Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

26 marca 2016

NA ŁAWECZCE (szkic)

Po drugiej stronie ulicy był park. Wyszukał ławkę odizolowaną od innych, wciśniętą pomiędzy zwarte kleszcze krzaków, gdzie zwykle sypiali bezdomni, aby uniknąć dokuczliwych spojrzeń służb miejskich. W samo południe ta ławka, którą kiedyś pomalowano na kolor zielony, była pusta i korzystając z tej wielce sprzyjającej okoliczności, usiadł na niej otwierając natychmiast puszkę piwa.
Wcześniej, przed dziewiątą, odwiedził go notariusz. Gdyby nie był on jego dobrym i dawnym znajomym, pewnie zaszedłby do notarialnego biura w śródmieściu, aby tę sprawę załatwić, a tak, zaprosił go do siebie, gdzie mieli przygotować wspólnie dokument wiążący, a później znajomy zadzwoni do niego i zaprosi do biura, aby prawu stało się zadość, bo notariusz nie zabiera z sobą niezbędnych pieczęci, przeciwnie, pozostawia je pod zamknięciem.
Właściwie to znajomy notariusz nie powinien był zajmować jego sprawą. Gdyby był on obcy Adamowi, mógłby na ten przykład powiadomić organy ścigania, gdyż zapowiedź o targnięciu się na własne życie, powzięcie tej wiadomości i ukrywanie jej, ma wiele wspólnego z współsprawstwem. Tak, obcy człowiek powinien był zawiadomić policję, że coś może się stać. Nie wyglądało to na rutynowe złożenie testamentu, do czego każdy człowiek ma prawo. Co innego, gdyby Adam cierpiał na nieuleczalną chorobę i przewidywał, że raczej prędzej niż później skończy się ona zejściem z tego świata. Ale w tym wypadku usłyszał jasną i oczywistą deklarację zdrowego (czy aby na pewno?) człowieka o konieczności skończenia z sobą.
Jest bardzo możliwe, że notariusz, jeszcze raz dodajmy - znajomy Adamowi notariusz - nie wziął sobie do serca skromnych opowieści właściciela dwupokojowego mieszkania, dotyczących rychłego wydostania się z tego świata i pomyślał, że jego przyjaciel ma po prostu jeden z tych złych dni, jakie miewa każdy z nas, a testament? Cóż jest w tym nadzwyczajnego, że delikwent przygotowuje się na wypadek śmierci? A główny zapis dotyczył w zasadzie jedynie mieszkania, w dodatku pustego, bo Adam oświadczył, że będzie się starał upłynnić wszystko to, co znajduje się w jego wnętrzu. Taki miał kaprys, ale mówił o tym całkowicie poważnie. Mówił, a notariusz zapisywał każde słowo, ubierając je w styl prawniczy. Potem „przepisze je na czysto”, ostempluje, zostawi miejsce na podpisy, zarejestruje w kartotece, opatrując sporządzony dokument napisem „otworzyć po stwierdzeniu zgonu” i schowa do pancernej szafy.
W testamencie znalazło się też, zdaniem notariusza dziwaczne, oświadczenie, że na swój pogrzeb przeznacza odłożoną kwotę, którą zamierza przeznaczyć na wydatki związane ze skromną ceremonią pogrzebową plus niedopuszczenie do tego, aby rozstającemu się z życiem Adamowi, towarzyszył w ostatniej posłudze tłum ludzi. W tym miejscu zaprezentujmy wyjątki z ostatecznych postanowień, jakie przedstawił Adam swojemu znajomemu: „w moim pogrzebie mają uczestniczyć jedynie osoby, które z racji wykonywania swoich przykrych, służbowych obowiązków, będą do tego zobligowani, natomiast wykluczam obecność w ceremonii innych osób, mniej lub bardziej mi znanych. Z tego też powodu moją wolą jest niepowiadamianie o miejscu i czasie w jakim nastąpi przeniesienie moich zwłok w miejsce, gdzie zlegną moje kości”.
Adam wytłumaczył się z tego postanowienia w całkiem prosty i logiczny sposób. Gdyby nawet Adam nie wytłumaczył się ze swoich planów, znajomy notariusz, ba, każdy notariusz musiałby uwzględnić w testamencie wolę  szykującego się na drugą stronę, gdyż… 
- Nikt z obcych, ani też bliskich, nie był przy moim narodzeniu, dlaczego więc miałby mi towarzyszyć w ostatniej drodze ktoś jeszcze, poza personelem zajmującym się na co dzień pogrzebami.

Wypite piwo podrzędnej firmy smakowało mu, a kiedy coraz cieplejsze majowe słońce przedostawszy się przez gęstwę krzewin, łaskotało pogodnie jego twarz, zanurzył plecy w oparcie ławki i przymknął oczy. Południowy sen dostał się pod jego niedostatecznie przymknięte powieki i przypomniał mu to, co mówiła jego sąsiadka, gdy na klatce schodowej rozmawiali teoretycznie o śmierci. Kobieta, którą ochrzczono mianem dozorczyni, bo cale dnie spędzała w kuchni, spoglądając przez okno i wiedziała znacznie więcej o najbliższym świecie niż razem wzięci pozostali lokatorzy kamienicy, stanowczo zaprotestowała przeciwko teoretycznemu odbieraniu sobie życia w najpiękniejszym miesiącu roku, jakim jest maj. Odpowiedział, że dla niego pora pożegnania się nie ma żadnego znaczenia, a maj to taki sam miesiąc roku jak każdy inny, tyle że cieplejszy, a w dodatku to znudziły mu się te wszystkie maje, których przeżył akurat tyle ile potrzeba.
- Jak pan uważa - podsumowała rozmowę kobieta. - Mnie się wydaje, że listopad byłby właściwszy, ale w końcu to pana sprawa.
Zaraz po otwarciu drzwi i wejściu do mieszkania usłyszał pukanie do drzwi. 
- Przychodzę w sprawie tego telewizora. Dał pan ogłoszenie do gazety.
Mężczyzna przed trzydziestką zaproszony został do pokoju, w którym na podłużnej ławie stał jeszcze telewizor. Obejrzał go dokładnie, potem włączył i stwierdził, że świetnie odbiera, no i oczywiście zachwycił się wielkością przekątnej ekranu.
- Panie, on naprawdę ma czterdzieści cztery cale.
- Zdaje mi się, że ma czterdzieści cztery. Mam go trzy lata i wygląda jak nowy. Ponadto nigdy nie uległ awarii.
Adam przeczuwał, że potencjalnego kupca gnębi problem związany z wyceną telewizora. Mężczyzna przed trzydziestką nie mógł uwierzyć, że może się stać właścicielem tego sprzętu za 20 procent jego obecnej wartości. Podobnie jak miało to miejsce podczas wcześniejszej rozmowy telefonicznej, jeszcze raz zapytał o cenę. Adam odpowiedział i wkrótce dobili targu.
- Oby tak dalej - pomyślał Adama, kiedy telewizor został już wyniesiony z mieszkania przez dwóch silnych panów. I kiedy podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku, poczuł na swoim lewym ramieniu energiczne uderzenie.
Wtedy otworzył oczy i ujrzał innego mężczyznę. Najpewniej to właśnie do niego należała ławka, na której jeszcze przed chwilą drzemał Adam.
- Mistrzu, do ósmej możesz sobie tutaj posiedzieć - wskazał wzrokiem na ławkę, na której usiadł obok Adama. - Ale pamiętaj, że po ósmej wieczorem ta ławka jest moja. Aż siódmej rano.
- Proszę mi wierzyć, że za godzinkę ją zwolnię - odpowiedział. - Nie lubię się naprzykrzać. Zresztą już niedługo wyjadę na zawsze z tego miasteczka.
- Ja tylko tak, dla porządku przypomniałem ci, mistrzu - przemówił ochrypłym barytonem właściciel ławki. - Gdyby pan nie wyjeżdżał, moglibyśmy skombinować drugą ławeczkę. Zawsze byłoby przyjemniej… we dwóch.
- Niestety, mam inne plany względem siebie. 
- W takim razie, mistrzu, żałuję… ale gdyby pan zmienił zdanie, to znalazłbym dla pana taką ławeczkę. (...)

[25.03.2016, Dobrzelin]

3 komentarze:

  1. Życzę Ci spokojnych i pogodnych świąt przy rodzinnym stole i na spacerze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też uważam, że listopad byłby lepszy...
    Ale jeśli proponują miejsce na ławeczce, nawet dodatkowej, to warto rozważyć powrót, mistrzu :-)
    Pięknej wiosny i świątecznego nastroju Czarodzieju:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Na ławeczkach z reguły Mistrzowie siedzą...
    :-)

    OdpowiedzUsuń