Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

28 listopada 2014

Rogal

Rogal porozumiewał się krzykiem. Zawsze tak reagował, kiedy jego podwładni niedostatecznie szybko reagowali na jego polecenia. Krzyk dodawał mu jakże potrzebnego wsparcia na stanowisku, które zajmował, dodajmy, na stanowisku jakie mu sprezentowałem. Zwykle po takim apoplektycznym wybuchu uspokajał się, odchodził na stronę, a jeśli przy okazji wpadał na mnie, nieco przerażonego jego stanem tuż po eksplozji wściekłości, przystępował do spontanicznego uzasadniania swojego zachowania. Oczywiście oczekiwał ode mnie pełnej aprobaty dla tego zachowania i przyczyn dla których zachował się w sposób, przynajmniej dla mnie, zgoła nieoczekiwany, by nie powiedzieć straszny.
Zapraszał mnie do swojego kantorka, prosił, abym usiadł  i wyjmował papierosa, a jeśli go nie miał (zwykle nie miał), skubał mnie na jednego, tłumacząc, ze zaraz pośle kogoś po fajki, a tym posłańcem mógł być nie kto inny jak ten, na którego przed chwilą wylał wiadro pomyj. Póki co wylewał swoje żale przede mną, ubolewając nad tym, z kim musi pracować na co ja przytakiwałem głową z udawanym zrozumieniem.
Po chwili przechodziliśmy do jego planów, które rozsupływał przede mną ściszonym, sepleniącym głosem. Słuchając go usiałem śledzić ruch jego warg, tak bardzo zniekształcony docierał do moich uszu komunikat. Ciekawe, że kiedy krzyczał, nie seplenił.
Każdy jego pomysł, bez wyjątku, gdyby go zrealizować, pociągałby za sobą dodatkowe koszty i za każdym razem próbowałem mu to wyperswadować. Jeżeli za pierwszym razem stanęło na moim, znaczy się, jeśli przyjął do wiadomości mój opór, nie kontynuował zaczętego wątku w bieżącej rozmowie, lecz później, przy pierwszej nadarzającej się okazji na pomówienie, wracał do swojej abstrakcji, licząc na to, że tym razem mnie przekona.
- Zrób kalkulację – mówiłem – bo jak do tej pory to widzę same koszty. Oszczędniej – tłumaczyłem mu bez końca, po czym zamykał się w sobie, a tak naprawdę oczekiwał kolejnej sposobności poinformowania mnie o swoich planach, o konieczności zakupu najmniej potrzebnego w danym czasie przedmiotu czy urządzenia, albo o nie mniej koniecznym remoncie, z którego kosztów nie chciał sobie zdawać sprawy. Dopiero później dotarło do mnie, że na takim remoncie, którego koszty nie są dostatecznie oszacowane, można całkiem nieźle zarobić.
Chcąc nie chcąc, lecz bardziej nie chcąc, moje odmowy przyspieszały i zwielokrotniały wybuchy jego niepohamowanej wściekłości. Odreagowywał na pracownikach, o czym dowiadywałem się z reguły za późno. W jaki sposób mogłem temu przeciwdziałać, skoro Rogal, zapewne świadomy tego, że po raz kolejny przekracza granice przyzwoitości, natychmiast po napadzie furii, potrafił zjednywać sobie tych, których uprzednio mieszał z błotem. Wtedy właśnie, na zebraniach, które zwoływał pod byle pretekstem, tłumaczył swoje zachowanie niemożnością porozumienia się ze mną. Był zdania, że krępuję jego rozwój i wywołuję w nim tę frustrację, która w pewnej chwili znajduje sobie ujście w postaci wrzasków na bogu ducha winnych ludzi. Poniżani pracownicy stosunkowo łatwo dali się obłaskawiać. Myśleli wprawdzie swoje, lecz przyzwyczajeni do takiego traktowania, cieszyli się, że ich szef ma wreszcie dobry humor i możne w nim normalnie porozmawiać.
Zdecydowanie za późno się o tym dowiedziałem, choć w sumie nie żałuję, bo jeśli ktoś zgadza się na to, aby poddawano go manipulacji i zastraszano, to sam sobie jest winien.
Kiedy rzucono mnie na dyrektorski stołek, Rogal jak ten piesek przybłęda chodził za mną, abym dał mu kierownicze krzesełko w internacie po człowieku, który raz że zalazł mi za skórę, a dwa nie miał odpowiednich kwalifikacji, co jakoś nie przeszkadzało mu dotąd w zajmowaniu tego stanowiska. O, wielkie są tajemnice takich nominacji. 
W końcu poprzednik Rogala poszedł sobie na emeryturę, choć nie udało mu się wydobyć ode mnie dodatkowej (oprócz przysługującej mu odprawy) kasy wartości trzymiesięcznego średniego uposażenia. Uparłem się i postawiłem na swoim, zgodnie zresztą z prawem, więc nie oprotestował mojego z nim rozstania. Wówczas, pomyślałem sobie, że jaki Rogal jest, taki jest, ale w końcu to on jedynie ma kwalifikacje, jest ambitny i może we dwóch zrobimy coś więcej, niż działo się to uprzednio. Sępił, sępił i w końcu dostał tę nominację, za którą, jak błędnie myślałem, będzie mi wdzięczny. Nic podobnego.
Rogal rył i kopał. Minęło półtora roku, gdy wymyślił sobie, że w przypadku przekształcenia internatu w bursę, zostanie tej bursy dyrektorem i będzie mógł zawiesić sobie na drzwiach kantorku tabliczkę z adekwatnym napisem. Taki mało istotny szczegół, a jak cieszy. 
Wydawało mi się, że organ prowadzący na to nie pójdzie, bo rozminie się z prawem. Bursa to jednak coś innego niż internat. Jest miejscem pobytu uczniów z kilku szkół, nie jednej, jak w naszym przypadku. Ale organ prowadzący miał też swoje plany. W przypadku podziału szkoły łatwiej będzie ją najzwyczajniej w świecie sprzedać, o czym z kolei dowiedziałem się na czas. Stanęło na tym, że zrobiłem awanturę, stając się „persona non grata”, wydobyłem szkołę z zapaści, lecz Rogal zamienił krzesełko na stołek. Mógł teraz działać po swojemu.
Zaczął od tabliczki na drzwiach a potem z kantorku uczynił gabinet. Swoja drogą, rozmyślałem i rozmyślam bez końca, dlaczego kierownicy wszelkich maści zaczynają swoje panowanie od restauracji własnego gabinetu. Ja osobiście wyremontowałem swój gabinet w siódmym roku sprawowania kierowniczej funkcji.
Po separacji ucieszyłem się, że nie muszę już reagować na wściekłe napady szału Rogala, które, jak widać, nie skończyły się po naszym rozstaniu. Ciekawe, że właśnie wtedy dowiadywałem się od pracowników bursy o tym, jak ich traktuje.
Moje współczucie nie znało granic… podobnie jak uśmiech na twarzy. 

2 komentarze:

  1. "Zaczął od tabliczki na drzwiach a potem z kantorku uczynił gabinet. Swoja drogą, rozmyślałem i rozmyślam bez końca, dlaczego kierownicy wszelkich maści zaczynają swoje panowanie od restauracji własnego gabinetu." - zawsze jest tak samo. I po tych wyborach też tak będzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też się tego obawiam, Stokrotko. Przekornie powiem, że może warunkiem utrzymania się na stanowisku jest zadbanie wpierw o stołek, na którym czteroliterowa część ciała zasiada, a kto o to nie zadba, znaczy się, stołek mu niepotrzebny...

    OdpowiedzUsuń