Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

25 listopada 2014

Uzależnienie

- Czy wiecie, co mnie najbardziej dokucza w wieku niezbyt sędziwym jeszcze, lecz świadczącym o tym, że po równi pochyłej się toczy ku ostateczności? - głos starego pisarza domagał się bezapelacyjnej odpowiedzi, tudzież zaspokojenia ciekawości.
- Cóż to takiego? - ozwał się do tablicy wywołany doktor Koteńko.
- Cierpię na nieuleczalną chorobę...
Radca Krach aż oniemiał, zbliżył do swoich ust filiżankę z kawą o zapachu kardamonu i wlawszy w siebie niewiele kropel aromatycznego płynu, omal się tymi kroplami nie zachłysnął; następnie zakasłał, niby z przesadnym żartem, niby zdradzając nagłym kaszlem votum separatum dla stwierdzenia, jakie usłyszał.
- Jakże to? Niech pan to wytłumaczy, albo nie straszy przyjaciół.
Stary pisarz dłonie swe zaparł na śliskiej tafli stołowego blatu i niemal dźwignął na nich swoje ciało, mniej sprężyste niż dawniej i więcej sił do jego uniesienia wymagające.
- To prawda, panowie. Jestem na zabój, jak rzekłby zakochany młodzian, na zabój uzależniony i w coraz to większy popadam nałóg.
Mecenas Szydełko usłyszawszy te słowa, drążył w pamięci skałę zapomnienia, nie mogąc przypomnieć sobie, czy aby kiedykolwiek stary pisarz naruszył alkoholowe prawa grawitacji albo też w nikotynizm popadał lub, zachowaj boże,  w narkotycznym transie gubił dnie i noce.
- Mówże pan, na boga - wykrztusił z siebie Szydełko - na czym problem polega.
I kawiarennik za barem stojący zdawał się krótką a znacząca rozmowę posłyszeć z oddali i słuch swój zbliżył tak mocno, na ile zdołał nim odizolować się od innych szepczących głosów z sali.
- Panowie - zaczął niepewnie stary pisarz - ja już od pisania wyzwolić się nie potrafię. Bóg mi świadkiem, że próbowałem zasnąć bez otwierania zeszytu, bez sięgania po pióro, bez nastawiania światła na przygotowaną, pusta powierzchnię biurka, bez przysuwania doń fotela i wygodnym ułożeniu w nim swego ciała. Nie pomogło. Panowie, to nie pomaga.
Radca Krach roześmiał się szczerze.
- A to dobre - wykrzyknął - rozbawił nas pan serdecznie. Zaiste, nieuleczalna ta choroba. I jak groźna! Doktorze, niechże pan zabierze głos w tej sprawie.
- Nazwałbym to przyzwyczajeniem raczej. Nieszkodliwym, a wręcz zalecanym dla zachowania psychicznej równowagi bodźcem to, co pan nazywa tak brzydkim słowem jako nałóg - odrzekł doktor Koteńko.
- Nie masz, wobec tego, dla mnie ratunku? - upierał się stary pisarz, trwając przy stanowisku swoim.
- A czy pan myśli, literacie - odezwał się mecenas Szydełko - czy pan myśli, że po nocach nie ślęczę nad dokumentami? że mów obronnych nie układam? że wyroków albo uzasadnień wysokiego trybunału nie śledzę? Jakże mnie z tym żyć, no niech pan powie?
- Podobnie ze mną, panowie - wtrącił radca Krach - tyleż u nas majątkowych spraw po uszy w bagnie. Wydostań je z niego, wyprostuj. Doradzaj przy tym magistratowi, jak tu sprawę przeprowadzić, aby na burmistrza opozycja nie rzuciła, krętactwo zarzucając. Mnie łeb od tego puchnie i puchnąć będzie, ot choroba uzależnienia od pracy.
- A ja panu powiem - wzrok doktora Koteńki skupił się na sprawcy zamieszania - że wielokroć moje myśli jak komary natrętne powracają do mnie, kiedy zaaplikowany choremu środek zdaje się zapominać swego działania. Wtedy wertuję wyniki badań, weryfikuję swoje wskazania i podejrzenia, w literaturze fachowej nosem grzebię, po kolegach wydzwaniam (zdarzało się, że w noc ciemną ich budzę), słowem podlegam typowej dla zawodu swojego determinacji, która wyłącza mnie na pewien czas z żywych i obecnych.
- Panowie! - to głos kawiarennika rozległ się po sali, zdawać by się mogło, listopadowo uśpionej i smętnej - w ten oto sposób, mając na podorędziu tematy tak ważkie, jak pana pisarza przyzwyczajenia, przez niego samego nałogiem nazwane, mając - ciągnął składnie - na względzie to, z jakim gromkim odzewem spotkały się pana literata perturbacje z samym sobą, rad będę widywać panów częściej, oddając wasz stolik do dyspozycji waszych dyskusji, sporów i opowieści, których tak bardzo mi brakowało, bom, przyznaję z bólem, lecz teraz i z ulgą, bom uzależnił się niegdyś od rozmów w kawiarence mej toczonych. A na powitanie tej zapowiedzi kieliszeczkiem brendy służę, na koszt firmy, rzecz prosta.
Dłonie panów rozpuściły oklaski po sali.
Nawet stary pisarz, choć wciąż zamyślony, zaklaskał, uznając się najwidoczniej za pokonanego w tym krótkim acz istotnym sporze. 
  

2 komentarze:

  1. dalibóg, dwie pointy na koniec, wystarczy :-)

    OdpowiedzUsuń