Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

09 lutego 2016

KSIĘŻYC, SOWA i KSIĄŻKA NA DOBRANOC [fragment „Prowincji”]

- A dlaczego on cały czas idzie z nami? - zapytał.
- To chyba lepiej, że nam towarzyszy, prawda? Oświetla nam drogę.
Szli szybko, aby nie czuć przenikliwego zimna, jakie od popołudnia przywiewał północny wiatr. Przymrozek już chwycił i podłużne kałuże rozpościerające się to tu to tam wzdłuż kamienistej drogi pokrywały szkliste tafle skuwanej mrozem wody. Całe szczęście, pomyślała, a może pomyśleli oboje, że wiatr późnym wieczorem ucichł, bo wtedy musieliby przyspieszyć kroku, aby się rozgrzać. W ogóle to zapanowała cisza i słychać było tylko pod podeszwami chrzęszczenie zastygłego błota lub chrupanie cienkiego lodu, jaki pojawił się na nierównych płytach chodnikowych. Księżyc spoglądał na nich z wysoka, srebrzysty, z taką obwódką wokół swojej twarzy jaką mają święci na obrazach w kościele, no i towarzyszył im w tej spóźnionej przechadzce do domu.
- A czy to prawda, że na księżycu żyją ludzie? - zapytał. Był na etapie zadawania pytań.
- Chyba nie - odparła. - Tam nie ma powietrza i człowiek nie miałby czym oddychać.
- A Twardowski?
- To legenda, bajka kochanie. W bajce wszystko jest możliwe.
- Mamusiu, bo mnie się wydaje, że ten księżyc to ma twarz całkiem podobną do ludzkich twarzy. No, zobacz mamo - przystanęli a chłopczyk utkwił wzrok w okrągłej srebrzystej tarczy tego, co im towarzyszy w drodze. - Spójrz, tam ma oczy, nos, policzki, jakieś zmarszczki. Znacznie lepiej to wszystko widać, kiedy wstaje taki ogromny, rudy i jest całkiem blisko, tuż nad drzewami. Lubię go właśnie takim… potem kiedy - zawahał się - kiedy się starzeje, robi się mniejszy i mniejszy, jak piłka.
Ścisnęła mocniej jego lewą dłoń i ruszyli dalej.
- Włóż drugą rękę do kieszeni, bo ci zmarznie. Powinieneś pamiętać o rękawiczkach. Mam nadzieję, że zostawiłeś je u mnie w pracy, a nie zgubiłeś ich.
- Na pewno zostawiłem je na krześle, na którym siedziałem. Nie zginą?
- Nie zginą. Pani sprzątaczka z pewnością położy je na wieszaku. Będzie wiedziała, że są twoje. U mnie w pracy nikt nie ma takich małych rączek. Nie jest ci zimno?
- Nie. Myślę o tym księżycu.
- Wiesz. Kiedy księżyc, jak to mówisz, starzeje się, robi się mniejszy. To całkiem podobnie jak z ludźmi. Z wiekiem kurczą się, garbią. Dziadek powiedziałby, że się wdeptują.
- To ja kiedy się postarzeję, będę niższy niż teraz?
- Nic podobnego. Ty musisz najpierw dorosnąć. Musisz uróść i dopiero za bardzo, bardzo dużo lat skurczysz się tak jak ja.
- Ale ty, mamusiu, nie jesteś jeszcze stara.
- To prawda, nie jestem stara, ale niedługo będę.
Znów przystanęli. Malec wyrwał się matce z ręki, aby przejść się po skutej lodem kałuży. Lód uginał się jak plastelina, gdy ją lekko pocisnąć palcami. Matka pozwoliła mu na ten moment niesubordynacji i kiedy przemierzał taflę świeżego, jeszcze niedostatecznie twardego ludu, przytrzymywała go za ramię.
- Szkoda, że nie jesteśmy drzewami - powiedział nagle, kiedy z powrotem matka chwyciła go za rękę i przymusiła do dalszej drogi.
- Dlaczego? - zapytała.
- Bo drzewa tylko rosną… rosną.
Szli dalej. Przeszli przez tory kolejowe i znaleźli się w parku. Tu było ciemniej niż na otwartej przestrzeni pomiędzy miasteczkiem a osadą. Wysokie drzewa, dęby, lipy i klony przesłaniały srebrzysty blask bijący od księżyca. Matka nie lubiła tędy chodzić wieczorami, choć przesadnie nie bała się ciemności. W tym starym parku, który otaczał ze wszystkich stron dworek, pełniący dziś funkcję siedziby gminnej rady narodowej, gnieździły się sowy i akurat idąc główną alejką, usłyszeli ich pohukiwania. Malec nie przestraszył się tych przytłumionych, gardłowych skowytów-pogwizdów. Możliwe dlatego, że szedł za rękę z matką, a może z tego powodu, że pamiętał radę ojca: „Pamiętaj chłopcze, jeśli już masz się kogoś bać, to bój się człowieka, nie zwierzęcia.”
- Mamusiu, będziesz jeszcze miała bilans? - zapytał, kiedy wyszli już z parku i przed nimi świeciła jasno dziesiątkiem żarówek „choinka” - tak nazywali dwa sąsiadujące z sobą, wysokie piece do palenia wapna w cukrowni.
- Nie, kochanie. Dzisiaj miałam ostatni dzień bilansu. Wiesz, kochanie, zmieniam niedługo pracę. Będę pracowała w biurze cukrowni.
- Tam gdzie tata?
- Tak, tylko w biurze. Cieszysz się?
- Bardzo… ale, mamusiu, czy to oznacza, że nie będziemy już wracać z miasta o tej porze?
- Dlaczego nie? Będziemy od czasu do czasu jeździć do miasta autobusem, do babci, a jak nie będzie zimno i nie będzie padało, przejdziemy się tak jak dzisiaj.
Chłopiec był bardzo zadowolony. Im bardziej zbliżali się do domu stojącego za stawami, tym mniej myślał o księżycu, a kiedy doszli do stawu, w którym prawie nigdy nie zamarzała woda, dojrzał parę łabędzi, które umyśliły sobie spędzić tutaj zimę. Z prawej kieszeni kurtki wysupłał przepołowione ciastko, które przezornie wziął od babci. Wziął rozmach i rzucił dwie połówki ciastka w miejsce, gdzie pływały łabędzie. Zobaczył jak ptaki lokalizują długimi dziobami zdobycz. Matka z uśmiechem spojrzała na syna.
Tato poszedł do cukrowni na nocną zmianę. W domu oprócz nich zostali jeszcze babcia z dziadkiem ze strony ojca. Po kolacji, późniejszej niż zwykle, matka wsunęła się pod kołdrę, a za nią malec. Matka przywykła do czytania przed snem. Nie inaczej było i tym razem. Czytała w pozycji półsiedzącej, trzymając w otwartych dłoniach książkę. Chłopiec wsunął się pod jej ramię i zerkał na drukowany tekst. Co jakiś czas matka przewracała kartki.
- Mamusiu, możesz trochę wolniej….
Uśmiechnęła się do niego z pobłażaniem. Wiedziała, że syn lubi towarzyszyć jej podczas czytania.
- A czy ty rozumiesz to, co czytasz? - zapytała.
- Pewnie, że rozumiem - odparł z dumą.
Od tej chwili matka obracała kartki wolniej. Czekała na znak dany jej przez syna. Było to takie „uhm”, taki odgłos przypominający pohukiwanie sowy.

[04.02.2016, Vern-sur-Seiche we Francji]

2 komentarze:

  1. Uroczy fragment dotyczący wspomnień z dzieciństwa.Dialog syna z matką o sprawach niebieskich i teraźniejszych. Słowa ojca, by bać się tylko ludzi wracają po latach jak bumerang i okazują się życiową lekcją. A jakie wzruszające są wspólne chwile spędzone na czytaniu książek.Powrót do dzieciństwa zawsze wywołuje ciepły nastrój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę ukrywał, że tekst powyższy wiele ma wspólnego z przeżytą rzeczywistością

      Usuń