Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

17 listopada 2016

KOŃCÓWKA - CHARLEROI

Na dzień dzisiejszy, niedzielę, zostawiam sobie dokładnie 187 kilometrów jazdy.
Cały dzień w Niemczech , a potem dalsza jego część w Belgii pod wpływem zachmurzenia i chłodu, lecz droga czysta, bez opadów, choć na poboczach w najwyżej położonych miejscach w Belgii widać zwały odgarniętego śniegu.
Jadę w miarę szybko, aby dotrzeć do celu jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Nie wierzę też nawigacji, która lubi mi czasem płatać figle, a rozładunek, jak mi się wydaje, odbędzie się w samym centrum miasta.
Dojeżdżając w pobliże celu łapię się za głowę. Centrum Charleroi rozkopane. Tu zakaz wjazdu, tam zakaz skrętu, gdzie indziej ślepa uliczka. Nawigacja mi nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Dopytuję się, jak dostać się pod wskazany adres: najpierw policjanta, a potem taksówkarza. Niby podążam korzystając z ich wskazówek, lecz za każdym razem trafiam pod jakiś zakaz.
W końcu decyduje się na złamanie przepisu i wjeżdżam w wąska uliczkę na jakiś placyk, gdzie niemal na jego środku przystaję i włączam światła awaryjne. Tutaj kolejny raz pytam o drogę - tym razem jakiegoś starszego pana.
Okazuje się, że jestem 200 metrów od celu. Mężczyzna bierze mnie z sobą i na pieszo podchodzimy do prowizorycznej bramy firmy budowlanej, która jest faktycznym odbiorcą towaru jaki wiozę z Włoch. Dowiaduję się, że mogę się stawić około siódmej rano, lecz niestety nie mogę w pobliżu zaparkować auta.
Dziękuję miłemu starszemu panu i przejeżdżam renówką w najbliższe miejsce, w którym mógłbym przenocować
I tu kolejna niespodzianka.
Podchodzi do mnie Polak od 72 lat (czyli całe życie) mieszkający w Belgii. Rozmawiamy sobie na różne tematy. Między innymi o tym, że ów człowiek parkujący nieopodal swojego nowego mercedesa klasy „S” życzyłby sobie, abym mu kiedyś przywiózł z Polski kilka butelek prawdziwej wódki. On nie mieszka wprawdzie w Charleroi, ale chętnie umówi się ze mną i podjedzie po „towar”. Traktuję nasza rozmowę o polskim alkoholu z lekkim przymrużeniem oka, ale nie sądzę, że ten bardzo żywotny i znakomicie mówiący po polsku starczy człowiek mówił niepoważnie. Zostawia mi swój numer telefonu.
W końcu mówi do mnie tak:
- Tutaj jest kiepskie miejsce do parkowania. Zobaczysz, że kurwy będą ci pukały do szyb, bo chociaż od trzech lat uliczna prostytucja w Charleroi jest zakazana, te panie lekkich obyczajów i tak zaczepiają. A policja, no cóż, wyłapuje je i na 24 godziny zamyka w areszcie, ale to nie pomaga… znów pojawiają się w centrum miasta. Pokaże ci, gdzie możesz bezpiecznie zanocować.
Wsiadam do jego samochodu. Jedziemy. Rzeczywiście niedaleko stąd znajduje się parking pod estakadą. Może niezbyt czysty, ale jest. I łatwo trafić z powrotem.
Wracamy do renówki. Żegnamy się. Kolejna dobra dusza, myslę sobie.
Podjeżdżam zatem na parking pod estakadą. Przed snem nastawiam nawigację. Do domu mam dokładnie 1250 kilometrów. Daleko, ale coraz bliżej.

[13.11.2016, Charleroi w Belgii]

IN TRIBUTE TO LEONARD COHEN

Słuchałem go od zawsze. Zmieniały się style i mody, a listy przebojów wywracały do góry nogami, a on niezmiennie zachwycał słowem, muzyką, niepowtarzalną interpretacją, swoim ciepłym barytonem, pełnym skupienia i nostalgii.
W Polsce był bardzo popularny. Uwielbiały go zwłaszcza środowiska studenckie, a jego największymi chyba popularyzatorami byli odtwórca i tłumacz jego piosenek Maciej Zembaty i Maciej Karpiński.
O jego przedwczesnej (choć dożył sędziwego przecież wieku) dowiedziałem się chyba z pewnym opóźnieniem w Hiszpanii. W każdym z krajów, przez jakie przejeżdżałem przypominano jego życie i piosenki.
A przecież nie tak dawno, pisząc o nobliście Bobie Dylanie, wspomniałem o wielkich bardach piosenki autorskiej, o poetach - pieśniarzach, wymieniając wśród nich właśnie Leonarda Cohena. Jego śmierć, choć przecież nie umarł „cały”, boleśnie mnie zaskoczyła.
Kończy się pewna epoka nastrojowej, lirycznej, poetyckiej pieśni. Podobne rozczarowanie wystąpiło po odejściu Marka Grechuty, Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego, Jacquesa Brela.
Są pewni ludzie, których zastąpić nikt nie zdoła.

***
Twój słynny niebieski prochowiec
wspiął się latawcem ponad obłok
na którym odbywasz ostatnią podróż
po sam kres miłości
każdy wie że jutro
ta chmura zapłacze
a twoja cygańska żona
nie usłyszy że jesteś jej mężczyzną
na wieki
każdy wie.



[17.11.2016, Dobrzelin]

16 listopada 2016

KOŃCÓWKA - NIESPODZIANKI I W STRONĘ BELGII

Rankiem raz na zawsze „skończył” mi się telefon służbowy. Nie pomaga już reset, wyjęcie baterii czy manipulacja kartą. Pozostaję bez łączności.
I w tym przypadku partner przychodzi mi z pomocą. Dzwonię za pomocą jego komórki do spedytora, informując o całkowitym braku łączności. 
Stoimy na tym samym parkingu obok siebie. Po jakimś czasie mój busiarz dostaje sms przeznaczony dla mnie. Są w nim adresy: załadunku (jakieś 55 kilometrów dojazdu) i wyładunku w Charleroi w Belgii. Nie ukrywam, że oczekiwałem na kurs do kraju. Z tego miejsca we Włoszech zostało mi około 1300 kilometrów i mniej więcej taki sam dystans dzieli mnie od Charleroi.
I jeszcze ostatnia rozmowa ze spedytorem, podczas której mówię:
- Dobra, biorę ten kurs, ale z Belgii prawdopodobnie zjadę na na pusto.
I to było chyba najpewniejsze stwierdzenie podczas tej całej trasy, prawie pięciotygodniowej trasy - powrót do domu.
Rozstaję się zatem z partnerem i wyruszam do Loreggia w pobliżu Vicenzy.
W jakimś niewielkim miasteczku zatrzymuję się przed pasami - właśnie przechodził nimi starszy człowiek prowadząc rower. Nagle słyszę za sobą huk, a moja renówka przesuwa się o jakiś metr do przodu. 
- No tak, dostałem - myślę sobie.
Wychodzę z auta. Za mną stoi jakiś blaszak ford lub renówka, nie pamiętam. Uderzył w tył mojej renówki. Facet najwyraźniej się zagapił. Sprawdzam uszkodzenia w moim aucie - niemal żadnych - dwa niewielkie wgniecenia w tylnej klapie, prawie niezauważalne. U niego znacznie gorzej: potężnie zgięta przednia maska, pas przedni, stłuczony reflektor, a z chłodnicy wycieka płyn.
Podchodzę do Włocha i pytam:
- Police? Do we phone the police?
- Oh, no - odpowiada tamten.
Jeszcze raz zadaje mu to samo pytanie. Odpowiedź ta sama. No tak, ominie go przynajmniej płacenia mandatu. Współczuję mu, ale cóż, za nieuwagę się płaci. Takie życie. Wyruszam dalej.
Po załadunku w Loreggia korzystam z kolei z uprzejmości busiarza - Słowaka. Dzwonię do domu, informując o kursie do Belgii oraz  tym, że po rozładunku w poniedziałek wracam do kraju i raczej już nie zadzwonię, bo łączności ze światem nie mam.
I jadę via Trento, Bolzano i tak aż do austriackiej granicy w Brennero.
Co jeszcze może mnie czekać?

[11.11.2016, Grasgrub w Niemczech]

KOŃCÓWKA - WŁOCHY

Zjeżdżając z Montgenevre kierujemy się na Suse, Turyn i Mediolan i, jak to we Włoszech, droga strasznie się dłuży. W Mediolanie na autostradzie natykamy się na potężny korek, po którym gubię partnera, a nawigacja prowadzi mnie przez centrum Mediolanu, gdzie również jazda jest powolna. Tracę sporo czasu i decyduję się na dłuższy postój na kolację, mając świadomość tego, że „mój busiarz” podążający zapewne inną drogą, będzie u celu podróży wcześniej ode mnie. Nie jest to jednak tak istotne, bo na siódmą trzydzieści i tak zdążymy. Przyjeżdżam po północy, nastawiam budzik w czynnym jeszcze telefonie służbowym i kładę się spać.

[11.11.2016, Grasgrub w Niemczech]

LAGO MAGGIORE (żart)

Jeszcze raz, moja droga,
podążając pani perfum śladem,
czerwcowym dyliżansem się wybiorę
nad Lago Maggiore.

Odrzucasz, pani, moje pragnienie
złożenia u twoich stóp bzów jaśminowych,
a przecież odnalazłem dla siebie nową rolę
nad Lago Maggiore.

Cieniem twym pragnę być albo wiatrem
dmącym w rozwinięty żagiel twoich włosów.
Pozwól mi spotkać się z tobą dziś wieczorem
nad Lago Maggiore.

Ani spotkania, ani na list odpowiedzi
nie doczekałem się - rozpaczam skrycie.
Czyżbym na miłość wybrał nieodpowiednia porę
nad Lago Maggiore?

Ech, ta niedostępność pani mnie zasmuca.
Mdławe spojrzenia przerażają.
Jak można milczeć z takim uporem
nad Lago Maggiore?

Odejdę z bólem w sercu - pokonany,
lecz pierwej oczy sobie wyłupię
lub zapadnę się z żalu w lisią norę
nad Lago Maggiore.

[13.11.2016, Charleroi w Belgii]

KOŃCÓWKA - FRANCJA

Przez Francję jedziemy dokładnie taka trasą, którą już pokonywałem., a więc: Perpignan, Narbonne, Beziers, Montpellier, a potem przez Gap, Briancon i dalej wspinając się na graniczący z Włochami Montgenevre.
W Alpach Prowansalskich czeka na nas niemiła niespodzianka. Już na wysokości 350 metrów nad poziomem morza na trasie zalega zmarznięty śnieg. Robi się niebezpiecznie. Zwalniamy i przestajemy już marzyć o tym, że zdążymy na siedemnastą dnia następnego. Kiedy zauważam francuskiego busa - blaszaka w rowie, decyduję się zatrzymać.
Taka rozmowa po zatrzymaniu się:
 Partner: - Dawałem ci znak światłami, że powinniśmy stanąć.
Ja: - Wiem, ale na poboczach wszędzie śnieg i balem się, że jeśli stanę, nie zdołam później ruszyć.
W końcu jednak znaleźliśmy miejsce na niewielkim, wiejskim parkingu, około 60 kilometrów od Gap. Tam przesypiamy cztery i pół godziny.
O dziewiątej wyruszamy w dalszą drogę, z przystankiem w Gap, gdzie robimy zakupy i jedziemy w stronę Briancon. Ciekawe, że powyżej Gap nie maj już śniegu i dopiero pomiędzy Briancon a granicą włoską zaczyna się śnieg, a wokół Montgenevre prawdziwa zima. Droga jednak odśnieżona i nie sprawia nam większego kłopotu, choć później mój partner narzeka na te alpejskie wykrętasy. Ja - przeciwnie, uwielbiam jazdę po Alpach, choć oczywiście nie po śniegu i z takimi oponami, jakie mam.

[11.11.2016, Grasgrub w Niemczech]

KOŃCÓWKA - W HISZPANII

We wtorek ósmego listopada dostaje wytyczne odnośnie dojazdu pod Madryt do Pozuelo  (bagatela - 330 kilometrów), skąd dnia następnego, o dziewiątej, mam odebrać towar i jechać z nim do Włoch (ładny kurs w stronę domu!).
Uruchamiam więc auto i po zmroku stawiam się pod zakładem, gdzie czeka już busiarz, z którym będę miał przyjemność jechać do Italii razem (wieziemy po dwie ciężkie, duże skrzynie).
Jak się później okaże obecność partnera w tym kursie będzie pożądana.
Wstajemy o umówionej porze i po dziesiątej jesteśmy załadowani.
Na autostradzie za Madrytem (jakieś 25-30 kilometrów) „wystrzeliwuje” mi przednia opona (od pasażera) w renówce i to w chwili, gdy wyprzedzałem niemieckiego tira. Jego kierowca daje mi znak klaksonem, co się stało z moim kołem, choć w sumie nie musiał tego robić - poczułem, co się dzieje z autem. Po stu metrach zjeżdżam na pobocze, w dosyć nieciekawym miejscu, tuż przy barierze. I w tym momencie przydaje się mój partner, który tymczasem zatrzymał swoja renówkę przed moją.
Okazało się bowiem, że mój specjalny klucz do odkręcania koła zapasowego jest tak zdezelowany, że niczego odkręcić się nim nie da. Busiarz pożycza mi swój, odkręcam „zapas”, a potem zamieniał koła.
Jeśli opona „strzela” nagle na równej, dobrej drodze, a samochód nie jest przeciążony, oznacza to tyle, że moje opony, zwłaszcza przednie do jazdy nie bardzo się nadają. I tak miałem sporo szczęścia, albowiem podczas poprzednich dwu kursów: do Barcelony  i później do Villanueva de la Serena z konieczności jechałem momentami 130-140 kilometrów na godzinę.
W stronę granicy z Francją jedziemy już wolniej, utrzymując średnią prędkość 90 kilometrów na godzinę. Teoretycznie powinniśmy być we Włoszech na rozładunku dnia następnego o 17-tej, co oznaczałoby jazdę niemal bez przerwy, a do przejechania mamy 1860 kilometrów. Możemy jednak stawić się u celu o siódmej trzydzieści w piątek rano i raczej liczymy z tą drugą opcją.
Cały czas jadę jako pierwszy (wolę prowadzić, niż jechać czyimś tempem. Przed granicą w Jonquerze podczas tankowania mój partner stwierdza, że udało mu się zaoszczędzić „na Hiszpanii” 150 kilometrów. Nie chwaląc się, ten wynik to po części zasługa „mojego tempa jazdy.

[11.11.2016, Grasgrub w Niemczech]

15 listopada 2016

MALARZ (1)

Nacisnął cięgna obu hamulców. Koła lekko zabuksowały i poczuł za sobą coś jakby smagnięcie batem - wózek przystanął posłusznie. Zszedł z roweru i oparł go o sztachety ogrodzenia. Słońce jak lampion wisiało nad gontowym dachem siedliska. Świeciło jaskrawym złotem. Pchnął furtkę - rozwarła się do połowy, zapraszając do wejścia na podwórko; niewielkie, oprószone majowym kwieciem i zielenią. Przebiegł w stronę frontowego wejścia do domu po posypanej żółtym żwirem ścieżce. Zastukał do drzwi.
- Gospodyni w domu? - zawołał - Jest tu kto? - zapytał głośno.
Po chwili spojrzał jak klamka bezszelestnie opada i otwierają się przed nim drzwi. W przyprożu stała staruszka w waciakowym kubraczku, na tle którego bielił się trójkąt białego fartucha.
- A jestem, jestem - usłyszał ciepły, matowy głos. - A ciebie, synku, co do mnie sprowadza?
Pochylił się, aby przygarnąć do ust tę jej dłoń, która jeszcze spoczywała na klamce. Protestowała. Bezskutecznie.
- Piękny dzień, babciu. Nie wyjdziesz? Nie zaczerpniesz słońca?
- A wyjdę, wyjdę. Do południa zawsze wychodzę. Jeszcze nie pora.
- A ja, babciu przyjechałem świat ci pomalować.
Nie zrozumiała. Postąpiła krok naprzód, próg przestąpiwszy.
- Jakże tak, przyjechałeś, synku?
- Rowerem, babuniu, a rower ciągnął wózek, widzisz tam, za płotem? - wyjaśnił.
Spojrzała w tamtą stronę, poruszyła brwiami, a jej oczy broniły się przez czas jakiś przed słońcem.
- I co chciałeś pomalować, mówisz?
- Świat ci pomaluję, babciu. I tobie portret sprawię. Zaczekaj.
Zbiegł z przedproża, kierując się do płotu. Porwał z wózka drewnianą skleję i obszerną, skórzaną torbę.
- A dyć powoli biegnij, kto zaś cię tak goni? - słyszał za sobą, a kiedy powrócił, babinka zapytała: - A cóż to takiego?
- Sztaluga, babciu i farby, którymi portret ci uczynię.
Dziwiła się, dziwiła, wciąż nie rozumiała.
- To zachodźże do kuchni. Na cóż nam w progu wystawać. Pewnieś głodny syneczku, zmęczony?
Przecisnął się za nią przez wąską sień, a stamtąd do kuchennej komory. Popatrzył: stół, krzesła, kredens, kuchnia kaflowa, okienko niewielkie z firanką złożoną jak chusta pod brodą, a na parapecie kwiaty.
- Jajecznicę ci zrobię. Popijesz kawą z mlekiem? Zbożowa, dobra.
- Nie pogardzę, babuniu. Trochę jestem strudzony, ale to nic. Jak tylko do farb się dostanę, to zawsze nabieram ochoty do życia.
Zajęła się przyrządzaniem jajecznicy. Jeden węgielek na ruszt i buchnęło ciepłym żarem. Dobry węgiel. Dobry.
Rozciągnął swoje ciało na krześle, nogi wyprostował, a po chwili:
- Babciu, to ja ci pomogę - i już, już wstawał od stołu, a babinka groźnie i stanowczo:
- A dyć sobie sama poradzę. Widziałby kto, żebym jeszcze gościowi kazała się koło garnków kręcić.
Ustąpił. Odpoczywał, ale znudził go bezruch, więc sztalugę ustawił; już z przymocowanym płótnem była.
Postawiła przed nim miseczkę z jajecznicą i kawę. Zapachniało. Jak zapachniało.
- Ta jedz, na zdrowie. Ja ziółka sobie naparzyłam. Wypiję.
Jeszcze tylko wielki bochen chleba zarysowała krzyżem. Odkroiła przylepkę i jedną grubą pajdę. I ten chleb też zapachniał.
Jadł, jadł z zapałem, a przypatrywał się starowince; włosom jej siwym i twarzy pofałdowanej niby na rzece przymarznięte fale, tej skórze poszarzałej jak popiół z ogniska, pod elipsą oczu na w pół bladej, delikatnej, lecz wysuszonej. Na dłonie jej spoglądał, ciepłe i białe, suche i kościste, a widział też jej pierś dociśniętą wiekiem, a babuni ramiona, gdyby nie zarzuciła na nie kufajki drobne i wiotkie były, jakby pod uściskiem czyichś ramion nie potrafiły powrócić do dawnego kształtu.
Kończył jeść i dopijał kawę.
- A skąd ty się wziąłeś syneczku, że ciebie tak na wieś do mnie zagnało?
- Jestem studentem - oświadczył - uczę się portrety robić, krajobrazy… świat maluję.
- I mówisz, syneczku, że świat mi pomalujesz?
- Nie inaczej. I ciebie babuniu, tak jak tutaj siedzisz, pod oknem, gdy łyżeczką do ust ziołowej herbatki nabierasz, tym uśmiechniętym słoneczku, ciebie namaluję.
- A dajże spokój, starusze, na którą przyjaznym okiem jedynie śmierć spoziera? Mnie chcesz odmalować? Czemuż to?
- Jak cię namaluję, sama sobie na to pytanie odpowiesz, babciu.
(cdn…)

[06.11.2016, Villanueva La Serena, w Hiszpanii]

AWARIE

Jeden zepsuty telefon - mój własny- zmarł wyświetlacz; drugi telefon - służbowy - niemal od początku kursu nie pozwala na wysyłanie sms-ów, a od dwóch tygodni bezustannie się „zawiesza”. No i w końcu ostatniej nocy awaria ładowarki do laptopa, tudzież bezpiecznika odpowiadającego za gniazdo zasilające akcesoria, m.in. ładowarki i nawigację. Bezpiecznik udało mi się wymienić (okazało się, że zamiast dziesięcioamperowego wsunięto „piątkę”. Z naprawą ładowarki do laptopa już sobie nie poradzę.  Przechodzę zatem, jak dawnymi laty, do kartki papieru i chwytam w rękę długopis.
Kiedyż wreszcie skończy się ta feralna podróż?

[08.11.2016, Villanueva de la Serena, w Hiszpanii]

07 listopada 2016

EDERLEZI

Jedna z najpiękniejszych scen w historii kina; właściwie nie scena a sekwencja obrazów.
Ale po kolei... główny bohater, Perhan, syn cyganki i słoweńskiego żołnierza potrzebuje pieniędzy na operację chorej siostry. Są mu one potrzebne również dlatego, aby móc poślubić dziewczynę, która kocha, Azrę. Planuje wyjazd do Włoch.
Scenę tę poprzedza w filmie inna: Perhan któregoś wieczora, podczas rozmowy z babką dowiaduje się od niej, że jego matka była piękną kobietą oraz, że jego ojcem jest słoweński żołnierz.
- A teraz  śpij - żegna wnuczka babka.
Zasypia. W jego głowie, w jego śnie rodzi się taki oto obraz.


"Ederlezi to legenda. Nie istnieje chyba żaden bardziej "bałkański" utwór. Tradycyjna pieśń cygańska, którą można usłyszeć w niemal każdym bałkańskim zakątku, a ilość wykonań dostępnych na różnego rodzaju wydawnictwach jest nie do ogarnięcia. Co jest w niej takiego niesamowitego? Pieśń opowiada o nocy 6 maja, która jest w tradycji bałkańskich (i nie tylko) Romów świętem wiosny (równonoc, czyli przesilenie wiosenne)."*
W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że przedstawiona powyżej sekwencja scen nie do końca pokrywa się z przekazem filmowym w ujęciu chronologicznym, co wcale nie umniejsza jej wartości.
O jakim mówimy filmie? 
Jest to wybitne dzieło artystyczne, będące niejako pomnikiem wystawionym społeczności romskiej- "Czas cyganów", film jugosłowiańskiego reżysera Emira Kusturicy. Muzykę do tego obrazu napisał Goran Bregovic.
A o czym mówią słowa pieśni "Ederlezi"?
... w wersji romskiej:
Sa me amala oro khelena
Oro khelena, dive kerena
Sa o Roma daje
Sa o Roma babo babo
Sa o Roma o daje
Sa o Roma babo babo
Ederlezi, Ederlezi
Sa o Roma daje

Sa o Roma babo, e bakren chinen
A me, chorro, dural beshava
Romano dive, amaro dive
Amaro dive, Ederlezi

E devado babo, amenge bakro
Sa o Roma babo, e bakren chinen
Sa o Roma babo babo
Sa o Roma o daje
Sa o Roma babo babo
Ederlezi, Ederlezi
Sa o Roma daje

... w wersji tłumaczonej na język polski:

Przyjaciele tańczą oro 
Tańczą oro, dzień świętują
Każdy Cygan, mamo
Każdy Cygan, tato, tato
Każdy Cygan, o mamo
Każdy Cygan, tato, tato
Ederlezi, Ederlezi
Każdy Cygan, mamo

Każdy Cygan, tato, owcę bije (*2)
A ja, biedna, siedzę sama
Cygański dzień, nasz dzień
Nasz dzień, Ederlezi

Dali, tato, owcę nam
Każdy Cygan, tato, owcę bije
Każdy Cygan, tato, tato
Każdy Cygan, o mamo
Każdy Cygan, tato, tato
Ederlezi, Ederlezi
Każdy Cygan, mamo
[* informację o święcie Ederlezi i słowa pieśni wraz z tłumaczeniem podaję za portalem http://www.mojebalkany.pl]

Czemu akurat ten obraz? Czy to z powodu jakości samego filmu? Może odwołanie się do tradycji ludu, który od setek lat, podobnie jak żydzi towarzyszył losom Polaków? Może z powodu niezwykłej, zapierającej dech muzyki? A może w związku z podobieństwem do sceny puszczania wianków w książce i filmie "Nad Niemnem"?
Wydaje mi się, że wszystkie te argumenty mają swoje uzasadnienie.
A najlepiej obejrzeć film w całości.

[06.11.2016, Villanueva La Serena, w Hiszpanii]