiatki, jak choćby ten:
„Nikt z przyjaciół Kretyna [Kretyn to postać trzecioplanowa, brat pierwszoplanowej babki] nie przyszedł na pogrzeb [tegoż], nie było nawet jego domniemanej narzeczonej Angeliki, bo domniemana narzeczona i tak komu innemu obciągała, co Kretynowi nigdy do głowy nie przyszło…”
Albo taki kwiatek:
„Kiedy wreszcie umarł [pierwszoplanowy dziadek, mąż babki], po prostu zadzwoniła po firmę pogrzebową, żeby go zabrali jak najprędzej, jakby chciała zamówić pizzę… nie modliła się, bo nie umiała, nie zamknęła mu oczu, niech z obaczy, co narobił… bo dość miała tego zajmowania się nim, tego pielęgniarstwa, kucharstwa, samarytaństwa…”. Śmieszne, prawda?
Albo taki żart:
„Idź w cholerę do lekarza i nie wracaj bez wyroku śmierci, mówiła babcia przewracając się na brzuch i przykrywając głowę poduszką…”.
Tego rodzaju poetyka aż w nadmiarze obecna jest w powieści i pewnie autor w chwili twórczego aktu pomyślał sobie, że czytelnika, w tym mnie, zaciekawi, by nie rzec - zachwyci swoją prozodią. Mnie nie zachwycił, a rozwijając myśl dalej, powiedziałbym, że świat czytelniczy doskonale poradziłby sobie bez „Nagrobka z lastryko”, który tyle wnosi wiedzy i wyobraźni do szarych komórek mózgu czytelnika, ile złodziej złotego kruszcu do sklepu jubilera.
Nie dobrnąłem jeszcze do końca ostatniego rozdziału i zapewne postawiwszy czujnym wzrokiem ostatnią kropkę po zakończeniu finałowego akapitu, nie doczekam się rzucającej na kolana rewelacji. 
Prawdopodobnie zaczytuję się w „dziele” Vargi w myśl zasady, że aby ostatecznie złamać wroga, należy dobrze poznać, kto zacz jest tym pisarzem, którego piśmideł nie warto czytać.

[14.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji


13 czerwca 2017

CO MAM CI DO POWIEDZENIA... (1)

Przywykły do porannego wstawania nie usłyszał tym razem, jak dzwon zadźwięczał pięciokrotnie; nie otworzył też oczu, gdy kolejne, w równych odstępach czasu wymierzane uderzenia, każde o jedno więcej od poprzedniego, budziło wiejską czeredę śpiących twardym snem mieszkańców, wszystkich prócz niego, jak się wydaje; dopiero za dziesiątym wezwaniem usłyszał znajome dźwięki, kiedy to promyk słońca, dostawszy się pomiędzy niedociągnięte okienne story liznął jego przymuszone do snu powieki. Odemknął je i przekonawszy się, że utracił bezpowrotnie przynajmniej cztery godziny życia, z pełną już świadomością wydobył spod kołdry nogi, unosząc jednocześnie tułów od pasa w górę, przysiadł na skraju łóżka, prędko przeżegnał się i wymruczał jakąś powitalną prymę na powitanie dnia, który wkraczał w czas przedpołudniowy. 
Usłyszał jakiś rejwach dochodzący z kuchni i pomyślał, że może to być tylko gospodyni, nie zaś proboszcz, który właśnie o tej porze (przeliczył wcześniej uderzenia dzwonu, doliczając do dziesięciu) zażywał przedpołudniowej drzemki.
- Jak można tak gardzić nowo urodzonym dniem - powiedział do siebie, myśląc o przyzwyczajeniach proboszcza - przesypiając godziny, które można by spożytkować godniej? Małoż to do zrobienia w parafii? Choćby w kancelarii, nie mówiąc już o modlitwach albo o przygotowaniach do niedzielnej homilii? Owszem, z kartki czytać jej nie należy, ale główne tezy, cytaty z Pisma, odwołania - te trzeba chociażby w punktach przedstawić w piśmie, aby pobudzić myśli do działania.
Zaraz jednak spokorniał w ocenianiu zachowania gospodarza parafii, świadom tego, że dzisiaj i on sam nie sprawił się najlepiej, grzesząc zbyt późnym powitaniem dnia. Ale cóż, droga jaką przebył ze szpitala, który mu polecono, zmęczyła go na tyle, aby nie czując się jeszcze najlepiej po operacji, pozwolił sobie zanurzyć się w nadspodziewanie długi sen, zbawienny jak widać, bo po przebudzeniu poczuł w sobie silną energię, jaką właśnie teraz pożytkował, wstając i przechodząc dynamicznie w stronę napełniającego pokój światła, rozsuwając zasłony i otwierając okno.
- O, tak, powietrza, jak najwięcej powietrza - powiedział na głos i w tej chwili usłyszał dochodzące z kuchni człapanie. Zapukano i niemal równocześnie naciśnięto z tamtej strony klamkę; drzwi zostały otwarte.
- Pochwalony… a księdzu to tam nie powiedzieli, że ma leżeć i odpoczywać?
- Powiedziano, Romanowa, wiele cennych rad mi przekazano, ale nie mówiono, że należy leżeć jak najdłużej. Doktor mówił, że potrzeba mi powietrza i stopniowo dojdę do sił po zrobieniu tego obejścia żył… jakoś tak mówił, coś z angielska dodał, ale już zapomniałem.
- Jak by nie było, stanowczo za wcześnie powstał ksiądz na nogi. Jeszcze pewnie blizny się nie zagoiły.
- I tu się Romanowa myli, bo w dzisiejszych czasach lekarze mają takie sposoby na chorego, że zajrzą mu do serca poprzez żyły wziernikiem i pozostawią po tej operacji ranę nie większą, niżby Romanową bąk użądlił.
- Nie chciałabym doświadczyć tego użądlenia, a co dopiero przejść to, co księdza spotkało. Taki to był słabiusieńki, a jak mu oddech zabierało.
- A to, Romanowa, przez te pozatykane żyły, którymi krew nie chciała krążyć, lecz tam mi lekarstwa dali i na krwi rozgęszczenie, a gdzie robił się zator, tedy w te miejsca wstawili mi sztuczną żyłę i krew popłynęła jak dawniej.
- Niechże ksiądz dalej mi nie opowiada, bom raz, że na widok krwi wrażliwa, a dwa, że zaraz u siebie znajdę jakieś zatory, a do szpitala to za nic w świecie bym nie poszła.
- Tak Romanowa mówi? Szpital jej straszny? A przecie dwoje dzieci wydała na świat.
- A ksiądz w tych materiach to widać, że mało obeznany.. Mnie oba dziecka Kowalowa, świeć Panie nad jej duszą, odebrała. Najpierwsza akuszerka była we wsi. Już tam baby ją wolały od lekarza, choć potem pojawił się taki jeden doktor, co wszystkie młodsze napominał, że w szpitalu urodzić lepiej, bo to jak wynikną jakoweś komplikacje, to brzuch rozetną, a do tego baba głupiego jasia dostanie i bez bólu wyda na świat poczętego.
- Różnie tam o tym znieczuleniu gadają, Romanowa…
- A boć to ksiądz lepiej się zna na tym?
Pomyślał, że może i słusznie go obrugała, bo też co może więcej wiedzieć o porodach nad to, co sam usłyszy od kobiet, co rodziły. A słyszał o tych sprawach także siedząc w konfesjonale i dziwił się tym spowiedziom, bo nijak narodzenia z grzesznym postępkiem skojarzyć nie potrafił. Ale, przyznawał w duchu, sam zaczął te medyczne tematy, choć tyle się wyznawał na medycynie jak i znał się na porodach. Owszem, szpitalny doktor zanim kazał mu się kłaść na zabieg, rozmawiał z nim długo i otwarcie, co tam z jego sercem nie tak i jaka na tę przypadłość jest rada, więc mógłby teraz niejednego pouczyć o swojej chorobie, ale wcześniej… wcześniej z medycyną nic wspólnego nie miał, a jeśli z jakiejś przyczyny zaniemógł, zachodził do benedyktynów; już oni ziółka na każdą bolączkę znajdowali i zawsze pomagały.
- Niechże mi teraz ksiądz powie, co księdzu do jedzenia podawać. Mówili chyba przecie?
Przysiedli oboje przy wąskim stoliku pod oknem, a słońce zaznaczyło na jego blacie równiusieńki, jaskrawy szlaczek.
- Tłustego nic, mącznego niewiele, podobnie słodyczy, a jak najwięcej owoców i warzyw - odparł krótko i treściwie.
- A bo to ja inaczej księdzu gotowałam? Jużem myślała, że to przez to jedzenie, którem księdzu warzyła ta boleść się stała.
- Że też Romanowa w ogóle mogła tak pomyśleć. Ze starości to, nie zaś z przejedzenia.
- No, z przejedzenia to na pewno nie, bo ksiądz jako ten gołąbek dzióbie i zawszem do siebie pretensje miała, że może mu nie smakuje moje gotowanie.
- Mnie nie smakuje? Te barszcze i zalewajki to przecież twój rarytas, Romanowo. Ale kiedy na mnie spojrzysz, to widzisz, że ja choćbym nie wiadomo ile zjadł, nie przytyję. Mnie Pan Bóg kazał rosnąć w górę, nie w poprzek.
- To prawda. I przez to nie znać u księdza wieku, tak prosto się trzyma, ale widać i u takich przystojnych duchownych osób serce kruszeje, a gadają, że sercowe kłopoty imają się ino tłuściochów.
Mógłby ciągnąć dalej opowieść o przyczynach swojego nieszczęścia, ale znów powracać do medycznych tematów to igranie z wiatrem, którego nie dosiężesz rozumem. Prawda jest taka, że powinien był na samym początku zapytać o proboszcza, który siedział mu w głowie jeszcze wtedy, gdy w piersiach słabość go dopadła i jadąc do szpitala wcale nie był pewien, że powróci o własnych siłach na plebanię, gdzie wcześniej gospodyni larum podniosła na widok słaniającego się na nogach księdza rezydenta. Zaraz też przywołała syna z synową i kazała im księdza Kazimierza wywieźć do szpitala poleconego przez wiejskiego doktora, który tyle razy napominał duchownego, że im prędzej na operację się uda, tym dłużej pożyje, a jeśli zaniecha, sam Pan Bóg mu nie pomoże.
Nareszcie się zdecydował, nazbyt był słaby, aby się upierać, ale i zapragnął leczenia także po to, aby, jak Bóg da, powróci w zdrowiu, to zajmie się proboszczem, który, jak mu się zdawało, coraz to krętszymi ścieżkami chadzał, zaniedbując tego, do czego był powołany i oczywistym się stało, że się staczał. Żal księdzu rezydentowi było Mariusza, żal jako księdza i jako człowieka. Wszak pamiętał, jak przed rokiem, kiedy mu przyszło wybierać pomiędzy parafiami, gdzie mógłby dożyć w spokoju do śmierci, co każdemu sprawiedliwie pisana, nie wahał się ani chwili i pomyślał o tej, w której przesłużył lat dwadzieścia jeden, a kiedy pojawił się na umiłowanej sercu parafii, kiedy przywitał się z Romanową (wcale się nie postarzała), to proboszcz Mariusz z otwartymi rękami go przyjął i nie pytając o nic, oddał mu na pomieszkanie pokój, w którym miał swoje łóżko. Tak, ksiądz Kazimierz wdzięczny był proboszczowi za tak miłe przyjęcie, bo to z rezydentowaniem po parafiach bardzo różnie bywa i tacy jak on emeryci nie zawsze witani są z szacunkiem, na jaki zasługują, nawet jeśli sama kuria nakazuje przyjąć i otoczyć opieką. Dlatego też pomny tego radosnego przyjęcia z jakim się spotkał w swej starej parafii, ze smutkiem obserwował, jak ksiądz Mariusz podupada na duchu, do kieliszka zagląda, i to wcale nie mszalnego, a i zachowuje się nieobyczajnie, czego ukryć nie sposób, a nawet i nie należy.
(…) cdn,

[10-11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji

12 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) - WYTAPIANIE TŁUSZCZU. WĄTEK UKRAIŃSKI.

*
Sobota 9 czerwca okazała się być jednym z najcieplejszych dni roku. Po częstych w mijającym tygodniu rozjazdach obecny weekend stworzył okazję do pozostania w „domu”, ba, pierwszy raz chyba od lat piętnastu, udało mi się znaleźć w horyzontalnej pozycji na leżaku, wystawiając na słońce przednią część swego tułowia, nóg oraz czaszki. Nadto wytapiałem tłuszcz swego ciała, trzymając w ręku a’25 cl Perlembourga, czyli pięcioprocentowego piwa, wystarczająco schłodzonego, aby nie popaść w depresję spowodowaną trzydziestostopniowym upałem.
Tak i przypiekłem raka, ratując się wsmarowywaniem kremu Nivea w najbardziej zagrożone spaleniem zakątki ciała (nawet pomogło).
W niedzielę tropikalna aura potrwała gdzieś do czternastej, tak jak przewidziałem, bo dnia poprzedniego, w rzeczoną sobotę, na bajecznie błękitnym niebie pojawiły się stratocumulusy wróżące zmianę pogody. Ochłodziło się o stopni minimum dziesięć i trzeba było zwinąć koc i leżak oraz udać się do pomieszczenia, w którym cieplej, choć nie tak parząco jak pod niedawnym słońcem. W każdym bądź razie odcień mojej skóry zmienił się na lekko brązowy i pierwszy raz podczas obecnego kursu zacząłem przypominać istotę, która powróciła właśnie z wywczasów na Majorce.

**
W niedzielę pojawiło się w „domu” dwóch Ukraińców. Najpierw, jeszcze przed południem, przyjechał Oleg z Połtawy, radosny i pogodny mężczyzna w średnim wieku, z wydatnym brzuszkiem, a cechą szczególną tego jegomościa stal się perlisty „sitcomowy” uśmiech, którym komentował komiczne dialogi jakowegoś uciesznego filmu, który oglądał na wyświetlaczu swego urządzenia do dzwonienia.
Później pojawił się Sasza, czyli Aleksander, czyli, jak go nazwałem: Aleksander Siergiejewicz Puszkin, który tryskał humorem kto wie, czy nie większym od Olega.
Sasza ma lat dwadzieścia osiem (kawaler - to informacja dla pań), choć z wyglądu nie posiada tylu lat, ile mu zapisano w paszporcie. Powiem więcej: zdarzało mu się na Ukrainie i zdarzyło się również w Polsce, że zakupując piwo, poproszono go przy kasie o paszport, aby udowodnił nim, że ukończył lat osiemnaście.
Z Saszą przegadaliśmy chyba ze cztery godziny: o jego pracy, o powodach szukania zajęcia w Polsce, o tym, że jakoś żony znaleźć sobie nie może, bo na Ukrainie tak jakoś się ostatnimi laty porobiło, że kandydatki na żony, poszukują mężczyzn na tyle majętnych, aby wydatnie podnieść swój standard życia, zaś miłość wraz z fizycznymi uprzyjemniającymi pożycie małżeńskie dodatkami to sprawy, które nie odkładane są na plan dalszy. Jako osoba cokolwiek bardziej doświadczona życiowo, udzieliłem Aleksandrowi stosownych rad, jakich forteli użyć, aby zaryzykować pozyskanie do partnerskiego związku niewiastę z polskim obywatelstwem. Wprawdzie moje pojęcie o tak zwanym „podrywie” opiera się raczej na teorii, nie zaś na praktyce, Sasza stwierdził, że spróbuje skorzystać z moich rad, a przysięgam, że wybiegają one w moich teoretycznych rozważaniach ponad utarte schematy.

***
Nikt w polskich a i europejskich mediach o tym nie napisze i nie powie. Ten zdeterminowany tłum w Kijowie podczas majdanowej rewolucji dostawał zapłatę za to, aby protestować przeciwko rządowi Janukowicza. Pieniądze za udział w demonstracji dostawali i studenci, i nisko opłacani robotnicy, i bezrobotni. Uczestnikom „majdanu” dostarczano też pożywienie, a wraz z nim narkotyki, które wzmagały determinację. Kiedy już emocje opadły, a światowe media znudziły się obrazkami z wojującego Kijowa, część wspomaganej narkotycznie młodzieży zaczęła mieć problemy, jakie zazwyczaj zaczynają się w chwili, gdy uzależniony od „wspomagaczy” organizm zaczyna się buntować przeciwko nagłemu brakowi we krwi substancji, która wcześniej dodawała mu odwagi. Okazuje się, że w starciach z milicją znacznie mniej było rannych w porównaniu z rzeszą majdanowskich narkomanów. Ci zaludnili kijowskie szpitale.
Na moje pytanie, od jakiego czasu na Ukrainie jest zdecydowanie gorzej, pada odpowiedź: - „Majdan jest tą granicą. Przed majdanem żyło się niepięknie, ale normalnie”.
- To po cholerę wam była ta rewolucja? - pytam Saszę.
- Po cholerę nam była ta rewolucja? - odpowiada zapytany.
Ktoś na tym zyskał. Kto? Obecnie rządzący, wspierani przez Amerykanów.
Sasza nie jest odosobniony w swych poglądach. Nie spotkałem Ukraińca, który popierałby „majdan”, choć nie oznacza to, że popiera politykę Putina.
Wyjścia z sytuacji nie widać.
Sasza nie chce żyć w Ukrainie.
- W sercu, w duszy, kocham swój kraj, ale dzisiaj nie można w nim żyć - mówi.
- A twoja rodzina? Matka?
- Będę przesyłał jej pieniądze, choćby na mieszkanie. To mój obowiązek - odpowiada. 

[10/11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE
Wypożyczyłem sobie dzisiaj dwa teksty, które zakorzeniły się w pamięci jako słowa piosenek. Jeden z nich jest jednocześnie poetyckim przekładem jednej z najpiękniejszych pieśni Bułata Okudżawy.

Ale zacznijmy od kobiety. Od kobiety, bo autorką pierwszego tekstu jest Agnieszka Osiecka, legendarna już poetka epoki PRL-u, uwielbiana przez środowiska studenckie stolicy, poetka współpracująca z piosenkarską elitą estrady, przydająca barwy najpopularniejszym melodiom minionego czasu, skromna, lecz tętniąca życiem i pomysłami, przedstawicielka swoistej cyganerii, zapoczątkowanej gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w teatrach studenckich oraz na deskach zdobywającego z roku na rok coraz większą popularność Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Można śmiało powiedzieć, że poetyckie dokonania pani Agnieszki to swego rodzaju kronika kulturalna czasów odchodzącego w zapomnienie PRL-u, zaś tematyka jej utworów nasycona jest kobiecą wrażliwością, najprostszymi a jednocześnie najcenniejszymi uczuciami miłości, przyjaźni wplecionymi w odwieczne ludzkie tęsknoty i nostalgie.
Do pewnego stopnia tekst, który zamierzam poniżej przedstawić, jest nieco inny, gdyż odnosi się do czasów wojennej grozy i powojennych niepokojów. Tekst wiersza został napisany do muzyki Krzysztofa Komedy (może było na odwrót), a przeuroczo zaśpiewał go Edmund Fetting. Ścieżkę dźwiękową tej piosenki wykorzystano w filmie… nie powiem, a dodam tylko, że film ten uzyskał miano pierwszego polskiego westernu.

„Nim wstanie dzień”
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.

Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.

Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już

za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień
doczekasz się
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.

Drugi utwór z przykawiarenkowej wypożyczalni jest, jak wspomniałem, interpretacją - tłumaczeniem wiersza Bułata Okudżawy dokonanym przez znakomitego tłumacza literatury rosyjskiej (zwłaszcza poezji) Witolda Dąbrowskiego.
Nie mam wiadomości, czy ten niezwykle popularny w Polsce poeta i bard rosyjski znał i czy oceniał pod względem „duchowej zgodności” z oryginałem tłumaczenie dokonane przez pana Witolda, ale jeśli znał, powinien był być zadowolony z tego przekładu, który oddaje w pełni zarówno słowo jak i „duszę” tej przepięknej pieśni.
Chyląc zatem czoła przed Bułatem Okudżawą, należy też złożyć pokłon interpretacji pana Witolda.
Ciekawe, że znakomitym łącznikiem obu prezentowanych w „wypożyczalni” tekstów jest postać niezmiernie przeze mnie lubianego aktora Edmunda Fettinga, co tylko może być dowodem na to, że znakomitości się przyciągają.

 „A jednak żal”
Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno.
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład...
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.

Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie
i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal...
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza,
pojętny mój wiek, zdolny wiek mój chcę cenić i czcić...
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.

No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz szlak się uświetnił
i wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt...
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.

Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer
i nagle spojrzałem na Arbat i - ach, co za gość! -
rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś! 

[11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 2

PRZYDROŻNE MONOLOGI 16 - TRASY. UROKI ANGLII. OKIEM BYŁEGO BELFRA

*
Przez ostatnie kilka dni pojeździła sobie pomiędzy Francją a Wyspami, i tak:
po niedzielnej wizycie w McLarenie w poniedziałek 5 czerwca  miałem załadunek w  „Aristocraft Europe LTD” w Uxbridge (towar do Francji w okolice Bordeaux). Powróciłem z ładunkiem na Marck, przesiadłem się na Berlingo i  w „domu” byłem już po północy.
Następnego dnia też około północy wziąłem towar do „GEFCO” na kodzie TW15 1BL (zapomniałem nazwy miejscowości), skąd po rozładunku udałem się do znajomego Tiverton na Devonie i wyruszyłem z towarem do Włoch. Dojechałem, rzecz jasna, tylko do Calais. Tam, nie dojeżdżając do „domu”, na Marcku zmieniłem busa i wyruszyłem na trzy rozładunki do:
1. Bognor Regis w harabstwie Sussex, („Vaniec” - „Rolls-Royce”)
2. Solihull koło Birmingham - adres znany („Jaguar - Land Rover” 
3. Derby (Toyota Motors).
Stamtąd z kolei jadę pod załadunek do Wolverhampton, skąd biorę towar do Wrocławia. Dojeżdżam z nim do Marck pod Calais o 1.20, 9 czerwca, gdzie się zmieniam z Ukraińcem i w Campingneulles Des Grandes jestem o 2.30 .
Wyliczyłem sobie, że na 58 godzin pracy (jazda, załadunki i rozładunki) udało mi się przespać 2 godziny (na przydrożnych „bujankach”, w pociągu podczas przeprawy tunelem i na promie).
Niewiele tego, ale dzisiaj odrobiłem brak snu z nawiązką - przespałem całe 8 godzin, i to bez „międzyląndowania” w toalecie - jak na mnie to prawdziwe szaleństwo, jeśli chodzi o długość spania.
Po przebudzeniu trzeba było zająć się praniem, przygotowaniem napojów i zawekowanej gęstej zupki na kolejną trasę oraz zażyć kąpieli, która w tej transportowej pracy jest nie do przecenienia.
A zatem… zaczyna się od uzębienia, następnie skok do wanny, golenie się (taka akurat kolejność), po czym potraktowanie twarzy, policzków i innych, mniej ukazywanych przed publicznością zakamarków ciała toaletowym spirytusem marki „Bond” i w końcu nałożenie na rzeczoną twarz plus łysinę konserwującej ondulacji kremem „Nivea”.
Ja wiem, śmiesznie zabrzmiało to opisywanie tak prozaicznej toalety i nigdy bym tego nie czynił mając robotę w kraju, lecz podróżując po świecie kwestia higienicznych powinności nabiera całkiem innego znaczenia. 

**
To, co podoba mi się w Anglii to rozpasana zieleń, soczysta, rozłożysta, pagórkowate pejzaże łąk i pastwisk poprzecinanych żywopłotami, lokalne drogi, wąskie, porośnięte dębiną, grabem i klonem, miasteczka i wioski kipiące parkową zielenią, stare budynki, kościoły i cmentarze okolone starożytnymi kamiennymi murami, prywatne domy ze spadzistymi dachami i z dominującymi na nich wysokimi kominami, podwyższonymi jeszcze o ceglane, rurowate dymniki, a pośród pól i pastwisk, jak i też w przydomowych zagrodach dostrzec można triumfalnie wynoszące się ponad okolicę mocarne stare dęby, buki i wiązy, które powiedziałyby niemało o historii tych urokliwych miejsc. A jedzie się nierzadko krętymi drożynami jakby w tunelach zadaszonych ciemną gęstwą krzewów i drzew - w te miejsca słońce nie dobije się nigdy swymi promieniami; a bywają takie okolice w Sussex, Surrey czy w Derbyshire, gdzie po obu stronach drogi straszą knieje, a w nich jak w prastarej puszczy powalone kręgosłupy zbutwiałych pni, co nosiły na sobie rozłożyste ramiona gałęzi - dzisiaj te poprzetrącane, kalekie, w mchu utytłane; nocą pośród nich sowy łowne siedzą, lisy i borsuki czatują na zdobycz byle jaką.

***
Ilekroć zdarzyło mi się przejeżdżać w Brytanii w pobliżu szkół, zawsze mój wzrok napotykał dzieciarnię i młodzież ubraną w przepisowy strój szkolny. Dziewczęta w granatowych najczęściej spódnicach lub spodniach, w bluzkach, koszulach z emblematem szkoły, a te bluzeczki nierzadko zwieńczone białym kołnierzykiem. Chłopcy w garniturkach, w pulowerach, swetrach wełnianych; czasami zdarzają się w tym ubiorze krawaty. Nie ma jednego wspólnego dla wszystkich szkół ubioru; różnią się one kolorem, wzornictwem i koniecznie indywidualnym dla danej uczelni emblematem. Do angielskiej szkoły uczeń chodzi elegancko, lecz nie ekstrawagancko ubrany i jakoś nikomu ta „urawniłowka” w wyglądzie nie przeszkadza. Nikt ze szkolniaków nie może się czuć szczególnie wyróżniony, choć przecież i tu występują różnice majątkowe pomiędzy rodzinami tak jak u nas w nadwiślańskim kraju.
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany tym, że jednemu z ministrów edukacji w Polsce nie udało się przeforsować szkolnego stroju do naszych jednostek edukacyjnych. Postawiono na wolność wyboru, czyli przychodzenie do szkoły w tym, co ma się najpiękniejszego, „markowego”, na co obecnie stać rodziców. Pamiętam te argumenty rodziców, uczniów, a także i nauczycieli: mamy wolność i demokrację i żadna władza nie będzie nam mówiła, jak obrane ma być dziecko czy młodzian chodzący do szkoły. Niby prawda, ale to „niby” stanowi różnicę. Nie pomyślano nad tym, że od szkolnego stroju bardzo wiele się zaczyna: kosztowny, z wysokiej półki, ponadstandardowy stanowi o dominacji jednych uczniów nad drugimi; zaczyna się w tym miejscu swoista segregacja na biednych i bogatych, na tych pochodzących z domów, w których się nie przelewa i na tych, w których kupno nowego ciucha nie stanowi dla rodziców żadnego problemu. Na stroju się zaczyna, a kończy na… chociażby na tym, że ci bogatsi uczniowie spożywają posiłki w pierwszorzędnych naczyniach, podczas gdy dla biedniejszych przewidziane są plastykowe jednorazówki.
Nie wiem, dlaczego w kraju nad Wisłą nie przyjął się strój szkolny. Być może do pewnego stopnia miała na to wpływ nazwa „mundurki”, kojarząca się nie najlepiej. To trochę dziwne, bo obserwując chociażby „sportowe klimaty”, łatwo dostrzec to, że przywiązujemy się do barw i symboli naszego ulubionego klubu, natomiast nie tolerujemy przynależności do szkoły - miejsca, w którym spędzamy jedną trzecią swojego edukacyjnego żywota.
Pewnie zaskoczę co niektórych, gdy powiem, że wprawdzie ze strojem szkolnym nie wyszło, to jest taki pomysł, który mimo wszystko został podjęty i „wypalił”. Powiem więcej - jest to chyba najistotniejszy pomysł w edukacji, jaki udało się wprowadzić w życie w ostatnich kilkunastu - kilkudziesięciu lat reformowania polskiego szkolnictwa. A jest nim (czy kto zgadnie?)… utworzenie „instytucji” opiekuna dzieci zmierzających do i ze szkoły, a zmuszonych do przechodzenie przez jezdnię w niebezpiecznych miejscach. Tak, mam na myśli te panie (najczęściej to one sprawują opiekę nad dzieciarnią) z lizakami, wstrzymujące ruch pojazdów, aby szkolna dziatwa mogła bezpiecznie do domu powrócić po swej szkolnej pracy… wielki to plus dla pani minister Łybackiej.
No już dobrze… zapędziłem się… ani słowa więcej o szkole!  

[09.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

06 czerwca 2017

WŁÓCZYKIJ (3)

Dziadek Staszek - węglarz powrócił z sanatorium może i nie do końca wyleczony, ale oddech miał teraz głębszy, a i sprawniej poruszać się zaczął na swych starych nogach, których w młodości, gdy jeszcze w żyłach krew krążyła sprawnie, nie szanował, poddając je trudom wędrówek w góry, a też i w pracy przy drzewie były mu potrzebne, jak na robociarza przystało. 
Babunia solennie obiecała sobie, że tym razem to mężowi na ciężką pracę nie pozwoli; dosyć się już na niego naczekała w swojej samotni i ani myślała zgodzić się na to, aby Staszek wybrał się do lasu na jagody, które tego lata pokazały się obficie już po obu stronach szerokiego leśnego traktu, który to w dalsze knieje wprowadzał, a tam, pośród buków, sosen i brzóz, w niewielkich, acz dopuszczających słońce kotlinach granatowego bogactwa jagód zalegało pod twardym, ciemnozielonym listowiem tyle, że tylko przyjść i wykosić to dobro.
Adam, gdy drew już narąbał - jeszcze nie tyle, aby całą zimę przeżyć przy ich radosnym cieple - nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca bez roboty, zaoferował się przy jagód zbieraniu, bo to babunia pierogi przyrządzi ze śmietanką i cukrem posypie, ale też w skupie dobrze za owoce lasu płacono, więc trzy przyjemności naraz znajdował w codziennych wyprawach na jagodowe pola: raz - to radość z leśnych spacerów; dwa - zarobek przy skupie; a trzy - wiadomo - pierogi.
Wyruszał w las wczesnym rankiem, tuż po śniadaniu, po rozmowie z gospodarzami, którzy, obudziwszy się wcześniej od niego, już dojrzeli krasuli i drobiu, a babunia zdążyła przygotować śniadanie dla ich trojga, koniecznie z mlekiem, na słodko, ale też z pomidorami i jajkami na miękko. Adam dostał też do opróżnionego plecaka, aby mu nie ciążył przy zbieraniu, kanapki z szynką, żeby z sił nie opadał, bo też biorąc dwa wiaderka na owoce, musiał je z sobą taszczyć i często przystawać, poodpoczywać po drodze. Wziął się jednak na sposób i pierwszy, większy od kolejnego, zbiór zaplanował podążając w stronę skupu. Tam opróżnił wiaderka i powracał do zbierania, idąc już wolniej w stronę babcinego domu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszych dwóch dniach pracy, dwukrotnie pojawiał się w miejscu, gdzie sprzedawał jagody; w trzecim już takich obfitych zbiorów nie miał, bo amatorów owoców leśnego runa napotkał na swej drodze wielu i trzeba mu było głębiej w las zachodzić, w mniej przez zbieraczy uczęszczane szlaki. Do domu powracał także z owocem, choć wiaderka nie były już po same brzegi wypełnione, ale i tak jagód starczało, i na pierogi, i na konfitury, które babunia przyrządzała w wielkim garncu ustawionym na historycznej, kaflowej kuchni, pod którą dziadek Staszek co i rusz zrąbane przez Adama polana podkładał.
Zarobione pieniądze przeznaczał do babcinej portmonetki. Rzecz jasna protestowała, ale Adam nie słuchał, tłumacząc, że jemu aż nadto zostało z ostatnich robót w mieście.
- A do czegóż mi one potrzebne? - wyjaśniał. - Tyle mi ich trzeba, ile na podróże, jedzenie po drodze i noclegi. I jeszcze na opłacenie pokoju z góry w mieście, ale wtedy to już mając umówioną robotę. Wam ciężej we dwoje. Babuniu, tobie trzeba mąki i cukru na zimę, a tym razem to wybierzemy się do miasteczka, aby sprawić wam jakieś odzienie nowe. Niechaj przynajmniej to po mnie pozostanie - i mówiąc te słowa, sięgnął do swojego portfela, wyjął zeń kilka banknotów, tych miejskich, z budowy i położył je przed babunią na stole. - Tak i ziarnko do ziarnka - westchnął czule. - A na niedzielę to sprawimy sobie ucztę prawdziwą.
Cóż było robić? Babunia jedynie głową pokiwała, a pomyślała sobie, że tego wędrowca to już chyba nikt nie oduczy postępowania innego niż to, do którego przywykł, nie troszcząc się nic a nic o siebie, a dziadek Staszek, zamyślony nad zeszłodniową gazetą, pomyślał sobie pewnie o swoim synu i córce, którzy od dawna znaku życia nie dawali, co chyba oznaczało, że mają się dobrze, bo gdyby było inaczej, to by starych powiadomili o tym, jak bardzo źle im się wiedzie.
W sobotę uproszoną od Zawiślaków osobówką (w sumie bardzo prosić nie musieli, bo Zawiślakowa to naprawdę bardzo uczynna kobieta) pojechali do miasta, aby odwiedzić wielkie sklepy i chociaż babunia z dziadkiem upierali się jak te dzieci, które tylko nie i nie wołają, choćby im samego nieba przychylić, upierali się, że za nic w świecie w nowe „mecyje” się nie ubiorą, to Adam w jednej chwili zamienił się we wrednego kaprala, bezczelnie żądając, aby z nim do odzieżowego salonu wstąpili, bo inaczej jego stopy nie postaną w zarzeczowskiej chacie. Rzecz jasna żartował w swym szantażu, bo gdzie jak gdzie, ale u babuni żyło mu się jak najlepiej, którego to nastawienia nawet w myślach zmienić by nie potrafił, ale cel swój osiągnął i staruszkowie po wyjściu ze sklepu pojawili się na ulicy całkiem odmienieni: ona w kwiecistej sukience, co przepięknie ją odmładzała; on zaś w jasnym garniturze w dyskretną jodełkę, akurat do kościoła i na letnio-wczesnojesienne spacery. 
Następnie, zgrabnie podpuszczona przez wędrowca babunia nakupiła jadła oraz porobiła zapasów cukru, soli i mąki (mąka to na te pierogi!), a Adam, choć pijący niewiele, niby drobny ptaszek, próbował zakupić butelczynę koniaczku, który mógłby dopomóc płci męskiej w krążeniu krwi i trawieniu, lecz tym razem uległ niespodziewanym podszeptom dziadka Staszka, który wyrzekł takie oto opozycyjne słowa:
- Na te krążenie krwi, mój Adaśko, to nie ma lepszego koniaczku nad prymuchę Zawiślaka, który ten samorodny trunek sporządza we wsi najlepiej, i to od wielu lat, ba, sam proboszcz, choć podobnie jak ty niebożę, niewiele pijący, prawie nigdy nie odmawia lampeczki, kiedy się zejdą i u Zawiślaków w altanie siedzą. 
Te mądre i zacne słowa dziadka włóczącego się po świecie Adama przekonały, i odstąpił on od swego zamiaru. Tak czy owak osobówka Zawiślaków aż przysiadła, uginając się pod zakupami, a babunia, zanim na powrót wtoczyła się do auta, odciągnęła Adama na bok i na osobności, dbając o dyskrecję, wprost do jego uszu wyszeptała:
- Syneczku, a gdybyśmy tak na tę niedzielną ucztę, jak się wyraziłeś, poprosili do siebie Zawiślaków? 
A wypowiedziała te słowa z niejakim wahaniem, albowiem na tę niedzielę pierwszym gospodarzem miał być gość staruszków, lecz w gruncie rzeczy nieodległą odpowiedź Adama znała.
- Jakże mogłoby być inaczej - odpowiedział obieżyświat z pokorą, wytłumaczoną tym, że sam nie zaproponował wspólnego z Zawiślakami obiadu, zaraz po sumie i aby na tę okoliczność odkupić swój grzech zaniechania, jeszcze nie wsiadłszy do auta, kategorycznie zażądał odwiedzin sąsiadów, wraz z ich synem Marcinem (temu, który świat obejrzał przy pomocy babuni) oraz jego żoną, z którą młodszy Zawiślak dzieci jeszcze nie mieli, ale ważne, że się starają, lecz szkoda, że nie mają, bo na nie, Panie Boże, jak najbardziej zasługują, więc może spojrzałbyś na nich swym łaskawym okiem.
A że już nazajutrz przypadała ta słynna niedziela, chata babuni w sobotnie popołudnie i wieczór popadła w straszliwe do uczty przygotowania. Najsampierw stwierdzono, że w domu wprawdzie z dwóch stołów: kuchennego i tego, co w izbie gościa postawiony, zrobi się większy jeden i pomieści przy nim wszystkich gości, ale krzeseł dwóch zabraknie. Przecież, że do Zawiślaków w tej sprawie się nie udadzą, bo nie wypada, aleć dziadek Staszek odszukał w pamięci, że w stodółce pod sianem dwa archaiczne krzesła stoją, niezbyt może podniszczone, ale z kulejącymi nogami. Nie chciało się dziadkowi ich naprawiać, bo nabył cztery nowe, wygodniejsze, z pluszowymi oparciami i nawet nie spodziewał się, że sobie o tamtych kiedykolwiek przypomni. Ale stało się to szczęście i trzeba było wziąć się do roboty, do której przydał się nasz włóczykij, tak i też nie dość, że nogi naprawiono, ale i siedliska obito jakąś grubą, płócienną materią, aby spaczone siedzenie ud nie przyszczypywało. Babunia z kolei ogarnęła duży pokój, w którym jedynie w wielkie święta wieczerzano, doprasowała obrusy i wykredowała srebrne sztućce i naczynia, o których by pewnie, gdyby nie Zawiślaków gromadka, nikt na świecie się nie dowiedział. Gdy wrócili do dom mężczyźni, wnieśli do największej izby stoły, nakryli je płachtą obrusu, przepisowo ustawili naczynia; nareszcie dostawili parę krzeseł, pozostawiając w kuchni te, na których codziennie siadano do posiłków.
Przyszła teraz kolej na to, co smacznego podać do stołu. Babunia, choć nie było takiej potrawy, z której przygotowaniem by sobie nie poradziła, przemyśliwała nad tym, że jeśli ma być to uczta, to należałoby zrobić coś takiego, czego na co dzień w jej jadłospisie nie ma. Jakowoż zakupione zostało: pręga, wołowe z kością i bez kości - pieczeniowe, toteż umyśliła sobie sporządzić wołowy rosołek i pieczeń właśnie, z piekarnika, niby podgrillowaną. Do tego świeża sałata, ogórki, wczesne spod folii pomidory oraz rozmaitości z piwnicy; poda się to z młodymi kartofelkami, z wiśniowym kompocikiem, bądź z jogurtem własnej roboty. Przypomniała sobie też o dwuletniej, słodziutkiej i pachnącej sadem czereśniówce, którą pożywią się w niewielkiej ilości panie.
Adam z kolei, który pewnie pod wpływem papy Hemingwaya zakochał się w rybim żywiole, myśląc o uczcie, postanowił zakupić kilka pstrągów sprzedawanych w miasteczku przez wytrawnych wędkarzy, a zatem i on dołoży swoją męską dłoń w kobiece, kulinarne przygotowania i, uspokajając babunię, która domyślawszy się, że Zawiślakowie pozostaną u nich do późnego wieczora, rozważała z niepokojem, co też podać na kolację.
- Babuniu - wyrzekł Adam - na babuni masełku, ze szczypiorkiem, natką pietruszki, czosnkiem i sokiem z cytryny, takie pstrągi usmażę, jakich w tych stronach jeszcze nie jadano.

I przeminęła ta niebiańska, niedzielna uczta, i tak jak wszystko na tym bożym świcie, co ma się stać, się stanie, i dopełniły się rozmowy z sąsiadami, i po wieczorze, który nie pójdzie w niepamięć, nastąpiła noc, a po niej nastał nowy dzień, potem drugi i kolejne, i znów najdroższy babuni i Staszkowi włóczykij wybrał się w las na kurki i sitaki, i po raz kolejny targał wiaderka do skupu, i smażyła babunia grzybki, i zasypywała je solą, aż nastał dzień taki, podły i do wszystkich poprzednich niepodobny, że ich syneczek w świat wyruszył, nie bardzo daleki, ale też i niebliski, a zapowiedział się staruszkom na początek września; niedługi to czas, ale i bardzo długi; a w plecaku miał to, co potrafił sobą unieść, babcine smakołyki, a odszedł, po najszczerszym rąk staruszków ucałowaniu tą samą drogą, jaką przyszedł, ale czy doszedł do miasta, gdzie na niego czekano, czy może rozgościł się w przyszkolnym mieszkanku na dłużej, aby samemu nie oglądać gwiazd jaśniejących na pogodnym, nocnym niebie, tego nie wiem, a jeśli się dowiem, to może innym razem o tym opowiem.

[04.06.2017, Woking w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI 15

*
Do „McLarena” w Woking wyjechałem w sobotę około 10-tej, a zatem stało się pewne, że weekend spędzę w Anglii, zważywszy na fakt, że rozładunek miałem w niedzielę o siódmej rano. W Anglii ciepło, choć nie upalnie; okresami przelotny deszcz. Dwie noce przesypiam na niegłośnej „bujance” jakieś pięć kilometrów od zakładu. I tak miałem szczęście, bo w pobliżu „McLarena” miejsc parkingowych nie ma. To zmora Anglii.
Powracam do „domu” w poniedziałek około 23, wioząc ładunek z Uxbridge. To jakieś maszyny-automaty (slot machine) na kawę, napoje, słodycze, a może do gier. Jest ich pięć, są ciężkie i na tyle wysokie, że muszę podnieść ożebrowanie plandeki, co wydłuża załadunek o co najmniej godzinę. Jakkolwiek ta ostatnia trasa do Anglii i z powrotem jest wyjątkowo krótka - mniej niż 500 kilometrów, to czuję się po niej zmęczony i senny - to chyba przez klątwę najtrudniejszego, czwartego tygodnia jazdy, który właśnie w niedzielę dobiegł kresu.
**
Skończyłem nie tylko „Zamieć” ale i „Charitas” Żeromskiego. Zauważalna nierówność tych dwóch ostatnich tomów „Walki z szatanem”. W „Zamieci” stanowczo za dużo młodopolskich, odautorskich wynurzeń, a główne postaci: Xenia i Nienaski niedostatecznie wyraziste, z kolei w „Charitas” odwrotnie: zarówno Gronowski jak i Śnieć są ludźmi z krwi i kości. W tej drugiej powieści łatwo dostrzec akcenty obecne we wcześniejszej twórczości autora „Ludzi bezdomnych”, a postać Gronowskiego jako zywo przypomina metamorfozę takich bohaterów literackich jak Kmicic czy Jacek Soplica. Wstrząsający jest też opis egzekucji-spalenia chłopów przez legion dowodzony przez Śniecia, jak i też duże wrażenie na czytelniku robią obrazy okrucieństwa walk podczas pierwszej wojny światowej. Ale jest też w tej powieści obecny humor (typowe dla Żeromskiego jest nadzwyczaj sympatyczne traktowanie postaci, których postępowanie bliskie jest poglądom autora) oraz, w innym miejscu, wrażliwość na kwestię chłopską, czy też zamiłowanie, albo wręcz obowiązek, zdaniem Żeromskiego, prowadzenia działalności społecznej na rzecz narodu, chłopstwa i robotników. To wszystko pomieszcza w ostatnim tomie „Walki z szatanem” i chociaż zakończenie powieści jest wręcz tragiczne, to zwycięża idea, która dopiero w „Przedwiośniu”, stykając się z powojenną rzeczywistością wskrzeszonej po latach niewoli Polski, legnie w gruzach.
***
Od samego rana potężnie wieje. Pranie więc schnie jak się patrzy. Gorzej będzie na promie, ale mam nadzieję, że do północy przestanie, bo właśnie dowiedziałem się, że około pierwszej - drugiej w nocy, już siódmego, mam jakiś kurs na Anglię. A zatem trochę spania i w kolejną trasę.

[06.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]

05 czerwca 2017

ŚWIADECTWO WŁADCY ULICZNEGO ŚWIATŁA


1.
Przechodząc po omacku staromiejskim brukiem,
rozdawca świateł latarniom
skrzesał pierwszą iskrę,
a za nią popłynął poszarzałymi uliczkami
mglisty rozbłysk żółtawej poświaty
i przykleiwszy się czule
do odrapanych frontowych tynków
rozkołysanych rozedrganym powietrzem kamieniczek,
zajrzał do pospiesznie zasuwanych okien, 
lecz niewiele mógł za nimi zobaczyć.

2.
Kamienna ławeczka na opustoszałym skwerze 
zaprosiła latarnika na granitowego siedliska
wypolerowany przedwieczorny chłód,
a było mu ciepło, gdy kurzył fajkę,
a bosmański dym unosząc się nad cybuchem 
rozsierdzał nocne motyle
podróżujące ku gwieździe ulicznego światła,
a poniżej latarni, na piętrze kamieniczki
pomalowanej na żółto refleksem rozpalonej lampy,
za zasuniętym firanką oknem 
przemieszczał się cień.

3.
I w takiej to ukołysanej ciszy, 
zachęcającej zakochanych
do podzielenia się pościelą,
posłyszał prometejski dawca ognia
podeszw czyichś butów doniosły trzepot
o wyślizgany, połyskliwy, kamienny bruk
i jeszcze inny dźwięczny jęk
zakłócił przedsenny szept ulicy,
wyszarpnął ktoś z najwyższej struny
łkający dźwięk gitary.

4.
Zbawca jasności twarz swoją przymgloną,
ledwie żarem tytoniu oświetloną
obrócił ku temu, kto już wzrok swój wspinał
na pierwszego piętra okno, za którym
cień coraz bardziej prędki się przechadzał
i już mniej energicznie, jakby ciekawie,
zwinął firanki, zmiął zasłony, 
wreszcie rozpostarł na świat
oba skrzydła okien…
i stał się kobietą. 

5.
I oto ci dwoje:
ona we framugach ołtarza
i on, przytulający w zastępstwie jej kobiecości
piersi instrumentu
(pokojowy Neron naszych czasów
wzrok swój natężył, aby dojrzeć każdy detal)
związali swoje spojrzenia
tajemniczą nicią pająka,
po której wpełzał dur czy moll, 
po której wznosił się śpiew.

Romanca
W stepie spalonym na proch,
deszczu tak chłonnym, jak co?
Jak ciepłych warg usta me, 
zjawiasz się, gdy zasnął mrok. 
Ktoś zrodził cię z tych fal, kto? 
z kłosów pokrytych mgłą, ech… 

Piękność twa przeogromna
zapala miłości żar,
a miłość nieprzytomna
- oślepiający jej czar.

Ty, co wyłaniasz się z traw 
ech, pędzisz konno, gdzie? 
gdzie oczy niosą twą krew. 
Cyganka ty, Boże, spraw
bym poznał cię w moim śnie
zatopił w twych oczach, ech…

Piękność twa przeogromna
zapala miłości żar
a miłość nieprzytomna
- oślepiający jej czar.

Ech, przygarnij mnie nocy bezdomna,
w mej lubej ramiona mnie wtul.
Przy niej moja dusza tak bezbronna,
a w piersiach tęsknota, ucisk i ból. 

6.
I coś tam pomiędzy tym dwojgiem zaszło,
lecz co takiego? - nasz księżyc w pełni
odpoczywający na granitowym kamieniu ławki
dowiedzieć się nie zdołał.
Czy to powieki na kłódki pozamykał,
a może się rozmarzył, może zasnął?
Lecz kiedy chłodny oddech miejskiej bryzy 
przywrócił go do świata żywych,
nie było już grajka, ni kobiety, 
a szyby okna noc zamalowała na czarno.

[02.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji i 04.06.2017, Woking, Surrey w Anglii] 

KAWIARENKA (90) WĄSKOTORÓWKA

Tak i dyrektor cukrowni Gaworzewski oraz trzech jego fabrycznych kompanów dopięli swego dzieła - wąskotorowa kolejka ruszyła, w piękna sobotę, tuż po Dniu Dziecka, co o tyle istotne, że w pierwszą podróż, prócz mocodawców imprezy zabrano dzieciarnię, a że i doroślejsi obywatele miasteczka i okolic chcieli również spróbować prześwietnego wojażu, toteż puszczono ciuchcię tego dnia po raz drugi, aby uczynić zadość pragnieniom chętnej nowych wrażeń gawiedzi. 
O dziwo, pośród pasażerów nie zabrakło obywatelek i obywateli w bardzo słusznym wieku (pomiędzy nimi byli słuchacze uniwersytetu trzeciego wieku), którzy bardzo dawne czasy pamiętali, kiedy to tą nieszeroką koleją podróżowano regularnie między Różanowem a powiatowym miastem, a kolejka aż czterokrotnie przystawała, zanim dobyła celu w znaczącym podówczas i dzisiaj mieście.
Tym razem aż tak długa podróż kolejce pana Gaworzewskiego nie była sądzona, ale i tak cieszono się niekrótką a powolną jazdą przy koniecznych wyciach syren ciuchci przed każdym skrzyżowaniem z drogą, albo z ludźmi, których mijała po drodze - uciechy było co niemiara. 
Początek podróży następował na cukrowniczym dworcu w Dobroniu (tam zagrała orkiestra dęta z Różanowa), następnie odbyto trzykilometrową drogę do Podlesia (tam kilka osób, zwłaszcza dzieci wsiadło do wagonów), dalej ciuchcia po dwukilometrowym sapaniu osiągnęła nasze miasteczko - Różanów, połykając we wnętrzu obu pasażerskich wagonów dzieciarnię w liczbach hurtowych. Kolejny przystanek, po pięciokilometrowej podróży miał miejsce w lesie niedaleko leśniczówki, gdzie na prowizorycznym jeszcze peronie kawiarenkowe towarzystwo zorganizowało bufet, tak że nie sposób było go przegapić i w końcu przecinając od północy las, i pokonując na szczęście w pełni sprawny most na rzeczce Mętnicy, ciuchcia stanęła na dawnej rozjezdni w Lipcach, gdzie ukończono tę piętnastokilometrową przejażdżkę. Tutaj, u celu podróży, w Lipcach, tamtejsi parafianie, nie chcąc być gorszymi od kawiarenkowego bractwa, poczęstowali dzieciska smakołykami, ale nade wszystko zorganizowali najmłodszym rozmaite gry i zabawy, aby niedorostki mogły swoje mikre kostki i mięśnie rozprostować. Tymczasem ciuchcia prowadzona przez fachowego kolejarza została wraz z wagonikiem węglowym przestawiona na koniec składu, aby móc ciągnąć dwuwagonowy skład z powrotem.
Kawiarenkowi biesiadnicy użyli podróży ciuchcią za następnym razem, a pan radca Krach, który oprócz redaktora Pokorskiego najlepiej był poinformowany (jak zwykle zresztą w wielu pozostałych materiach) o wąskotorowym przedsięwzięciu pana dyrektora Gaworzewskiego, nie potrafił wyjść z zachwytu już to nad samą podróżą, którą odbył w towarzystwie żony Jadzi, córki Anny z mężem Wołodią oraz z matką Wołodii, pozostającej wciąż (i oby na stałe) w Ciżemkach, już to z uwagi na fakt, iż zarówno sama ciuchcia, jak i też pasażerskie wagony przedstawiały sobą wrażenie, jakby dopiero co wyszły z fabrycznych hal; do takiej to postaci doprowadziły te komunikacyjne perełki wrażliwe robotnicze dłonie. Pan radca Krach przemyśliwał przy tej okazji nad tym, czy nie udałoby się przy pomocy pana burmistrza właścicielom tych zdolnych robociarskich dłoni wręczyć jakowejś społecznej, finansowej nagrody za ich przemieniony z pasji trud, za te miesiące i lata pracy włożonej w przedsięwzięcie nie tak znowu pospolite w dzisiejszych czasach.
A pan dyrektor Gaworzewski, bez którego dowództwa plan kolejowej trasy nie mógłby się powieść, kiedy ów przysiadł się podczas jazdy do rodziny Krachów, roztoczył przed panem radcą przemiłe perspektywy wykorzystania wąskotorówki także do transportu buraków oraz innych towarów, jakie można by przewozić pomiędzy miasteczkiem a wsiami i fabryką, a jeśli dałoby się w to przedsięwzięcie wciągnąć samego pana starostę, to byłaby szansa na pociągnięcie kolejowej trasy dalej (istnieje wciąż jeszcze torowisko), aż do powiatu, jak niegdyś. I w ten sposób wąskotorowa kolejka, umiejętnie zarządzana, stałaby się na powrót ważnym dla miasteczka i całkiem dalekich okolic elementem komunikacyjno-transportowego organizmu, który odciążyłby lokalne drogi, przewoziłby ludzi do pracy, uczniów do szkół, a wakacyjną porą uatrakcyjniłby całą okolicę przybyszom szukającym niepospolitych wrażeń.
Pan radca Krach, czemu dziwić się nie wypada, przyklasnął zamiarom pana dyrektora, a nawet obiecał, że szepnie kilka słów komu potrzeba, aby ów szczytny zamiar na panewce się nie przypalił.

[04.06.2017, Woking, Surrey w Anglii]

03 czerwca 2017

WŁÓCZYKIJ (2)

- A ty, syneczku, cały czas w drodze i jak ten sen niespokojny miejsca sobie znaleźć nie możesz.
Za oknem rumiany bochen słonecznego chleba akurat kładł się do snu na nieodległych świerkach. A dobrze mu było w tych iglastych pieleszach spocząć po wczesnolipcowej podróży po niebie, tak samo jak temu, co przybywszy do domu babuni spoczął naprzeciwko niej nad miseczką twarożku umajonego pociętym szczypiorem.
- A kiedy to ja, babuniu, u ciebie znalazłem to miejsce i jeśli jeszcze tym razem mnie nie odegnasz precz, to do ciebie powracał wciąż będę.
Zatrwożyła się, słuchając tych słów.
- Jakżebym ja mogła cię odegnać precz? Pisałam przecie, że o każdej porze gotowam cię widzieć, a teraz, gdy Staszek „zabolieł”, tym bardziej, bo wieczorem to z nikim prócz Boga nie rozmawiam i ciężko mi zasypiać bez pożegnania z wypalonym dniem.
- Sąsiadki cię nie odwiedzają? Ostatnim razem wszakże zachodziły, choć dziadka miałaś u boku.
- A zachodzą, odwiedzają - uspokoiła go. - One dobre, a ja przecież niczego złego im w życiu nie uczyniłam, więc przychodzą, pytają o zdrowie, ale w końcu do swoich chałup wracają, do mężów i dzieci, i swoich bab starszych ode mnie, a ja zasypiam w samotności, a zasypiam z trudem. Mnie bardziej o ciebie idzie, syneczku, że tak z miejsca w miejsce chadzasz, nie znajdując takiego, gdzie mógłbyś osiąść na stałe, a mnie odwiedzać, proszę bardzo, odwiedzaj jak najczęściej, bylebyś miał ode mnie dokądś powrócić.
Jeszcze raz spojrzał na świetlaną kulę, która coraz to głębiej zanurzała się w gęstwę zrudziałych od tlących się purpurą promieni świerkowych ramion. Zachodnia zapadnia horyzontu na całej swej szerokości płonęła zwiotczałymi ogniami purpury.
- Mnie, widać, taki przypadł los, niestrudzonego włóczykija, co miejsca dla siebie znaleźć nie może, choć w każdym z nich czuje się jak najlepiej.
- Aleć ty przecież że nie jesteś tak młody, aby pozwalać sobie na tak niestabilne życie, które przysługuje tym, którzy wciąż poszukują własnej drogi życia. Ileż to lat ci upłynęło? Pięćdziesiąt? I wciąż w drodze - nie ustępowała babunia, a w jej oczach aż błyszczała troska o syneczka, co to po raz trzeci raczył ją odwiedzić w starej chatce na samym skraju zarzeczowskiej wioski.
- Pięćdziesiąt już minęło, babciu, ale skoro upłynęło już tyle czasu, a ja jeszcze przy siłach, więc i tych lat, co mi pozostały, zmienić może nie chcę, a może i nie potrafię…
- I nigdy nie marzył ci się dom własny, z kobietą, co każdego wieczora czekać na ciebie będzie z kolacją, skoro pracujesz ciężko i wytrwale; z dziećmi, które byś na porządnych ludzi chował, ciesząc się tym, że zapełniają dom twój najpierw niedorosłym szczebiotem, potem zasypują cię pytaniami, każą rozsupływać problemy i oceniać przyszłe wybory, jakie poczynić pragną w życiu?
- Nie jestem ci ja, babuniu, aż tak odmiennym od innych ludzi, abym takich marzeń nie miał, ale mnie pewnie co innego na wodzie pisane.
- Co innego? - zamyśliła się. - Być może, ale gdybyś więcej tych swoich marzeń pragnął, mógłbyś je ku sobie obrócić.
- A kto mnie teraz do siebie przyjmie z tak lichym tobołkiem na plecach?
- Z lichym, powiadasz, a to ci powiem, że taki plecak to wiele miejsca u kogoś tam nie zajmie…
- … ale i nie wniesie sobą wiele.
Posilał się twarożkiem ozdobionym szczypiorkiem - a wszystko to babcine: twaróg z hodowanej na łące krowy; szczypior - z ogrodowej cebuli, musiało być smaczne, bo do tego ta pajda domowego chleba z masłem z mleka też od krasuli. 
- A kiedym tu tym razem do babuni jechał, to przenocowała mnie jedna piękna pani - pochwalił się. - W szkolnym mieszkaniu spałem, a noc była chłodna i gwieździsta, okno uchyliłem, aby się napatrzeć do syta, a w domku naprzeciwko, od budynku szkoły odłączonym, paliło się światło w oknie pani dyrektorki.
- I ona ciebie przygarnęła na noc? Dyrektorka?
- Przygarnęła. A wcześniej kolacją mnie poczęstowała.
- No, no, syneczku, to i kolacją cię uraczyła.
- Tak było. A gdy te gwiazdy błyskały przede mną na niebie, nagle światło u tej pani zgasło i gotowym przysiąc, że w tym oknie, skąd przed chwilą żółta poświata przebijała się przez mrok nocy, pojawiła się kobieta w bielizny bieli i przez uchylone okienne skrzydła spoglądała na tę samą noc, co to i mnie zauroczyła. Czegóż to ona wyglądała, babuniu?
- A jeśli tego samego, co ty, syneczku?
Wstała, zakręciła się po kuchni i powracając do stołu, przy którym oboje siedzieli, podstawiła Adamowi po sam nos czarną herbatę z dodatkiem dwóch łyżek białego rumu, tego samego, którym poczęstowała go, gdy ją odwiedził zeszłym razem. 
- Kto ją tam wie, czego naprawdę szukała - stwierdził z zamiarem zmiany tematu rozmowy.
A lubił rozmawiać z babunią językiem przez nią i przez siebie wymyślonym, tajemniczym, baśniowym, utkanym ze słów, co nie ranią, a głaszczą, słów tak prostych, że w swej prostocie naiwnych i ugrzecznionych, a ktoś, kto nie byłby o tym słownym pejzażu, jaki tych dwoje pochłonął, powiadomiony, pomyślałby, że rozmawiają z sobą dzieci zatopione w swojej szczerości do bólu, a nawet i nierozgarnięte, co przecież najogromniejszy, acz niedostępny dla innych własny świat posiadają.
Babunia z kolei i lubiła tę rozmowę srebrzystą, i przyjemność w jej oczach błyszczała, gdy jadł ze smakiem, co przygotowały jej zasuszone dłonie.
- Nareszcie odpoczniesz po podróży - powiedziała, a on czubkiem języka słoneczną słodycz masła w górnej wargi zlizywał i widać było, że przez te trzy miesiące niebytności u niej upragnął był tego smaku, co łechce podniebienie i aż za gardło chwyta, tocząc strumyczki pogodnej śliny. - Tobie tam pewnie w tej szkole spodobało się i pewnie łazienka w pokoju była jak w mieście… a u mnie bosą stopą  na dwór wyjść trzeba do bani, a i tak dobrze, że letnią porą przyjechałeś, to zimny wiatr cię nie owionie.
- A tak, babuniu, u tej pięknej pani pokój miałem jak w mieście, ale czy może się on równać z twoim? Nie bardzom zmęczony i nie dośpię dzisiejszej nocy. Jutro trzeba mi odwiedzić dziadka. Pojedziemy?
- Toć w przyszłym tygodniu go puszczają, a ja już się przymówiła sąsiadce, aby po niego zajechać w czwartek do odebrania. A dyć znasz Zawiślakową? Ona do mnie, że pewnie się obraziłam na nią, skoro nie poprosiłam dotąd o podwózkę do szpitala, a ja dla węglarzowej to bym nieba uchyliła, a choćby za to, jak to mi z brzucha wytaszczyła pierworodnego, gdy karetka popadła w zaspę.
- I babunia odebrała? I dała życie narodzonemu?
- A jakże miałam nie dopomóc brzemiennej, skoro małe przedwcześnie na świat się pchało, do tego w boleściach matki… a jak nam wtedy drogę zawiało. Zawiślak z bratem końmi wyjechali po doktora w tę zaćmę, ale gdzież tam, zanim powrócili do dom, tak już dzieciątko matczyną pierś ssało i nie powiedziałbyś, syneczku, że dziecina tydzień wcześniej nastała; chłop na schwał ten Zawiślaków pierworodny Marcin. Ale do wójta pójdziemy, jeśli chcesz - zmieniła ton śpiewnego głosu. - Zadzwonimy od niego do Staszka. Wójt rad mojemu Staszkowi, bo w dawniejszych czasach, gdy wypalał z drzewa węgiel, z jego smolnym stosem żaden jeden się nie zrównał, a wójt, tyle przecie lat nam służy, to miał z tego tytułu same przyjemności, bo męża węgle najpierwsze w okolicy i wszyscy brali, wszyscy po Staszkowe podjeżdżali.
Adam kończył posiłek, dopijając herbatkę, co ciepłem rumowego alkoholu przyjemnie łaskotała gardło.
- Skoro zadzwonić mamy, to zadzwonimy, babuniu, tylko mnie obudź na czas, gdybym przespał poranek. Wiesz jak tutejsze powietrze morzy.
- A wiem, syneczku. Ty u mnie sypiasz jak książę, choć ja sądziłam, że zawdzięczasz to głównie ciężkiej pracy, gdy drzewo rąbiesz, albo nawóz z obory usuwasz, bo Staszek, sam wiesz, już nie ten sam, co dawniej, w tartaku albo przy wypalaniu drzewa, a to ci przy tej robocie, jak doktor powiedział, astmatykiem został i na serce słabuje, ale oni już tam go wyleczą, oj wyleczą, tak mi się widzi, że po tak długim sanatoriacie to dostanę go z powrotem młodszego, i będzie taki jak dawniej.
Pewnie ta rozmowa potoczyłaby się żwawo dalej jak te ociosane wodą kamienie w strumieniu podczas burzliwej nawałnicy, gdyby babunia po raz pierwszy nie zerknęła na ikonę, co ją nieopodal okna, w rogu izby na sosnowej komódce stawiała. Spojrzawszy ku niej, myślała sobie, że już najwyższy czas na to, aby sobie z Panem Bogiem porozmawiać i zapytać się Jego, kiedy z zagranicy Waldek z żoną przyjedzie do niej i do Staszka, zapytać się o zdrowie, albo kiedy Halinka z wnusią do Zarzecza zajrzy, bo dotąd jakoś im nie po drodze, choć córeczka dawno już temu obiecała, że jeśli nawet nie zawita często, to wpadnie choć raz z telefonem, co by starzy nie musieli kłopotać wizytami wójta, aby dowiedzieć się, czy czego tam dzieciom nie brakuje, a jeśli brakuje, to niech przyjeżdżają, to ich nakarmi, a i z tych pieniędzy, co to je Staszek na mogiłę raz na miesiąc przeznacza, uszczknie się parę groszy; wszakże jeszcze się oboje na tamtą stronę świata nie wybierają. I o wiele innych spraw chciała się babunia Pana Boga zapytać, nie wykluczając o tego kochanego włóczykija Adama, co to na tym bożym świecie błąka się jak ta czarna, niechciana owca w stadzie; co z nim wypada począć, może Miłosierny podpowie?
Tak i wędrowiec, posiliwszy się, rozpoznał babuni rozterki, domyślił się też tego, że nadeszła odwieczna pora na babciną modlitwę, tak cichą i pogodną, że aż przypominającą szept strumyka w czas posuchy, a zatem pożegnawszy się z gospodynią, która jakby samą matką jego była, zaszedł do swojego pokoju i umościł sobie posłanie.
(…) cdn.

[01.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]