Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

12 sierpnia 2016

"MIŁOŚĆ W CZASACH ZARAZY" MARQUEZA

To prawdziwa przyjemność sięgnąć ponownie do tekstu kolumbijskiego geniusza pisanego słowa Gabriela Garcii Marqueza „Miłość w czasach zarazy”; sięgnąć w imię zasady, że do pewnych książek powraca się z takim sentymentem jak do krainy szczęśliwego dzieciństwa. Trzeba w tym miejscu dodać, że od poprzedniego czytania upłynęło sporo czasu, a zatem powrót przysłonięty jest mgiełką zapomnienia, co tylko wzmaga apetyt na prawdziwą literaturę, z którą w tej postaci nie tak często ma się do czynienia. Tak więc, czytając powtórnie, czytam po raz pierwszy i urzeka mnie styl, i narracja, i sama opowieść i język mistrzowsko wykorzystany, wzbogacony świetnym tłumaczeniem Carlosa Marrodana Casasa, a należy o tym wspomnieć, bo często niesłusznie  pomijamy rolę tłumacza.
U Marqueza każde słowo ma swoje znaczenie i użyte jest z ogromną precyzją; każde słowo buduje akcję opowieści, która przy całej realności przedstawionego świata mieści w sobie jakże istotną szczyptę magii, tajemniczości i dyskrecji.
Autor bezsprzecznie panuje nad każdym wątkiem opowiadania, zagłębia się w przeszłość, burząc rzeczywisty porządek fabuły, aby znów przybliżyć się do autentycznego czasu.
Tak w „Miłości w czasach zarazy” jak i w innych powieściach i opowiadaniach emanuje głęboki humanizm, bystrość obserwacji i delikatny dystans do stworzonych przez autora „Stu lat samotności” postaci; dystans, który zapewnia swoisty obiektywizm, choć nie pozbawiony emocji.
Marqueza należy czytać powoli, uważnie, bo tylko wtedy można zrozumieć precyzyjnie i logicznie skonstruowaną narrację, która tej uwagi wymaga, a wtedy coraz bardziej wciąga czytelnika w świat zaproponowany przez tego niezwykłego artystę: pisarza, malarza i czarownika.
Chociaż „Miłość w czasach zarazy” jest w gruncie rzeczy wielkim, klasycznym romansem opisanym w niezwykle ciepłych, mądrych słowach, to nie brak w niej znakomitych opisów, jak ten - miasta, a właściwie jego ubogiej dzielnicy…
Poniżej kunsztowny fragment.
(…)
„Słowa te prześladowały doktora Juvenala Urbino przez całą drogę powrotną do domu: „W tej umieralni nędzarzy”. Określenie nie było pozbawione podstaw. Miasto, jego miasto, pozostawało bowiem wciąż, niezmienione, na obrzeżach czasu: skwarne i wyschnięte miasto jego nocnych koszmarów i samotnych rozkoszy wieku dojrzewania, gdzie rdzewiały kwiaty i pleśniała sól, miasto, któremu przez ostatnie cztery wieki nie zdarzyło się nic, oprócz powolnego starzenia się pośród zwiędniętych drzew laurowych i zgniłych mokradeł. W zimie gwałtowne i niszczycielskie ulewy rozsadzały latryny zamieniając ulice w przyprawiające o mdłości bagniska. Latem niewidoczny pył, piekący jak rozżarzona kreda, przenikał do najbardziej strzeżonych zakamarków wyobraźni, gnany przez szaleńcze wiatry zrywające dachy i unoszące dzieci w powietrzu. W soboty biedota mulacka tłumnie opuszczała swoje chaty sklecone z tektury i blachy nad brzegiem trzęsawisk, taszcząc ze sobą cały zwierzęcy przychówek i bambetle kuchenne do gotowania i picia, by radosnym szturmem opanować kamieniste plaże kolonialnej dzielnicy. Jeszcze parę lat temu u najstarszych spośród nich można było dojrzeć królewskie piętno niewolników wypalone na piersi rozżarzonym żelazem.
W końcu tygodnia tańczyli do upadłego, zapijali się na śmierć alkoholami z domowych retort, kochali się w krzakach z kim popadło, a w niedzielę o północy rozgramiali swe własne tabuny w krwawych bijatykach wszystkich ze wszystkimi. Był to ten sam porywczy tłum, który przez resztę tygodnia zalewał place i uliczki starego miasta dźwigając swoje przenośne kramiki z wszystkim, co dawało się sprzedać i kupić, zarażając martwe miasto szaleństwem jarmarcznych tłumów pachnących smażoną rybą: tchnąć nowe życie.” (...)

[12.08.2016, Dobrzelin]

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 2.

II

Trzeba wyjść i popatrzeć na świat z perspektywy skopanego psa. Wychodzę więc w pełni dnia. Czternasta. Jasno jeszcze i śnieżnie. Dzień ten dzięki śniegowi zdaje się być jaśniejszy. Wiotkie, drobniutkie jak kasza manna płatki śniegu zasypują oczy, łaskoczą powieki, kiedy moja noga wstępuje na biały, szklisty chodnik przed frontowym wejściem do kamienicy. Sąsiadka z parteru macha do mnie dłońmi na powitanie. Że też zawsze rozpozna mnie po krokach. Słyszę niewyraźnie: "jak pan wróci, bierzemy się za odśnieżanie”. Potwierdzam skinieniem głowy. Wychodzę na miasto. Stąpam powoli po zaśnieżonej zmarzlinie chodnika, idąc w kierunku głównego placu miasta. Mijam przechodniów z torbami w rękach, polujących na mięso, wędliny i świąteczne podarunki. Już czuć święta. Witryny sklepowe, niewielkich rozmiarów w tej części miasta. W tej części miasta witryny sklepowe rozbłyskują ledowymi pulsarami, żarzą się choinkami upstrzonymi wielobarwnymi światełkami, skrzą się tandetą zabawek, pluszowymi bałwankami, aniołkami i nakrapianymi złotą farbą bombkami. Mają zadanie przyciągać klientów blichtrem pomady, pod którą zalega prostacki, nieociosany plastyk.  
Idąc powoli, dla bezpieczeństwa przed upadkiem na śliskim zimowym podłożu, zerkam w stronę tych witryn, obserwując wyszukany tłok wewnątrz pomieszczeń handlowych. Drzwi otwierają się i zamykają i przez moment czuję powiew ciepłego powietrza dobywającego się z wnętrza zabudowanych kramów. Na zabawkowe cuda nie spoglądam długo. Przechodzę dalej, omijając kafejki i sklepy z promocyjnymi cenami odkurzaczy i telewizorów. Zaglądam do cukierni, wchodzę po schodkach i otwieram drzwi, lecz nie dostaję się do środka. Patrzę jedynie na półki i szerokie łoża oszklonych chłodni i stwierdziwszy, że słodkości starczy dla mnie, kiedy będę szedł tędy w drodze powrotnej, schodzę powoli na chodnik i znów staje się jednym z przechodniów. Idąc w kierunku centrum, zbaczam wąską uliczką, biegnącą łagodnym zakosem w dół. Wkraczam na targowisko z ponad setką straganów, gdzie handel odbywa się pod zadaszeniem, choć i tutaj wiatr czyni spustoszenie, podwiewając wystawioną dla klientów ciepłą odzież i całe mnóstwo rozmaitości mniej lub bardziej związanych ze świętami. Prawdę mówiąc na targowisku można kupić wszystko i tego dnia interes kwitnie, i trwał będzie do piątej po południu. Przedzierając się przez tłum, spostrzegam znajome twarze wśród sprzedających, jak i tych, którzy za wszelką cenę postanowili z premedytacją własnoręcznie ograbić swoje portfele. Stanowczo za mało mamy czasu na zagajenie rozmowy, ot, wypowiadamy sakramentalne powitania i pożegnania, czasami bezsensownie pytając się „jak tam leci” lub wyrażając ubolewanie nad faktem, że nie widzieliśmy się tak długo. Szybkie życzenia zawsze zdrowych i wesołych świąt kończą rozmowę, po czym uśmiech na ustach znika, a oczy biegną już w stronę kolejnej postaci, jaka wyłania się zza wiszących kożuchów i kurtek, postaci, która przypomina nam kogoś. Słyszę słowne zachęty do kupna właśnie tych towarów i widzę cierpliwość handlowców, którzy godzą się na przymierzanie kolejnych par butów, koszul, kurtek i spodni przez wybrednych klientów. Tu i ówdzie ustawiają się kolejki do psiego i kociego żarcia; gdzie indziej zmarznięte dłonie kupujących przebierają wśród jabłek i cebuli. Powodzeniem cieszą się przymulone karpie i surowy morski śledź. W innym miejscu sprawdza się sprawność światełek na choinkę i harmonijny układ gałązek na żywym drzewku świerku. Gdzieś obok głównego szlaku handlu rozsiadają się dostarczyciele jemioły, siana i wymyślnych stroików. Ktoś przystaje popatrzeć tylko; inny po parominutowych targach odchodzi uszczęśliwiony z zakupem pod pachą.
Mnie interesowały śledzie i słodycze. Zaopatrzony, wyszedłem z targowiska, niosąc w jednej torbie starannie oddzielone od siebie zakupy i wkroczyłem na ulicę wiodącą bezpośrednio do głównego placu miasta.
Na tym placu, w feerii lampionów, jakimi udekorowano drzewa wokół placu i frontony budynków publicznych, trwały przygotowania do wigilii w mieście przeznaczonej dla najuboższych. Niebawem miała się rozpocząć msza, której intencją było podzielenie się opłatkiem z biednymi. Przed pomnikiem bojownika o niepodległość wystawiono kuchnię polową, serwującą biały barszcz z kiełbasianą wkładką, co miało ukoić ból i zaspokoić na tę chwilę głód potrzebujących. Modlitwa miała natomiast sprawić rychłą poprawę stanu ducha u tych, którzy najbardziej potrzebują poratowania swoich żołądków i ocieplenia mieszkań, którym za długi odłączono ogrzewanie. Powoli na placu gęstniał tłum. Pod zadaszoną sceną kręcili się już pierwsi oficjele i specjaliści od nagłośnienia. Czekano jeszcze na tych najważniejszych, na burmistrza, przewodniczącego rady i kapłana. Zamiast nich rozpętała się prawdziwa śnieżna zamieć, aż przymknięto kotły z zupą. Rychło wystartował telebim z kolędą „Bóg się rodzi”. Śpiewał chór dzieciaków z podstawówki. Potem jeszcze jedna kolęda, i jeszcze jedna, aż wreszcie przed proscenium ukazał się biały nissan, z którego wysiedli oczekiwani goście. Po kilku minutach gospodarz miasta przemówił. A mówił składnie, dziękując mieszkańcom za przybycie, za docenienie tego faktu, że wigilijna msza, która nastąpi za chwilę, poświęcona będzie biednym. Mówiący po burmistrzu kapłan poinformował, że dzisiejsza taca przeznaczona będzie na paczki dla najuboższych i ma nadzieję, że się zapełni, bo wprawdzie święta tuż, tuż, to jednak czas jeszcze na zakup najpotrzebniejszych darów serca na najbardziej potrzebujących. Tłum gęstniał. Poczułem się źle. Ktoś z tłumu mnie wyniósł. Zastrzyk. Kategoryczny brak pozwolenia na odwóz do szpitala. Wróciłem o własnych siłach, choć pod opieką. To nie do wiary, ale opiekunką moją była sąsiadka z parteru, która umawiała się ze mną na odśnieżanie.
Krząta się teraz przy mnie. Wzdycha. Bada puls i przez cały czas rozmawia ze mną, milczącym, wyciągniętym na łóżku, w szlafroku, którego nie lubię i nie wiem, jak to się stało, że znalazł się na mnie. Taki ze mnie chojrak, a tymczasem powinienem odpocząć – mówi. Ona zna moją sprawę, bo cała kamienica o tym gada. To pewnie z tamtego powodu i z przemęczenia zemdlałem. Żebym sobie wybił z głowy raz na zawsze sprzątanie klatki schodowej. A z tym odśnieżaniem to ona przeprasza. Ładnie by wyglądała, gdybym, na ten przykład, wyłożył się podczas robienia łopatą. Niech się nie martwię, bo ona jest już gotowa do świąt i może ze mną zostać tak długo, ile trzeba. Takie omdlenie w moim wieku to niepokojący sygnał, ona wie o tym doskonale. Teraz mam odpoczywać i żadnej kawy. Wie, że piję zbyt dużo kawy. Niech się nie pytam skąd wie. Ale ja nie zamierzałem nawet pytać, bo jej monolog, pomimo tego, że puszczany mimo uszu, uniemożliwia mi zabranie głosu. Puls mam dobry i na twarz powróciły mi „kolory”. Jest więc lepiej, ale ona zostanie tak długo, aż przyjdzie Nina. Skąd ona wie o Ninie? Pewnie musiałem coś powiedzieć. Jak umiejscowić pod względem medycznym tę nagłą utratę pamięci? - zastanawiam się. - Czy to nie dziwne, że niemal w tym samym czasie, w tym samym dniu stałem się przedmiotem opieki dwu kobiet?

-  Ale ładny nieporządek pan ma – słyszę wyraźnie jej głos, który nie jest wyrzutem, lecz raczej politowaniem.
Przez cały ten czas sprząta mieszkanie - kuchnię, pokój i sypialnię. Do gabinetu nawet nie zagląda, tak jakby brała pod uwagę to, że gabinet jest dla mnie miejscem bardziej intymnym niż sypialnia. Słyszę puszczaną wodę w kuchni i typowe dźwięki towarzyszące myciu naczyń. Szybko wraca do mnie. Lepiej? Jak się czuję. Ale mam mówić prawdę. Coraz lepiej się czuję, lecz walczę z sennością. Mówię jej o tym. Pytam o godzinę. Dopiero piąta. Szybko analizuję, że Nina nie pojawi się wcześniej, niż o ósmej. Do tego czasu, ho, ho, będę zdrów jak ryba. Oddycham spokojnie, z kocem podciągniętym pod samą szyję. Moja głowa spoczywająca na poduszce jest w najlepszej pozycji do odpoczynku, nie odczuwam bólu kręgów szyjnych i pewnie z tego powodu, zrelaksowany, być może będący jeszcze pod wpływem zastrzyku, łagodnie odchodzę w sen. Nie zdołałem jednak uchwycić tego momentu przejścia. Czuję jedynie, jak moje ciało staje się lekkie i bezwładne.

- Niestety wskutek koniecznych działań oszczędnościowych, urząd postanowił o zawieszeniu dotacji do prowadzonego przez pana projektu na czas nieokreślony. O ewentualnych zmianach decyzji, zostanie pan poinformowany.
Patrzyłem uważnie na te trzy sylwetki siedzące naprzeciwko mnie, na podwyższeniu, za biurkiem. Środkowa, należąca do kobiety, referująca decyzję rady, skupiona była wzrokiem na czytanym tekście. Tembr jej głosu nie zdradzał jakichkolwiek uczuć. Sąsiednie sylwetki, należące tym razem do mężczyzn nie wyrażały niczego innego poza zniecierpliwieniem. Kiedy kobieta skończyła czytać, głowy mężczyzn uniosły się, a ich wzrok z dawał się potwierdzać konieczną decyzję, jaka zapadła w mojej sprawie. Byłem przekonany, że tym wzrokiem starano się wybadać mój stosunek do przedstawionych mi na piśmie i odczytanych racji. Siedziałem w milczeniu, nie chcąc ustosunkować się do decyzji, jaką usłyszałem i na propozycję zabrania głosu odpowiedziałem kręcąc odmownie głową.
- W takim razie dziękujemy panu – przemówiła referująca – i zapewniamy, że o każdej zmianie stanu rzeczy zostanie pan pisemnie poinformowany.
Pożegnawszy tych trojga podając swoją ciepłą dłoń, wyszedłem z gabinetu.
- Wie pan doskonale, że nasze wydawnictwo działa korzystając z pomocy finansowej darczyńców z fundacji i naszych przemysłowych sponsorów. W obecnej sytuacji nie zdołaliśmy pozyskać dodatkowych środków na tę publikację, choć mieliśmy względem niej zaawansowane plany. Jest nam przykro z tego powodu, tym bardziej, że rekomendacje, jaki pan uzyskał, wróżyły sukces pana książce. W obecnej sytuacji, nie znajdując wystarczającego wsparcia ze strony naszych przyjaciół, zmuszeni jesteśmy wstrzymać pańską publikację, aż do chwili, kiedy uzyskamy środki, przynajmniej takie, które zabezpiecza koszty wydruku.

- Mariusz Mikuć – 42 głosy; Adam Karski – głosów 27; głosów nieważnych oddano 14.
Oklaski. Mikuć wstaje, obraca się na pięcie, kłania się tym z tyłu, zerka na mnie i przeciska się pomiędzy wstającymi a oparciami krzeseł w rzędzie poprzedzającym ten, w którym obaj zasiedliśmy.
- Tym samym, prezesem regionalnego stowarzyszenia kulturalnego został pan Mariusz Mikuć.
Oklaski potężnieją. Mikuć podchodzi do mnie. Wymieniamy uściski dłoni. Wypowiadam szeptem kilka słów do zwycięskiego rywala i trzymając go mocno, unoszę jego rękę. Potem wyciągam go na zewnątrz, doprowadzam do przejścia między rzędami. Dalej podąża sam, kierując się do mównicy, wchodzi za nią i wykonuje gest zmuszający stojących do zajęcia miejsca na kinowych fotelach. Siadam i ja, odtwarzając z pamięci zakończenie swojego wystąpienia.
„Przed nowym zarządem stowarzyszenia stoją teraz niezmiernie trudne zadania polegające na odwróceniu negatywnych tendencji, jakich wyrazem był znaczący spadek autorytetu twórców kultury. Padają głosy, że poprzedni zarząd niedostatecznie zabiegał u władz samorządowych o środki przeznaczane na kulturę. Młodzi artyści, muzycy i pisarze mieli ogromne trudności w dostępie ich prac do odbiorców. Przewodniczący stowarzyszenia, pan Mariusz Mikuć zapewnia, że strategią nowo wybranego zarządu będzie ściślejsze powiązanie twórczości młodych z mecenatem, za jaki uważa środowiska biznesowe w naszym województwie.” W dalszej części artykułu przedstawiono po krótce plan powiązania wyżej wymienionych środowisk. Po przeczytaniu artykułu w całości, odłożyłem gazetę, zostawiłem na stoliku banknot za podaną mi kawę i wyszedłem z kafejki.

- Proszę mnie zrozumieć. Byłabym przedłużyła z panem umowę, ale mam kłopoty z zapewnieniem pełnego etatu naszym nauczycielom.  Dlatego też z tą maturalną klasą nie może pan mieć w tym roku dodatkowych zajęć. Okropnie mi przykro z tego powodu, ale niewiele mogę panu pomóc.
- Proszę się nie martwić. To tylko trzy godziny zajęć i przecież, jak to już mówiłem, traktowałem je jako moje hobby, poważne wprawdzie, lecz jednak coś, czym uzupełniałem swoje zainteresowania, z korzyścią dla obu stron, mam nadzieję.
- O tak, będzie nam brakować pana doświadczenia.

- Ależ się pan rozgadał – poczułem jej dłoń na swoim czole – ma pan w zwyczaju mówić przez sen?
- Pierwsze słyszę – otworzyłem oczy i powoli zmieniłem pozycje na łóżku na siedzącą – nie podejrzewałem siebie o rozmowę przez sen. Cóż takiego mówiłem?
- Nie chciałbym pana urazić, ale skoro chce pan wiedzieć, to mówił pan niewyraźnie i do tego bez sensu. Ledwie co dziesiąte słowo zrozumiałam.
- Może to i lepiej, bo nie pamiętam snu.
- Jak się pan czuje?
- Świetnie. Pamiętam, że upadłem. Potem karetka i pani się mną zajęła, czy tak?
- Mniej więcej tak było – uśmiechnęła się do mnie – z jednego tylko muszę się panu zwierzyć…
- Proszę mówić śmiało. Jestem, bądź co bądź, pani dłużnikiem.
- Ech, niech pan nie żartuje. No dobrze, to już powiem. Kiedy zobaczyłam pana w oknie, idącego na miasto w tę zamieć, postanowiłam pójść za panem.
- Śledziła mnie pani?
- Można tak powiedzieć. Niech pan się nie pyta, dlaczego. Poszłam za panem i już, ale nie od razu pana znalazłam, bo chyba zboczył pan na targowisko. W końcu domyśliłam się, że znajdzie się pan na placu, tam gdzie odbywać się będzie to widowisko.
- Widowisko? – roześmiałem się.
- Mniejsza o słowa. Miałam szczęście, bo stałam akurat za panem, kiedy osunął się pan na ziemię, znaczy się na śnieg. Niestety, nie zdążyłam zapobiec upadkowi, lecz, na szczęście, nie uderzył pan głową o bruk. Pana głowa zatrzymała się na moich kolanach. Próbowałam pana ocucić, a ktoś ze stojących w pobliżu wezwał pogotowie. Nie czekaliśmy długo, bo karetka znajdowała się już na placu.
- No cóż – westchnąłem – dziękuję pani.
- Nie ma o czym mówić. Teraz proponowałabym, aby się pan umył i ubrał w coś, co nie jest szlafrokiem. Za pół godziny będzie pan miał gościa.
- Wie pani o tym?
- Kiedy chcieli zabrać pana do szpitala, zaprotestował pan, mówiąc, że oczekuje gościa, swoją studentkę Ninę, czy jak jej tam.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. Niestety nie przypominam sobie tego faktu.
- Jak snu – skojarzyła poprawnie.
- Jak snu.

[marzec 2013, Dobrzelin]

11 sierpnia 2016

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 1.

I.
Ustalmy jedno: jestem jednostką, która w żadnym przypadku nie może być stawiana jako wzór do naśladowania. Nic równie głupiego nie można by wymyśleć. Jedyne, co mi się nasuwa (rozsuń wreszcie te zasłony, niech trochę światła wpadnie), to porównanie, na jakie wpadłem tuż przed zaśnięciem pewnej nocy. Otóż czuję się jak zdewaluowany pieniądz, którego nie można już wymienić na taki z mniejszą liczbą zer na końcu.
Aha, przypomniałem sobie. Wczoraj wieczorem rozdeptałem z premedytacją swój telefon komórkowy. To żadne osiągnięcie, bo uczyniłem to w indywidualnym akcie niewidocznej dla nikogo desperacji. Gdybym postarał się o nagłośnienie tego haniebnego wydarzenia, z pewnością przybrałoby ono kształt symbolu z całą wielobarwną paletą jego wieloznaczności.
Rozsuwam zasłony. Polecenie rozsunięcia zasłon wydałem przecież samemu sobie, bo jestem sam i nieład jaki po sobie pozostawiam wyczołgując się z pościeli może trwać cały boży dzień i nawet nie próbuję tego zmienić, bo po co. Dobrze mi z tym bałaganem, a odrobina światła staje się luksusem, lecz z drugiej strony obnaża moją bezczynność i przejaskrawia nieporządek, jaki sobie zgotowałem.
Wdziewam na siebie stary szlafrok, w którym wyglądam zabawnie: taki długi, po kostki, granatowy jak zmrok, atłasowy w dotyku, lejący w formie, chłodny przy włożeniu na siebie, a jednak chroniący przed zewnętrznym zimnem.
Ryzykuję. Otwieram okno i cała ta miękka, galaretowata, poranna mgła wpełza do pokoju, uderza w nie do końca zakryty tors i czołgając się po dywanie chłodzi moje stopy i łydki. Łapią mnie dreszcze, ale wytrzymuję. Zaciągam się stojącym, rześkim powietrzem i automatycznie wzrasta pragnienie wypicia porannej kawy.
Jak to ona powiedziała? „Nadajesz się na czasy, które wyznaczają przemianę. Takie czasy jak po wojnie, po katastrofie, kiedy nadchodzi czas wielkiej przebudowy. W tych obecnych, gdy życie jest już uporządkowane, kiedy nikt nie żąda od ciebie poświęceń dla  s p r a w y, giniesz w tłumie.” Młoda, uparta, przeraźliwie inteligentna i przenikliwa wypowiada się jak doświadczona interpretatorka karcianych pasjansów. Nie wiem, czy dla mężczyzny takie rozszyfrowanie jego osobowości to powód do dobrego samopoczucia. Chciałoby się wymagać więcej tajemniczości, niedopowiedzeń, tymczasem ta uderza cię jak obuchem siekiery w głowę. Ale tak zastanówmy się poważnie, czy w moim wieku wypada jeszcze marzyć o życiu w czasach przełomu. Komu mógłbym być potrzebny?
Wczoraj z kolei sąsiadka z parteru aż wybiegła za mną na ulicę, nie mogąc się nadziwić, że po zamieceniu całego pionu od trzeciego piętra, zszedłem przed dom i zacząłem obmiatać chodnik przed frontowym wejściem.
- Co pan, na litość boską, robi? Od tego jest gospodarz domu.
- Do diabła z gospodarzem domu – odparłem poruszony – gdyby tak każdy z lokatorów choć raz w miesiącu … - przerwałem w pół słowa, bo znów odezwał się we mnie ten człowiek, który, przesiąknięty dydaktyzmem, zmierza prostą drogą do ratowania świata.
W gruncie rzeczy sąsiadka nie była mi nieprzychylna i jeszcze tego samego popołudnia umyła trzy okna na klatce schodowej, bo, jak powiedziała, „nie może ścierpieć tego brudu przylepionego do szyb, spoza których świata nie widać.”
Jest więc poranna kawa, pita przy uchylonym oknie, lecz, dla równowagi, ubrana w ciepły wełniany sweter, trzymana w dłoni, a całość postaci zagłębiona w miękkość fotela. Kilka łyków i już lepiej, i można sięgnąć po papierosa (to z kolei dla równowagi ze świeżym, wilgotnym powietrzem, dostającym się do środka pomieszczenia przez uchylone okno). Kilka zaciągnięć się dymem i błogość rozlewa się po całym ciele. Gdzieś w rogu pokoju, między oknem a biblioteczką, na podłodze, rozczłonkowane fragmenty telefonu komórkowego szpecą atmosferę wnętrza.
- Jest mi dobrze – mówię do siebie i puszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że takie chwile towarzyszyć mi będą już do końca.
I nagle ten błogostan brutalnie przerywa dzwonek telefonu. (uświadomiłem sobie, że do zniszczenia pozostał jeszcze ten stacjonarny). Muszę więc przejść do przedpokoju, podnieść słuchawkę i wrócić na fotel (telefon stacjonarny jest przenośny i w gruncie rzeczy tak bardzo podobny do komórki). Ileż to trwa. A ten dzwoni i dzwoni. Tracę rachubę czasu. W chwili gdy naciskam właściwy klawisz, ręce zaczynają mi drżeć. Opadam w fotel. Przykra konieczność.
- Nareszcie… dlaczego się nie odzywasz? – słyszę i pozwalam na dalszy ciąg. W rozmowie z nią zwykle bywam słuchaczem, a ona potrafi to doskonale wykorzystać. Swoją drogą zastanawiam się, skąd ona bierze pieniądze na rozmowy. – Wiesz, że miałam bardzo przykre myśli? Martwiłam się o ciebie. Po tym, co cię spotkało, to chyba zrozumiałe, nie sądzisz? Tylko proszę cię, nie oponuj, szczerze mówię, że jest to sytuacja przygnębiająca. Zaprosiłabym cię do siebie, a właściwie do leśniczówki mojego stryja. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie mógłbyś lepiej wypocząć.
Przecież nie odezwałem się ani słowem i na dobrą sprawę powinna się zastanowić do kogo kieruje te słowa. Czyżby czuła mój oddech?
- A powiesz mi, jak się czujesz?
- Było mi zimno, gdy wstałem, ale teraz, po wypiciu paru łyków kawy, czuję się znacznie lepiej.
- Właściwie chodziło mi bardziej o to, jak sobie dajesz radę po  tym  wszystkim.
- Śpię dłużej, co tylko poprawia moje samopoczucie.
- Zbywasz mnie, jak zwykle.
- Nie mam chęci o tym rozmawiać, jeszcze nie teraz – odpieram zarzut, utrzymując pozycję jeśli nie napastnika, to kogoś, kto tylko czeka na ostrzał z drugiej strony, aby później móc dać odpór atakowi.
- Wiem, że to jeszcze za wcześnie na analizę wydarzeń (co za akademicki, pompatyczny ton), lecz zlituj się nade mną i pozwól mi przynajmniej interesować się twoimi sprawami.
- Chciałaś powiedzieć: współczuć.
- Czy to coś złego?
- Nie jestem przygotowany na współczucie.
- Czy także na skorzystanie z propozycji wyjazdu do leśniczówki?
- Akurat nad tym mógłbym się zastanowić.
- Okres świąteczny byłby znakomitą okazją, aby wypocząć i porozmawiać.
- Rozumiem, że wybierasz się do stryja na święta.
- Masz coś przeciwko temu?
- Skądże. Mówiłaś, że często spędzałaś tam święta. Skojarzyłem.
- Mogłabym ci obiecać, że nie będę cię zanudzać rozmowami. Miałbyś innych, ciekawszych ode mnie, świeżych rozmówców.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, abyś mogła zrezygnować z rozmów ze mną.
- Nie z rozmów, a z zanudzania rozmowami. To dwie różne sprawy.
- Już lepiej.
- Musisz być taki?
- Jaki?
- Musisz udawać? Przecież wiem, że myślisz inaczej i nierozsądnym byłoby zamykanie się przed światem.
- Wczoraj rozbiłem telefon komórkowy.
- Co ty mówisz? Jaki telefon?
- Mój telefon. Rzuciłem go o ścianę i rozdeptałem. Nie wyobrażasz sobie ile numerów i połączeń pozbawiłem życia, a jak wiesz, nie mam pamięci do numerów.
- Jeśli już chciałeś się odizolować, wystarczyło wyjąć baterię…co ci zawinił telefon?
- Czasami trzeba podejmować radykalne środki.
- Możliwe. Ale wracając do tematu, w leśniczówce miałbyś swój własny pokój, na poddaszu, z widokiem na las, na brzozowy zagajnik. Masz pojęcie, jak drzewa uspokajają?
- Coś wiem o tym. Kusisz mnie. Jestem ciekaw, czy ta propozycja to kwestia przypadku, czy też dowiedziałaś się od kogoś o tej mojej słabości.
- Wyczytałam to z twoich tekstów.
- Prawda, byłaś najlepszą na roku eseistką i interpretatorką prozy Faulknera i Fitzgeralda.
- Staram się czytać uważnie. No dobrze, pogadamy o tym wieczorem. Wpadnę do ciebie. Nie wstawiłeś jeszcze krat do drzwi.
- Zastanawiam się nad tym. Jeszcze tym razem pewnie zdążysz wejść bez przeszkód.
- I bez przeszkód chciałabym wyjść.
- Masz to jak w banku.
- Roztkliwia mnie twoja szczerość. Bywaj więc i czekaj niespokojnie.
- Czekam.
Odłożyłem słuchawkę i dopiero po tym fakcie uświadomiłem sobie, że zapomniałem powiedzieć jej, aby spodziewała się zastać u mnie nieporządek, z którym z pewnością sobie nie poradzę, więcej, nie zamierzam sobie poradzić.
Czeka mnie jeszcze jedna kawa i jakaś słodka, przyschnięta bułka z serem, wydobyta z chlebaka. Tym razem zamykam okno i odnajduję za nim znamienną zmianę aury. Mgła ustaje, a jej miejsce zajmuje pierwszy tej zimy śnieg, a właściwie pierwsze śnieżynki wirujące w powietrzu bezładnie, szukające jakby miejsca, gdzie mogłyby spocząć i nie być zwiewane przez lada mocniejszy podmuch wiatru. W trakcie parzenia kawy przykrywam legowisko i przenoszę się do gabinetu. Gabinet mieści w sobie kozetkę, ławę, fotel i biurko, a otoczony jest półkami wypełnionymi książkami z „przerwami” na otwór okienny i drzwiowy. Na kozetce zwykłem przyjmować gości i nie jest to kozetka do wykonywania ćwiczeń z psychoanalizy (być może stanie się nią dzisiejszego wieczora – pomyślałem). Siedzi się na niej w pewnym od siebie oddaleniu, dla zachowania obopólnego bezpieczeństwa – mówimy o spotkaniu dwojga ludzi, nie więcej; obok równolegle ustawiona ława, wystarczająco niewygodna do spożywania posiłków, z wyjątkiem picia kawy lub napojów z zawartością alkoholu; rozmawia się tam, czasami pali papierosy, ale rzadko. Przy biurku się siada, ilekroć chce się coś napisać albo przeczytać. Fotel to najwygodniejszy mebel w całym mieszkaniu. Niejednokrotnie bywa on zastępczym łóżkiem, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się sił przejść do sypialni lub, zdarzyło się to parę razy, gdy wypadało użyczyć własnego łoża, samemu korzystając z fotela zwróconego frontem do kozetki, aby pokusić się o przespanie nocy. O półkach z książkami można napisać tyle, że przytłaczają i pomniejszają powierzchnię pomieszczenia, wymuszając przytulność i wyciszając je, jakby służyło do dokonywania nagrań. O książkach na półkach można z kolei powiedzieć tyle, że na tle ogólnego bezładu i nieporządku pozostają w wojskowym, zwartym szyku, chociaż wielokroć zmieniałem ten szyk, wymieniając poszczególne jego elementy, jakbym wciąż szukał właściwej reprezentacji do przemarszu na defiladzie.
Wszedłem więc do gabinetu ze słodką bułka w ręce i konsumując wysuszoną konsystencję nieświeżego produktu podążałem wzrokiem za pyszniącymi się złotymi i posrebrzanymi napisami grzbietami wolumenów, aby pod wpływem impulsu pochwycić wolną ręką księgę, przejść z nią do biurka i zagłębić w nią wzrok, tak jak zagłębiałem swoje kły w czerstwą bułkę.
Ech, pożarłbym te księgi; pożerałem je dawniej, zaspokajając głód i teraz mam na nie ochotę, zwłaszcza teraz, kiedy tylko one mi zostały.
Zasiadłem więc przy biurku. Jem i czytam, czytam i piję kawę, piję kawę i zerkam w niewielkie okno, za którym prawdziwa już zamieć. Niewiele mi zostało poza książkami. W nich są moi przyjaciele – roztkliwiam się nad sobą – to efekt rozmowy z Niną. Im bardziej moja z nią rozmowa staje się oschła, cyniczna nawet, tym bardziej opadam z sił, wracając do swoich przyjaciół, z którymi taki jest problem, że nie ożywają do końca; jedynie wypełniają wyobraźnię. Różnica pomiędzy mną a Niną jest taka, że ona, choć niebezpiecznie młodsza ode mnie, mieni się (jest nią w istocie) znakomicie zapowiadającym naukowcem, krytykiem literackim i recenzentem, podczas gdy ja, choć w literackiej branży tkwię po uszy od wielu lat, ja nie potrafię się wypowiadać na temat klasyki literackiej i obecnej „konkurencji” inaczej, niźli tylko emocjonalnie. Dlatego też wypowiadam się o książkach personifikując ich byt, już sam w sobie doskonały, rozmawiam z nimi, czasami się kłócę, a czasem wręcz odrzucam precz, każąc im cierpieć w kącie katusze obojętności.
Czytam więc i niepostrzeżenie na biurku znajduje się flaszeczka szkockiej mieszanki whisky, z której toczę miodowo-ziołowy w wyglądzie płyn do pękatej szklaneczki, a z niej bezpośrednio płuczę nim gardło. To prawda, że nieodpowiednia to pora na whisky, ale piję ją przecież z jednym z przyjaciół z półki, którym popsułem szyk wojska gotującego się do defilady. Ta szklaneczka, co parę akapitów opróżniana, przynosi mi ulgę, lecz tylko do pewnego momentu, do chwili, kiedy przypomniałem sobie o ojcu Jacku.
To z całą pewnością nie było dziełem przypadku, że akurat w chwili opróżniania szklaneczki pomyślałem o ojcu Jacku, przypominając sobie, że umawialiśmy się na spotkanie przy okazji wizyty w miasteczku, jaką złożył i czas jakiś jeszcze pozostanie, niemal do świąt. Adwentowe sprawy go rzuciły w te strony i miał się udzielać w konfesjonale, jak i też przygotować bożonarodzeniową szopkę, przynajmniej w fazie luźnego projektu. Cóż, brat Jacek jest franciszkaninem, a to zobowiązuje. Nigdym nie przypuszczał, że sama myśl o nim sprokuruje pukanie do drzwi i, a po ich otwarciu, stanę oko w oko z zakonnikiem, jego rubaszną posturą, hemingwayowskim zarostem i uśmiechem tak szerokim, że w ościeżach się nie mieścił.
- Szczęść Boże!  - wykrzykuje na powitanie i zamaszystym krokiem przestępuje próg mojego nieuprzątniętego domostwa – przyjmiesz mnie? – pyta zuchwale, wiedząc, że nie ma takich sił, aby go wyrzucić. Robimy niedźwiedzia, bo znamy się od lat, jeszcze wtedy, gdy strój zakonny mógł być dla niego zamgloną wizją, a dzisiaj ten habit powleczony jest tumanem śnieżynek, które otrzepuję zeń w trakcie powitania. Nawet nie wiem, jakimi słowy go powitałem, lecz zaciągam go do gabinetu, a jakże, na to miejsce naczelne na kozetce. Zaraz też robię kawę, dla niego delikatną, z mleczkiem. On tymczasem, jak to ma w zwyczaju, rozgląda się po pokoju, coś tam mówi do mnie, czego nie słyszę i koniecznie zagląda mi do papierzysk na biurku pozostawionych w bezładzie. On, jako jeden z bardzo niewielu, ma do tego prawo. Czas mija, mija, powracam z tacą; na tacy i kawa dla nas dwóch i wypełnione w dwóch trzecich kieliszki koniaku.
- Co piszesz? – pyta.
Siadamy obok siebie, lecz w pewnej odległości potrzebnej na swobodne korzystanie z ławy.
- Załamało mi się pisanie – odpowiadam szczerze – muszę znów iść na miasto, aby pobudzić apetyt na kolejne słowa.
- Jak zwykle Bóg będzie z tobą, więc martwić się nie musisz. Bóg widzi, jak cię urządzili.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? Nie znoszę litości.
- Ja nie litość przynoszę, lecz otuchę.
- A ja pokrzepiam cię koniakiem, więc wypijmy – roześmiałem się – tylko bez toastów, proszę.
- Niech tak będzie. Wiedz, przyjacielu, że tylko dzięki tobie nie stałem się abstynentem.
Wypiliśmy więc.
- A cóż tam u ciebie, Jacku?
- Zaprosili mnie parafianie, a może to ja się wprosiłem na przedświąteczne rekolekcje, więc jestem i teraz przyszedłem do ciebie. A ty nic mi nie napisałeś. Musieli mi donieść obcy ludzie. Ładnie to tak?
- Zbierałem się, zbierałem i … wiesz jak to jest ze mną. Nie na telefon to rozmowa, a gdybyś częściej korzystał z elektronicznej poczty, pewnie napisałbym parę słów więcej. Ale chyba nie jest na to czas. Jeszcze nie chcę. Chce teraz nacieszyć się tobą.
Nie wiem, skąd taka spontaniczność we mnie się odezwała. Pewnie whisky zmieszane z koniakiem, kawy, telefon od Niny. Wszystko to powracało mnie do życia zbyt szybko, aż się tego bałem. A z bratem Jackiem, który dla mnie tylko Jackiem pozostawał, rozmawialiśmy ekumenicznie i po świecku, ciągnąc dysputy na tematy publicznie dostępne i te konfesyjne, zamknięte przed innymi, a czasami przed samymi sobą (a dotyczyło to nas obu).
Dzisiejsza wizyta, z konieczności skrócona do minimum słów, w dodatku prędkich, pozostawiła nas niezaspokojonych rozmową. Brat Jacek zrezygnował z dotarcia do szczegółów „mojej sprawy”, pozwalając mi dojrzeć do opowieści; ja z kolei zarzuciłem dociekania powodów i planów rocznego wyjazdu zakonnika do Afryki, do którego był już niemal spakowany i z pewnym roztargnieniem oczekiwał stycznia. Na koniec dostałem zaproszenie na dzień poprzedzający Wigilię na plebanię. Dzień ten proboszcz wyznaczył z tego powodu, że po przedwigilijnej nocy ojciec Jacek powracał do klasztoru, aby spędzić tam święta, ostatnie święta przed wyjazdem.
Pożegnaliśmy się niespełnieni, bez przesadnej satysfakcji, choć z nadzieją na skonsumowanie kolejnego spotkania w milszej atmosferze.

[19.03.2013, Dobrzelin]

09 sierpnia 2016

KIBICKA

Kiedyś byłem fanem Górnika Zabrze. Dawno to było. Krótkie porcięta w ręku trzymałem. Szołtysik, Oślizło, Lubański, Deja, Szaryński, Kostka, Gomola i inni. Się oglądało mecze. A były to czasy, kiedy w telewizji pokazywano (wprawdzie na czarno i biało) piłkarską ekstraklasę i pucharowe mecze, i nie trzeba było kupować specjalnego dekodera, aby na piłkę sobie popatrzeć. Nie trzeba było kupować kolejnego dekodera od innej komercyjnej stacji, bo tamta pierwsza akurat zrezygnowała z pokazywania piłkarskich meczy, albo też przegrała przetarg i pokazywać ich już nie mogła.
Pewnego dnia pojechałem z rodzicami na przykrą ceremonię pożegnania jednego z wujków, którego przedtem raz jeden w życiu widziałem. Miał swoje lata. Umarł we śnie. Tak najlepiej. W takim przypadku telegram, potem stosowny ubiór, kwiaty, podróż pociągiem. Leżał czas jakiś w domu, w otwartej trumnie. Żegnano go przed zamknięciem wieka. Wydawał się jakiś taki malutki, niepozorny i nie miał w ustach fajki, nie wzniecał przez nią aromatycznego dymu, którego zapach zapamiętałem doskonale, choć tylko raz w życiu widziałem wujka, jak pali.
Do pogrzebu były jeszcze z cztery godziny, a w telewizji zaczynał się mecz Górnika. Bardzo chciałem go obejrzeć.
I wtedy matka, a może ojciec, a może oboje wytłumaczyli mi, że to nie wypada patrzeć na sportowe widowisko, kiedy do domu zakradła się śmierć. Może do końca nie byłem co do tej argumentacji przekonany, ale w końcu zrozumiałem i telewizor pozostał niewłączony, a Górnik beze mnie i tak wygrał.

Minęły lata.
Do jednej Pani zakradła się śmierć. Nie do niej bezpośrednio. Do jej syna. Parę lat przed trzydziestką, więc młody. Żal. Był chory. Narzekał na ból głowy. Pani wyjechała nad morze. Syn został w domu. Traf chciał, że drugi jej syn przyjechał i zajrzał do mieszkania. Tamten leżał nieruchomo. Udar. Pani była już niedaleko Ustki. Co za pech! Tak blisko. Musiała wracać. Syna zabrano do szpitala. Stan krytyczny. Następnego dnia umarł. Zdarza się.

Córka Pani ma konto na fejsbuku. Jest kibicką. Jest studentką. Pedagogiki. Na fejsbuku robi sobie focie ze sportowcami. 
Ktoś mi powiedział: - Zobacz, jak się przejęła!
Patrzę. Aha, są focie. W dniu śmierci brata i później. Wstawiła też własną buzię. Uśmiechniętą. I zrzut z telewizyjnego ekranu przedstawiający fragment meczu siatkarzy. I inny screen, w którym realizator programu pomylił nazwisko jednego z siatkarzy.
 - Żyłam cały czas w błędzie hehehe - pisze w reakcji na tę pomyłkę. - No i mamy nową twarz w reprezentacji. Ciekawe na jakiej pozycji gra…  - dodaje i… siup… uśmieszki, serduszka i takie tam inne.
A co mamy tu niżej? Ooo!!! Pokemony. I jeszcze filmik od pana You Tube z Błaszczykowskim. Jak miło.

Po cholerę ja to piszę? Czyżbym spodziewał się jakiejś czarnej wstążeczki na stronie studentki pedagogiki. Pamiętam, że niektórzy fejsbukowicze w reakcji na zamachy terrorystyczne we Francji wtapiali w tło swojego profilowego zdjęcia trójkolorową flagę….

Nie, nie spodziewałem się tego, bo znam jak zły szeląg tę Panią (a jabłko wcale tak daleko nie pada od jabłoni) i mógłbym sporo o niej powiedzieć. Ale nie chcę. 
Jedyne czego chcę, to tego, aby ta studentka zmieniła kierunek studiów. Czy mam tłumaczyć, dlaczego?

[09.08.2016, Dobrzelin]

08 sierpnia 2016

NIEPOKÓJ

A nad Tatrami niebo czyste, gwiaździste. Z Kasprowego najjaśniejsze światło błyska. Jedynie sierp księżyca, srebrny, a potem rumiany jaśniał wyraziściej, ale zmęczony nocną podróżą schował się za Gubałówki zalesionym grzbietem i zasnął. Gwiazdy, a pośród nich mrugające punkciki samolotów. O, tak, one wznoszą się wysoko ponad górskie szczyty. Sam płynąłem niedawno ponad Alpami, wyżej chmur, a widok stamtąd niezwykły. Ta przestrzeń poniżej, biała, tajemnicza, wyglądała jak arktyczny lodowiec, bez życia, tylko lód, tysiące stalagmitów, a bezchmurne połacie nieba to ogromne, błękitne jeziora. Tak było.
Nad Zakopanem mglista poświata - rykoszet elektryczności, a w stronę Słowacji ciemna ściana i gór, i nieboskłonu. Zimno i rześko. Nie słychać już owczych dzwoneczków, nie widać nietoperzy, a i ten orzeł, co szybował wysoko nad świerkami na Cyrhli przed południem, śpi snem sprawiedliwym.
Niepokój.
Niepokój pojawia się zawsze, gdy próbuję wypocząć. Czy mi się udało? Czy uciekłem od codzienności nie tylko ciałem? 
Tych kilka nocy w górach zawdzięczam temu, że autko we Francji pozostawione, jeszcze nie naprawione i gdyby nie ta okoliczność….
Lada dzień przyjdzie wiadomość.
Nigdy nie lubiłem wakacji, urlopów, niedziel, świąt… z prostego powodu - nie mogłem znieść tego, że ten pozorny wypoczynek ma swój nieubłagalny kres, więc lepiej zaufać codzienności, przywyknąć do tego, że każdy dzień podobny jest do drugiego, jeżeli nie jednaki.
I jeszcze jedna myśl przychodzi mi do głowy: olimpiada. Można wierzyć lub nie, ale dawnymi czasy odmierzałem czas nie tylko godzinami, dniami, tygodniami, miesiącami i porami roku, ale też olimpiadami. Tak, czekałem na to największe sportowe święto, a potem na kolejne, i tak dalej.
Nic już z tego nie zostało. Olimpiada dzieje się obok mnie, tak jak każde sportowe wydarzenie, jak każdy opolski czy sopocki festiwal, jak każda premiera teatralna, jak każdy film. Zostały książki.
Przykro to mówić, ale opowiadań Zadury jeszcze nie przeczytałem, choć objętościowo niewielkie. Dobrałem sobie „Miłość w czasach zarazy” Marqueza, a tu masz, nawet nie skończyłem Zadury.
Nie dotrzymałem słowa. Coraz częściej nie dotrzymuję. A powinienem, bo czasu wcale tak wiele nie zostało… i do tego ten niepokój. Każdego dnia niepokój.
Sen rozumiany nie jako projekcja nierzeczywistych obrazów, lecz jako przykryty kołdrą brak aktywności czasami ten niepokój wygładza, ale przecież sen nie jest w stanie wyłączyć myślenia, a ja nie posiadłem umiejętności nastawiania myślenia w pozycji „off”. Przydałoby się, albo, powiedzmy za Vonnegutem: „zdarza się”.
W jaki inny sposób wygładzić niepokój? Nie wiem. 
Już poniedziałek - dzień pakowania walizek.
Ciekaw jestem, czy przed południem pojawi się orzeł.

[08.08.2016, Murzasichle]

07 sierpnia 2016

MURZASICHLE

Sobota w deszczu, mżawce i mgle i w związku z tym gros czasu w okolicy nowej kwatery, "U Trebuni", skąd w dżżystą przedniedzielę widok na Tatry wielce ograniczony, natomiast gdy mgła opadnie:
1) Dumny Giewont prezentuje się okazale, mimo że nie od strony Zakopanego.

2) Kierunek wschodni - widoczek na Małe Ciche. Zaiste piękne świerczki, a pomiędzy pasami lasu niezbyt trudna trasa zjazdowa

3) Murzasichle jest spora wioską położoną głównie wzdłuż szosy prowadzącej z Poronina do Zakopanego przez Cyrhlę lub na Łysą Polanę i dalej na Słowację. ta droga prowadzi "na skróty" do Poronina.


4) Pokoje gościnne "U Trebuni" to drugi nasz nocleg.


5) "U Trebuni" od południa.


6) Drewniany kościółek w Murzasichle - perełka tatrzańskiej architektury sakralnej.

7) I jeszcze widoczek z balkonu na lasek, polanę, zachodnie Tatry i oczywiście pasące się krówki.


[07.08.2016, Murzasichle]

CZAS NA TRUPY

I przyjdą panowie z łopatami, i będą odkopywać. Wykopią i pozbierają kosteczki do worka. A dalej - na śmietnik, albo za bramę.
Z tymi nowszymi zwłokami będzie trudniej - jeszcze się należycie nie rozłożyły i cuchną. Trzeba będzie zachować ostrożność, bo jad trupi… niezwykłe ma właściwości.
Na każdy szkielet lub jego pozostałość będzie papier. Taki młody, gniewny postawi pieczęć i będziemy wiedzieć, że ten a ten nie powinien w tym a tym miejscu leżeć.
A wszystko dlatego, że po żywych, po pomnikach, po nazwach niesłusznych, przyjdzie kolej na martwych. Taki jeden z drugim wystawi świadectwo, że niektórym nie należy się wieczne odpoczywanie.
Jasne, że najpierw zaczną od tych, którym najbardziej się nie należy leżeć tu, gdzie leżą. Potem przyjdzie kolej na innych. Cmentarze zaroją się od poszukiwaczy kości.
A wiesz, że może to być twój dziadek, ba, nawet ojciec? A jeśli mieli styczność z tymi, co pierwsi poszli do czarnego, plastykowego worka?
Kiedy już przerzucą przez płot wszystkich niesłusznie w tym cmentarnym miejscu pochowanych, ten młody z innym, niewiele od tamtego starszym przedstawią listę swoich do pochowania w razie śmierci. Tam będzie jasno napisane, kto spocznie przy alei głównej, przy kaplicy, kto dwie dróżki dalej, a kto pod płotem, bo nie jest prawdziwym patriotą.
Nie daj, Panie Boże, zmiany politycznej warty, bo jeszcze się okaże, że ten co pierwszym był, będzie ostatnim.
A co na to Antygona? Sprzeciwi się i przygarnie wyrzuconego za mur cmentarny trupa?
Antygony nie ma.
Są jedynie dobrzy i jedynie źli. A kto jest kim, powie o tym pewien człowiek; inny przystawi pieczęć, a lud, któremu od nienawiści w głowach się pomieszało, przyklaśnie.
Bo taka jest Polska właśnie.

[07.08.2016, Murzasichle]

06 sierpnia 2016

PO GÓRALSKU

Zaznaczam, że "po góralsku' w fotografii nie oznacza li tylko widoczków, choć i one się znajdą.
Ważny jest punkt widzenia, a ten...

1) ...powiada, że zaparkowałem przed pensjonatem "U Marysi", w Murzasichle, wtapiając się niemal doskonale w biel "przybudówki".

2) W Zakopanem na Krupówkach obecność koników obowiązkowa. najważniejsze, że pojone i karmione.

3) Czy kto poznaje tę "mazowiecko-równinną" góralkę. Najśmieszniejszy komentarz... "patrz, synuś, to prawdziwa góralka!".

4) Przyznam szczerze, że te stroje także mnie się podobają.

5) Kto był w Zakopanem, nie mógł nie zauważyć tego kościoła, schodząc Krupówkami w stronę Gubałówki.

6) A mnie podoba się również to, z racji, że sam nie potrafię.

7) Nikt się nie bał tego grasującego niedźwiedzia polarnego.

8) Te trzy pomarańczki zachęcają do spływu Dunajcem... a w tym potopu zimna woda...

9) Zakopane bez widoczku na Giewont, mogłoby być Krynicą albo Kołobrzegiem.

10) Bazar pod Gubałówką, gdzie cała ludzkość się gromadzi - fajne kapcie i oscypki.

11) W Murzasichle z kolei ten słowacki "Hawrań" przepięknie wyróżniał się swoją masywnością i niejekim oddaleniem od pozostałych tatrzańskich szczytów.

12) W tejże karczmie, "U Studniara" w Murzasichle, zjeść można zdrowo i porządnie... a jak smakują pierogi z bryndzą....!

13. A na zakończenie, jako że za poezją przepadam, taki oto poemat.

[06.08.2016, Murzasichle]

TYM RAZEM FOTOGRAFICZNIE

Fotograficznie i po krakowsku. Szybkim krokiem po starym mieście. Nawet nie pod kątem zabytków, bo te przeważnie dobrze poznane; raczej pod wezwaniem atmosfery panujacej w mieście.
1) Takoż przedstawiają się Sukiennice, z flagami. Od tej strony wydaje się, że turystów niewiele, co prawdą nie jest.



2) Takie oto urodne koniki po największym w Europie rynku hasają.



3) Nie mogłem nie być po floriańskim murem, gdzie pokazaują ucieszne obrazki.


4) Na Floriańską ulicę lubię patrzeć spode bramy


5) A z tego miejsca porobiony widoczek Mariackiego Kościoła spodobał mi się najbardziej, aczkolwiek nie wiem czemu.




6) Córka przed kościołem św. Pawła na dowód, że było gorąco.



7) Z Kanoniczej na Wawel widok zacny, aczkoklwiek znaki drogowe uwspółcześniają to miejsce. Poniżej lud boży.


8) No i w końcu dziedziniec zamkowy.


Tyleż na ten moment.

[06.08.2016 Murzasichle]