1394.
W sumie to w telewizorze oglądam siatkówkę, snookera, Columbo i stare polskie seriale. Ale jak się przeszukuje pilotem po szczególne programy, to zawsze człowieka coś zaskoczy. Przeskakuję ja sobie po programach i nagle słyszę jakiś wrzask, ryk, tak jakby kogoś na żywca obdzierano ze skóry. Oj, myślę sobie, czyżby to nasz prezydent musztrował żołnierzy? Cofnąłem więc oprogramowanie pilota w to wrzaskliwe miejsce… nie, to nie batyr, to kożuchowska nadziera się na swą rodzinkę. Okazuje się, że w polskiej telewizorni są dwie okoliczności, w wyniku których poziom decybeli przekracza hałas wywoływany startem samolotu na Okęciu – są to: reklamy i kożuchowska.
A skoro jesteśmy przy reklamach, to jestem osobą (chyba już kiedyś o tym wspomniałem) całkowicie niepodatną na reklamy, do tego stopnia niepodatną, że gdyby ludziska podobni byli do mnie w tym względzie, telewizja i radio musiałyby skończyć z nadawaniem programów, ot takiej „Rodzinki” czy innego badziewiastego „Rancza”.
Mało tego, posiadam też taką właściwość, że gdybym nawet jakimś sposobem uzyskał „podatność”, to w przypadku niektórych reklam nigdy, ale to nigdy nie zakupiłbym niektórych reklamowanych produktów. Nie zakupiłbym dwóch marek gumy do żucia (jedna przedstawia obrazek człowieczka, któremu na czole wyrosła gęba, w drugiej inny człowieczek, przepraszam za słowo, rzyga bąbelkami. Choćby mnie przypalano propano-butanem, nie zakupiłbym produktu zwanego z polska „czarny” oraz nie kupiłbym autka marki Jeep, nawet, gdybym posiadał nadmiar gotówki i nie wiedziałbym, czy opłacić czteroletni pobyt batyra w zakładzie bez klamek, czy też sfinansować odblokowanie cieśniny Ormuz.
Ale żeby nie wyszło na to, że nic a nic nie akceptuję reklam, to rzeknę, iż podobają mi się reklamy żelków Haribo.
[20.04.2026, Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz