Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

28 listopada 2014

Mżawka [szkic - fragment]

Zasnuta mżawką szosa. W światłach przeciwmgielnych kropelki cieknącego bezwładnie deszczu wzbudzają refleksy tęczy. Jechał wolno, trzymając się pasa wyznaczającego krawędź pobocza. Muzyka ściszona i tylko wycieraczki poruszają się w takcie na trzy czwarte. Spokojna marszruta i nagle dwie ciemne sylwetki ta tym właśnie pasie. Nacisnął hamulec. Pulsujące, rytmiczne hamowanie. 
Dobrze, że włączyłem przeciwmgielne, pomyślał.
- Cholera by go – wrzasnął.
Przystanął. Nacisnął klawisz awaryjnych.
Opatulona postać nacisnęła klamkę. Do wnętrza auta dostał się chłód.
- Zabierze nas pan?
Strąciła z głowy kaptur. Kobieta. Przesunął głowę w jej stronę.
Z dzieckiem, pomyślał, z dzieckiem i walizką.
- Wsiadać, szybko – rozkazał.
Ciężarówka przemknęła w pędzie obok nich rozrzucając zwielokrotniony słup srebrzysto-niebieskiego światła. Dziecko z walizką zapakowało się na tylne siedzenie auta; kobieta usiadła obok niego.
- Stanę na parkingu przy stacji benzynowej. Tam jest więcej światła – powiedział.
W wewnętrznym, wstecznym lusterku rozpoznał w dziecku dziewczynkę. Kobieta milczała. Dojeżdżał już na parking. 
- W bagażniku mam koc. Kiedy przystanę, niech pani zdejmie jej kurtkę i przykryję kocem. Jeszcze się nam przeziębi – powiedział delikatnie hamując i przystając pod jedną z lamp.
Wyszedł z samochodu, otworzył bagażnik, wyjął koc i poduszkę, o której nie wiedział, że tam była. Powrócił do auta.
- Pani też niech zmieni kurtkę na moją. Włączę nawiew. Szybko będzie ciepło. Proszę mi dać walizkę. Włożę ja do bagażnika.
Usłuchała. Usadowiła dziewczynkę na tylnym siedzeniu w pozycji półleżącej, otuliła kocem, podłożyła poduszkę pod głowę i w jakiś sposób zapięła pasy wokół jej ciała.
Po ulokowaniu walizki z tyłu, zapalił papierosa. Palił go na zewnątrz w miejscu, gdzie sięgało jeszcze zadaszenie nad dystrybutorami. Potem wszedł do środka i uruchomił silnik.
- Dokąd was podwieźć? – zapytał.
- A daleko pan jedzie? – odpowiedziała pytaniem.
- Została mi godzinka drogi, no może trochę więcej, bo pada.
- To tak do końca, jeśli można. Potem nas pan wysadzi. Ewa się prześpi. Podróż ją usypia.
Ruszył. Postanowił jechać wolniej niż dotąd.
- Paskudny dzień i pani chyba też nie wesoło – przemówił, gdy przejechali ponad kilometr – zdaje się, że nie ma pani gdzie jechać, co? 
Powiedział tak, choć podejrzewał, że to pytanie wprawi kobietę w zakłopotanie.  Milczała
- Może nie powinno mnie to interesować, ale kobieta z dzieckiem, z ciężką walizką w ręce, w taką pogodę, późnym wieczorem – to wszystko nie brzmi dobrze i źle się zapowiada.
Kobieta milczała a on ciągnął dalej:
- Nie, nie, nie musi się pani z niczego tłumaczyć. Czasami życie daje nieźle w kość. Dzisiaj pani, jutro mnie. Dzieciaka szkoda.
 Puścił nawiew na nogi.
- Najważniejsze, żeby nogom było ciepło, prawda? Wszystko zaczyna się od nóg.
Rozłożył się wygodnie w fotelu, prostując kręgosłup. Już dawno nie jechał tak wolno. Patrząc w lusterko widział śpiącą już na lewym boku dziewczynkę. Pomyślał, że musi jechać powoli, aby dziecko, pomimo zapiętych pasów, nie zsunęło się na podłogę podczas gwałtowniejszego hamowania.
Mijał czas. Wycieraczka szlifowała gładką taflę szyby.
- Dziękuję panu – wyszeptała kobieta, przerywając monotonny odgłos pracy silnika.
Spojrzał w jej stronę. Delikatna. Ścisnął jej chłodną wciąż lewą dłoń.
- A wie pani, że zamierzałem na panią nakrzyczeć za to wtargnięcie na jezdnię? 
Spuściła wzrok. Nie musiała nic więcej mówić.
- Ale… zaraz mi przeszło, gdy zobaczyłem tę walizkę i … małą.
- Ma na imię Ewa – zawahała się – a tak, już mówiłam.
- Przenocujecie u mnie. Potem się zobaczy – powiedział automatycznie, szukając w podświadomości przyczyn takiej akurat słownej reakcji.
- Ależ…
Tym razem (czy tylko tym razem?) słowa wyprzedziły przemyślenia.
- Spokojnie. W moim domu jest wygodniej niż w aucie.
- Taki kłopot… nie wiem czy?...
- No przecież w taka pogodę, to i psa bym nie wygonił na dwór.
- Nas nikt nie wygnał…
- Tym bardziej i ja nie wygnam. Adam jestem – przedstawił się – chyba od tego należało zacząć.
- Katarzyna.
- Widzi pani, Katarzyno. Już lepiej, tak po imieniu, ale będę mówił „pani Katarzyno”, dobrze. Tak lubię. Więc myśli sobie pani, ze teraz powiem: „proszę mieć na uwadze dziecko (bo Ewa jest pani córką, to oczywiste), niech panie się zgodzi na ten nocleg ze względu na nią!” – sądzi pani, że tak właśnie powiem? Tak właśnie pani pomyślała, pani Katarzyno?
Skinęła głową.
- To właśnie chciałem pani powiedzieć. Ma pani rację – roześmiał się – wiem, że to banał, ale czasami warto skorzystać ze skutecznie działających schematów, upraszczających ludziom życie. Ono i tak jest skomplikowane, więc jeśli nadarza się okazja, aby coś w nim uprościć, dlaczego z tego nie skorzystać?
Deszcz przestawał mżyć i tam, gdzie przestawał, na wysokości okien auta włóczyła się mgła, przedzielana od czasu do czasu wąskimi przestrzeniami przezroczystego, mokrego powietrza.
- Wiem, że powinnam się zgodzić i jestem wdzięczna panu za troskę, lecz przy okazji nie chciałam panu zburzyć porządku dnia. Co powie na to…
- Żona, tak?
- Na przykład.
- To już ani pani, ani moja sprawa. Kontynuujemy podróż z banalnym scenariusze. Nie powie nic, bo nie mam żony. Nie miałem. Tak się złożyło. Wiem, że to trywialne, schematyczne, pani Katarzyno. A jakże, miałem kobietę, ale ona, jak to Linda powiedział.. „złą kobietą była”. A może ja złym facetem? Może złamać ten schemat?
Zdaje się, że przesadził z ogrzewaniem. Wnętrze auta parowało wprost ciepłem, a na siedzącą obok niego kobietę ta wzmożona dawka gorąca, wstrzymywała złą pamięć, skierowała jej myśli w inną stronę.
- Nie może być złym facetem ten, kto przystaje na drodze na skinienie ręki, zabiera do środka przypadkowych ludzi  i jeszcze zaprasza w gościnę.
- Rozczaruję panią, Katarzyno, rzadko mi się zdarza zabierać do auta kogokolwiek, co oznacza, że miała pani szczęście. A co do propozycji goszczenia pani pod swoim dachem, to proszę mi wybaczyć, ale jest to jedyne rozsądne rozwiązanie w obecnej sytuacji, zwłaszcza że, jak przypuszczam, tam, gdzie się pani udaje, nie spodziewa się pani wiwatów na cześć swoja i córki. Nikt nie zamierza rozwijać przed wami czerwonego dywanu.

Dziewczynka wykąpała się i zjadła płatki na mleku. Potem do łóżka.
- Ustalmy jedno, dopóki nie załatwi pani swoich spraw, możecie u mnie zostać tak długo, jak chcecie. I proszę nie czuć wdzięczności, nie być zobowiązaną do czegokolwiek. Widziała pani ten pokój, który nie jest mi do niczego potrzebny. Szkoda tylko, że łazienkę będziemy mieć wspólną, ale damy radę. 
Spojrzał na nią. Ubrana w biały, nieco przygnieciony szlafrok, wyglądała atrakcyjnie i młodo. Siniak na szyi w okolicy lewego ucha, i drugi, pod okiem jednoznacznie kontrastował z bielą szlafroka i jasną karnacją skóry. A kiedy jadła kolację i wyciągała prawą rękę, aby chwycić w dłoń kanapkę, zauważył podłużną, krwistą pręgę, zaczynającą się na przegubie dłoni i ciągnącą się powyżej łokcia. najgorzej było z tym okiem. Adam zwrócił uwagę, że Katarzyna, rozmawiając z nim, stara się zwracać do niego głowę prawym profilem.
- Bardzo panią boli? – zapytał.
- Coraz mniej.
- Że też mnie tam nie było.
- ???
- Właściwie powinna pani zrobić obdukcję. 
- ???
- Przecież nie powie mi pani, że pośliznęła się pani na mydle w łazience i to tak nieszczęśliwie, że uderzyła skronią o brzeg wanny… u mnie przynajmniej mydło nie wala się po podłodze.
- Jestem panu bardzo wdzięczna…
- Porozmawiamy o tym jutro. Proszę iść spać. 
[........]

2 komentarze:

  1. Trudne pytanie, bo nie bardzo podoba mi się ten tekst; nie mówię o samej treści, lecz formie, może dlatego występuje jako szkic... ale zobaczymy,
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń