Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

13 lutego 2016

GRA

Zupełnie się tym nie przejąłem. Wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, wypiłem setkę pod zdechłego śledzia, otrząsnąłem się i wychodzę na powietrze, na ten starożytny, rozdeptany chodnik i włóczę się po mieście, i wciąż huczą mi w głowie te słowa, scena jak z kiepskiego filmu, a może z kabaretu, kiedy na słowa powitania odpowiadam zaciekle, szyderczo, wręcz gniewnie:
- Proszę mi tu nie urządzać scen i nie odzywać się do mnie, nie pozdrawiać, bo sama pana obecność mnie mierzi i sobie tego nie życzę słyszeć twego głosu, hipokryto. Już sam fakt, że muszę na pana patrzeć i być narażony na twoją obecność jest wystarczającym powodem mojej frustracji.
Aż przygryzłem wargi. Coś we mnie pękło, coś podgrzało do czerwoności moje piersi; buchałem oparami powietrza i jęzorami ognia i mógłbym, o tak, mógłbym wystrzelić w niego ten strumień gorącej, zagotowanej we mnie lawy; mogłem go uśmiercić jednym zionięciem krwistego wybuchu złości. A zrobił się taki mały, taki mały; zdziwaczał natychmiast, zapowietrzył się; żadnego słowa. A kiedy odchodziłem, nie odwracałem głowy, to jednak przeczuwałem, że lezie za mną, prowadzi mnie swym pokrętnym wzrokiem i rzuca jakieś przekleństwo w duchu, jedynie tam, bo przecież to kulturalny facet, tyle że menda, oportunista i fałszywiec, w dodatku bez samooceny za grosz.
Włóczę się więc; nogi same mnie prowadzą. Zaprowadziły do apteki; pustka, stolik z dwoma krzesłami, wolne, więc siadam, rozsiadam się i dziwię temu, jak nogi mogły wiedzieć, że muszę koniecznie usiąść i wywlec z wewnętrznej kieszeni kurtki Cortazara, co robię mechanicznie, otwieram go na zaznaczonej stronie i wpadam w nałóg, a siedzę półleżąc, więc pani magister - co, nie wiecie, że do farmaceutki mówi się “pani magister”-  pani magister boleśnie wykrzykuje:
- Słabo panu? Słabo?   
Przerwała mi i zgubiłem wątek. Patrzę na nią, ni to groźnie, ni zalotnie, bo całkiem niezła z niej jest, jest młoda, zgrabna cholera w okularach i może by coś wyszło z tego patrzenia, gdyby na ten przykład zamykała właśnie ten składzik z prochami  i opuściła żaluzje, ale mnie Cortazar w głowie. Już raz mnie ten palant wytrącił z równowagi. Następnym razem to mu chyba przywalę... na Boga, nie Cortazara mam na mysli a tamtego drania... całkiem niezła z niej…
- Wszystko w porządku. Czytam - odpowiadam i dostrzegam w jej zachowaniu rozczarowanie, co by świadczyło o tym, że nauczono ją być wrażliwą na ludzkie słabości, albo też może i by czegoś ode mnie chciała, a tu akurat emerytka wchodzi i powolutku szlag trafia płonne rozmyślania, więc Cortazara sobie czytam, żałując, że jedynie jedną setkę wypiłem, bo może bym i został w tym składzie aż do zasunięcia żaluzji.
I rozwijam się intelektualnie, przewracając stronice rozdziałów, 117, 15, 120, a to szelma, jak to się ze mną bawi, jak gra sobie ze mną, a ja przy tym stoliku, na wpół rozłożony na krześle, ściśnięty, wciśnięty pomiędzy okrągły blat stolika a oparcie krzesła, w pozycji półwiszącej, półumarłej czytam Cortazara według zapodanego wzoru, nalewam sobie z karafki wodę do plastykowego kubka, a ona, emerytka stoi za ladą, za którą po drugiej stronie, za przeszkleniem, pani magister wychodzi z siebie, aby znaleźć coś zastępczego, jakiś lek nasercowy i na wątrobę, i na zbyt wysoki cukier, i na rozrzedzenie krwi.
Tłumów nie ma. To osiedlowa apteka tuż przed zamknięciem. Podczas gdy ja zanurzam się intelektualnie w rozdział piętnasty, emerytka - staruszka przestępuje z nogi na nogę. Tamta, zgrabna, cholera, w okularach, nosem wodzi po szybce monitora, znajduje coś w niej i zapisuje, wykreśla, dopisuje na recepcie chyba, a staruszka - emerytka przestępuje z nogi na nogę, jeszcze mi tu upadnie, więc nalewam i jej zimnej wody z karafki do plastykowego kubka, odkładam Cortazara na piętnastym rozdziale, podchodzę do niej i przyciągam do stolika, do krzesła, każę spocząć, każę usiąść, pani magister zaraz poda leki, a do tego czasu woda, woda życia. Przymuszona chwyta więc kubek z wodą zasuszoną dłoń - skąd znam takie dłonie? - i unosi kubek do ust, zaczyna sączyć, powolutku, powolutku wypija zawartość plastykowego pojemnika, a ja wachluję jej twarz Cortazarem otwartym na piętnastym rozdziale, każę oddychać głęboko ale powoli, a pani magister z tamtej strony:
- Słabo pani? Słabo?
- Wszystko w porządku - odpowiada.- Ten pan był na tyle dobry…
- Może wezwę pogotowie? - pyta tamta, młoda, ładna, w okularach, odrywa nos od ekranu monitora.
- Nie trzeba - słyszy w odpowiedzi, a ja jeszcze wachluję coraz chłodniejszym powietrzem. Potem podchodzę i pytam, czy pani magister znalazła te wszystkie zamienniki. Nie znalazła wszystkich, a te, co znalazła wpisuje na biała kartkę wyrwaną ze szkolnego zeszytu w jedną linię i zapisuje na niej dawkowanie, bo składniki te same, lecz w innych wielkościach. Kładę na szklanym talerzyku banknot.
- Chyba starczy?
Wracam do emerytki.
Zapominam o tym hipokrycie, któremu zawdzięczam wypicie setki i Cortazara.
- Dziękuję panu - mówi siedząca przy mnie emerytka - ale nie powinien pan, nie powinnam tego przyjąć.
Proszę nie mówić zbyt wiele, mówię, bo dojdzie do tego, że pójdę za panią, chwycę za ramiona i przeprowadzę na drugą stronę ulicy, jak było napisane w czytankach, a teraz pozwoli pani, że przebrnę przez ten piętnasty rozdział gry, w którą bawię się z Cortazarem, bo ja, proszę pani, chciałbym trochę intelektualnie się wzmocnić, zwłaszcza po tym porannym spotkaniu z miernotą, z którym muszę się widywać i którego nie znoszę, i zaraz wpadam do pierwszej lepszej knajpy, aby się napić, aby zdezynfekować umysł przed intelektualną ucztą, choć wie pani, staram się mimo wszystko poza tym filozofowaniem, staram się korzystać ze zmysłowych doświadczeń, mieszczących się na zupełnie innym poziomie postrzegania rzeczywistości i pani mi się akurat nawinęła, przydusiła do ziemi problemem braku możliwości wykupu lekarstw. 
I proszę sobie wyobrazić, że ten dostrzeżony przeze mnie, przez moje zmysły fakt miał miejsce właśnie wtedy, gdy pogrążony byłem w czytaniu piętnastego rozdziału, kiedy pochłaniałem całym sobą tę literacką fantazję, tę grę w jaką wplątał mnie Cortazar i pomyślałem sobie, że w naszym życiu współgrają ale i znoszą się dwie przynajmniej namiętności: postulat objęcia świata abstrakcyjnym rozumem i pragnienie dojścia do sedna sprawy poprzez poznawanie rzeczywistości. Innymi słowy, z jednej strony poruszanie głową w obłokach, a z drugiej - taplanie się w kałuży powstałej wskutek oberwania się jednej ze chmur. I oto staje człowiek przed wyborem: uczestniczyć w intelektualnej igraszce myśli, czy też bezczelnie zniżyć się i utkwić w problemach codzienności.
A jeszcze do tego ten człowiek przeze mnie pogardzany, uosobienie zła; jeszcze ta knajpa, w której raczę się alkoholem, aby odreagować i w końcu kobieta po tamtej strony oszklonej lady, pani magister farmacji w okularach, dla której człowiek porzuciłby i tę wysublimowaną, abstrakcyjną mądrość, i tę przyziemną pospolitość; porzuciłby podłe myśli o wzorcu hipokryzji i zakłamania, tym antybohaterze współczesności. A może dla tej kobiety w okularach, co wyszukuje zamienników trąc nosem o ekran monitora, dla tej kobiety porzuciłbym nałóg picia setki pod zdechłego śledzia?
Tak sobie myśląc i nie myśląc zarazem przeszedłem w miarę bezpiecznie do rozdziału numer 120, a wtedy ona poinformowała mnie, że właśnie zamyka ten swój kram z prochami i korzystając z okazji, że akurat jestem, poprosiła, abym pomógł jej zaciągnąć żaluzje.
W dół.

[13.02.2016, Dobrzelin]

7 komentarzy:

  1. Tak, czasami ciężko zderzać się z rzeczywistością, do bólu głowy i krzyku duszy...gdy mamy pomysł na coś wzniosłego, a tu pałką w łeb: na jakim świecie ty żyjesz?
    Ciekawe, czy ponętna w okularach nie przegrałaby jednak w porównaniu z Cortazarem....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby bohater opowieści był mną w całej swojej okazałości, chocby z racji przepastnej różnicy wieku, urodziwa niewiasta w magisterskich okularach z panem Cortazarem by przegrała... :-)
      Co ja gadam? ... co ja gadam?

      Usuń
  2. Cały urok w interpretacji. Życie jest jak ta gra w klasy, bo jeśli nie gra, to jedynie cyrk zostaje. Jesteśmy w środku przestrzeni nieprzewidywalnej, nieuporządkowanej. Horacio nie rozumie "dlaczego tak musi być, dlaczego tu jesteśmy, dlaczego pada". Wielu zastanawia się, jak daleko wciągamy się w grę zwaną życiem. Scenki rodzajowe zawsze dodają smaczku "równoznaczności myśli z prądem elektromagnetycznym".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. świetnie odczytujesz... rzeczywiście życie jest poniekąd grą, choć ostatnio dochodzę do wniosku, że bywa też i cyrkiem, a ja jakość od samego dzieciństwa za cyrkiem nie przepadałem...

      Usuń
    2. ... no i a'propos mojego wpisu pod Twoim ostatnim tekstem.... oczywiście nie "jakość" a "jakoś" :-)

      Usuń
  3. I pomysleć, że to ten..."kulturalny facet, tyle że menda, oportunista i fałszywiec, w dodatku bez samooceny za grosz" tyle dobrego w Twoim zachowaniu spowodował i takie plany i myśli w głowie rozwinął i tego Cortazara Ci kazał przeczytać....
    :-)))
    Gratuluję tekstu najszczerzej!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha... a to mnie zaskoczyłaś, bo ten "kulturalny", nie do końca opisany to postać prawdziwa, Cortazar również, tyle że w innych okolicznościach czytany, natomiast pani magister w okularach, co to "cholera zgrabna jest" to postać całkowicie fikcyjna... ale proszę się nie dziwić, bom w słusznym wieku i gdzie mi tam za młodymi farmaceutkami się rozglądać...

    OdpowiedzUsuń