Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

26 października 2015

NAD STAWAMI (fragment 4.)

I co mam z tym począć? Nieoczekiwany obraz, przeżycie, wspomnienie, déjà vu… jak wtedy, gdy miałem jeszcze tyle sił, aby móc projektować swoją przyszłość, lecz teraz nie mam sił, mam ich coraz mniej i z każdym razem mniej, więc nie ma to sensu. Przykryję ją jeszcze tym kawałkiem brezentu… nogi, zwłaszcza nogi, bo od nóg wiele zależy. 
A tu szyby mokną, popłakują sobie, po chłodnych taflach zsuwają się drobne kropelki wilgoci, przytulają się do siebie, łączą, ogromnieją, zmieniają trasę podróży po oknie, przyspieszają bieg i  rozpływają się gdzieś na wypłaszczonej, chropowatej powierzchni podszybia. 
Ona śpi i jej ciało nie jest już podkulone, zwinięte; korzysta z możliwości swobodnego przemieszczania się po posłaniu, a krępuje ją jedynie ta sterta pościeli w postaci koców, dzięki którym nie odczuwa chłodu. A za oknami auta tuż przed rozbłyskiem słońca zapanował chłód. Właśnie powrócił stamtąd zauroczony widokiem oszroniałych traw, tej zmrożonej, osiadłej na wodach mgły, tej przenikliwej ciszy, która pogłębiała uczucie odosobnienia.
Powinienem uruchomić silnik, bo nad ranem jest najzimniej i kiedy się obudzi, nie powinna odczuwać tego chłodu, lecz jeśli to zrobię przerwę ten sen niewinny, spokojny, pożądany, więc lepiej już nałożyć na jej ciało kolejną ochronną warstwę w postaci tego brezentu. Przypominam sobie, że podobnie było w tej mojej pierwszej opowieści. Ten obraz opieki nad zlęknionym, niewinnym ciałem tamtej postaci wciąż mnie prześladuje i, proszę, powraca teraz, i muszę konfrontować wyobraźnię z rzeczywistością.
Tak, teraz jest dobrze. Dotknąłem jej stopy. Świadomie dotknąłem jej stopy, aby się przekonać, czy jest ciepła… i jest ciepła… dobrze…. zawinę ją jeszcze, zanim narzucę brezent.
A tak w ogóle to powinienem się nią zająć i rozpytać, dlaczego się włóczy, co jest tego przyczyną, i muszę ją koniecznie nakarmić i odwieźć do domu, bo tam się o nią martwią, a ona jest zbyt młoda, aby wiedzieć, co robi, i muszę jej powiedzieć, że ten jej bunt nie ma sensu, i w ogóle powinna się zachowywać racjonalnie, a jeżeli ma jakieś problemy, także z sobą, to może lepiej niech poszuka u kogoś pomocy, no przecież każdemu można pomóc, nawet w tych naszych, zidiociałych czasach. Tak, muszę postępować rozsądnie. Oczywiście postaram się nie być apodyktyczny… bez żadnej tam przesiąkniętej dydaktyzmem perswazji… nie, na spokojnie to jej powiem.
A jeżeli będzie inaczej? Jeżeli nie zdołam jej przekonać, wyperswadować… a jej włóczęga nie jest kaprysem niedojrzałej nastolatki a jej świadomym wyborem? Przecież ja również dokonałem wyboru.

- Pan zawsze mówi do siebie? - usłyszał nagle jej głos.
- Nie zawsze… czasami - odparł.
- Proszę mnie wyswobodzić. Chciałabym do toalety - powiedziała.
- Do toalety?… - zastanowił się, rzucając w jej stronę szczery uśmiech - jak wyjdziesz z auta, druga w prawo.
- A, dziękuję. Jak chcę, bywam pojętna. Teraz na pana kolej - wydobywała się z pościeli.
- Na mnie kolej?
- Teraz pan ma się przespać, jasne?
W tym momencie ostry promień słońca wdarł się do wnętrza busa przez wciąż zamglone okno po wschodniej stronie.
- Jasne - odparł, podtrzymując nader swobodny charakter rozmowy.
- Ma pan coś zapalić?
- Jest coś w szafce pod radiem, ale…
- Tak, wiem, nie powinnam palić.
- Nie powinnaś.
- Powinien pan wiedzieć, że nie uzależniam się od palenia.
- To bardzo dobrze.
- Nie zrozumiał pan, albo ja nie wypowiedziałam tego dostatecznie jasno. Ja się nie uzależniam tylko od  p a l e n i a.
- Ciekawe…
- Też tak myślę. No, dobrze, kiedy wrócę z toalety, chciałabym widzieć pana zagrzebanego w te koce. Pozostawiłam po sobie trochę ciepła pod nimi.
- Ależ doceniam to.
- To dobrze. Kiedy będzie pan spał, pozwolę sobie pobuszować w pana zapasach i zrobię dla nas dwojga przepyszne śniadanie. 
- Buszuj sobie, buszuj.
- Aha, przepraszam za tę rybę. Mogłam ja podciąć. Wiem, jak to się robi.
- Nie ma sprawy… w wędkarstwie złowienie ryby nie jest najważniejsze.
Wyszła do „toalety”.

8 komentarzy:

  1. Nie znam się na łowieniu ryb, więc nie wiem jak trzeba było "podciąć". Ciekawie opisujesz , a wydawałoby się, że takie spotkanie dwu osób, to nic nadzwyczajnego. Ot> włóczęga i rybak - dwie postaci ubrane w swój los; pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... a bo ja lubię kameralne sceny :-) a kto nad wodą urodzony, to przecie, że powinien umieć podcinać, a kiedy nie czas na łowy, to przepięknie popływac sobie :-)

      Usuń
  2. Krajobraz nasycony epitetami wzmacnia przekaz tej mgiełki, która spowija nie tylko okolicę rzeki, ale i tych dwojga ulotnością chwili. A po rozpłakanej nocy wyjrzały ciepłe promyki słońca. I nie o złowienie ryby w wędkarstwie i pisaniu chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zaiste, to troszkę jak z tym króliczkie, którego się goni nie dla złapania. Wszak nawet można się czegoś mocniejszego napić, lecz niekoniecznie po to, aby pod stołem polec.. :-)

      Usuń
  3. Niespotykane porozumienie dusz, jakby znali się, rozumieli bez słów i przysługa za przysługę, wzajemna troska obcych sobie ludzi...

    OdpowiedzUsuń