Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 kwietnia 2012

Caravaggio



Caravaggio "The Beheading of St. John the Baptist

Życie Michelangelo Merisi znanego lepiej jako Caravagiio, znakomitego włoskiego malarza żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku obfituje w wydarzenia tragiczne, tajemnicze i niezrozumiałe. Czyżby geniusz malarski miał w tym wypadku współgrać z nader żywotną a nasyconą kryminalną przeszłością biografią? Czy wielka sztuka wymaga czasami ofiar, także w postaci tendencji do samozniszczenia twórcy? Gdyby przyszło nam położyć na jednej szali wagi uczynki człowieka, na drugiej zaś jego dokonania w dziedzinie sztuki, która z szal zaważy więcej, godniej? Czy należy oceniać dzieło sztuki mając na względzie biograficzne uwarunkowania? Jeśli tak, to co wypadałoby sądzić o twórczości Dickensa, Baudelaire'a, Jesienina czy van Gogha?
Zasługą Caravaggio jest wprowadzenie elementu realizmu (by nie powiedzieć naturalizmu) w sztukę malarską zmierzchu renesansu i wprowadzenie tak rozpoznawalnego dla baroku światłocienia (zwłaszcza u malarzy flamandzkich).
Z pewnością ten realizm postaci wyjętych spod prawa w obrazach o tematyce religijnej trudny był do zaakceptowania przez współczesnych malarzowi i aż do wieku XX twórczość Caravaggio nie cieszyła się wielka estymą. A przecież miał on, pomimo ciążących na nim podejrzeń o zbrodni i przestępstwa bogatych i wpływowych mecenasów wśród wyższego duchowieństwa w Rzymie. W dobie walki z reformacją szukano bowiem wsparcia także wśród najznamienitszych, najlepiej zapowiadających się malarzy, którzy swoim kunsztem potrafiliby na wyższy poziom podnieść akceptację wiernych dla tematyki religijnej, katolickiej.
W 2010 roku powstała jedna z teorii wyjaśniających przyczyny śmierci Caravaggia. Jest rok 1610 i Caravaggio powraca z Neapolu do Rzymu po otrzymanym zawiadomieniu o ułaskawieniu (malarz zabija w Rzymie człowieka, uchodzi do Neapolu, także na Maltę, przeżywa zamach na swoje życie, ma problemy psychiczne i trafia do więzienia). Wedle relacji przyjaciela Caravaggio w drodze do Rzymu zapada na gorączkę i umiera. Teoria wyjaśniająca przyczynę śmierci mistrza kieruje swój trop w stronę zatrucia ołowiem, który jest składnikiem farb, jakich używał malarz.
Świetny recenzent sztuki Jonathan Jones w "The Guardian" obył ostatnio podróż na Maltę w poszukiwaniu "śladów" innej teorii, w myśl której Caravaggio miał być pozbawiony życia przez rycerzy maltańskich, dla których zresztą wykonywał prace malarskie, jak i też sam został wyświęcony na joannitę.
Czy jednak jest możliwe poznanie dzisiaj prawdziwych przyczyn śmierci Caravaggia? Jak za jego życia, tak i w czterysta lat po jego śmierci, prekursor baroku pozostanie postacią tragiczną i tajemniczą.
[na kanwie artykułu: "Caravaggio's dark heart in Malta" by Jonathan Jones w "The Guardian"]



50+



Ilia Jermakow - "любитель"

Albowiem wraz z planowanym podniesieniem wieku emerytalnego temat możliwości podejmowania pracy przez osoby starsze w wieku przedemerytalnym jest kwestią wartą analizy (również dla fotografa pana premiera, któremu jak murzynkowi podziękowano pracę), przeto zaglądnąłem do sieci, starając się odnaleźć, jakież to dobrodziejstwo wypływa z genialnego Programu 50+ Solidarność pokoleń, 
 http://analizy.mpips.gov.pl/index.php/program-50.html?start=4
Pomijając już fakt, że termin przydatności do spożycia tego genialnego uzdrawiacza rynku pracy osób starszych i sędziwych dawno już minął (na stronie głównej programu ostatni sensowny wpis ma datę 10 listopada 2010 roku), to docierając do dokumentu przyjętego przez Radę Ministrów w dniu 17 października 2008 roku [tutaj:  http://analizy.mpips.gov.pl/images/stories/publ_i_raporty/Program50+.pdf ]

można dojść do wniosku, że pod względem kulturotwórczym program formalnie jawi się jako dokument niezwykłej wagi. Program zakłada sobie następujące cele:
Cel 1: Poprawa warunków pracy, promocja zatrudnienia pracowników po 50-tym roku życia (przewiduje się m. in. promocję zatrudnienia po osiągnięciu przez pracownika 50 lat {casus fotografa premiera}, elastyczność zatrudniania, upowszechnienie wiedzy wśród pracodawców i pracobiorców na temat zarządzania wiekiem pracowników {nic, tylko nobla dać za to})
Cel 2: Poprawa kompetencji i kwalifikacji pracowników po 50-tym roku życia. (tutaj ścieżki kształcenia dla ludzi powyżej 45 roku życia, dostosowanie oferty szkoleniowej do potrzeb osób w tym wieku, szkolenie ma trwać odpowiednio długo i łączyć teorię z praktyka łączenie - ciekawe jakim to sposobem? u kogo ta praktyka, skoro mamy tu do czynienia z pracownikiem na aucie).
Cel 3: Zmniejszenie kosztów pracy związanych z zatrudnianiem pracowników po 50-tym roku życia.
(jedyny sensowny cel, korzystny dla pracodawców i pracobiorców) 
Cel 4: Aktywizacja osób bezrobotnych lub zagrożonych utratą pracy po 50-tym roku. 
(generalnie założenia słuszne, bo i i te przekwalifikowania i zdobywanie nowych kompetencji, a nawet wsparcie psychologiczne, to ważne działania, lecz najważniejsza winna być podaż stanowisk pracy, a nie same szkolenia dla szkoleń, po odbyciu których bezrobotny dowiaduje się, że z z powodzeniem może np. funkcjonować w nowym zawodzie. Malutki problem polega na tym, że pracodawcy juz takich mają, i do tego młodszych, wydajniejszych).
Cel 5: Aktywizacja zawodowa osób niepełnosprawnych.
(Sensowna, choć często wykorzystywana przez pracodawców jako możliwość pozyskania taniego pracownika, który "robi za zdrowego" ). 
Cel 6: Zwiększenie możliwości zatrudnienia kobiet przez rozwój usług pozwalających na godzenie pracy i życia rodzinnego.
(Aż zacytuję, bo uwierzyć nie mogę: "Przedłużeniu aktywności zawodowej osób po 50-tym roku  życia, w szczególności kobiet, może służyć rozwój usług, które odciążą je z wykonywanych obecnie prac opiekuńczych." ... dalej mowa o przedszkolach. Kobieta, ukończywszy lat pięćdziesiąt, jak mi się zdaje, ma już dzieci w wieku przynajmniej studenckim. Sugerowałbym raczej żłobki i przedszkola dla kobiet młodszych...no chyba, że te przedszkola miałyby być reakcja na instytucję babci).
Oj, cele to stawiać umiemy. Gorzej z praktyką. Zapewne ten program, o ile jeszcze nie umarł śmiercią naturalną, ucieszył wszelkiej maści organizatorów szkoleń, gdyż, de facto, to szkolący są jego wymiernymi i suto opłacanymi beneficjentami. Osoba starszej pozostaje papierem i nadzieja, że potencjalny pracodawca spojrzy na nią przychylniejszym wzrokiem.

Otóż i wszelkie programy, mające wspierać osoby starsze pozostające bez pracy, powinny wychodzić od podmiotu, czyli bezrobotnego. To on powinien zdecydować, co zamierza uczynić ze swoim dalszym zawodowym życiem, to on powinien wybierać szkolenia, a nie szkolenia jego. On wreszcie powinien mieć pieniądze na otwarcie działalności gospodarczej, jeśli zamierza taką podjąć. Najlepszą psychologią wsparcia w dzisiejszych czasach jest pieniądz w kieszeni, nie zaś wirtualna nadzieja jego zdobycia. Jeśli bezrobotny uzna, że nie jest w stanie samodzielnie prowadzić działalności gospodarczej, niech wymierne wsparcie finansowe dostanie pracodawca, wiążąc się tym samym z beneficjentem. Po cóż więc tworzyć iluzoryczne programy przeznaczone dla osób starszych, skoro urzędy pracy mogą być zasilane większymi kwotami przeznaczonymi na otwarcie działalności. Przy okazji należałoby znieść archaiczne uzależnienie wsparcia finansowego starających się o pracę od proceduralnych wymogów, określających ściśle na co konkretnie środki finansowe mogą być przeznaczone. Więcej zaufania do ludzi. W końcu to nie program ani urząd staną się pracodawcą niedawnego bezrobotnego, a będzie nim sam bezrobotny, albo pracodawca, który ponosić będzie ryzyko zatrudnienia kolejnej osoby w firmie.  

05 kwietnia 2012

Czas największej oglądalności


To przecież niemożliwe, aby w dzisiejszych czasach, w czasach największej oglądalności, marnować wzrok obrazem, który może coś znaczyć, aby zajmować się sztuką, słowem, uczestniczyć w czymś ważnym. 
W czasach największej oglądalności mamy swoją własną mamusię, mamy nasze wspólne dziecko, które straciło życie po to, aby być wśród nas, bez końca. Show must go on, musi trwać ten spektakl, muszą zabawiać nas pajacyki; te same mordki i te same jęzorki klapiące bez przerwy; te same przepytywania i uzasadnianie, i wmawianie, że nie można już żyć bez tej budyniowej, mydlanej opery.
Oglądalność przeliczana jest na walory płatnicze i tyle człowieku znaczysz, ile twoje życie warte jest w przeliczeniu.
To walka z wiatrakami. Zły pieniądz wypiera lepszy. Jeśli chcesz żyć na przekór tandecie, ustaw wskazówki swojego naturalnego zegara na czas nocny, pozbawiony oglądalności. Ten czas przeznaczony jest dla idiotów, którzy gotowi są na przykład obejrzeć Bergmana, a przecież wiadomo, że w dobie największej oglądalności Bergman nie jest nikomu potrzebny, poza garstką szaleńców.
Humanizm lezie sobie po kocich łbach rynsztoku.


Scena z filmu Ingmara Bergmana "Źródło" [Jungfrukällan (aka The Virgin Spring) (1960)]

Odpocznij


Czasami czas staje w miejscu, a jeśli nawet płynie, to sączy się, rozlewa bezwładnie i na tyle wolno, że można się w nim przejrzeć, jak w zwierciadle. Pośpiech nie jest sojusznikiem refleksji. Trochę wolniej, odpocznij po biegu. 


Poczujesz się, jak w zatrzymanym kadrze. Zwykła scena. Naturalizm. Każda postać uchwycona niepostrzeżenie dla niej samej. Całkowity brak reżyserii. Ciekawość wnętrza kafeterii. Wnętrze skryte w ciemności i ten krok w stronę ciemności, niepewny; dłoń opierająca się o ścianę. Zastanawia się, czy wejść, może sprawdza, czy w zacienionej sali jest wolny stolik dla ich dwojga.


Spróbujmy sobie wyobrazić, że kobieta pod wpływem sugestii towarzyszącego jej mężczyzny zrezygnowała z wejścia do środka, pomimo tego, że lokal był pusty. kobieta w zielonej sukience w geometryczne białe wzory stoi w drzwiach. Spogląda z niepokojem na pustą już uliczkę. Pomimo siwych włosów i dłoni, która zdradza wieloletni wysiłek, pomimo tego spojrzenia, które tchnie surowością i smutkiem, kobieta jest piękna. Zastygły na jej ciele czas nie zdołał zniszczyć piękna.
Upływ czasu nie musi oznaczać utraty tego, co najważniejsze.

[zdjęcia zaczerpnięte z http://www.havanatimes.org - autor: Caridad]

03 kwietnia 2012

Z perspektywy Breugela



Pieter Breugel (starszy) urzeka niezwykłym talentem oddawania ludycznej małomiasteczkowej i wiejskiej atmosfery współczesnej jego czasom. To taki "szesnastowieczny "fotografik" rodzajowy, przekazujący artystyczną wiedzę o zwyczajach, świętach i zajęciach prostego ludu w Niderlandach. Jego malarstwo fascynuje ogromem szczegółów, jak chociażby  "Przysłowia Niderlandzkie", gdzie nie tylko samo nagromadzenie postaci jest istotne, lecz również fakt, iż poprzez umieszczenie na płótnie konkretnych scen, odtwarzają one przysłowia przy zastosowaniu malarskich środków wyrazu.

Dutch Proverbs - Pieter Breugel 1559


Aby nie być gołosłownym, w lewym dolnym rogu obrazu  przedstawiona jest taka postać.


Ma się wrażenie, że mężczyzna uderza głową o ścianę i rzeczywiście to "bicie głową w mur" - przysłowiowy zwrot obecny również w naszym  rodzimym języku - został tutaj malarsko zinterpretowany.
Oglądający ten fragment obrazu zauważyli zapewne, że bijąca głową w mur postać odziana jest tylko w jeden z butów, co wskazuje na zinterpretowanie tego faktu, że równowaga jest najważniejsza.
Z wielką przyjemnością patrzy się na obrazy Breugela w taki sposób, aby potrafić wydobyć z masy postaci szczegół, co nie przeszkadza jednak oglądać dzieł niderlandzkiego mistrza całościowo, doceniając jego kunszt malarski połączony ze zmysłem bacznego obserwatora.

29 marca 2012

Dwa dolary szczęścia


Jan Sanders van Hemessen - "Woman Weighing Gold"

Radca Krach, którego poczucie humoru zawsze towarzyszyło wyrażaniu określonych poglądów na forum publicznym kawiarenki i tym razem, skończywszy zremisowaną z mecenasem Szydełko partię szachów, i tym razem zachowywał ciepły i pogodny dystans wdając się w dyskusję z kompanami… o, przepraszam, oprócz mecenasa i doktora Koteńki przy wspólnym stole popijała lekką kawę pani Zofia, nauczycielka. Aczkolwiek … czy można nazwać dyskusją rozmowy, w której stanowił podmiot dominujący?
A temat był pilny i jak najbardziej na czasie.
- Emerytury, kochani – oznajmił radca – oto temat, co się zowie.
Pani Zofia aż uniosła się na krześle.
- Jakie to szczęście, że ja wypowiadam się tylko z pozycji obserwatora.
- To prawda – przyznał radca – nie musi się pani kłopotać o swoją przyszłość, lecz problem emerytur, jako taki, wiele do myślenia daje.
- A i owszem – pociągnął wątek doktor Koteńko – warto choćby ze względu na własne dzieci próbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Spojrzano po nim i zaobserwowano w jego wzroku pewną niezręczność, która pojawiła się już po skonsumowaniu tej krótkiej wypowiedzi. Doktor Koteńko był wszakże kawalerem, a trudno było przypuszczać, że w jego wypadku miał na sumieniu jakieś dziecko spłodzone w łożu mężatki, wdowy czy panny, o którym nie dowiedziałby się miasteczko.
- Zatem, drodzy państwo – ciągnął radca Krach – po dzisiejszym dniu wiemy już znacznie więcej. Koalicjanci nasi najmilsi się dogadali…
- Bo też innego nie mieli wyjścia, te stanowiska … - wtrącił mecenas Szydełko.
- To prawda – uśmiechnął się radca szerzej – a widzę też, że moje nauki, mecenasie, na marne nie poszły i zaczyna pan politycznie myśleć. Ale do rzeczy. Mamy więc ten ustalony wiek 67 lat, po którym na zieloną trawkę pójdą płci obie; mamy też możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę: dla kobiet 62-letnich i dla mężczyzn, którzy „obeszli” właśnie 65 urodziny. I jeszcze drobny waruneczek – należy przepracować odpowiednio lat 35 i 40. Otóż, drodzy państwo, przejście na wcześniejszą emeryturę oznaczać będzie, że decydujący się na ten desperacki krok ludzie otrzymają emeryturę w wysokości 50 %, co może oznaczać, że wysokość emerytur najniższych w okresie pobierania tych wcześniejszych wynosić będzie około 600 złotych. Policzmy zatem. 600 złotych dzielone przez dni trzydzieści, daje nam całe 20 złotych do wydania dziennie. Licząc w inny sposób, z tego 600 złotych nasz obywatel wydaje przeciętnie jedną trzecią na jedzenie, czyli ta jedna trzecia wynosi ni mniej, ni więcej niż 200 złotych. Jeśli podzielimy tę kwotę przed dni trzydzieści, otrzymamy wynik w przybliżeniu 6 złotych 67 groszy. Da się przeżyć, prawda? Da się, jeśli pozostała kwota złotych 400 wystarczy na opłacenie czynszu, mediów, prądu, czy takich zbytków doczesnego życia w XXI wieku jak telefon, telewizor, czy środki czystości. Kosztów leczenia nie uwzględniam, albowiem w przyszłości chorych ludzi po sześćdziesiątce ze świecą szukać się będzie. Zauważcie państwo, że po dzisiejszym kursie dolara kwota 6 złotych 67 groszy daje nam równowartość circa 2 dolarów i 14 centów. Tak  że, drodzy państwo, daleko nam jeszcze do biedy będącej udziałem 1,2 miliarda ludzi na świecie, którzy żyją za dolara dziennie.
- Ależ pocieszenie – westchnął doktor Koteńko.
- Żadne, prawda. Ale zwróćcie państwo uwagę, że Platforma początkowo oferowała „wcześniejszym” emerytom 30% kwoty rzeczywistej emerytury, co w omawianym przypadku dawałoby 360 złotych dla każdego emeryta miesięcznie. Kontynuując naszą wyliczankę należałoby przyjąć, że w takim przypadku naszemu emerytowi pozostałoby do wydania 12 złotych dziennie, a po uwzględnieniu tego, że na żywność obywatel przeznacza 1/3 dochodów, na podtrzymanie życia pozostałoby mu złotych 4 dziennie, co daje nam w amerykańskich pieniądzach kwotę 1 dolara i 28 centów, co wydatnie zbliża nas do poziomu życia w takim Sierra Leone.
- Najciekawsze jest to, że na to, aby dostać od państwa te dwa dolary człowiek musi pracować przez minimum lat 35 – wtrącił mecenas Szydełko
- Ot, i kompromis zgniły udał się PSL-owi – zauważył doktor Koteńko.
- Zgniły, panie doktorze? – roześmiał się radca – ależ jest to kompromis, w który dziarsko i skutecznie zaangażowali się reducenci. Nie zgniły, doktorze, lecz przegniły, o konsystencji gnojowicy z fetorem unoszącego się w powietrzu metanu.



21 marca 2012

Datki



Paweł Nikołajew - tryptyk w drewnie


Radca Krach oświadczył, że gdyby…no powiedzmy, że gdyby doszło do tych 0,3%, a pewnie będzie 0,5, to wpisze w tym miejscu, gdzie trzeba będzie wpisać Kościół Ewangelicko-Augsburski, albo Prawosławny, albo zasili gminę żydowską lub wyznawców Buddy. Zgodziłby się jeszcze ewentualnie na zakon kontemplacyjny, gdzie rzeczywiście na emeryturę niewiele można wyskrobać.
- I cóż, panie radco - odezwał się mecenas Szydełko odnosząc się do wywodu radcy Kracha, wywodu jaki w ogromnym streszczeniu zamieszczono powyżej – nie obawiasz się pan, że Państwo pozna twoje sympatie religijne, że będzie wiedziało w jakiego boga wierzysz, jakim obrzędom hołdujesz?
- Mecenasie – rzekł radco – a może pora by skończyć z tym naszym udawaniem, zaciemnianiem spraw jakie się mają. Jestem, za przeproszeniem, człowiekiem wolnym, lecz jednocześnie nie trwożliwym, gdy chodzi o moje przekonania. I, powiem panu, dziwię się tym, którzy mając głęboką wiarę, bądź też jej nie posiadając, wstydzą się do tego przyznać.
- Wszakże Konstytucja ….
- Konstytucja, mecenasie, pięknie nam rysuje powinności państwa wobec człowieka, daje nam konstytucyjne prawo do nauki, pracy i ochrony zdrowia; daje mam równe prawa i równe szanse do przeżycia. I cóż z tego? Koniec końców, jeśli nawet intencje rządzących w sprawie tego, co ma się ostać po likwidacji funduszu kościelnego (jeśli w ogóle zostanie zlikwidowany) wydają mi się kolejną polityczną gierką, to sam pomysł, aby ludzie mogli decydować, choćby w niewielkim stopniu, o tym, kogo wspomóc, jaką religię otoczyć własną opieką, ów pomysł wydaje mi się logiczny i uzasadniony, co więcej, sprawdzony w wielu krajach.
- Ale panie radco – inżynier Bek, milczący dotąd i przysłuchujący się rozmowie kompanów, odezwał się nagle – wie pan, jak trudno jest w zdominowanym przez religię katolicką kraju podnieść głowę, wychylić się i oświadczyć o swojej odmienności.
- Znam ten argument, inżynierze. Czyliż mamy więc utrzymać w życiu tę niezdrową sytuację? Nie robić nic? Udawać? Okłamywać nade wszystko siebie? Czy nie powinniśmy, panowie (zaznaczam, ze jest to mój osobisty pogląd i mój własny wybór drogi), mieć prawa, obowiązek powiedzenia tego, że wesprzemy tych kapłanów, te osoby duchowne, o których wiemy, że nie są w stanie sobie pomóc w czasie, kiedy odbiegną z nich siły w te dni ostatnie?
- Tak pan myśli…


- Czy pozwoliłby pan na to, aby bogacz, aby człowiek świetnie zarabiający korzystał z pomocy społecznej? Czy życzyłby pan sobie, aby taki korzystał z pana dodatkowego finansowego wsparcia?
- Panie radco – odparł inżynier Bek – odpowiem panu, że sam będąc człowiekiem zamożnym, nie tylko nie pozwoliłbym na to, ale też miałbym ogromne obiekcje, aby taką nieuzasadnioną zapomogę przyjąć.
- O ile dobrze pana zrozumiałem – mecenas Szydełko zdobywał się na podsumowanie – pana wsparcie w postaci odliczenia od swoich dochodów takiego a takiego procenta wynika nie z czystej pana wiary, lecz jest wynikiem kalkulacji uwzględniającej materialny status jednostki.
- A czyż może być inaczej? Każdy kapłan, kaznodzieja, każdy duchowny wykonuje swoją pracę i choć nazwiemy ja powołaniem, oddaniem czy misją, to praca ta powinna być opłacana, jeśli jest pracą użyteczną. Jeśli społeczeństwo uznaje, że ta praca jest dla niego ważna, to byłoby zwykłą nieuczciwością twierdzić, że nie należy jej opłacać. Zapłata może pochodzić bezpośrednio z budżetu państwa (choć w gruncie rzeczy są to pieniądze społeczeństwa), bądź też jej wysokość wynikać może z woli poszczególnych obywateli. Cały problem, mili panowie, pojawia się wtedy, gdy nie możemy dociec, jaka część naszych rutynowych datków na kościoły i związki wyznaniowe, poza proponowanym odpisem, trafia do konkretnego duchownego, a jaka część dochodów przeznaczana jest na inne (i jakie) cele. Powiem dalej panom, kto ma niewiele, z lubością i chęcią się wyliczy, a i zaoszczędzi na sobie; kto ma ich w nadmiarze, kto z niezmienną wytrwałością po coraz to nowe datki sięga i jeszcze się krzywi, że mało, bo dzielić się musi z tym co nad nim ma pieczę, temu poskąpię grosza. 

19 marca 2012

Coś przeoczyliśmy

Praca w drewnie Pawła Nikołajewa

„(…)Dlaczego europejski Wschód chce pieniędzy od Zachodu? Dlaczego o niczym innym się nie mówi? Dlaczego moje radio, dlaczego gazety, które kupuję, pełne są procentów, cyfr, bilansów i relacji ze spotkań, na których jedni chcieli wyciągnąć jak najwięcej, a drudzy dać jak najmniej, i potem i jedni, i drudzy są dumni, że nie ustąpili nawet na krok. Może ja mam jakieś złe radio, może kupuję jakieś głupie gazety, może u was jest zupełnie inaczej. Może wy tam rozmawiacie o eksporcie gotyckich katedr, transferze duchowości, wysyłce śródziemnomorskiej oraz grecko-rzymskiej tradycji, ekspedycji wartości, paradygmatów i fundamentalnych mitów godnych trzeciego tysiąclecia, a my tutaj nic o tym nie wiemy, więc nasza wizja obejmuje jedynie bankomaty działające na zasadzie perpetuum mobile oraz hipermarkety, gdzie prócz towarów gratis dostaje się jeszcze gotówkę. Może jednak jesteśmy idiotami i coś przeoczyliśmy, może nasze barbarzyńskie umysły nie dostrzegają wszystkich subtelności tego gigantycznego planu, który ma odmienić kontynent. Czyżby nic więcej nas nie pociągało? Nic poza schludnością stroju, czystością ulic, przewagą przychodów nad wydatkami oraz nieskończoną ilością sposobów zabijania nudy, gdy w końcu stanie się ona naszym udziałem?(…)*
I kiedy skończyli odczytywać ten fragment, kiedy napoczęli kolejny, w tych antraktach wyczuwalne było poruszenie. Ściślej, poruszeni byli stali bywalcy kawiarni, bo ci, którzy zajrzeli tu przypadkiem i, o zgrozo, zafundowano im najnudniejszą na świecie rzecz, jaką jest czytanie tekstu, tak jak w szkole, tak jak w przypadku zachęcającego do sięgania po książki „czytania dzieciom”, wprawieni zostali w osłupienie, spoglądali po sobie, trzymając w bezruchu wzniesioną łyżeczkę z odrobiną mokrej szarlotki czy budyniowca lub dzierżyli w dłoni szklankę z musującym napojem.
W takich właśnie antraktach, po tej ciszy niespokojnej, odzywali się na przemian Literat z Adamem, zastanawiając się nad istotą podawanej pod publiczny osąd opowieści, analizując formę i treść, tłumacząc wybór akurat tych, a nie innych fragmentów.
Adam zwrócił uwagę, że autor mieści się w granicach jego wieku i, podejrzewał, że problemy doczesności świata, w którym konsumpcja stała się motorem napędzającym rozwój, w którym na naszych oczach spłodzony został bóg, opiekun rynku i hipermarketów mieszczących w sobie wszystko, co człowiekowi do życia jest i nie jest potrzebne, te problemy, które dla wielu problemami nie są, stanowią niejako atrybut wieku, w którym jeszcze zauważa się potęgę pieniądza zarządzającego światem.
- Być może młodsi pisarze tak bardzo zachłysnęli się dzisiejszym światem, że czują się w nim normalnie i nie zauważają niebezpieczeństwa utraty tego czegoś, co ponad pieniądzem stoi – zauważył Adam.
- A są też inni, którzy pomstują na przeszłość, także swoją, przeszłość, bez której nie byliby tymi, którymi są – wtrącił Literat. – Tak, proszę państwa, ileż to razy słyszeliśmy jak ciężki los spotykał twórców w czasie cenzury, jak musieli się z nią zmagać. A tu, proszę, odważa się ktoś, nie tyle bagatelizować zaprzeszłe czasy, ile poddaje w wątpliwość tak zwaną słuszność rzeczywistości, rzeczywistości, która utyka na jedną nogę, pozbawiona siły zdolnej do rozprawienia się z wszechwładną mamoną, stręczycielką towarów zaspokajających nudę i próżność bezmyślnej ludzkiej masy.
- Wbrew pozorom – kontynuował Adam – opisywanie rzeczywistości w sposób, który poddaje w wątpliwość całe to dobrodziejstwo liberalnej demokracji, wymaga sporo odwagi, a już niepodobieństwem wydaje się dowartościowanie czasów, w których oferta towarów, bez jakich dzisiaj nie sposób się obyć, była znacznie mniejsza. Innymi słowy, jeżeli o „komunizmie” piszemy, to dozwolona jest jedynie nostalgia wpleciona z niewinny świat dzieciństwa. Nie jest zgodne z obecnym światopoglądem uzasadnianie, że pomimo braku wolności, stabilizacja i pewność egzystencji w poprzedniej epoce, miało swój sens.
- Stasiuk tak daleko się nie posuwa – zauważył Literat – nie gloryfikuje przeszłości.
- Bo Stasiuk jest realistą, który potrafi ocenić przeszłość i docenić świat, który, choć uboższy w alternatywy wyborów, potrafił dawać ludziom szczęście. Szczęście i smutek, i rozczarowanie, i radość.
- Być może ten pogląd ma coś wspólnego z miejscem zamieszkania, miejscem życia. Zawsze to pogranicze prowincji, gdzie do głosu dochodzi natura, gdzie wychodząc nocą przed dom, gwiazdy świecą ostrzej, niż na Marszałkowskiej.
- A jednak, nie lekceważąc roli przyrody i krajobrazu, jaką pełnia one w prozie Stasiuka, to domaga się on nade wszystko kultury, czyli tego, czego ze świecą szukać na półkach hipermarketów.    

* Wykorzystano fragment prozy Andrzeja Stasiuka - „Fado”.

17 marca 2012

Pantha rei

Konstantin Korovin - "The Parisian Cafe"

- Wariabilista z pana, panie Adamie – profesor przypatrywał się z jaką starannością gospodarz składa zapisane kartki papieru.
- Mam nadzieję, że pan profesor nie ma na myśli płynących ostatnio wartkim nurtem hektolitrów kawy – uśmiechnął się Adam.
- Ta rzeka to przy okazji, ale ja nie o tym, dobrze pan wie. Obserwuję pana przez ostatnie tygodnie i wyciągam wniosek, że traktuje pan biegnące rzeczy jako nieuchronne i takie, które raz zdarzywszy się, nie są w stanie się odnowić.
- Rzeczywiście tak jest, choć z trudem to przychodzi. Z wielkim trudem.
- Czy z tego to powodu chwycił pan Pegaza za skrzydła? Nie dość panu interesu pilnować? Interesu, który już sam w sobie jest sporym wyzwaniem w dzisiejszych czasach?
- Profesorze, jeśli się pisze, to jest właśnie tak, jak z tą rzeką Heraklita. Wchodzisz do niej późnym wieczorem czy wczesną nocą, a rankiem, próbując dokończyć zaczynione dzieło, widzisz jak to, co napisałeś, inne jest od wcześniejszego wyobrażenia.
- Natura rzeczy, jeśli jest zmienną, słusznie czyni, bo w tym tkwi motyw postępu.
- To dlaczego czasami nie wierzymy w ten postęp? Dlaczego sięgamy do przeszłości? Dlaczego pragniemy kąpieli w wodzie, której nie ma?
- Bo człowiek w gruncie rzeczy jest istotą leniwą i szukającą przy okazji spokoju, jasnych i sensownych rozwiązań. Jeśli więc zaznał w swoim życiu tej pogody, jeśli poczuł na swoim ciele tę ożywczą, kojącą ból wodę, spływającą mu po ramionach, tęsknić za nią będzie przez całe życie.

Kac


Ilia Jermakow - autor


- A niech to szlag trafi – radca Krach próbował zagłuszyć orkiestrę grającą współczesną kakofonię dźwięków, ujętą w klasycznej formie symfonii koncertującej – dalibóg Bartoka słyszę.
- Aż tak i do tego stopnia? – westchnął pytająco inżynier Bek.
- Możliwe, że jeszcze gorzej.
Rad nierad, unosząc łapkę, poprosił o szklaneczkę mleczka.
Maria i tym razem poświęciła się dla gościa, pozbywając się przyjemności wypicia reszty własnego mleka, mleka pochodzącego prosto od krowy, bo Maria nie uznaje mleka z kartonu i na targu dwa razy w tygodniu kupuje „od chłopa”.
- Myślisz pan, panie radco, że mleczko pomoże w walce z tą przykrą dolegliwością, na jaką pan zapadł wczoraj? – zapytał mecenas Szydełko.
- A tak w ogóle, to co się stało? – nie omieszkał wtrącić doktor Koteńko.
- A tak w ogóle, to nic. Zupełnie nic. Przychodzę do domu sobie. Żonka na konferencji. Wlałem sobie żołądkowej i, co gorsza, popełniłem grzech lustra.
- Fe, nie podzielił się pan z nami – westchnął mecenas Szydełko – kawiarenka odłogiem stała, a sam gospodarz wielce był zaniepokojony przez te dni. Widzi pan te pianino? Pokorski na nim brzdąka. A jak brzdąka? Pod czystą i pod koniak, i pod likier słodziutki dla pań. Za każdym razem inaczej.
- Niepocieszony jestem – radca Krach przepił zasuszone gardło mleczkiem.
- A ja jeszcze panu powiem – wtrącił inżynier Bek – że nasz gospodarz pisze.
- Toż wiedzieliśmy o tym – przemówił radca bez entuzjazmu.
- Ależ radco, on z literatem siada pod okienkiem i jakby za bary się brali, piszą a piszą. A Adam potem każe Pokorskiemu grać, że to niby tekst do wyimaginowanej melodii ułożył. Pokorski grać musi, przebiega palcami po klawiaturze, jakby czego szukał, jakby jakiś dźwięk rozpoznawał i przymuszał do jedenastozgłoskowca.
- No to pięknie. A gdzież on teraz? Pytam o gospodarza.
- W odwiedziny do naszego strażnika, do szpitala poszedł. Zasłabło się biedaczkowi na służbie – wyjaśnił doktor Koteńko.