Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

22 marca 2016

WYKROCZENIE

Akurat słoneczne promienie padały na przednią szybę auta, kiedy zjeżdżał ze wzniesienia. Pomachała mu białym lizaczkiem z okrągłą, rumianą plamką w samym środku. Semafor został opuszczony.
- Tego tylko brakowało - powiedział do siebie.
Stanowczym ruchem ręki, w której trzymała lizaka, wskazała miejsce na poboczu, gdzie miał się zatrzymać.
Partner stojący dwadzieścia metrów powyżej, opuścił niebezpieczny dla kierowców przyrząd i odwracając się tyłem do słońca, przyglądał się cyfrom jakie pojawiły się na wyświetlaczu.
- Trzydzieści trzy - niemal wykrzyknął w stronę kobiety w błękitnym mundurze. Zrobił to w chwili, gdy auto stało już w wyznaczonym miejscu i opuścił lewą szybę. Zasalutowała dystyngowanie dwoma wyprostowanymi palcami do daszka czapki i przedstawiła się, a w jego oczach pojawiła się potulność pomieszana z niewinnością, błaganiem z krztyną naiwności.
- Słyszał pan? - zapytała spokojnie, acz zaraz dodała głosem zawierającym podwyższoną dawkę służbowego stylu wypowiedzi: - Piratujemy sobie w miejscu do tego niedozwolonym.
- Ależ to przez nieuwagę i do tego odrobinkę - zaskomlał mężczyzna.
- Pan raczy żartować. Przekroczył pan prędkość o trzydzieści trzy kilometry w miejscu, gdzie obowiązuje ograniczenie do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Należy czytać znaki, panie kierowco. Poproszę o pana prawo jazdy i dowód rejestracyjny auta.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął portfel, wysupłał z niego wymagane przez policjantkę dokumenty i podał je posiadaczce białego lizaka z rumianą, okrągłą plamką.
- Ależ czytam, pani sierżant - westchnął. - Czytam też w pani oczach i nabieram pewności, że kara, która mnie nie ominie, nie będzie tak sroga, jak mogłoby się wydawać.
- Proszę pana do siebie - powiedziała, po czym on delikatnie uchylił drzwi i wydostał się z samochodu, a poruszał się przy tym tak łagodnie, jakby mową swego ciała chciał zakomunikować o jak najgłębszej uległości w stosunku do kobiety, która odczytywała z plastykowej plakietki personalia i jednocześnie konfrontowała jego podobiznę utrwaloną na zdjęciu z rzeczywistym wizerunkiem obolałej twarzy mężczyzny. - Stanowczo zbyt wiele pan czyta i obawiam się, że nie to, co potrzeba.
Opuścił wzrok na znak całkowitej i bezapelacyjnej kapitulacji, a jego spojrzenie utkwiło teraz w jej czarnych, odbijających słoneczne promienie służbowych pantofelkach. Następnie wzrok ten, unosząc się niespodzianie, niemal bezwstydnie otarł się o jej nieprzyzwoicie zgrabne nogi otulone rajstopami w kolorze opalonego ciała i przez niewielką chwilę balansował tak pomiędzy pantofelkami a rąbkiem ciemnogranatowej spódnicy sięgającej zaledwie kolan. Później jego spojrzenie otworzyło się na jej biodra, wiodło w stronę niesłusznie skrępowanych mundurem piersi, sięgnęło podbródka i dalej przetoczyło się przez szczupłą owalną twarz, zatrzymując swój bieg na brwiach ponad oczami, w których zapewne odbijałby się błękit nieba, gdyby nie były zaparzone w gmatwaninę cyfr i liter umieszczonych w dokumentach należących do mężczyzny. 
- Jeśli nie zamiłowanie do piractwa drogowego, to cóż mamy na swoje usprawiedliwienie, panie kierowco?
- Cóż mamy na swoje usprawiedliwienie? - powtórzył mężczyzna, a jego umysł najwidoczniej pochwyciła w ostre szpony drzemka. Jedynie jego zmysł wzroku począł energicznie reagować na spojrzenie wypływające z oczu policjantki, które w tej chwili ku niemu były zwrócone.
- Zapewne spieszył się pan do żony - zażartowała.
Milczał.
- Gdyby tak było, to w innej sytuacji, zapewniam pana, byłaby to okoliczność łagodząca wymiar kary, lecz w tej sytuacji mamy do czynienia z poważnym wykroczeniem, łamiącym przepisy ruchu drogowego. Przekraczając szybkość naraził pan innych potencjalnych użytkowników tej drogi na niebezpieczeństwo.
- Droga była całkowicie pusta - bronił się niezręcznie - nie licząc, rzecz jasna, patrolu policyjnego wyposażonego w suszarkę - przerwał na chwilę, po czym dodał: - żona z bardzo istotnych powodów odpada. Nie wchodzi też w grę chora matka, ani też pozostawione w domu włączone żelazko.
- No to mamy problem - podsumowała kobieta i w tym samym momencie ów problem uległ nagłemu rozpłynął się w wonnym, wiosennym powietrzu i uległ przemieszczeniu w czasie.
- Ten to dopiero…. prawie pięćdziesiąt - mężczyzna usłyszał donośny głos policjanta, a potem zobaczył, jak kobieta w mundurze wbiega na skraj szosy z białym lizakiem z okrągłą, rumianą plamką.
Pisk opon oznajmił, że podróż kolejnego nieszczęśnika została brutalnie przerwana.
- Proszę zaczekać - zwróciła się do niego policjantka, zajęta już kolejnym drogowym piratem.
Rozejrzał się wokół siebie. Przebywał na szerokim poboczu drogi opadającej łagodnie z wzgórza, które wykluczało jednak dostrzeżenie przez kierowców policyjnego patrolu. Za sobą miał las, wysoki, choć rzadki w tym miejscu, bukowy las, z zieleniejącym poszyciem. Coś tam pomiędzy drzewami, na niewielkich polankach, do których docierały promienie południowego słońca, błyskało na niebiesko, na fioletowo. Poszedł w tamtą stronę, aby się przyjrzeć temu, co tam błękitnieje.
Powrócił po pięciu długich minutach, w czasie których para policjantów zajmowała się jeszcze większym przestępca niż on, a kiedy już oparł się o tył auta - a obie ręce trzymał z tyłu, jakby coś przed światem w swoich dłoniach skrywał, policjantka podeszła do niego ponownie i już, już przystępowała do nieprzyjemnej dla niego rozmowy, już, już chciała go zaprosić do policyjnego radiowozy, gdy on jakimś sposobem przerzucił ręce zza pleców przed siebie, a w jego dłoniach ukazał się bukiecik zerwanych fiołków.
- Proszę, do dla pani - powiedział przymilnie i wręczył te garstkę wiosennych, późnokwietniowych rozmaitości.
Zaskoczona, nie wyciągnęła ku nim swoich dłoni; przeciwnie, wykonała krok wstecz, lecz nie spuszczała wzrokiem kwiatków, a po mającej bardzo wielkie znaczenie chwili, po raz pierwszy spojrzała mężczyźnie w oczy.
- Panie kierowco - zaczęła z udawaną pewnością siebie w głosie - znajdujemy się na terenie parku narodowego i, jak sądzę, przed chwilą dopuścił się pan kolejnego wykroczenia, tym razem przeciwko naturze, zrywając kwiaty, które akurat w tym miejscu znajdują się pod ścisłą ochroną. Ponadto wręcza mi pan te kwiaty, co może być potraktowane jako próba wpłynięcia na mnie, funkcjonariuszkę policji, abym zaniechała czynności służbowych zmierzających do ukarania pana mandatem.
- Doprawdy? To już nie wolno zrywać fiołków rosnących przy drodze.
- Panie kierowco… nie wolno. Mieszkam w pobliskim miasteczku, uzdrowiskowym miasteczku i władze miasta, niezależnie od służb zajmujących się ochroną przyrody, zalecają nam, funkcjonariuszom, szczególną abyśmy prócz wykonywania zwykłych obowiązków jakimi się nas obarcza, zwracali uwagę na niszczenie przyrody przez wandali.
- Dla pani oczu popełniłbym po raz wtóry to przestępstwo - ośmielił się nie tylko wyrzec te słowa, ale i spojrzał w oczy policjantki najgłębiej, jak tylko potrafił. - Proszę wobec tego przyjąć te kwiatki jako dowód rzeczowy w sprawie.
- Dowód rzeczowy… - zastanowiła się, przenosząc spojrzenie z jego oczu na odbijające niebiosa fiołki - dobrze, wezmę je od pana… a teraz, do cholery, niech już sobie pan jedzie i nie przekracza prędkości - dodała przyspieszając tempo wypowiedzi.
A kiedy zwróciła mu dokumenty i przysunęła na nosa bukiecik, kiedy odurzyła się jego zapachem, mężczyzna zaryzykował po raz ostatni:
- W niedzielę, punktualnie o dwunastej w samo południe, będę na panią czekał w kawiarnianym ogródeczku, który znajduje się na rynku miasteczka naprzeciwko tej starej zabytkowej studni. Pani zresztą bardzo dobrze wie, gdzie to jest, skoro mieszka pani w tym miasteczku.
Odjechał, machając lewą ręką na pożegnanie.

Słońce prażyło jak w lipcu. Z coraz większą przyjemnością obserwował wskazówki zegara na smukłej wieżyczce późnogotyckiego ratusza. Umówiony chłopak towarzyszący handlarce z oddali uśmiechał się do niego porozumiewawczo.
Na chwilę przymknął oczy, a może skupił się na czytaniu menu, odwracając barwne kartki zestawu smakowitości. Kiedy się ocknął, a zegar na ratuszu zaczął właśnie odmierzać silnymi uderzeniami południe, ujrzał kobietę trzymająca za rękę sześcio- siedmioletnią dziewczynkę. 
- Maju, to właśnie ten pan, o którym ci opowiadałam.
Powstał od stolika, ale nie było to dziarskie powstanie. Dziewczyna, w tej właśnie chwili rezolutniejsza od niego, wcisnęła mu w dłoń swoją malutką rączkę. Miał takie dziwne przebłyski spojrzenia w oczach, kiedy kobieta również i swoją dłoń podała mu na powitanie. Usiedli, a potem ten umyślny chłopiec, który jeszcze przed chwila wymieniał z mężczyzną tajemnicze spojrzenia, podbiegł do kobiety z bukietem róż. Podziękowała, przytuliła policzki do purpurowych płatków i wstawiła kwiaty do przygotowanego wazonu z wodą.
- Mamusiu, czy te kwiaty to też są z lasu? - zapytała dziewczynka.
- Mam nadzieją, że tym razem nie są z lasu - odparła, a jej uśmiech był taki szeroki jak nigdy dotąd.
Nie było to takie łatwe przerwać raz na zawsze milczenie, lecz w końcu tego dokonał.
- No i co Maju zamówić dla ciebie? - mówił do niej - Są tu takie pyszne lody, a może krem czekoladowo-waniliowy…, szarlotka…., sok mandarynkowy… a może ciepła czekolada?

[20-21.03.2016, Dobrzelin]

4 komentarze:

  1. Inteligentny z niego mężczyzna...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka kobieta nie byłaby czuła na bukiet?
    A randka stała się spotkaniem niemal rodzinnym, kto wie, co z tego wyniknąć może?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ obrazek! Nic tylko dać na ścianę. Hallo,czy tu nie pachnie jakimś romansem? Pan sympatyczny, a pani policjantka dotrzymała słowa. Czekamy na ciąg dalszy, a jeśli jesteśmy zainteresowani, to warto pisać. Można wprawdzie do szuflady, ale po co. Bez czytelników pisanie jest martwe.

    OdpowiedzUsuń