Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

12 września 2019

KRÓTKI METRAŻ - POWRÓT NAD ZIEMIĘ


Zastukało. Zabłysło i zgasło. Otwarły się drzwi.
- Ślęczysz?  - zapytał, a może stwierdził. Podszedł do mnie. Przymknął czytaną przeze mnie książkę, wsuwając palce w miejscu, w którym skończyłem.
- "Orinoko" - tym razem na pewno stwierdził. - Całe czas czytasz "Orinoko", a Fiedler napisał wiele innych ciekawych książek.
Byłem zdziwiony, bo wydawało mi się, że czytałem zupełnie inną książkę.
- Choinka się pali - zauważył, patrząc przez okno.
Choinką nazywaliśmy oświetlenie wysokiego na cztery piętra wapiennego pieca. Chociaż była to dopiero połowa sierpnia, on zauważył właśnie wózek wciągany za pomocą stalowej liny na sam szczyt pieca. 
- Jak tylko osiągnie szczyt, mechanizm wyładowczy przechyli wózek i wysypie się z niego kamień wapienny.
Rozległ się donośny rumot. Wydawało mi się, że słyszę metaliczny dźwięk opadających w czeluść paleniska kamieni, choć nie wydaje mi się, aby piec wapienny stał za oknem.
- Odgrzeję sobie kapustę z grochem, zjesz?
Przeszedł do kuchni już ze mną. Pokręcił się po niej i wyjął z lodówki gar z kapustą i grochem. Byłem przekonany, że nie było go w lodówce, ani też za oknem, gdzie zimą był stawiany. Przełożył następnie część tej mieszanki do rondla i postawił go na gazie. Postawił też czajnik z wodą.
- Tam miałem w plastykowym pudełku rozgotowaną pszenicę dla ryb, nie widziałeś?
Jaka pszenica? W lodówce?
- Nie widziałem, tato, ale jeśli jest, to przykryta na samym dole liśćmi sałaty.
Jedliśmy groch z kapustą. Popijaliśmy herbatą.
- To co, pójdziemy rzucić rybom? I tak nie śpisz.
Wprawdzie w najbliższej okolicy nie było choćby oczka wody, dlaczego miałbym się nie zgodzić?
Wyszliśmy z domu, kiedy świtało.
- No, co ty, nie wiesz, gdzie idziemy? W to moje miejsce.
Prawdopodobnie szliśmy więc na dolne stawy mijając stadnicę.
- Nikt tu nie trzyma teraz porządku? - zapytał, a może stwierdził, patrząc na zarośnięty wysokim chwastem ogrodzony teren, gdzie musiał stać dawno temu odmalowany autobus - miejsce spotkań wędkarzy.
Potem rzucaliśmy do wody miękkie i pachnące polem ziarno.
- Pod wieczór połowimy sobie, chcesz?
Dobre sobie, a wędki? a stołeczek? a metalowy pojemnik na ryby? rosówki? chlebek?
- Czy tam, tato, też łowisz? - zapytałem.
- Pod ziemią nie ma ryb. Są tylko robaki - odparł z niesmakiem.

[12.09.2019, Vendargues, Hérault we Francji]

11 września 2019

WIELKIE DZIĘKI

Zaczytując się w Stachurze Edwardzie, niezapomnianym Stedzie, takie oto myśli myśli pragnę przytoczyć jak te z zakończenia "Nocnej jazdy pociągiem":
"Zaczynało mnie dopadać zmęczenie i senność: ta fala. Zaczynało mnie to opuszczać, wielkie dzięki. Wielkie dzięki. Że przejechałem taki kawał drogi, wielkie dzięki. Że już żyję taki kawał czasu: dwadzieścia parę lat, wielkie dzięki. Że są góry i morza, i rzeki, wielkie dzięki. Że jest wiosna i lato, i zima, wielkie dzięki. Że są pola i lasy, i słońce, i lasy cieniste, wielkie dzięki. Że jest ziemia i niebo, że są chmury, wielkie dzięki. Że może będzie padać śnieg, wielkie, wielkie dzięki."

[11.09.2019, Vendergues, Hérault we Francji]

ZACZNIJ OD BACHA








[11.09.2019, Vendargues, Hérault we Francji]

ZASŁYSZANE


Często tak się mówi: usłyszałem od kogoś..., ktoś mi opowiedział..., dowiedziałem się od... i właśnie tak było.

Spotkała go radość niepojęta, niespodziewana, granicząca z szaleństwem. Powiedział mi, że został dosłownie ustrzelony strzałą kupidyna, a przekładając jego słowa na język marnej rzeczywistości, ujrzał ją dnia pewnego, ujrzał ją i w niej dostrzegł ten atom wodoru, bez którego nie powstałaby woda, a wiadomo, że każda roślina wysiada na krańcowej stacji i długo oczekuje na wielkie zmiłowanie, czasami czeka narodzin kolejnego dnia zwilżonego nocną mżawką, aby zaistnieć, wzmocnić korzenie i wybrać się w podróż życia, aż do późnojesiennej śmierci.
Oczywiście roślinie potrzebne jest też do życia słońce.
Wisiało ono nad nią iskrzącą  się złotym piaskiem aureolą, przydawało blasku jej oczom; dzięki niemu jej jęczmieniowe włosy kołysały się na wietrze jak łódź bukowa wypływająca strymykiem z Czarnolasu, aby zakołysać się na zwodniczych wodach egejskiego morza.
- Utopiłem się w niej - mówił przy piątej setce wyborowej wódki, upity kompletnie; przed chwilą wytoczył się z toalety odświeżony ( to tylko pozór) na nogach giętkich jak ramiona leszczyny. - I nie wiem, w jaki sposób przemówić do niej, jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca..., co uczynić, aby zerknięciem porannego słońca odchyliła zasłony i połaskotała nim moje bezsenne od nierozliczonej miłości oczy.
- Bo ty jesteś poetą - powiedziałem kuląc uśmiech w zaciśniętych piąstkach (jak to dobrze, że udało mi się ominąć dwie kolejki) - a poeci, wiadomo, słów na podorędziu mają mnóstwo, ale aby się nimi posłużyć w zbożnym, realnym celu, przecież więc, że nie wystarczają.
- Jesteś moim przyjacielem, bratem jesteś, poradź mi, jak podążyć ku słońcu, nie będąc oślepionym - on swoje.
- A czy przypadkiem nie zaślepionym?
Gniewnie poruszył brwiami, już rękę uniósł, aby przywołać szósty pełnowymiarowy kieliszek...  . Pochwyciłem jego dłoń.
- Na dzisiaj koniec! Dość! Zaprowadzę cię do niej, póki jeszcze do premedytacji dokładasz afekt.
Kiedyśmy wyszli z knajpy, olśnił mnie jego prosty chód bez zakołysań. 
Zasłyszałem tę opowieść z ust owego przyjaciela-brata, który posłużył ugodzonemu strzałą swym ramieniem. Opowieść nie została zakończona; mnienam, że celowo. Ostatnim zdaniem, jakim mnie uraczył było...
- Nic więcej ci nie powiem, co spotkało mojego przyjaciela po doprowadzeniu go pod wskazany adres... zobaczyłem ją, i mnie serce się ugięło... odszedłem potem nagle.

[11.09.2019, Vendargues, Hérault we Francji]



09 września 2019

ŚREDNI DYSTANS - WALC (1)

1.
Tę kwaterę załatwiła Włodkowi matka. Znalazła ją na peryferiach, lecz całkiem blisko tramwajowej krańcówki; stąd dwunastką lub siódemką wprost pod uczelnię. Włodek nie miał do tego głowy. Zaaferowany egzaminami, które zdał, zgodził się na wszystko: na pokój w domku starym jak świat, bez specjalnych wygód, opalany węglem; na starych gospodarzy, na brak kina w okolicy czy porządnego parku, choć na posesji od tyłu był niewielki, acz dobrze utrzymany ogród.
Wcześniej na czas egzaminów zamieszkał w akademiku. Wtedy jeszcze kwatera nie była zamówiona, matka miała ją wprawdzie "na oku", ale chyba nie chciała zapeszyć, bo wiadomo, jak to jest z egzaminami. Matka jako skrupulatna księgowa, szukała czegoś na ich kieszeń, a jeśli nawet gdzieś daleko od centrum, to w takim miejscu, aby łatwo było synowi dotrzeć  uczelnię, aby nie musiał trwonić czasu chociażby na przesiadki; powinien skupić się na nauce.
W końcu udało mu się zdać (zawsze powtarzał: - udało mi się). Z dumą odczytał swohe nazwisko na liście. Zaraz zadzwonił do domu, spakował się i miał już podjechać na dworzec, kiedy doktor K., opiekun rocznika polecił wszystkim tym,  którzy zdali, stawić się w dziekanacie.
- W celu ustalenia sierpniowych praktyk - poinformował grupę szczęściarzy nie mogących oderwać się od dwóch kart z nazwiskami umieszczonych w oszklonej gablocie.
Owszem, wiedział coś na temat praktyk studenckich, ale żeby jeszcze przed rozpoczęciem studiów? I to gdzie? W hotelach, zakładach gastronomicznych, w sklepach i szpitalach? On przecież dostał się na kulturoznawstwo.
Wyjaśniono im, że właściwe, merytoryczne praktyki odbywać się będą po pierwszym roku studiów, a teraz... rozumiecie, sierpień to okres urlopowy, każda pomocna dłoń się przyda.
Włodek ponownie zadzwonił do domu.
- Mamo, możesz potwierdzić tę kwaterę, ale wcześniej, od pierwszego sierpnia na cały miesiąc. Mam praktyki. Po powrocie do domu ci wszystko opowiem.
Z doktorem K. można się było dogadać. Studentów było czterdzieścioro, adresów praktyk nieco więcej. Niektórzy kaprysili, a dla Włodka ważne było to, aby nie musiał daleko dojeżdżać i w ten sposób przypadł mu supersam spożywczy na skraju miasta, trzy przystanki tramwajowe od kwatery.
Do rozpoczęcia praktyk pozostawały jeszcze prawie trzy tygodnie, lecz zgodnie z sugestią opiekuna roku jeszcze tego samego dnia Włodek udał się do tego marketu, aby potwierdzić swój przydział i przy okazji móc zapoznać się z obowiązkami jakie go czekają.
Po powrocie do domu, gdzie buzował ze szczęścia, dzieląc się swymi wrażeniami z egzaminów, wyjechał na dziesięć dni na Mazury.

[09.09.2019, Haga w Holandii]
(...)

08 września 2019

I ZNÓW CHWILA MUZYKI

Trochę dobrej muzyki nie zawadzi. 
1. Na początek "Barcarola" Offenbacha

2. Następnie jedna z najulubieńszych moich melodii - "Pavana" Gabriela Faure.

3. Rapsodia węgierska nr 3 Franciszka Liszta.



[08.09.2019, koło Vierrzon we Francji]

06 września 2019

WSTĘP DO WSTYDU 2.

Jeszcze będzie o tym wstydzie, Sted, poczekaj, ale skoro jestem przy głosie, pozwól mi, abym powiedział coś o nas w pewnym malowniczym kontekście. Słuchaj więc, wydaje mi się, że, może nie całkiem i z zachowaniem proporcji, jesteśmy do siebie podobni, jeśli chodzi o ten kontekst podróży-włóczęgi. 
Prawda, wałęsamy się inaczej: ty na swoich obutych nogach przemierzasz miejską i wiejską krainę, leśną i nadrzeczną, także kawiarniano-kolejową. Ja z kolei przemieszczam się małym truckiem, mniej powoli, a bywam różnie, gdzie popadnie. I mnie bolą nogi, cho
ć nie niszczę podeszw; bolą mnie od hamulca, sprzęgła i gazu, i plecy też mnie bolą od wygodnego siedzenia. O spotykam się z ludźmi, i tak jak ty, rozmawiam z nimi czasami, choć to samotność przytula się do nas obu każdego dnia, a szczególnie nocami.
Ty masz całą swoją jaskrawość, wielorakie patrzenie, gałązkę jabłoni; ty posiadłeś tę cudowną cechę radowania się z człowieka.
Mnie nie poskąpiono wzroku i słuchu, też mam przyjemność nacieszyć się ze spotkania z człowiekiem, choć po człowieka trzeba dzisiaj stać w kolejce.
Obaj cierpimy na przerost słów, co doprowadza do zamętu w naszych głowach, zamętu, który Bóg wie do jakich doprowadza skutków.

[06.09.2019, Montilla, Provinca de Cordoba w Hiszpanii]

04 września 2019

PRZERYWNIK - ULUBIONA SONATA SCARLATTIEGO

I do tego w wykonaniu Pogorelicza. Warto wysłuchać raz jeszcze. Nie wierzę, że nie słyszeliście.

[04.09.2019, Huesca, Aragonia w Hiszpanii]

02 września 2019

WSTĘP DO WSTYDU

"I tak żyłem. Raz smutno, raz wesoło, raz smutno. Kiedy byłem wesoły, ach, gałązko jabłoni! Kiedy byłem wesół, cudownie byłem wesół. Bez reszty. Z całej duszy z całych sił. Całym sercem prędko jeszcze bijącym. Cudownie. Cudotwórczo."
[Edward Stachura - "Czysty opis"]

Sted, ty wiesz, że ja się poniekąd wzoruję na tobie. Źle powiedziałem. Niedokładnie. Podążam twoim śladem, nie pytając się ciebie, czy tak można, lecz gdybyś obejrzał się za siebie, kto wie, czy nie zwolniłbyś swojego wolnego zamaszystego kroku. Bo w sumie iść w samotności jedynie z księżycem - latarką w świat odległy, to zajęcie pierwszorzędne, ale we dwóch raźniej.
Nie obejrzysz się już, boś poległ w walce z głową, z całą swoją jaskrawością, ze słowami jak kromki chleba.
Może i mnie czeka twój los, kto wie, choć przecie przeżyłem cię o ładnych kilkadziesiąt nienajpiękniejszych lat.
Miałem napisać o wstydzie. Wstydzie za niego, za innych, za ich wszystkich, a chyba najbardziej za siebie, bo tak już ze mną jest, że wstydzę się za coś, czego w sobie i u innych nie uwielbiam.
Mogłem o tym uczuciu napisać wprost, wyliczyć za co ten wstyd, przypisać go temu czy innemu, sobie jak najbardziej też, ale u mnie ze słowami jest tak, że muszą one kluczyć jak stado żurawi, zanim przysiądą chmarą na skraju torfowiska przy samej rzece, co je wyżywi. Więc kiedy już przysiądą na poczęstunek matki natury, ruszę z kopyta z moimi słowami, w których nareszcie zabrzmi wstyd za tego gościa, ale i za innych, wielu innych, i koniecznie za samego siebie, który biernie uczestniczy w dziejącym się tu i teraz bezwstydnym widowisku. Słuchaj więc...

[02.09.2019, Mantes we Francji]

01 września 2019

PRZERYWNIK Z DEDYKACJĄ



Mija właśnie 29 rok II wojny światowej. Trwają okrutne działania wojenne, a tu pan Wojciech Młynarski śpiewa taką oto piosenkę.


Z dedykacją dla pana prezydenta o bardzo małym rozumku.